70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gimo – czarny zaścianek Szwecji?

Zaraz po Święcie Lata w 1993 roku mieszkańcy Gimo zebrali się na sejmik, gdzie słowa nieprzychylne, a i zajadłe nawet padały o pięciuset obcych do Gimo sprowadzonych przez Urząd Imigracyjny. Co tam powiedziano, dnia onego jeszcze za pośrednictwem telewizji wiadomym się stało mieszkańcom całego królestwa, o czym – z powodu pożałowania godnych dla Gimo konsekwencji – wspomnieć należy.

W dniu Święta Lata w kościele w Skepthammar obecny był Turczyn prawdziwy, pod mianem Mohammed znany, w Szwedów zwycięskiej bitwie przy Swensksund do niewoli wzięty, teraz zaś paź Jego Wysokości najmiłościwiej nam panującego króla, co przez niecodzienność swoją na odnotowanie zasługuje.

(Z księgi parafialnej Skäfthammar-Gimo, 1791)

Kolebka Gimo leży przy Herrgården, pod mostkiem, dokładnie tam, gdzie Wielki Staw otwiera swój wodospad i gdzie po dziś dzień podziwiać można resztki kuźni. Ale to Gimo, które królewski namiestnik Hans Sigvardsson założył w 1615 roku, już nie istnieje. Nowego, wzniesionego kilometr dalej na łące, nic ze starym nie łączy. Żeby z centrum i kwartałów mieszkalnych dostać się do historycznej osady, trzeba wydostać się na szosę lub przejść przez las.

Między osadą a starym osiedlem fabrycznym stoją ogromne hale nowego przemysłu. Na północ od nich, w starym Gimo, gdzie już prawie nikt nie mieszka, wiekowe lipy ocieniają wille zarządców i starszych majstrów z ubiegłego wieku. A na południu – niewymagające pielęgnacji kolczaste krzewy i mieszkalne klocki z lat sześćdziesiątych są przeplatane amerykańskimi kwartałami willowymi. Nie ma tu żadnych starych drzew. Nowe Gimo sterczy na polu.

O siódmej wieczorem na rynku, po którym hula wiatr, rzadko pojawiają się Szwedzi. Garstka tych spośród trzech tysięcy mieszkańców, którzy wyszli na ulice, nie wystarcza, by je zaludnić. Życiu towarzyskiemu miejscowi oddają się głównie przez telefon, a gdy chcą popatrzeć na hokeja, korzystają z samochodu. Ale na rynku stoją dwie budki telefoniczne, a że pięciuset uchodźców nie posiada ani samochodów, ani telefonów, wieczorem rynek w Gimo zdominowany jest przez Bośniaków, Irańczyków, Albańczyków, Somalijczyków, Ugandyjczyków czy którąkolwiek z trzydziestu pięciu nacji, jakie Urząd Imigracyjny ulokował na skraju osady. Gdyby nie było tak zimno, gdyby szyldy sklepów nie zdradzały, gdzie jesteśmy, gdyby czarni, brązowi i biali nie mówili do siebie per hombre („chodź, człowiek, grać w bilard”), wieczorami można by myśleć, że to przedmieście Neapolu czy Amsterdamu.

Sandvik Coromant w Gimo jest jasną, przestronną i nowoczesną fabryką. Prawie cała produkcja ostrzy skrawających idzie na eksport. Jeśli klient z Brazylii czy Kanady złoży zamówienie przed godziną szesnastą, może liczyć, że już następnego dnia będzie skrawał wyrobami Sandvik. Szwedzka jakość, niezawodność i przede wszystkim – szwedzka stal. O ile rynek w Gimo wieczorami bywa neapolitański, o tyle Sandvik jest niemal wyłącznie nordycki. Odeszli prawie wszyscy zatrudnieni w latach sześćdziesiątych Jugosłowianie, a także Libańczycy, którzy pojawili się po 1982 roku. W czerwcu 1989 wśród tysiąca pięciuset pracowników Sandvik było pięciu pozanordyckich imigrantów. Jednego z nich nazwijmy Józefem.

Policja przyjechała o 21.45 pod koniec drugiej zmiany. Było zgłoszenie, że jeden z zatrudnionych miał wypadek przy maszynie: „Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, powiedziano nam, że chodzi o pobicie”.

Józef leżał na noszach na brzuchu, zeznał, że „został skopany i pobity”.

Z protokołu obdukcji: „krew w moczu, przypuszczalnie w wyniku uderzenia w okolicy lewej nerki”, „uszkodzenia potylicy… oraz… na wysokości trzech dolnych żeber”. „Obrażenia ciała nie zagrażają życiu i nie spowodują trwałego kalectwa, ale uraz psychiczny będzie prawdopodobnie trudniejszy do wyleczenia”.

Tylko dwa fakty dają się ustalić:

Józef wielokrotnie skarżył się przełożonym, ale brygadziści informowali go, że epitety typu „cholerny czarnuch” czy „won z obcym”, jak też obrzucanie kawałkami żelaza czy namoczoną szmatą „mogą wystąpić w miejscu pracy jako przejaw koleżeńskich żartów”. I że Józef nie powinien brać sobie tego do serca.

Jeden z szefów – na krótko zanim została wezwana karetka – próbował namówić kolegów Józefa, by „dali spokój głupotom”.

Poza tym wersje różnią się diametralnie. Józef twierdzi, że został napadnięty przez kilkanaście osób i w obronie własnej chwycił metalową rurkę. Pozostałe zeznania są w większości sprzeczne, ale zgodne co do tego, że Józef niczym niesprowokowany zaatakował kolegów metalowym przedmiotem. Nikt nie widział, aby ktokolwiek zadał mu choć jeden cios. Większość zdaje się nie wiedzieć, jak mu na imię, w trakcie przesłuchań konsekwentnie nazywany jest „imigrantem” lub „obcokrajowcem”.

Po wypisaniu ze szpitala Józef został zwolniony z pracy. Teraz kierownictwo żałuje decyzji: „Nie trzeba było go zwalniać, sam by to zrobił”.

Obecnie Sandvik w Gimo zatrudnia jedynie dwóch śniadych mężczyzn. Cztery miesiące temu jeden z nich znalazł na swoim stanowisku pracy wywieszkę: „Laserman[1] jest światełkiem w Szwecji”. Najbardziej go ubodło, dowiaduję się, nie to, że jakiś burak wywiesił napis, tylko to, że koledzy, których poza tym bardzo lubi, nie zdobyli się na to, by go zdjąć. Kartka wisiała przez kilka godzin, aż zdjęła ją jakaś kobieta. Zdarzenie nie zostało zgłoszone ani do związków, ani do kierownictwa zakładu.

Aby zrozumieć, co dzieje się w Gimo, musimy najpierw udać się do Heby, pięćdziesiąt kilometrów od Uppsali. Nie ma dowodów, by nauczyciele z Centralskolan w Heby hołdowali rasistowskim teoriom. Poza tym czternastoletnia Linda Hellström, rdzenna Szwedka, nie była ani brunetką, ani szatynką, ani nawet rudą. Urodziła się i wychowała w Gimo. Jesienią zniknęła z domu – w jej pokoju leżał list pożegnalny. Jeszcze tej samej nocy znaleziono ją śpiącą w opuszczonej stodole. Na belce pod dachem wisiał sznur zakończony pętlą.

Nauczyciele z Centralskolan przez sześć lat przyglądali się, jak koledzy ją bili, targali za włosy, kłuli pilnikiem na zajęciach praktycznych. Na przerwach otaczali Lindę kołem i odbijali jak piłkę, aż zaczynała płakać. W tej zabawie uczestniczyła duża część jej klasy, a nawet młodsi uczniowie – wtedy nauczyciele Lindy odwracali wzrok. Kiedy coraz więcej rodziców zaczęło na to reagować, początkowo nie przyznawali się, że o czymkolwiek wiedzą, potem zaproponowali, by Linda zmieniła szkołę. „Zadaniem szkoły jest troska o wszystkich uczniów, również tych, którzy są prześladowcami. Szkoła jest dla wszystkich”. Później próbowali powstrzymać matkę Lindy przed powiadomieniem policji. A poza tym? „Bardzo trudno jest zaradzić takiemu mobbingowi, brakuje nam stosownych środków” – poinformował gazetę „Uppsala Nya Tidning” pełniący obowiązki dyrektora szkoły, podczas gdy wicedyrektor sugerował, że może coś nie tak jest z Lindą. Albo z jej mamą.

„Albo będą się zachowywać zgodnie ze szwedzkim prawem, albo bilet do domu! Koniec, kropka!”. Długie, burzliwe oklaski. Jest 1 lipca 1993, dwie stacje telewizyjne nagrywają pierwszą publiczną debatę mieszkańców Gimo na temat ośrodka dla uchodźców. To historyczna chwila, bo po tej wiadomości przyjdą następne i jesienią 1993 Gimo stanie się rasistowską ostoją numer 3 w Szwecji, po Trollhättan i Sjöbo. Telewizyjny dziennik Rapport pokazuje mapę kraju z nazwami tych miejscowości.

Trzeba od razu powiedzieć: to niegodziwe zestawienie. Mieszkańcy Sjöbo w referendum odmówili przyjęcia piętnaściorga uchodźców, których nie widzieli na oczy. Przez Gimo i okolicę przez lata przewinęły się tysiące obcych, a kilkuset, którzy dostali pozwolenie na pobyt w Szwecji, zaproponowano osiedlenie się na terenie gminy. Natomiast prawdą jest, że tego dnia mieszkańcy Gimo nie rozmawiali ze sobą. Krzyczeli, wygwizdywali niepopularne odpowiedzi, robili miny, przerywali sobie nawzajem. Zachowywali się, krótko mówiąc, jak tłuszcza. Ale co takiego mówili?

Tego łatwo się dowiedzieć: w pięciu doniesieniach (trzech w Rapport i dwóch w TV4) występują przeważnie te same osoby, które powtarzają te same skargi. Że uchodźcy kradną benzynę z samochodów, że szwendają się w środku nocy po ulicach, że już dosyć, że musimy wstawać do pracy, a nie możemy w nocy spać, że jest ich za dużo, że włamują się do pizzerii, że jest ich za dużo, dostają za wysokie zasiłki, że jest ich za dużo, że mogą się dogadywać u siebie w Bośni, zamiast przyjeżdżać tutaj, że Szwecja pomaga niewłaściwym osobom, że nie sprzątają. Że jest ich za dużo. I że nie przestrzegają szwedzkich zasad.

Teraz nawet ci, którzy gardłowali na zebraniu, zapałali słusznym gniewem na przedstawiony w telewizji obraz osady. Ja zaś nie mogę uwolnić się od myśli, że została wymierzona swego rodzaju przewrotna sprawiedliwość. Telewizyjne doniesienia z Gimo były, jak zobaczymy, równie uogólniające i jednostronne jak obraz uchodźców kreślony przez uczestników wiecu.

Jakie są szwedzkie zasady? Przy ulicy Sågargatan 13 w Gimo mieszka mniej więcej setka uchodźców oraz Karlsson. Karlsson prowadzi bujne życie towarzyskie, głównie ze skinami z Uppsali. Kiedy się razem zabawiają, bywa gorąco: czasem wrzucą Somalijce i jej dzieciom przez okno kamień albo zaśpiewają z balkonu pieśń na cześć białej rasy z rękami podniesionymi w hitlerowskim pozdrowieniu. O ile w ogóle pozdrawiają swoich sąsiadów, czynią to słowami: „Spadaj do domu, czarnuchu!”, a jeśli to nie zostaje zrozumiane, biorą się do rękoczynów. Inną rozrywką jest sikanie przez okno. Aby rozwiać wszelkie wątpliwości co do swoich motywów, czasami Karlsson wieszał na balkonie transparent VAM[2].

11 czerwca 1992 jeden z uchodźców podczas zabawy z dzieckiem zostaje postrzelony z balkonu Karlssona. W tym momencie broń trzyma piętnastolatek z Gimo, nazwijmy go Thulin. Policja przesłuchuje Karlssona, Thulina i jeszcze trzeciego nastolatka – wszyscy potwierdzają oddanie strzału. Wiatrówka marki Diana zostaje więc skonfiskowana. Tym samym sprawa jest załatwiona. Sześć miesięcy później prokurator odstępuje od wniesienia oskarżenia.

„Co takiego?” – prokurator nie słyszał, że mieszkanie Karlssona było obwieszone symbolami nazistowskimi. Nie było tego w policyjnym protokole. Jednak informacja ta nie wpłynęłaby na jego decyzję. „W domu wolno mieć dowolne symbole”. Poza tym, ten co strzelał, Thulin, jest nieletni, więc nim zajmie się kurator społeczny, a Karlssona nie da się powiązać z przestępstwem. Żaden pracownik socjalny nie narzuca się jednak Thulinowi ani jego rodzicom. Dlatego, kiedy dzwonię w grudniu 1993 roku, nie wiedzą, że półtora roku wcześniej ich syn postrzelił uchodźcę. Myśleli, że to jakiś inny kolega Karlssona. Dlaczego nikt im nic nie powiedział? Tak, chłopak dalej koleguje się z Karlssonem, ale VAM? „Nie mieliśmy pojęcia…”. Matka Thulina mówi, że ktoś powinien przynajmniej dochodzić odszkodowania.

Biuro Bo Malmstena, szefa przedsiębiorstwa mieszkaniowego Östhammarshem, leży trzysta metrów od Sågargatan. Nic nie słyszał o żadnych strzałach, hitlerowskich pozdrowieniach, transparentach VAM czy pijanych skinheadach w ośrodku dla uchodźców. Z trudem łapie oddech: „Gdybym tylko wiedział… nie tolerowalibyśmy takiej hołoty”. Ale nie wiedział. To Urząd Imigracyjny otrzymywał od uchodźców, policji, pracowników terenowych ostrzeżenia przed Karlssonem. Szef ośrodka dla uchodźców, Trond Olsson pamięta jak przez mgłę, że miała miejsce jakaś strzelanina, ale jest zaskoczony, że z uchodźcami mieszkał poplecznik VAM.

Trond Olsson rzadko pojawia się wśród uchodźców, szczerze mówiąc, nie wie, w których blokach mieszkają. Mimo to jego zdziwienie nie jest zbyt wiarygodne. Nie trzeba nawet spędzić godziny wśród młodzieży z Gimo, by ktoś nie opowiedział historii, nie pokazał domu, nie opisał towarzystwa Karlssona. Członek VAM, mieszkający w ośrodku dla uchodźców, jest osobliwością nawet w Gimo.

– I co, pana zdaniem, powinienem zrobić? – pyta Olsson.

Mógłbym odpowiedzieć, ale nie uważam, by ktoś, kto pobiera dwadzieścia pięć tysięcy koron (około piętnaście tysięcy złotych) miesięcznie za zapewnianie uchodźcom „godnego i humanitarnego przyjęcia”, miał prawo do zadawania takich pytań. Może powinien zapytać swoich kolegów partyjnych. Z jakiegoś powodu większość szefów w Urzędzie Imigracyjnym to socjaldemokraci; wśród kwalifikacji Olssona i jego zastępców ta zasługa miała, zdaje się, największą wagę.

Wśród pięciuset uchodźców w Gimo jest dwudziestu siedmiu młodych mężczyzn w wieku od piętnastu do osiemnastu lat – wojna rozłączyła ich z rodziną. Większość pochodzi z byłej Jugosławii. Z jakiegoś powodu, którego nie rozumie opieka społeczna, Czerwony Krzyż ani społeczność Gimo, ulokowano ich razem w trzech mieszkaniach, bez towarzystwa dorosłych. Z równie niezrozumiałego powodu siedemnastoletni Faruk (uciekł z Kosowa przed służbą w serbskim wojsku) razem z pięcioma rówieśnikami zostali umieszczeni w kawalerce.

– Początkowo w lodówce było jedzenie, ale po kilku tygodniach już tylko piwo – opowiada urzędnik prowadzący jego sprawę.

Według zgodnych informacji Faruk był miły i uczynny na trzeźwo, lecz kompletnie nieobliczalny w stanie upojenia alkoholowego, w którym znajdował się praktycznie co wieczór. Dlatego Faruk – nazywany również szeryfem – bywa delegowany za każdym razem, gdy jest rozróba. Czasem tłucze Szwedów, czasem swoich rodaków. Cała młodzież w Gimo zna Faruka. Siedem zgłoszeń na policję o pobicie, liczne upomnienia ze strony pracowników terenowych i innych nie powodują żadnej reakcji Urzędu Imigracyjnego. (Przepraszam, była reakcja. Do dziś mieszkańcy Gimo ze wzburzeniem opowiadają, że ofiary Faruka przeniesiono do Norrlandii, a jego zostawiono w spokoju).

Trond Olsson: – Przecież dla nas nie był niebezpieczny.

Rikard Grönlund, jeden z trzech odpowiedzialnych za stosunki między mieszkańcami Gimo a uchodźcami: – Co uchodźcy robią poza moimi godzinami pracy? Guzik mnie to obchodzi!

Rikard Grönlund pracuje przez pięć dni w tygodniu od godziny 9.00 do 16.40. Do 1989 roku personel przebywał razem z uchodźcami. Ale potem wszyscy pracownicy przenieśli się do nowo zbudowanego biurowca za osadą i wkrótce Trond Olsson zdecydował o likwidacji dyżurów nocnych. „Niepotrzebne, za drogie”. Bo uchodźcy zawracali głowę Urzędowi byle czym: zadrapaniem dziecka, cieknącym kranem, przepaloną żarówką, słowem – chęcią pogadania, gdy noc się dłuży.

Kiedy mija 16.40 i pracownicy Urzędu Imigracyjnego opuszczają Gimo (większość zatrudnionych mieszka w innych miejscowościach), pozostaje pięciuset uchodźców w środku osady i blaszana skrzynka w odległości pięciuset metrów. W tej skrzynce znajduje się telefon z bezpośrednią linią do firmy ochroniarskiej Cubab (pięćdziesiąt kilometrów od Gimo, specjalizacja – ochrona transportów wartościowych, znają tylko szwedzki). W mieszkaniach uchodźców telefonów nie ma. Tak jest na co dzień, a w weekendy od piątkowego popołudnia do poniedziałku rano. W gminie nie ma pogotowia opieki społecznej – jedyny terenowy pracownik socjalny patroluje wieczorami obszar, rozciągający się na 1452 kilometry kwadratowe, który obejmuje jeszcze jeden duży ośrodek dla uchodźców w Österbybruk. Policja znajduje się w Tierp, pięćdziesiąt kilometrów od Gimo.

Wracajmy do Faruka. W ciągu dnia grzecznie pilnuje dzieci, wieczorami i pije, i wszczyna bójki. Dostał pierwszą odmowę azylu, jest już karany w Szwecji, nie ma więc nic do stracenia. To prawda, potrzebna mu pomoc, ale największej pomocy potrzebuje coraz bardziej kruchy spokój w osadzie. Od lata 1991 pracownik terenowy zgłasza coraz więcej bójek o podłożu etnicznym. Dlatego to, co zdarzyło się po 9 maja 1993, jest trudno zrozumieć.

Po pijackiej imprezie nad stawem grupa młodzieży z Gimo prowokuje rówieśniczą grupę uchodźców. Zostaje przywołany Faruk i w trakcie bijatyki dźga nożem w brzuch szwedzkiego nastolatka, w którego trzewiach w tym momencie znajdowało się siedem piw zwykłych i trzy lub cztery niskoprocentowe (brzuch Faruka wypełniony jest podobną treścią). Chłopak ląduje w szpitalu, a policja jeszcze tego samego dnia dowiaduje się, że to Faruk trzymał nóż. Nie zostaje jednak zatrzymany. Ani tego dnia, ani następnego. Za to pokazuje się we wsi, jak wieść niesie, wyzywająco radosny.

Trond Olsson nie widzi w tym nic nadzwyczajnego: – To sprawa policji, nie nasza. Miałem go przenieść? Naszą zasadą jest nie przesuwać problemów.

Dwie doby później o godzinie 3.30 nad ranem zgraja Szwedów pędzi do mieszkań uchodźców. Mężczyźni uzbrojeni w co popadnie walą w drzwi, wskakują na balkony, stukają w okna. Szukają Faruka, nawołują go po imieniu. Uchodźcy nie mogą wezwać policji – nie mają telefonów. Dopiero co ocalona rodzina z Sarajewa oraz samotna Somalijka z dwójką dzieci doznają załamania nerwowego.

Trond Olsson zaprzecza, jakoby cokolwiek wiedział o tym napadzie, zajście nie zostało zgłoszone na policji. Ale dlaczego w takim razie na następną noc Urząd Imigracyjny zamówił nadzór policyjny?

Niespełna dwa miesiące później odbywa się owo głośne dziś na cały kraj spotkanie, które czyni z Gimo czarny zaścianek Szwecji. Telewizja pokazuje między innymi, jak Trond Olsson ubolewa nad niedostatkiem humanizmu u mieszkańców Gimo czy – w innej migawce – jak łaja uchodźcę z Iranu, że jakiś inny uchodźca podeptał uczciwemu Szwedowi krzaczki ziemniaków. Najwyraźniej obowiązkiem tego Irańczyka jest pilnować, aby Albańczycy nie dźgali nożami Szwedów, Bośniacy zaniechali wkraczania na prywatne posesje, a Somalijczycy lepiej pakowali śmieci. Być może powinien również dopilnować, by w blokach uchodźców nie mieszkali naziści.

W żadnej z pięciu migawek nie pojawia się wzmianka o dramatycznych wydarzeniach poprzedzających ten wiec, dlatego też nieartykułowane wybuchy zebranych sprawiają wrażenie czystej, bezinteresownej ksenofobii. Żaden z telewizyjnych reporterów nie zadał sobie trudu, by zbadać, jak w ogóle doszło do tego zgromadzenia. Tylko pozornie inicjatywa wyszła od Urzędu Imigracyjnego. Pomysł i moment spotkania pochodził od zapalczywego młodego człowieka o wyraźnej skłonności do obarczania uchodźców winą za swoje nieszczęścia. Nazwijmy go Holm. To on namówił Olssona, żeby zwołał zebranie, i to on skrzyknął mieszkańców.

Kilka dni po zajściach z nożem do biura Tronda Olssona wkroczył ojciec poranionego przez Faruka nastolatka i rzucił na biurko zakrwawione części garderoby syna. Po czym zażądał odszkodowania. Oczywiście od Urzędu Imigracyjnego. „To przecież oni ściągają tu uchodźców”.

„Twoi uchodźcy zrobili sobie z mojego samochodu zjeżdżalnię” – słyszy Trond Olsson. Jakiś nauczyciel dzwoni i żąda, aby państwo pouczyło dwóch Bośniaków o ograniczeniach w prawie do korzystania z cudzego terenu, bo akurat stoją na jego działce. Olsson się broni – przecież pan profesor może sam im powiedzieć. Ale nic z tego. Uchodźcy nie są gminy, nie są mieszkańców Gimo, właściwie nawet nie Szwecji. Uchodźcy są Urzędu Imigracyjnego. Tak rozumuje większość mieszkańców Gimo i wielu innych miejsc. Absurdalnie, ale poniekąd logicznie. W żadnym momencie Urząd nie prosił nikogo o zgodę, nie odwoływał się do współczucia czy do tak często wspominanej solidarności. Przemawiał językiem władzy, o ile nie machał zwitkami banknotów.

Urząd Imigracyjny wkupił się w Gimo, proponując czynsz za setkę stojących pusto mieszkań oraz pracę dla bezrobotnych przedszkolanek. Poza tym nie było żadnych dyskusji ani wtedy, ani później. Czyli ani Urząd, ani gmina o nic mieszkańców Gimo nie pytały, a tym bardziej nie prosiły o pomoc. Teraz, gdy po ośmiu latach Gimo spontanicznie zabiera głos, mówi: „zbyt wielu”.

Oczywiście, obecność pięciuset obcych (głównie z dużych miast) w podupadłej osadzie fabrycznej powoduje egzystencjalny ból głowy. Tutaj trzeba było dziesięcioleci, by imigrantów z Finlandii przestano wyzywać od pajaców (finnpajsare albo finnkoling). Niezbyt przyjemne, ale ludzkie. Urząd Imigracyjny zakłada jednak, że nikomu nie trzeba przemawiać do serca, że wystarczy apelować do ich rozsądku; że zwyczaje są po to, by je ujednolicać, a różnice, by je niwelować. A jakby tak zrobić ośrodek na sto dwadzieścia tysięcy uchodźców w centrum Sztokholmu? Odpowiadałoby to pięciuset osobom w Gimo.

Tutaj pięciuset obcych to już tłum. „Kiedy chcę być traktowany jak człowiek, jadę do Uppsali”, mówią w ośrodku. Tylko Urząd Imigracyjny nie widzi problemu. Może dlatego że nikt tam nie uważa, by zajmował się ludźmi.

Są uchodźcy, którzy mieszkają w Gimo od trzech lat. Trond Olsson spotykał ich dziesiątki razy, ale nie pamięta, jak się nazywają:

– Nie przywiązuję wagi do imion.

Nie ma więc zasadniczej różnicy między antropologią Olssona i zorganizowanych ksenofobów. Chodzi o „innych”.

– Nie sprzątamy tak dokładnie po tych, co się wyprowadzają, więc nowi mogą sobie wybrać poziom brudu.

Albo: – Najlepiej byłoby umieścić ich w koszarach, za drutem kolczastym, to byłby z nimi porządek, ha, ha.

– To oczywiście żart – dodaje Olsson na widok magnetofonu.

Gary Fredriksson ma szczęście. Gdyby dziennikarz Rapport przystawił mu kamerę do twarzy i dał dziesięć sekund, prawdopodobnie zabrzmiałby jak pozostali. Na przykład jak Sigrid Wahlund. Była tak wdzięcznym przypadkiem, że zarówno w Rapport, jak i w TV4 pojawiały się powtórki jej sądów na temat Afrykanów oraz wybuchu, jak to imigranci nie chcą sprzątać. Niektórzy z nich nawet nie znają się na zegarku! – wytykała Wahlund. Szczególnie obciążającą dla niej okoliczność stanowiła flaga na jej balkonie. Mianowicie była to flaga szwedzka, więc kamerzysta poprosił, by stanęła przy niej, dając upust swoim uczuciom.

Prezentując przypadek Sigrid Wahlund, Rapport przeoczył dwa szczegóły. Że wśród Szwedów była jedną z nielicznych, których drzwi stały otworem przed rodzinami uchodźców (dzieci, również czarne, mówią o niej „Babcia”) oraz że znana jest z tego, iż mówi, co myśli: „Mój drogi, jak ty strasznie wyglądasz, coś ty zrobił z włosami?”.

„To już nie jest Szwecja” – stwierdził Gary Fredriksson któregoś dnia (ponad rok temu), zabrał żonę i dzieci i wyprowadził się z ulicy Sågargatan. „Rozumiem go – mówi jego serbski sąsiad. – Ja miałem dosyć po dwóch latach, on tam mieszkał chyba z dziesięć”.

Przypadek Fredrikssona nie jest może typowy. Pracuje w systemie zmianowym w Sandvik i był jednym z ostatnich Szwedów w blokach uchodźców. Ludzie przychodzili do niego, a on pomagał praktycznie we wszystkim. Z jego telefonu można było zadzwonić do Teheranu lub Montevideo, jego żona podwiozła nocą chorego uchodźcę do lekarza. Gary prowadził spotkania informacyjne dla nowo przybyłych, oprowadzał ich po terenie. „Takie rzeczy trzeba twarzą w twarz, kserokopią nikogo się nie nauczy”. Nie, Fredriksson nie jest społecznikiem, robi to, co uważa, że musi.

Do lata 1991 roku wszystko było dobrze. Jesienią Fredriksson nie mógł spać. Do mieszkania za ścianą wprowadziło się siedmiu jugosłowiańskich nastolatków bez towarzystwa dorosłych. „Jak się ich prosiło, by ściszyli muzykę, to tylko się śmiali”. A Gary o piątej musiał wstawać do pracy. W Urzędzie Imigracyjnym nikt nie chciał go słuchać, a Trond Olsson sugerował, że Fredriksson chyba nie lubi uchodźców i że od tej pory mogą sobie radzić bez niego.

Tak, Trond Olsson ma jakieś mgliste wspomnienie, że był „ktoś wyjątkowo arogancki wobec Urzędu” i że on, Olsson, zdrowo temu komuś wygarnął. Gary również pamięta. „Potraktowali człowieka jak gówno. Facet powiedział, że jego zajęciem jest dostarczyć uchodźców do mieszkania, a później, kurwa, niech sobie radzą sami”. Jakiś czas potem syn Fredrikssona, nastolatek, został pobity przez Faruka. Teraz Fredrikssonowie mieszkają z dala od ośrodka, dziewczyna syna, Libanka, wyprowadziła się z Gimo, a Gary odrzuca wszelkie propozycje „współpracy przy przyjmowaniu uchodźców”. I nie ugnie się, dopóki ten cały Olsson pozostaje w Gimo. Jeszcze jedno: Gary nie cierpi obecnie ludzi, którzy radzą mieszkańcom Gimo, by wzięli się w garść i przestali być takimi ksenofobami.

Milena z Serbii nie mieszka już w Gimo, przeprowadziła się do Uppsali. W oknie ma świece adwentowe i miniaturową flagę szwedzką w doniczce z pelargonią.

– Nie wyznaję się na Szwedach – mówi. – Mają takie niewyraźne zasady.

Z mężem Chorwatem (pobrali się w Sarajewie) spędzili w Gimo dwadzieścia miesięcy. Wyprowadzili się z wielką ulgą, bo nieraz się zdarzało, że rozeźleni Albańczycy wylewali na nich uczucia, które żywili do Miloševicia. Teraz są traktowani jak ludzie. A jacy byli Szwedzi? Mili, ale nieobecni duchem. Raz ktoś splunął na ulicę, gdy spytała o godzinę. Prosi, bym od nich pozdrowił Gary’ego Fredrikssona.

Dave z Somalii musi mieszkać w Gimo. Jest bardzo samotny. Na temat Gimo ma swoją teorię. W nowoczesnych społeczeństwach, mówi, ludzie nie potrzebują siebie nawzajem do szczęścia. Od tamtego napadu na uchodźców w środku nocy nie wychodzi wieczorami z domu. Trafił do zgromadzenia religijnego w Uppsali i jeździ tam, jak tylko ma na to pieniądze. Dni są puste, z nauki szwedzkiego zrezygnował, kiedy policja zabrała jego przyjaciela w środku lekcji. „Nie zdążył się nawet pożegnać”. (Policja odeszła od wcześniejszej praktyki i coraz częściej zabiera uchodźców bez uprzedzenia). Nikt go nigdy nie zaczepiał na ulicy, ale bardzo się przejął, gdy jego współlokatorzy z Algierii, Palestyny i Iraku nie chcieli mieszkać z czarnoskórym.

– Powiedziałem, że się nie przeprowadzę, potem się przyzwyczaili.

W Café Black & White w Gimo siedzą smutni Kurdowie i oglądają tureckie wiadomości. W sąsiednim pomieszczeniu dwudziestu młodych ludzi, przedstawicieli dziesięciu nacji, zepsutym kijem gra w bilard, nieco dalej trzydziestka ciemnoskórych chłopaków stoi w kolejce do dwóch stołów pingpongowych. Między tym wszystkim odbywa się sprzedaż pomidorów i używanej odzieży. Jedynym Szwedem jest Norweg z Ekumenicznej Grupy Pomocy Uchodźcom w Uppsali. Nieznani sprawcy wrzucają więc od czasu do czasu butelkę z benzyną bez obawy osmalenia członka własnej rasy.

Nie tak, rzecz jasna, miało być. Gdy w 1992 roku otwierano kawiarnię, było to z nadzieją na mieszanie się kultur, pojednanie młodzieży i rychłe nastanie pokoju. Piękna myśl i być może jedyna naprawdę obiecująca szansa, by zapanować nad narastającym mentalnym apartheidem. Niestety, Urzędowi Imigracyjnemu oraz gminie trochę się spieszyło i nie zdążyli tak do końca przekonać młodzieży z Gimo (której wcześniej obiecano dom kultury), że tu właśnie najchętniej chciałaby spędzać swój wolny czas. No i jeszcze te zasady.

Dorośli uchodźcy grają przy większym stole i uważają, że miejsce młodzieży jest przy mniejszym. Młodym z Gimo to się nie podoba. Po pierwsze, ten duży stół jest ich – to znaczy gminy, a nie Urzędu Imigracyjnego – po drugie, są młodzi i z tego powodu mają prawo do dużych stołów. I czy musi tu być tylu staruchów? Dorośli uchodźcy palą w oczekiwaniu na wydalenie (osiemdziesiąt procent z nich ma znikome szanse pozostania w Szwecji). Przez jakiś czas rozważano postawienie ścianki między młodzieżą a palaczami, ale Urząd Imigracyjny nagle ujrzał dno w kasie, a równocześnie ci dwaj Rumuni, tacy świetni stolarze, zostali wydaleni. Pojawiają się zdania, że konieczność oglądania policjantów przetrząsających kafejkę w poszukiwaniu kogoś do wydalenia nie wpływa dobrze na młodsze dzieci. I jeszcze te nastolatki. Z nadmierną ciekawością gromadzą się wokół tych fascynujących chłopaków o męskim wyglądzie, od których nie czuć traktorem.

Niestety, nie ma komu przekonać młodych Jugosłowian, którzy od miesięcy czy lat nie pieścili kobiety, że trzynastolatka umalowana jak Madonna nie ma nic szczególnego na myśli. Przybywają z wojny i tylko jednym uchem słuchają pani świetliczanki.

Niełatwe problemy, przyznaję. Ale może nie do końca niemożliwe do rozwiązania, gdyby znalazło się wynagrodzenie dla paru mężczyzn z autorytetem, wyobraźnią i odrobiną doświadczenia. Coraz bardziej zrozpaczeni rodzice z ochotniczych patroli „Dorośli na wsi”[3], jedynego (prawdopodobnie) ruchu obywatelskiego, wolny czas spędzają w kafejce. Może tu postawić ścianę? „Rysujcie sobie, co chcecie, i tak my decydujemy” – słyszą pięćdziesięcioletnie matki od zawsze równie dyplomatycznych trzydziestolatków z Urzędu Imigracyjnego. Czyli decyduje Rikard Grönlund, ale ani on, ani nikt inny spośród dwudziestu czterech zatrudnionych nie ma czasu ani ochoty na przebywanie w kafejce. I kiedy jeszcze kilka razy obrażą rodziców z Gimo, ci ostatni, młodzież z Gimo oraz gminny wydział sportu i rekreacji wycofają się z lokalu. Kafejka stanie się lokalem dla uchodźców, miejscem do wrzucania butelek z benzyną.

Czy Urzędu nie stać na jakiegoś postawnego Szweda w Black & White? Owszem, ale są pilniejsze zadania. Jesienią personel został powiększony o konsultanta do spraw promocji zdrowia; jego zadaniem jest nauczyć pracowników, jak mają trawić pokarmy i chodzić na spacery. „Od pewnego czasu zdrowie personelu ma wysoki priorytet w ośrodku w Gimo” – czytam w gazetce pracowniczej Urzędu.

Priorytety. W gabinecie Tronda Olssona próbuję sobie przypomnieć, gdzie już wcześniej widziałem te książęce meble. Ach, racja, to było u najważniejszej osoby w gminie – szefa Sandvik Coromant. Dyrektor fabryki sprawił sobie meble w złotych latach osiemdziesiątych i wybrał dyskretny szary kolor. W 1992 roku szef od uchodźców przebił go najdroższym wariantem: „Eleganz und Autorität. Chefarbeitsplatz in Leder und klasssichen Mahogni” – czytam potem w trójęzycznym katalogu. Później niezbyt elegancko wyliczyłem, że te pięćdziesiąt trzy tysiące koron (około dwudziestu tysięcy złotych), które kosztowało wyposażenie miejsca pracy Olssona w siedzenie i lampę, odpowiada stawce żywieniowej dla ośmiuset osiemdziesięciu uchodźców. Czy można więc się dziwić, że płaci on osobie prywatnej trzysta osiemnaście tysięcy koron rocznego czynszu za kafejkę, która wygląda jak magazyn, a potem twierdzi, że nie stać go na personel? Mieszkańcy Gimo uważają, że uchodźcy dużo kosztują państwo, ale czy wiedzą, że Urząd Imigracyjny za swoje biuro w ich osadzie płaci 2,38 miliona koron, 1790 koron za metr kwadratowy? Czynsz za miejsce pracy dla dwudziestu pięciu urzędników jest równy sumie czynszów za mieszkania dla dwustu czterdziestu czterech uchodźców. Ludzie w Gimo mogą wybrać, czy mają płakać czy może śmiać się. To mianowicie komunalne przedsiębiorstwo mieszkaniowe Östhammarshem kasuje ten bajoński czynsz. Oczywiście, przyjmowanie szukających ochrony jest dla państwa wydatkiem, ale ile kosztuje utrzymanie zajmującego się nimi urzędu?

– Niech pan spojrzy na tę osadę! Tu nic dla nas nie ma! – Anders Holm prawie skacze z podniecenia. Mężczyzna, który namówił Tronda Olssona do zwołania owego nieszczęsnego zebrania i który w Rapport brzmiał najagresywniej ze wszystkich, cały czas jest oburzony. Na uchodźców, na to, że nikt go nie słucha, że stracił pracę. Rozmawiamy kilka godzin, ale nie udaje mi się zrozumieć, co go wprawiło w taki nastrój.

– Tu nic dla nas nie ma – mówi.

A co miałoby być? Nie jest już nastolatkiem, ma dzieci, rodzinę i chyba nie może brakować mu świetlicy. Zaczynam podejrzewać, że to, za czym tęskni najbardziej, to być może utracona albo nigdy niedoświadczona wspólnota.

Pamiętam, jak było mi nieswojo po meczu hokejowym w tutejszej hali. Porażka miejscowej drużyny, ani jednego oklasku. Po dwóch minutach publiczność jakby zapadła się pod ziemię. A po rynku spacerują rodziny uchodźców, nieśpiesznie, gawędząc ze sobą jak u Czechowa.

Po siedmiu latach działalności ośrodka dla uchodźców w Gimo Urząd Imigracyjny wysłał do stu dziewięćdziesięciu związków i organizacji społecznych w okolicy zaproszenie do współpracy (z centrali przyszła nowa dyrektywa). Nadeszły trzy odpowiedzi: z Klubu Golfowego, Chrześcijańskiego Związku Misyjnego[4] i Czerwonego Krzyża. (Logiczne, akurat te trzy organizacje nie korzystają z dotacji, co znaczy, że żyją i działają, podczas gdy hołubiony robotniczy ruch abstynencki „Verdandi” – słyszę w urzędzie gminy – bezwstydnie ubiega się o dotację na działalność młodzieżową, która istnieje jedynie na papierze).

Związek Misyjny, Czerwony Krzyż, Klub Golfowy i „Dorośli na wsi”. To najwyraźniej cały ruch obywatelski Gimo. Ale nie dane im jest wypowiedzieć się w Rapport – może poniedziałkowa kawa dla uchodźców w Domu Misyjnym za bardzo trąci myszką. Czytam, że dom kultury musi skrócić godziny otwarcia, bo nie ma dotacji. W okolicy, gdzie mieszka tysiąc dziewięćset bezrobotnych i tysiące emerytowanych robotników, nie ma komu trzymać kluczy.

Na seminarium na temat uchodźców, które Urząd Imigracyjny organizuje dla gminnych samorządowców, przychodzi co drugi socjaldemokrata, za to wszyscy reprezentanci ksenofobicznej Nowej Demokracji. Kiedy Trond Olsson krytykuje mieszkańców Gimo, iż oczekują, że to on będzie upominał uchodźców, depczących czyjś trawnik, przewodniczący Rady Gminy zauważa, że tutejsi siebie nawzajem też nie upominają, a gdy sąsiad zaparkuje o dziesięć centymetrów za blisko, dzwonią na policję.

Oczywiście przesadza. Ale myślę sobie, że można wybuch gniewu mieszkańców Gimo, ich z pozoru niedorzeczną złość na uchodźców („czemu muszą zawsze chodzić w grupach, czemu pozwalają swoim dzieciom być wieczorem poza domem”) odczytać jako pełne desperacji poszukiwanie własnej wspólnoty. To nie uchodźcy sprowadzili do Gimo wyobcowanie, było tu od dawna, w dziurach po tej przynależności, którą przez lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte i osiemdziesiąte niszczyła odgórnie sterowana modernizacja lokalnego przemysłu. Jednak dopiero z pojawieniem się uchodźców ów brak stał się widoczny, oczywisty i nie do wytrzymania. Uchodźcy nadali jedynie tej udręce imię i adres: Sågargatan. Swoją liczbą podnieśli poziom egzystencjalnego stresu w tej niewielkiej społeczności. Dopiero wtedy mieszkańcy Gimo odkryli, jak bardzo boją się siebie nawzajem i jacy są samotni. Jak niewiele społeczeństwa pozostało w tak kiedyś dumnej osadzie – tak mało, że wystarczy pięciu zadeklarowanych rasistów i piętnaścioro krzykaczy, żeby wyprowadzić ją z równowagi.

Ach, cóż za nieporozumienie! Mieszkańcy Gimo postrzegali Urząd Imigracyjny tak, jak w ogóle szwedzkie władze chcą być odbierane – powaga, kompetencja, odpowiedzialność. W ich skardze słychać uzasadnioną tęsknotę za demokratycznym autorytetem, który w ich imieniu zaprowadzi porządek. Czyż nie powiedziano nam, że pijaczkowie są w gestii opieki społecznej, dziatki szkoły, a uchodźcy urzędu? Tak trudno jest przyjąć do wiadomości to, co widać gołym okiem: władzę bez autorytetu, pewność siebie bez kompetencji, moralizatorstwo bez moralności, symbole potencji bez męskości, rozrzutność bez odpowiedzialności.

Urząd Imigracyjny w Gimo, Centralskolan w Heby, komisje, komitety i środki zaradcze. I ta hipokryzja: ten sam urząd, który bez mrugnięcia okiem wydala samotnego trzylatka do Sarajewa, krytykuje potem niewyspanego Fredrikssona za brak humanitaryzmu.

Do auli Liceum Technicznego przyszło ze dwieście osób. Jest 5 grudnia 1993 roku, Szwecja i Gimo mobilizują się przeciwko rasizmowi i nienawiści. Pastor mądrze i pięknie mówi o zrozumieniu i szacunku. Kapela rozpoczyna występ przeprosinami, że w repertuarze ma tylko szwedzką muzykę ludową, z czego nie wynika, że mają coś przeciwko muzyce innych czy – uchowaj Boże – innym muzykantom. Jest nawet szef ośrodka, wzywa „nas, Szwedów”, byśmy okazali uchodźcom więcej zainteresowania: „Nawiązujcie kontakt, zapraszajcie do domu!”.

Łagodny duch życzliwego porozumienia ogarnia zgromadzonych. „Zapoznawajcie się z nimi” – mówi Trond Olsson. Ludzie kiwają głowami, potakują. Dzieci bawią się na podłodze, ksiądz uśmiecha się łagodnie. Gary’ego Fredrikssona nie ma. Ani nikogo z uchodźców. Zapomniano ich zaprosić.

luty 1994

PS. Ośrodek dla uchodźców w Gimo zlikwidowano w 2004 roku.

Trond Olsson nadal pracuje w Urzędzie Imigracyjnym – w Sztokholmie. Nie opiekuje się już uchodźcami, awansował na dyrektora Biura do spraw Bezpieczeństwa.

Tłumaczył:  Wojciech Chudoba


Reportaż pochodzi z książki Macieja Zaremby Polski hydraulik i inne opowieści ze Szwecji, która ukazała się nakładem wydawnictwa Czarne.


[1] „Laserman” – John W.A. Ausonius, ur. 1953. W latach 1991–92 dokonał przy użyciu rewolweru oraz karabinu z celownikiem laserowym jedenastu zamachów na osoby o nienordyckim wyglądzie. Jedna z ofiar zginęła, inne doznały poważnych obrażeń. W 1993 roku Ausonius został skazany na dożywotnie więzienie.

[2] VAM –Vit Ariskt Motstånd(Biały Aryjski Opór) zrzeszenie narodowo-socjalistyczne wzorowane na amerykańskim WAR (White Aryan Resistance).

[3] „Dorośli na wsi”/„Dorośli w mieście” – ochotnicze patrole dorosłych, mające na celu zapobieganie nocnym bójkom wśród młodzieży.

[4] Chrześcijański Związek Misyjny – odłam Kościoła luterańskiego w Szwecji.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata