70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Filozof o modlitwie

Nawet wierzący filozof zajmujący się modlitwą może budzić zdziwienie, protest i negację. Czyż nie są to radykalnie (dla niektórych całkowicie) inne światy? Pewność wiary i (wieczna) niepewność filozofii?

Rzecz nie do przyjęcia choćby dla takiego „autorytetu” jak Heidegger, według którego warunkiem uczciwego, autentycznego filozofowania jest właśnie brak wiary albo przynajmniej wiara bardzo słaba, właściwie marginalna. Skoro jednak mogą istnieć (tak już uznane) filozofie Boga i religii, to dlaczego nie miałoby być filozofii modlitwy? Filozoficznie nie da się wykluczyć możliwości istnienia Boga, a zatem także sensowności religii i modlitwy oraz ich filozoficznego badania. Dla wierzącego filozofa może to być nawet czymś w najwyższym stopniu sensownym. Stwierdzenie z początku encykliki Jana Pawła II Fides et ratio, iż „rozum i wiara są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki wznosi się ku kontemplacji prawdy”, opiera się na szacownej, znaczącej tradycji filozoficznej.

Do podjęcia takiego zadania prof. Richard Schaeffler jest przygotowany szczególnie dobrze. Po studiach teologii i filozofii przez całe swoje naukowe życie zajmował się pograniczem tych dziedzin, należy do grona najbardziej uznanych filozofów kręgu kultury katolickiej, a jego Filozofia religii (polskie wydanie: Częstochowa 1989) jest jednym z najważniejszych współczesnych podręczników z tej dziedziny. Jeżeli Bóg istnieje i człowiek ma możliwość kontaktu z Nim, to temat modlitwy należy do najważniejszych – nawet jeśli może to wywołać czyjeś zdziwienie. Jeżeli nie traktujemy modlitwy jako najważniejszej rozmowy naszego życia, jeżeli zajmuje ona jakiś margines naszej świadomości (właściwie resztki czasu i uwagi), to nie wynika to bynajmniej z braku znaczenia Partnera, którego w niej spotykamy, ale z naszej słabości i myślowej niekonsekwencji. Tak łatwo traktujemy to, co w istocie najważniejsze, jako nieważne, a to, co w istocie mało ważne, jako bardzo ważne. Właśnie tutaj może przyjść nam w sukurs filozofia – zgodnie z jej najgłębszym powołaniem, z jej fundamentalną funkcją krytyczną i nauczycielską. Może ona, po pierwsze, pomóc nam wyzwolić się z pewnych iluzji i niedobrych nawyków, uczynić nasze życie mniej nieautentycznym oraz, po drugie, może uczyć nas życia bardziej konsekwentnego, w tym także lepszego modlenia się.

Schaeffler z całego przebogatego, wielowymiarowego świata modlitwy wybiera jedno zagadnienie: jej język. Do badania języka modlitwy stosuje osiągnięcia współczesnej filozofii języka, modlitwa jest przecież w końcu także jakimś działaniem językowym. Mówi między innymi o znaczeniu transcendentalnym języka, o funkcji nazywania, o aspektach gramatycznych i pragmatycznych, o sekwencjach opowieściowych, o zdolności do konstytuowania swojego „ja” w akcie modlitewnym. Te obszerne fragmenty jego pracy wymagają pewnego wysiłku rozumienia, szczególnie czytelnika nieposiadającego odpowiedniej filozoficznej wprawy, ale właśnie ten trud jest warunkiem rozwoju. Chodzi przecież o rozwój modlitwy, o lepsze rozumienie tego, co czynimy, kiedy się modlimy. Dzięki temu można na przykład odpowiedzieć na rozmaite obiekcje. Pojawiają się następujące zarzuty: jeśli modlimy się do Boga jako Istoty wszechwiedzącej, wszechmocnej i absolutnie dobrej, to przecież nie ma sensu o niczym Go informować, o żadnych naszych – choćby najważniejszych – potrzebach, bo On i bez tego wie o nich jeszcze lepiej od nas. Podobnie nie ma sensu o cokolwiek Go prosić, bo On i bez tego chce oraz może uczynić maksimum dobra, a zatem jeśli nasza prośba dotyczy tego dobra, zawiera się w granicach Jego zamierzeń, to i bez jej wypowiedzenia będzie spełniona (albo już została spełniona), a jeśli tym zamiarom się sprzeciwia, to On i tak na pewno nie wysłucha jej.

Analogicznie jednak można by mówić, że rozmowa dziecka z rodzicami, wychowawcami i nauczycielami nie ma sensu, bo oni i bez niej wiedzą, co jest najlepsze dla niego i chcą to spełnić. Sens dialogu, czy to z ludźmi, czy to z Bogiem, nie wyczerpuje się ani w informacji, ani w proszeniu. Istnieje przecież również w ramach modlitwy dziękczynienie, uwielbienie, hołd, przeproszenie, wyznanie winy, prośba o wybaczenie. Zachodzą też procesy dochodzenia do zrozumienia i nawrócenia – w myśl powiedzenia: „modlitwy nie zmieniają świata, ale ludzi, a ludzie zmieniają świat”. Jest też radość zwykłego bycia razem – nawet bez żadnych słów. Poza tym nawet jeśli dorosły nie dowiaduje się właściwie nic nowego ze szczebiotania dziecka, ono przez wspólnotę z Nim uczy się, rozwija – dzięki jego komunikatom nie tylko werbalnym, ale także mowie ciała i nade wszystko czynom. Trzeba też być bardzo ostrożnym w łatwym rozstrzyganiu problemów powstających na granicy dwóch światów: naszego i Boga. Łatwo wtedy o narzucanie kategorii czasowości na wieczność, co czyni z niej własną karykaturę. To, że Bóg w wiecznym teraz od razu wie i posiada to, do czego my możemy dojść tylko stopniowo, w rozwoju poprzez czas, nie wyklucza sensu stałego kontaktu, dialogu z Nim – to jest jakby stopniowe przelewanie czegoś z nieskończoności w skończoność. Usiłowanie zanegowania przez filozofa języka wszelkiego sensu modlitwy tylko na podstawie pospiesznych wniosków z kilku jej językowych jedynie aspektów okazuje się samo bezsensowne. To trochę tak, jakby kwestionować autentyczność wzajemnego zaufania, miłości i oddania ludzi prostych tylko dlatego, że wyrażają je w bardzo niewysublimowany i nieraz niespójny sposób. Aktualne pozostaje tu ostrzeżenie Wittgensteina: „Jest to prostu zbyt ogromne, aby mogło być błędem”.

Ta książka pomaga jednak nie tylko bronić modlitwy przed jej krytykami, ale także – dla dobra samej modlitwy – tę krytykę (krytycznie) przyjmować. Namysł nad językiem modlitwy pomaga łatwiej dostrzec jej możliwe wypaczenia i z nich się wyzwalać. Także tutaj Schaeffler jest mistrzem. Wyczula na przykład na błędy popełniane w samodzielnym formułowaniu modlitw liturgicznych. Za wielkością uzyskanej tu swobody nie zawsze idzie w parze dostateczny szacunek dla odziedziczonej tradycji, dla skarbnicy gotowych formuł, a także wartości i oczekiwań ludzi zgromadzonych w świątyni. Nie zawsze też wystarczające są przygotowanie i staranność. Zwraca na przykład uwagę, że modlitwy te nie powinny być ani (nawet bardzo subtelną) formą pouczania liturgicznej wspólnoty, jakby przedłużeniem (innymi środkami) umoralniającego kazania, ani demonstracją rzekomej wyższości formułującego modlitwę nad pozostałymi (z ukrytą myślą w rodzaju: „poucz ich wreszcie, Panie o tym, co ja wiem od tak dawna”…). Może to oznaczać także bardzo nieprzyjemną dla innych i niebezpieczną próbę narzucania dość wątpliwych przekonań duszpasterza, które nie zawsze muszą dotyczyć niepodważalnej istoty wiary i nie zawsze muszą mieć jej niekwestionowalność. Rytualna sytuacja nie pozwala zgromadzonym odpowiedzieć inaczej niż „Amen” (czasem jeszcze z „Alleluja”), co mogą oceniać jako nieuprawnione wymuszenie na nich deklaracji, której nie chcieli składać, przeciw której nawet może się buntują. Taka manipulatorska lub zarozumiała postawa animatora modlitwy staje się szczególnie rażąca i wprost śmieszna, gdy uświadamiamy sobie Kim jest Ten, przed którym stajemy na modlitwie, i jak bardzo się uniża, aby nawiązanie kontaktu z nami było w ogóle możliwe. Wywyższanie siebie wobec uniżającego się Boga. Czysty faryzeizm. Niemiecki filozof przestrzega przed tym nie tylko słowami, ale samym, bardzo skromnym stylem pisania oraz oceniania samego siebie i swojego dzieła. Widać, że do mówienia o modlitwie skłania go nie tylko filozoficzne zainteresowanie, ale także własne bogate doświadczenie religijne. Zresztą, jak inaczej mógłby o niej pisać?

Lektura tej książki pozostawia jednak także pewien niedosyt. Wydaje się, że broniąc sensu modlitwy, warto byłoby zwrócić uwagę, że modlitwa to nie jedynie słowa, lecz przede wszystkim doświadczenie religijne, doświadczenie bycia we wspólnocie z Kimś Najwyższym. Jej sens i owoce nie wynikają przede wszystkim ze słów i działań człowieka. W modlitwie w końcu najważniejsze jest działanie dokonywane  przez Niego w najgłębszym wnętrzu człowieka, Jego słowa. Dlatego tak wielkie znaczenie ma także modlitwa bez słów, apofatyczna. Matka Teresa, ta zapewne największa współczesna mistrzyni modlitwy, mówiła, że dla niej jest ona czymś w gruncie rzeczy bardzo prostym. Przez kilka godzin dziennie patrzy na Jezusa w hostii, a On patrzy na nią. Tylko tyle i aż tyle. Wiadomo, co z tego wzajemnego zapatrzenia wyniknęło.

Schaeffler, zgodnie z założeniami swojej pracy, unika też mówienia o wymiarze metafizycznym modlitwy. Jednak doprawdy trudno go pominąć. Gdzież może być Ten Najwyższy, jeśli nie w innym metafizycznym obszarze, niż ten dla nas adekwatny, z którym mamy na co dzień do czynienia? Kiedy niemiecki filozof pisze: „modlitewne >>pojęcie Boga<< wypełnia się treścią nie dzięki definicji metafizycznej, którą miałby posiadać odmawiający modlitwę, lecz dzięki aktowi owego działania językowego, w którym wzywanie imienia Bożego rozwija się w konstytuowanie wspólnej historii” (s. 97), to takie stwierdzenie wydaje się zbyt minimalistyczne. Przeciętny wierzący zwykle nie dysponuje metafizyczną definicją Boga, ale przecież musi mieć jakieś Jego pojęcie, które na pewno ma także określone, metafizyczne treści. To, co metafizyczne, jest nieodłącznym, nieusuwalnym założeniem i tłem naszego myślenia, tym bardziej myślenia o Bogu. Czymże On miałby być, gdyby odrzeć Go z tego, co metafizyczne?

Te zastrzeżenia nie mogą jednak zmienić fundamentalnego uznania dla tej książki, wdzięczności za nią. Dzięki niej, dzięki klasycznym owocom filozoficznego namysłu, możemy lepiej rozumieć, oczyścić i uporządkować naszą modlitwę, może ona przynosić większe owoce. Bo modlitwa to najważniejsza rozmowa naszego życia, o najważniejszych sprawach, z Najważniejszą Osobą.

Richard Schaeffler, O języku modlitwy, Znak, Kraków 2007, ss. 180

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata