70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Obrona Chestertona

Komentując niecodzienną decyzję duchoborców, sekty rosyjskich anarchistów, którzy postanowili uwolnić swoje zwierzęta domowe, uważając władanie nimi za niemoralne, Chesterton pisze: „Wyobraźmy sobie tylko, jak duchoborzec uroczyście odprowadza kurę do furtki i ciepło się z nią żegna, zanim kura wyruszy w dalekie podróże – toż to farsa z krainy elfów”. Uwaga ta doskonale charakteryzuje postawę autora felietonów zebranych w tomie Obrona świata: Chesterton dostrzega i docenia to, co dziwne, cieszy go  niezwykłość, a równocześnie pozostaje w granicach zdrowego rozsądku i czuje niechęć do intelektualnych mód. Peregrynacje i konwersacje z kurą – owszem, ale nie pod hasłami ideologii wyzwolenia ludzkości od trudów ziemskiej egzystencji.

 

Zdrowy rozsądek, któremu daje wyraz autor Ortodoksji, ma jednak mało wspólnego z typowym myśleniem potocznym sprowadzającym wszystko do Feuerbachowskiego trawienia. Bardziej niż angielskie common sense przypomina on to, co Francuzi określają mianem bon sens, a więc pewną intuicyjną umiejętność chwytania rzeczy w lot: „wyczucie prawdy praktycznej”, jak pisał Bergson. Common sense jest często zbyt grubiański, zbyt ciężki i wbity w to, co materialne, natomiast bon sens pozwala zaakceptować pewien margines tajemnicy otaczający odczarowany świat, co więcej – będzie starał się chronić spontaniczny nadrealizm jako środek pozwalający zachować psychiczną i emocjonalną równowagę. Dlatego też Chesterton występuje jako obrońca nonsensu, obrońca baśni, cudowności, poezji, czarodziejstwa, pochopnych decyzji i chwilowej utraty rozumu jako rzeczy niezbędnych do tego, aby ów rozum utrzymać w dobrym stanie. Broni dziwności, która jest irracjonalna w sposób spontaniczny – jak w wierszach Leara przeciwstawianych matematycznemu absurdowi Carrolla – a równocześnie krytykuje dziwactwa kryjące się w racjonalnie skonstruowanych doktrynach. Różnica między tym, co dziwne, a tym, co dziwaczne, między naturalnym brakiem logiki a nielogicznością wynikającą z umysłowego niedbalstwa i wybujałych ambicji, jest zasadnicza. Pod tym względem poezja i nauka leżą po jednej stronie, każda z nich ma bowiem własną wewnętrzną logikę. Po drugiej stronie znajdujemy grafomanię i pseudonaukę, obie będące efektem braku talentu i kunsztu, a zarazem aspirujące do miana czegoś wyższego. Jednak o ile naiwność nieporadnego malunku na szkle może zachwycać, o tyle nieumiejętna podróbka mistrzów flamandzkich jedynie drażni.

Chesterton broni zatem naiwności takiej, jaka kryje się w baśniach i przesądach. Bon sens jako praktyczna mądrość dostrzega potrzebę niezwykłości jako czegoś niezbędnego w zwykłym świecie, ale równocześnie odrzuca szarlatanerię i humbug bajek opowiadanych pod szyldem rozumu. Akceptuje wpisane w naszą tradycję przesądy i mity, których obecność uzasadniona jest choćby ich trwałością i niepodatnością na zmiany otoczenia, nie godzi się jednak na walkę z nimi. Zresztą, mówiąc wprost, żerujące na racjonalizmie przekonanie, w myśl którego szczęście ludzkości zależy od likwidacji rządzących nami przesądów i stereotypów, jest jednym z najbardziej trwałych i szkodliwych przesądów. Jego wyznawcy starają się zazwyczaj przekonać innych, że tradycyjne zachowania czy poglądy są wyrazem fałszywej wizji świata, którą oni – ludzie oświeceni i wykształceni – odrzucają jako jeden wielki pozór. Czyż nie kryje się w tym jednak wielki paradoks: odrzucać przesąd dlatego, że jest fałszywy? Cóż to za logika? Odrzucić przesąd dlatego, że jest prawdą, nie zaś przesądem – to da się jeszcze zrozumieć, ale odrzucać go, ponieważ dostarcza tego, do czego został stworzony? To tak jakby ganić naukę za to, że stara się ukazać prawdziwy obraz świata.

Chesterton zgadza się z Burkiem: przesądy być może zawierają irracjonalne treści, ale są zupełnie racjonalne i pełnią jasno określoną funkcję społeczną. Z tego powodu atak na nie i niszczenie ich są właśnie objawem braku rozsądku. Walka ze zniewalającymi ludzi stereotypami, czytamy w felietonie Czarownice, zdradza „ignorancję, czy raczej naiwność, typową dla współczesnych warstw oświeconych i wygodnych. Mocno wątpię – pisze Chesterton – czy dowolne stulecie było bardziej lub mniej przesądne od dowolnego innego. Jeśli w ogóle istnieje jakaś niewielka różnica, wiek XX jest bardziej przesądny od wieku XIX, a wiek XXI (wszystko na to wskazuje) będzie bardziej przesądny od wieku XX”. Zresztą nie ma nic bardziej niestosownego niż walka z przesądami prowadzona pod sztandarami polityki postępu i emancypacji. Oto rzekome oszustwa starają się wyplenić ludzie, których wizja rzeczywistości opiera się na niczym nieuzasadnionym przekonaniu, że przyszłość będzie lepsza od przeszłości. Polityka postępu polega na tym, aby najpierw wmówić ludziom, że to, co robią z przyjemnością i ochotą, jest oznaką ich zniewolenia, a następnie obiecać wyzwolenie poprzez likwidację tego. Jeśli się przyjrzeć tej sprawie, wygląda to mniej więcej tak, jakby ktoś chciał uwolnić nas od popołudniowej drzemki, do której przywykliśmy i która daje nam wiele radości. To, że część ludzi daje się na to nabrać, nie oznacza, że cała koncepcja nie jest zwykłym oszustwem. Wielkim oszustwem sprzedawanym pod szyldem walki z drobnymi oszustwami.

Krew się w człowieku burzy – pisze Chesterton w felietonie Przedstawiciele ludu – gdy zaczynają się wtrącać już nawet do przyzwoitych, domowych zabobonów, które stanowią przecież część europejskiej tradycji. Polityk rozdzierający szaty nad ludzką łatwowiernością to postać potworna; jeśli powiemy, że jest jak diabeł, co ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni, i tak będzie to zbyt oględne porównanie. Nawet jeżeli kapłani naprawdę opowiadają kłamstwa o jakichś nadzwyczajnych sprawach, to jeszcze nie powód, by mieli ich za to szykanować ludzie, którzy (jak świetnie wiemy) opowiadają kłamstwa o sprawach całkiem zwyczajnych.

Najbardziej irracjonalne są racjonalnie skonstruowane wierzenia. Ukształtowana przez tradycję bajka, powtarzany przez pokolenia przesąd nie są czymś tak monstrualnym jak wykoncypowany dogmat, który oferuje się jako efekt naukowych dociekań i prawdę objawioną jednocześnie. Z czegoś takiego lepi się ideologie, które w niewielkim stopniu zmieniły się od czasów, kiedy pisał o nich Chesterton. „Mylna nauka to jedno, a mylne pojęcie o nauce – to coś zupełnie innego”. Kosmopolityzm, feminizm, progresywizm, egalitaryzm czy światopogląd naukowy są czymś znacznie gorszym niż zwykłe zabobony – naturalne i raczej nieszkodliwe. Są nie tylko erzacem nauki, ale również występują jako program polityczny i podstawa do przebudowywania rzeczywistości. Popper twierdził, że prawdziwie naukowa teoria dopuszcza sytuację, w której sama okaże się fałszywa jako niezgodna z faktami. Gdybyśmy na przykład odkryli, że siła działająca na dwie masy rośnie wprost proporcjonalnie do odległości między nimi, najprawdopodobniej odrzucilibyśmy prawo powszechnego ciążenia, a przynajmniej stwierdzili, że gdzieś w naszej wiedzy tkwi błąd. Prawo powszechnego ciążenia jest więc naukowe, gdyż może zostać odrzucone, natomiast pseudonaukowy zabobon charakteryzuje się tym, że odrzucić go nie sposób, albowiem zgadza się ze wszystkimi faktami. Jest niczym prognoza pogody brzmiąca: „Jutro będzie padać albo nie będzie padać”. Oto twierdzenie w każdych warunkach prawdziwe i dlatego też bezużyteczne. Jednak bardzo często składa się nam całkiem poważne propozycje: odrzućcie swoje drobne i śmieszne przesądy, odwróćcie się od wiary w to, co niematerialne i nadprzyrodzone, a zamiast tego przyjmijcie racjonalnie skonstruowany system przesądów, którego podstawową zaletą jest to, że nie jest zakorzeniony w tradycji, lecz zupełnie nowoczesny. Zamiast wiary w cuda, która jest jak najbardziej rozsądna, bo przecież cuda są przedmiotem wiary, a nie wiedzy, oferuje nam się nawet nie wiarę w to, że cudów nie ma, ale raczej wiarę w racjonalnie skonstruowaną niewiarę w cuda. Wygląda to mniej więcej tak, jak w sytuacji opisanej przez Chestertona:

Nowoczesna edukacja polega właśnie na tym, że zmuszamy ubogich, by porzucili swoje tradycje i przyjęli nasze. To zupełnie jakbyśmy odebrali piwo osobnikowi, który spokojnie konsumuje je pod sklepem, i kazali mu delektować się wybornym szampanem, którego pijają nasi bojownicy o trzeźwość narodu. Nic nie poradzę – moim zdaniem to urąga zwykłej ludzkiej przyzwoitości.

Cuda są więc tym, w co się wierzy, nie zaś tym, o czym posiada się naukową wiedzę opartą na empirycznych świadectwach. Pod tym względem Chesterton przypomina Pascala, który bez przekonania odnosił się do filozoficznych dowodów na istnienie Boga jako źródła możliwego nawrócenia. Racjonalny czy empiryczny dowód ani nie jest w stanie przemówić na korzyść wiary (a tym bardziej skłonić do uwierzenia), ani też nie może działać przeciw niej. Domaganie się pomieszania porządków jest oznaką braku rozsądku. „Oskarża się mnie – pisze Chesterton – że atakuję naukę. A ja tylko chcę, by nauka była naukowa. Jeśli nazywam mojego lekarza moim lekarzem, a nie moim księdzem, moją żoną ani mną samym, nie oznacza to przecież, że go atakuję”. Przedstawianie świadectw biologicznych jako dowodu na niemożliwość stworzenia świata w tydzień jest równie nonsensowne jak twierdzenie, że wystające kości łopatkowe są pozostałością po odebranych nam skrzydłach.

Nie mam zielonego pojęcia, co mają oznaczać podobne wypowiedzi, w których inteligentny człowiek oznajmia, że ponieważ geologowie nie wiedzą nic o raju, doktryna o grzechu pierworodnym musi być nieprawdziwa. Ponieważ nauka nie znalazła czegoś, czego ewidentnie znaleźć się nie da, coś zupełnie innego – duchowa świadomość zła – nie jest prawdą. Taką argumentację można streścić, karkołomnie, lecz precyzyjnie, w taki mniej więcej sposób: „Ponieważ nie odkopaliśmy kości archanioła Gabriela, który i tak pewnie nigdy ich nie posiadał, mali chłopcy nie wyrosną na egoistów, jeśli rodzice zostawią ich samych sobie”.

Krótko mówiąc, żądanie naukowych świadectw na rzecz wiary jest przedsięwzięciem równie chybionym jak sugestia, aby hipotezy i teorie przyjmować tylko na wiarę.

Chesterton niewątpliwie lubi bawić się paradoksami. „Język to wspaniałe narzędzie do ukrywania myśli” – oto zdanie doskonale nadające się na motto wspomnień dyplomaty. Paradoksy jednak są nie tylko zręcznymi formułkami: ich rolą jest przede wszystkim pokazanie, co by się stało, gdybyśmy zaczęli traktować swoje poglądy poważnie i wyprowadzili z nich wszystkie możliwe skutki. Paradoksy, wbrew potocznemu przekonaniu, nie są skutkiem braku logiki: przeciwnie, są właśnie skutkiem żelaznej konsekwencji w jej stosowaniu. Weźmy klasyczne paradoksy Zenona dotyczące niemożliwości ruchu albo doskonałą konsekwencję wywodów Berkeleya, który głosząc radykalny empiryzm, doszedł do przekonania, że istnienie świata sprowadza się do jego obrazu uchwyconego w świadomości. Absurdy, antynomie, podobnie jak baśnie, są rezultatem bycia logicznym bardziej, niż wymaga tego rozsądek, czy wręcz skierowania logiki przeciw zdrowemu rozsądkowi. I taką metodę stosuje Chesterton, doprowadzając pozornie niegroźne poglądy do skrajności bądź pokazując, jak działałyby ogólnikowo sformułowane pomysły, gdyby zastosować je do konkretnej rzeczywistości. Oto przykład:

Wielu ludzi, najgłośniej krzyczących o „zmianach” i „postępie”, kompletnie sobie nie wyobraża, by mogły się zmienić kryteria służące do oceny różnych sposobów życia. Na przykład uznają „czytanie i pisanie” za test kultury społecznej, uniwersalny dla wszystkich epok (…). Mówią tonem głęboko zaszokowanym: „Wyobraź sobie, w średniowieczu nawet jeden rycerz na dziesięciu nie umiał się podpisać!”. To całkiem jakby średniowieczny rycerz wykrzyknął ze zgrozą: „Coś podobnego, żaden z tych dwudziestowiecznych arystokratów nie umie polować z sokołami!”.

W wypowiedzi tej widać zresztą jeszcze inną cechę pisarstwa Chestertona: przybieranie pozy Wolterowskiego Prostaczka (a może tak właśnie Chesterton wyobrażał sobie św. Franciszka?), który naiwnie pyta o rzeczy znajdujące się zgodnie z potocznym mniemaniem poza wszelkimi pytaniami i wątpliwościami. Owe rzeczy opatrzone są zwykle etykietami w rodzaju: „jak powszechnie wiadomo”, czy: „przecież wszyscy wiedzą, że”, dzięki którym uchodzą za dogmaty – nie typowe, często niezgodne z rozumem dogmaty, których bronić może ortodoks, ale dogmaty przekazywane w formie oczywistości wspartej autorytetem salonowej erudycji. Eleganccy i wykształceni ludzie dlatego między innymi są wykształceni, że wiedzą to, o czym „powszechnie wiadomo”, ich elegancja zaś przejawia się w tym, że nigdy o tym nie dyskutują. Z tej perspektywy prostactwo polega nie tyle na nieznajomości tego, co „powszechnie wiadomo”, ile na pytaniu o to: dlaczego godzimy się na obowiązkową i powszechną edukację? Dlaczego uważamy, że kobiety powinny mieć prawo głosu? Dlaczego przyjmujemy przyznanie się mordercy do winy, a odrzucamy oświadczenie kobiety, która przyznaje się do uprawiania czarów? Dlaczego chcemy, aby ludy Afryki i Azji żyły w takim ustroju jak my? Dlaczego powinniśmy traktować wszystkie religie tak samo? Na takie pytanie elegancki i wykształcony człowiek jest w stanie odpowiedzieć tylko w jeden sposób: „przecież powszechnie wiadomo, że…”.

Wczytując się w publicystykę Chestertona, można zadać sobie pytanie: dlaczego, mimo upływu stu lat, jego doraźne felietony mają tyle literackiej i ideowej świeżości, podczas gdy lektura tekstów większości współczesnych felietonistów przypomina przedzieranie się przez instrukcję obsługi taboretu? Z pewnością olbrzymią rolę odgrywa tu styl Chestertona: jasny, dosadny, pełen ironii i dozowanego cynizmu, bez zbędnej ekwilibrystyki i efektownego pustosłowia. Zresztą, jak sam pisał:

w gruncie rzeczy mętny styl to kara Boska, spadająca na ludzi za grzechy – czy to za intelektualną pychę, czy za brak odwagi cywilnej. Nawiasem mówiąc, zadziwiające, jak często oba te grzechy idą w parze. Ciekawe, jak często człowiek wystarczająco zadufany, by nami gardzić, nie ma dość pewności siebie nawet, by nam się odciąć.

Sądzę, że to ostatnie zdanie jest niezmiernie ważne. W dzisiejszym pisarstwie – a zwłaszcza w publicystyce – brakuje uczciwości, a przez to i zaangażowania (które, jak widać na przykładzie Chestertona, wcale nie musi przybierać form histerycznych, lecz może przejawiać się choćby we wnikliwości i jasnym formułowaniu myśli). Można odnieść wrażenie, że pisze się nie to, co się myśli, ale tak, jakby chciano się uchronić przed tym, co pomyśli sobie czytelnik o tym, co myśli autor. Zresztą nie pisze się tego, co się myśli, również z innych powodów, na przykład dlatego, że pisze się to, co przeczuwa się, że powinno się myśleć. Albo po prostu dlatego, że w ogóle się nie myśli. Bezmyślność u sprawnego pisarza to wcale nie tak rzadka rzecz: niektórzy uczynili z niej cnotę, inni klucz do sukcesu, zwłaszcza kiedy zależny on jest od decyzji krytyków i czytelników, którzy, w wielu wypadkach, również nie myślą. Rezultatem tej ogólnej bezmyślności są grube tomy przemyśleń mających mniejszą wartość niż puste miejsca między literami felietonu Labirynty zbudowane ze słów, w którym Chesterton przestrzega przed nadużywaniem przyimków i zdań podrzędnych.

Siła i uroda felietonów Chestertona oraz to, że mimo wieku niemal w ogóle się nie zestarzały, wynika z jeszcze jednej rzeczy: nieufności do mód i nowinek intelektualnych. Można nawet powiedzieć, że pisarstwo to jest antyintelektualistyczne, jeśli termin „intelektualista” definiować tak, jak zrobił to, opierając się na licznych przykładach, Paul Johnson w swojej głośnej książce. Zresztą dystans wobec tak rozumianych intelektualistów i głoszonych przez nich poglądów nie jest niczym innym jak tylko wyrazem przywołanego na początku zdrowego rozsądku rozumianego jako bon sens, „wyczucie prawdy praktycznej”. To ono właśnie podpowiada takie choćby zdanie (będące zresztą dużo dobitniejszą charakterystyką archetypowego intelektualisty niż cała gruba książka Johnsona): „Historia uczy, że istnieje na świecie pewna grupa ludzi, którzy wykazują osobliwy i wybujały talent do mylenia się na wszelkie możliwe sposoby – i jest to właśnie grono wybitnych intelektualistów”.


Gilbert Keith Chesterton, Obrona świata. Wybór publicystyki 1901–1908, tłum. Jaga Rydzewska, Fronda-Apostolicum, Warszawa–Ząbki 2006, ss. 423

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata