70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jak oglądałem wystawę Caspara Davida Friedricha

W styczniu wybrałem się do Hamburga na wystawę Caspara Davida Friedricha. Od dawna, z powodów zawodowych, chciałem zobaczyć duży zbiór obrazów tego niemieckiego pejzażysty romantycznego, i oto nadarzyła się okazja – wielka retrospektywa w hamburskiej Kunsthalle.

Do Hamburga pojechaliśmy pociągiem – ja i Klementynka, rezolutna, ośmioletnia osoba. Pociągiem podróżuje się wygodniej niż autem po autostradzie i można zjeść śniadanie w restauracji. Aby dobrze wykorzystać czas, postanowiłem, że będziemy na miejscu dziesięć minut przed otwarciem wystawy. Dlatego prosto z dworca, o godzinie 9.45, udaliśmy się pod gmach Kunsthalle.

Siąpił zimny deszczyk. Stanęliśmy na końcu kolejki, która wiła się na schodach i kończyła na chodniku. Stało w niej z dwieście osób – wysokich, szpakowatych, eleganckich mieszczan w wieku zaawansowanym, którzy tak samo jak my byli punktualni i przewidujący. Odruchowo spojrzałem na zegarek – czekania było z pół godziny, a pociąg powrotny do Berlina mieliśmy o 12.40. Na szczęście zza rogu wybiegł ochroniarz i krzyknął, że otwarto boczne wejście. Pognaliśmy ku niemu razem z gromadą kolejkowiczów, oddaliśmy płaszcze do szatni i po chwili wspinaliśmy się schodami na piętro.

Było tam już trochę ludzi. Przed pierwszym eksponatem – małym obrazkiem, który przedstawiał pracownię Friedricha – stała kilkunastoosobowa grupa. Pod portretem wielkiego malarza stała grupa druga, mniejsza. Przewodnicy wzięli się do roboty. Głośno objaśniali dzieła, odpowiadali na pytania i komentarze. Żartowano i wydawano okrzyki podziwu. Żeby nie tracić czasu, odpuściliśmy obrazy, przed które nie można się było dopchać. Obiecałem Klementynce, że obejrzymy je później.

Niektórzy widzowie chodzili ze słuchawkami na uszach, kiwając do siebie głowami –  Klementynka pokazała mi ich w milczeniu palcem. Inni rozmawiali przez komórki, dzieląc się wrażeniami z bliskimi, których zabrakło na wystawie. Choć na ogół posuwano się naprzód w skupieniu, gwar narastał. Przybywały wycieczki szkolne i uczniowie rozchodzili się po salach nawoływani przez nauczycieli. Do powolnego rytmu przechadzki hamburskich emerytów doszedł inny rytm – żywiołowa bieganina i nerwowe hopsanie młodzieży. Tłum gęstniał. Przed arcydziełami Friedricha musiałem Klementynkę podnosić, aby mogła coś dojrzeć ponad głowami widzów. Peszyło ją to chyba, bo próbowała się wyswobodzić i kopnęła mnie w kolano. Kiedy wspomniałem o powrocie do pierwszych sal, ścisnęła mi rękę. Faktycznie, pchanie się pod prąd wymagało samozaparcia, zrezygnowaliśmy więc z tego pomysłu.

Od czasu do czasu dzieliłem się z Klementynką spostrzeżeniami – starałem się wtedy przekrzyczeć gwar, nachylając się wprost do jej ucha. Gdy tkwiłem w tej niewygodnej pozycji, napierano na mnie i przesuwano do następnego eksponatu. Aby wrócić do tego, który nas zainteresował, musieliśmy jeszcze raz okrążać salę. Mimo to byłem zadowolony. Pokazywałem mojej córce kruki, groby i cmentarze w świetle księżyca, wioski rybackie i szkielety okrętów, zamglone góry i ruiny klasztorów, wędrowców otulonych płaszczami, ciemną tęczę i gotycką latarnię. Wszystko to, co przed dwustu laty chwytało za serca dobrych, niemieckich mieszczan i co mnie też chwyta, ponieważ i ja mam coś z Niemca oraz romantyka.

– Patrz, to jest Szaser w zimowym lesie! Jak się zamyślił, jaki mokry śnieg… Patrz, a to Krzyż w górach! A to – patrz, Klementynko! – to widok Karkonoszy z przełęczy Kapella (byliśmy tam w zeszłym roku)!

W ten sposób wzbudzałem uczucia sentymentalne. Tymczasem do sal wjeżdżały wózki inwalidzkie, wwożono niepełnosprawnych. Niektórzy z nich, oparci bezwładnie o zagłówki lub opadający na bok, stroili dzikie miny. Przewracali oczami, wysuwali języki, wydając słabe, nieartykułowane okrzyki. Niektórym kazano trzymać się za ręce i tak szli od obrazu do obrazu. Ruchy ich ciał były inne niż ruchy ciał uczniów i emerytów – kołysali się z boku na bok, wierzgali jak źrebięta, kręcili głowami, jakby szukali czegoś na suficie. Od czasu do czasu czułem, że palce Klementynki zaciskają się na mojej dłoni jak kleszcze.

„Wszystko to jest w ostatecznym rozrachunku nieistotne, jak cały świat zjawisk, który, oglądany z wyższej perspektywy, nie narusza głębszej harmonii” – wspominałem w myślach słowa Schellinga, niemieckiego filozofa idealisty, i odruchowo odnosiłem je do tego, co działo się wokół nas.

„Spójrz na to z wyższej perspektywy! – zachęcały obrazy Caspara Davida Friedricha. – Za pozornym chaosem, okrucieństwem i brzydotą życia codziennego kryje się wieczne piękno, pokój i harmonia. Ludzie sztuki i nauki, tacy jak ty, dążą różnymi drogami do jednego celu, jakim jest komunia z tą wewnętrzną harmonią”.

„Teraz, kiedy z własnej woli i z ochotą włączasz się w owo kosmiczne przedsięwzięcie, stałeś się sobą… – bełkotał dalej słowami pruskich romantyków mój głos wewnętrzny. – Jesteś mądry, szczęśliwy i wolny, bo osiągnąłeś jedność z celem wszechświata. Trzeba tylko zlać swoją wolę z wolą zbiorową… zlać… zlać…”.

Jednocześnie inny głos, reprezentujący trzeźwą, materialistyczną stronę mojej osoby, chciał natychmiast ryknąć przez megafon: „Mieszkańcy Hamburga, przestańcie się tłoczyć!”.

Mimo zamyślenia, gwaru i tłoku zauważyłem, że Klementynka porusza wargami. Nachyliłem się ku niej (przy czym znowu nas przesunięto); powtarzała: „Wychodźmy już… wychodźmy”. Wyszliśmy więc, trzymając się za ręce, i usiedliśmy, żeby odsapnąć, na ławce w sieni naprzeciw wielkich historycznych kobył z XIX wieku. Szerokimi, marmurowymi schodami płynęły coraz większe tłumy. Ponad ogólny rozgardiasz wybijały się pokrzykiwania przewodników i opiekunów. Pojawiły się następne wózki inwalidzkie, a nad nimi kroplówki jak lance szaserów – to pensjonariuszy domów starców i obłożnie chorych przywieziono na wystawę Friedricha pod eskortą dyplomowanych pielęgniarek.

– Proszę otworzyć oczy, Frau Unger – jedna z pielęgniarek potrząsała ramieniem staruszki, która otulona beżowym szalem drzemała z otwartą szczęką. – Jesteśmy na miejscu.

– Bogu niech będą dzięki.

W ludnej kawiarni na dole zamówiliśmy tort szwarcwaldzki i herbatę, i tak zakończyła się nasza „komunia z wewnętrzną harmonią”. Następnie zeszliśmy do szatni. Po drodze, przechodząc przez sale zbiorów własnych Kunsthalle, mijaliśmy wspaniałe obrazy Kirchnera, Paula Klee i Pechsteina, Kandinskiego i Schmidta-Rottluffa. Nikt ich nie oglądał. Nie było tam żywego ducha. Za to w szatni kolejka była szalona i o mało nie spóźniliśmy się na pociąg. Biegiem dopadliśmy peronu. Ekspress Hamburg–Berlin dowiózł nas do celu numer dwa, którym było berlińskie zoo.

***

Czytelnik może nabrać podejrzeń, że jestem przeciwnikiem powszechnego dostępu do kultury. Nic bardziej błędnego. Nie mam żadnej własnej „koncepcji kultury” i jestem za powszechnym dostępem. Wychowano mnie w takich zasadach i nie wyobrażam sobie innych. Choć, rzecz jasna, okoliczności mogą się zmieniać; na przykład w czasach komunistycznych, mimo hasła powszechnego dostępu, kultura była koncesjonowana, a jej dobra podlegały ścisłej kontroli. Ówczesnym ideałem był twórca ludowy – tworzący pod okiem etnografa.

Państwo socjalne osiąga wymierne korzyści z fikcji, którą nazywa się „powszechnym dostępem”. Nie jest to tylko korzyść symboliczna, skutkująca zwiększeniem autorytetu państwa opiekuna i ufnością obywateli, lecz także korzyść finansowa. Przepędzenie tłumu osób, które w żadnych innych okolicznościach nie zajrzałyby do Kunsthalle, powiększa wpływy ze sprzedaży biletów. Te osoby można zwabić z okazji jakiejś narodowej fety (na przykład, w Niemczech – wystawy narodowego malarza Friedricha, w Polsce – Matejki, w Stanach – Hoppera czy kogoś takiego), można też je przepędzać bardziej regularnie. Aby zwiększyć obrót, rząd dopłaca z pieniędzy podatników do biletów niepełnosprawnych, uczniów, starców, emigrantów, samotnych matek i obłożnie chorych. Jeśliby dopłacał pasterzom kóz, wtenczas przez wystawę Friedricha przepędzano by kozy. Ma to zresztą znaczenie wyłącznie dla statystyk – w ten sposób kultura związana jest z systemem krążenia mas. Generalnie jest to nieistotne dla wędrowca kwalifikowanego, który zawsze, instynktownie jak jeleń w rui, zmierza ku sam na sam. Oglądanie obrazów w tramwaju w godzinach szczytu byłoby dla niego równie kłopotliwe.

Z punktu widzenia wędrowca, tłumaczenie wszystkiego użytecznością – ekonomią, statystyką, humanitaryzmem – to zaledwie część prawdy, jej racjonalna powłoka. Jądro prawdy jest irracjonalne. Tajemnicze, organiczne połączenie powłoki i jądra fascynuje (intelekt) i urzeka (zmysły).

– Co robią tutaj ci ludzie? – zdumiewa się wędrowiec. – Po co ich tu przyprowadzono? Trzymają się za ręce, tańczą i gruchają jak gołębie. Śmieją się, bekają i są strofowani. Męczą się, cierpią duszności, wołają o pomoc. Jaki to ma związek z obrazami XIX-wiecznego malarza? Wędrowiec musi dojść do wniosku, że widzi to, co widzi – jakiś nieznany mu rytuał, który skutkuje obecnością akurat tych ludzi przed fetyszem. Rytuały społeczne cechuje swoiste, pejzażowe piękno, które pociąga wielu współczesnych artystów.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata