70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Piszę dla przygody i uniesienia

Historie opowiadają się przez postaci, nie wydarzenia. Ważny jest też ton, jak w muzyce, to musi brzmieć. A ton to już jest sprawa talentu. Tonu się nie nauczymy.

Jakie jest fundamentalne pytanie, na które literatura powinna udzielić odpowiedzi? 

Jest Bóg czy Go nie ma? Sami jesteśmy we wszechświecie czy ktoś nam towarzyszy? Nasze istnienie jest czyimś zamiarem czy przypadkiem? Śmierć zamyka coś na zawsze czy może otwiera – jak to bywa z drzwiami, jedne się zamykają, inne otwierają? Czym jest przestrzeń, pustka, wieczność? Krótko mówiąc, najbardziej elementarne pytania, na które przyzwoita literatura powinna próbować odpowiadać, tym bardziej że nauka, filozofia i religie dały już sobie z tym spokój. Co do siebie, mam stuprocentową pewność, że swoją twórczością nie rozsupłam tajemnicy istnienia. Od czasu do czasu jednak próbuję. Dla zasady. Naturalnie nie mówię sobie, że teraz napiszę opowiadanie lub powieść metafizyczną, bo to pierwszy krok do katastrofy. Mówię sobie: teraz opowiem następującą historię. Będzie miała wymiar metafizyczny, to dobrze, nie będzie miała, trudno. Bliskie mi przykłady twórczości metafizycznej prezentuje Jarosław Iwaszkiewicz, głównie w opowiadaniach. Gdy po raz pierwszy przeczytałem Panny z Wilka, miałem wrażenie obcowania z twórczością nie z tego świata. To najwyższa szkoła literackiej jazdy. 

Ale tajemnica i zagadkowość wyróżniają także Pana twórczość. Kiedy czytam opowiadania zamieszczone w Wyspie – nie wiem, co jest rzeczywistością, a co marą. W Dziewczynce z hotelu Excelsior jest wiele tego rodzaju niedopowiedzeń. Czy to jest celowy zabieg? 

Dobrze, jeśli są niedopowiedzenia, bo to zwiększa możliwości interpretacji, ale trzeba też uważać, żeby jakieś historii nie utopić, to znaczy, aby jedno niedopowiedzenie nie nakładało się na kolejne, żeby z tego nie wyszło jedno wielkie niedopowiedzenie. Żadna z historii opowiedzianych w zbiorze Wyspa, włącznie z może najmniej tajemniczą samą Wyspą, nie mogłaby się wydarzyć w rzeczywistości. One są w tym sensie nierzeczywiste i nieprawdziwe, ale one są równocześnie prawdziwe i rzeczywiste dlatego, że ich bohaterowie są prawdziwi. Nieszczęsny księgowy z Dziewczynki z hotelu Excelsior zachowuje się tak, jak gdyby ta dziewczynka naprawdę istniała, a nie wiemy, czy tak jest w istocie – czy ona nie jest wytworem jego imaginacji, czy jest rzeczywistą nimfetką, czy też jakimś bytem nie z tego świata.

Czy uważa Pan, że każdy z nas ma swoją rzeczywistość, żyje w świecie własnej fantazji, który może, choć niekoniecznie musi pokrywać się ze światami innych? 

Myślę, że tak. Każdemu z nas zdarza się widzieć coś, rozmawiać z kimś lub obserwować jakąś sytuację, co do której nie jest pewien, czy naprawdę zaistniała lub istnieje, i to nie musi być objaw schizofrenii albo alkoholowego upojenia. Moje opowiadania są o tym, że nieważne jest to, co nas otacza, ważni jesteśmy my sami. Moje postaci są na serio, z krwi i kości. Natomiast ich otoczenie jest względne, wątpliwe, nierzeczywiste, pozorne, jak jeden z bohaterów opowiadania Jak granit, który nie umarł, bo w istocie nigdy nie istniał, odziany w ludzką powłokę, podszywający się pod człowieka.

 Czyli są według Pana ludzie, którzy żyją, ale nie mają duszy? 

Naturalnie. Pozornie nic im nie brak. Bywają atrakcyjni, wygadani, sprawni intelektualnie, zdarza im się decydować o losach innych. Ale to zombies. Mówię serio. Wydrążeni do samego spodu, jak tykwy. Tylko materia.

O człowieczeństwie nie rozstrzyga status prawny, ale duchowość. A duchowość to cały pakiet uczuć wyższych, z których decydująca, jak sądzę, jest zdolność do współodczuwania. Wydaje mi się to sprawą o tyle fundamentalną, że rozstrzyga o tym, czy przeminiemy ostatecznie czy nie. Mówiąc najkrócej: czy wyzwolimy się z pułapki materii czy nas ona pochłonie.

Czy literatura ma tu do spełnienia jakieś zadanie? 

Może to uświadomić. Nie zmienić, lecz uświadomić. Czy to jakaś pociecha? Żadna, ale literatura, przykro to stwierdzić, nie jest od pocieszania.

 Porozmawiajmy o twórczości. Co Pana inspiruje twórczo? 

Moja sytuacja jest szczególna, bo ja nie jestem pisarzem, który potrafi i chce pisać rzeczy pozafabularne. Fabuła jest warunkiem sine qua non mojej twórczości. Ale to nie jest dobry pomysł na pisanie, bo z fabułami jest trudno. Trudno jest wymyślić dobrą historię.

 Jak Pan wymyśla swoje historie? Czy to jest czysta fikcja czy czerpie je Pan z życia? 

Historie głównie wymyślam i dlatego publikuję tak rzadko. Zamknięta historia z początkiem, zakończeniem i środkiem nie jest sprawą prostą. Choć sam impuls pochodzi od rzeczywistości. Coś nas porusza, wzrusza, zachwyca albo otrzymujemy od losu jakąś historię, więc „zżynamy” z życia. Tak było w wypadku Stankiewicza – ta inspiracja była wówczas potężna. Historię ułożyłem na kanwie opowieści mojego dziadka, dzięki której miałem już zalążek postaci.

Czasem jednak te inspiracje są bardzo wątłe, wówczas musimy polegać na własnej wyobraźni. Życie nie stworzyło mi żadnej historii od początku do końca, ale dostarczało zdarzeń, z których je tkałem. To czasami mogą być rzeczy bardzo odległe od zamkniętej historii fabularnej, na przykład podróż. Nic nie jest tak bardzo inspirujące literacko jak podróż.

Dlaczego? Czy dlatego, że wiąże się ze zmianą klimatu, otoczenia, kultury? 

Myślę, że to wszystko razem plus świadomość wyłączenia się z życia na jakiś czas, oglądanie teatru. W czasie podróży nic od nas nie zależy. Jesteśmy bierni, obserwujemy, nasłuchujemy, chłoniemy. Rzeczywistość przesuwa się przed naszymi oczami jak film.

Dwadzieścia lat temu płynąłem Wołgą, w dół i w górę rzeki. Efektem tej podróży stała się mikropowieść Człowiek w cieniu, pod względem literackim najlepsza rzecz, jaka mi się przydarzyła, choć nie będę się upierał, że najefektowniejsza. Nic, co zdarzyło się w powieści, nie zdarzyło mi się osobiście i na odwrót, ale nastrój tej podróży, jej nadaremność, zapowiedzi zdarzeń, bezmiar pejzażu, cienie oglądanych ludzi, męcząca niezmienność, która towarzyszy takiemu rejsowi, znalazły się w książce. Sam bym tego nie wymyślił. Żałuję, ale nie. 

Nie jest więc tak, że czuje Pan nagły przypływ weny, zasiada przed kartką, bierze pióro i zaczernia strony? 

Nie, zupełnie nie. I to nie jest dobre, bo ogranicza.

A więc najpierw jest zamysł, kompozycja. A jak dalece kontroluje Pan akt twórczy? 

W pewnym momencie nasi bohaterowie i historia, którą opowiadamy, trochę się emancypują. Oczywiście to nie jest tak, że ona dzieje się niezależnie od nas, bo wtedy przestajemy być jej autorami. Z pewnymi decyzjami swoich bohaterów możemy się nie zgadzać, na tym zresztą polega istota literatury, że ukazujemy postaci, z którymi się czasem głęboko nie zgadzamy, ale niektórych decyzji bohaterów możemy wręcz nie rozumieć. Mamy do tego prawo. Do dzisiaj nie rozumiem, i na pewno już nigdy nie zrozumiem, dlaczego w Warunku kapitan Rangułt zastrzelił Rudzkiego. Co o tym przesądziło? W jakim sensie mu było potrzebne dopuszczenie się bezsensownej zbrodni, której ja, jako twórca, nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć?

Wydarzanie się sytuacji, które zaskakują samego autora, to chyba jeden z najciekawszych aspektów twórczości? 

Tak. Sądzę, że jeśli mamy do czynienia z prawdziwą twórczością, kiedy opowiadamy wymyśloną, ale jednocześnie wiarygodną, logiczną, więc prawdziwą historię, powinny wydarzać się sytuacje, których do końca nie rozumiemy. Nie dajmy się jednak zwariować. Kiedy autor mówi, że w pewnym momencie rzecz zaczęła mu się sama opowiadać, to nie jest dobrym pisarzem.

 Jak odbiera Pan świat? 

Jestem sensualistą. Zmysły mają dla mnie pierwszorzędne znaczenie. Wszystkie. W młodości zaś najważniejsze były emocje. Teraz już nie, ale to nie dlatego, że się zmieniłem, po prostu się zestarzałem, to kwestia wieku. Nie mam już siły na emocje.

 Debiutował Pan późno, mając blisko czterdzieści lat. 

Zgadza się, miałem dokładnie trzydzieści dziewięć lat, kiedy zadebiutowałem, choć napisałem Stankiewicza, mając lat trzydzieści sześć. To dobry wiek, dla prozaika optymalny. Nie jest dobrze zacząć ani za wcześnie, ani za późno. Okres między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia jest dobry, choć dla poety to chyba odrobinę za późno. Ale poezja ze swej natury jest trochę młodzieńcza.

Czy uważa się Pan za pisarza obdarzonego talentem? 

Tak. Narratorskim.

 Po co Pan pisze? Dla kogo? 

Kiedy debiutowałem ćwierć wieku temu, na podobne pytania odpowiadałem, że dla przygody. Nie unieważniam tej odpowiedzi, ale teraz dodaję do niej, że dla uniesienia. Z moich doświadczeń ponadsześćdziesięcioletniego, w miarę zdrowego i normalnego mężczyzny mogę stwierdzić, że żadne pieniądze, żadna przyjaźń, podróż, romans nie dają tej satysfakcji, jaką daje twórczość, za którą od początku do końca odpowiadamy, niezależnie od oceny innych. I mówi to Pani człowiek skrajnie nieufny wobec wszelkiego rodzaju iluminacji i wyjątkowo nieodporny na mozół i nudę tworzenia. Jeżeli chce się dobrze napisać trzystustronicową powieść, to trzeba zasuwać przez rok po dwie, trzy godziny dziennie. Nie ma skrótów. Nie ma zmiłuj. To jest heblowanie stołu.

Jak ważne jest rzemiosło? 

Trzeba odrobić zadanie domowe. Pewnych rzeczy trzeba się nauczyć, niezależnie od iskry Bożej. Opowiadanie rządzi się swoimi zasadami, trzeba umieć stworzyć sensownego bohatera. To nie musi być ktoś miły, dobry, otwarty czy wyrozumiały, ale musi być interesujący, na tyle, aby nas samych zainteresował. To bardzo ważne, bo bez dobrego bohatera nic nie wyjdzie. Historie opowiadają się przez postaci, nie wydarzenia. Ważny jest też ton, jak w muzyce, to musi brzmieć. A ton to już jest sprawa talentu. Tonu się nie nauczymy. Odradzałbym natomiast – co jest zresztą utrapieniem polskiej prozy, jak twierdzi Tadeusz Nyczek, a pod czym ja się podpisuję – pisanie w pierwszej osobie. Młody debiutant pisze, co zrobił, co zjadł, co widział, z kim się przespał i gdzie potem poszedł. A kogo to interesuje? Pisanie o sobie ma sens tylko wtedy, gdy mamy ku temu jakiś powód. Powiedzmy sobie uczciwie, że najczęściej go nie mamy.

 Jaka jest Pana metoda pracy? Jak powstają zdania, a potem historie? 

Najpierw muszę mieć zrąb jakieś historii, potem piszę pierwszą wersję piórem, następne na komputerze i poprawiam.

 Skoro wcześniej powiedział Pan, że pisze głównie dla siebie, dla chwil iluminacji, to po co Pan publikuje?

Skoro człowiek się tak namordował, to dlaczego nie podzielić się tym z innymi? Uważam, że pisanie do szuflady jest bez sensu. Gdybym żył na bezludnej wyspie, to pewnie bym tego nie robił. A poza wszystkim, próżność, proszę Pani, próżność. Mimo upływu lat nie potrafię się z niej wyzwolić. Natomiast rozumiem pisarzy, którzy tworzą wyłącznie dla pieniędzy, podziwiam tych, którzy potrafią się z tego utrzymać. Ja nie żyję z literatury.

 A czy literatura nie powinna mieć misji, przyświecać wyższym wartościom? 

Jest pewien rodzaj literatury misyjnej, wymierzającej światu sprawiedliwość.

 Czy to jest cecha literatury jako takiej, czy niekoniecznie? 

Niech Bóg broni, żeby wszyscy pisarze wymierzali światu sprawiedliwość. To by było koszmarne. Mam nadzieję, że nigdy tego nie dożyjemy. Proszę sobie wyobrazić, że w Polsce, gdzie jest kilka tysięcy pisarzy, każdy wymierza swoją sprawiedliwość. To by było nie do zniesienia.

 Trzeba mieć do tego prawo moralne? 

Tak, co oznacza, że samemu trzeba być sprawiedliwym. Ja u siebie tego nie widzę. Odmawiam sobie tego prawa z różnych względów. Poza tym musi być jakiś literacki powód, dla którego się to czyni. Mogę wymienić bardzo mi bliskich pisarzy z literatury światowej, którzy wymierzali sprawiedliwość i robili to dobrze – chociażby Albert Camus w Dżumie, gdy miał odwagę powiedzieć: „Jestem waszym sędzią”.

 A niepoprawność polityczna, odwaga? 

Tak, do posiadania i głoszenia niekoniecznie popularnych poglądów, do wykładania ich w literaturze i poza nią. Pisarz tchórzliwy, asekuracyjny, który uważa, że o czymś nie napisze, bo to się może nie spodobać tej czy innej koterii, nie ma co w ogóle zawracać sobie głowy literaturą. Do wymierzania sprawiedliwości, oprócz wymienionych rzeczy, potrzebne jest jeszcze stworzenie wielkiego dzieła, to wszystko musi być ze sobą zgrane.

Czy to jest ta literatura najwyższej próby, najcenniejsza? 

Nie wiem, czy najwyższej próby, ale wiem, że teraz w Polsce, kiedy nie bardzo wiemy, gdzie przód, gdzie tył, by się przydała. Opowiadałem o tym w wielu wywiadach, że gdyby komuś udało się napisać współczesne Przedwiośnie, to odniósłby sukces nie tylko artystyczny. Na marginesie, w Polsce, wbrew temu, co twierdzą krytycy, pisze się dużo dobrych książek, poezję miewamy nawet wręcz wybitną. Natomiast brakuje książek ważnych, od których coś zależy w życiu społeczeństwa. Brakuje dzieł o wielkim wymiarze moralnym i uniwersalnym, ponad potrzeby chwili czy rozmaite racje stanu.

 Czy uważa Pan, że osiągnął sukces literacki? 

Tak, zdecydowanie. Jak na moje możliwości. Bo wiem, ile znaczę w literaturze i co potrafię, a czego nie. Wiem też, czego nigdy nie będę potrafił, choćbym nie wiem jak się starał. Odnoszę czasem wrażenie, że osiągnąłem sukces ponad swoje możliwości, ponad swoje zasługi. Sukcesem jest też dla mnie poczucie, że komuś moje pisanie jest potrzebne.

Znał Pan swój klucz do sukcesu. Czy to był przypadek? 

Myślę, że nikt nie zna swojego klucza do sukcesu, gdyby tak było, każdy by go osiągnął. To jest wypadkowa wielu rzeczy, ale przypadek na pewno odgrywa tu dużą rolę. Często się zastanawiam przy nominacjach do różnych nagród literackich, czy nie jest tak , że typowane są te książki, które udało się zauważyć, a inne, przeoczone, po prostu przepadają; a to mogły być interesujące rzeczy, z którymi nie mieliśmy szansy się zapoznać i które nie wyniosły swoich twórców na piedestał. Zastanawiam się, czy nie można by stworzyć jakieś kontrlisty, nominowanych do nagrody Angelusa, Mackiewicza czy Nike, książek równie wartościowych, które nie miały szansy zaistnieć.

 W potopie wydawanych książek łatwo przeoczyć perełkę. 

Tak. Tu z pomocą mógłby przyjść skandal. On może być ważniejszy nawet od nazwiska. Z tym, że skandal należy do młodości, wówczas ma nawet swój wdzięk, u człowieka starego jest on tylko rozpaczliwy. Jeśli ktoś za wszelką cenę chce zrobić karierę lub przebić się, bo uważa, że stworzył wartościowe dzieło, to skandal jest bardzo dobrą metodą na zaistnienie.

 Jakich rad udzieliłby Pan początkującemu piszącemu twórcy? 

Przede wszystkim żeby się bardzo mocno zastanowił, po co wchodzi w ten świat. Dlatego, że jest tyle samo satysfakcji co goryczy i rozczarowań w tym zawodzie lub raczej zajęciu. Rozczarowania bywają dotkliwe i trzeba mieć naprawdę grubą skórę, żeby to przetrwać. Radziłbym mu, żeby miał dystans do tego, co robi, i do świata, choć to niezwykle trudne. Jeśli zacznie zupełnie serio traktować swoją działalność, to oczywiście będzie miał nieprawdopodobne chwile uniesień przy okazji sukcesów, ale też dramaty w sytuacji, kiedy zacznie ponosić klęski. Natomiast jeśli powie sobie, że to, co robi, nie jest najważniejsze w świecie, a być może nawet w jego życiu, to lepiej zniesie jedno i drugie. Zresztą muszę Pani powiedzieć, że sukces też męczy, choć jeżeli miałbym wybierać to wolę zmęczenie sukcesem niż porażką. Nie byłem jeszcze starym człowiekiem, kiedy odniosłem ewidentny sukces Stankiewiczem.

Tym bardziej, że to był debiut. 

Tak, a to był sukces międzynarodowy. Stankiewicz został przetłumaczony na wiele języków, miałem wywiady dla prasy zagranicznej, odbywałem literackie podróże. Nie byłem na to przygotowany i zawróciło mi w głowie. Dzięki Bogu, byłem na tyle dorosły, obyty w świecie i poobijany przez życie, że dosyć szybko zdałem sobie sprawę, że tak samo jak błyskawicznie wznoszą człowieka w górę, tak człowiek potem spada w dół. Tak się stało też ze mną. Po kilku latach pies z kulawą nogą mnie nie pamiętał. Przypomniałem się trzy lata temu, też nie wiem, na jak długo. Trzeba mieć  poczucie własnej wartości, wiedzieć samemu, co się potrafi, a czego nie. Mieć jakiś w miarę wyważony sąd o sobie samym.

Trzeba od początku wkalkulować porażki? 

Trzeba bezwzględnie założyć, że one będą, zasłużone lub nie. Klęski mogą też wyniknąć nie z winy recenzentów czy niesprawiedliwości losu, ale dlatego, że człowiek po prostu knoci. To się zdarza największym. Podziwiany przeze mnie Iwaszkiewicz napisał więcej rzeczy złych niż dobrych. Był krytykowany, ośmieszany, czasami lżony. Ja sam w takich opresjach mówię sobie w duchu: trudno, taką mam robotę, skoro ma zalety, musi mieć i wady. Czasami pomaga.

Jakie cechy powinien mieć dobry twórca? 

Powinien być introwertykiem, człowiekiem, który potrafi znieść samotność. Znam młodych ludzi, dla których samotność jest katastrofą, nieszczęściem, nie są w stanie być sami z sobą nawet pół godziny. Ktoś taki nie może być twórcą.

Do czego to jest potrzebne? 

Chociażby do tego, żeby móc spokojnie ze sobą porozmawiać. Nie ma nic bardziej ożywczego i inspirującego niż rozmowa ze sobą samym, jeśli się powiedzie. Nic nie jest ważniejsze dla pisarza niż on sam. Dobre wychowanie natomiast i roztropność pozwalają mu to zręcznie ukrywać. Pisarz ma być zajęty sobą, ale tak, by nikt się tego nie domyślił. Ma być egocentrykiem, lecz nie egoistą. Mało rzeczy tak upadla jak egoizm, a pisarz upodlony to literacki śmieć, żeby nie wiem co pisał.

 Jakie powinności ma twórca wobec swoich odbiorców? 

Podstawową: nie nudzić.


Eustachy Rylski – polski prozaik, dramaturg, scenarzysta.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata