70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Przez ocean. List do Elizabeth Costello

Chciałabym okazać sytuację ludzkości odkupionej, choć oddalającej się od Boga, poprzez nawiązanie do tekstów współczesnych. Do Coetzee’ego. Jego powieści przekonują mnie, że choć oddaliliśmy się od życiodajnego Słowa, to jednak Bóg o nas nie zapomniał, nie staliśmy się mu obojętni. On jest w ludziach, w ludzkich działaniach i tęsknotach, w ich cierpieniu i twórczości.

Kochana Elizabeth,

dzięki za list[1], który dotarł do mnie przed kilkoma dniami. Muszę Ci się przyznać, że od naszego rozstania codziennie nosiłam się z myślą, by chwycić za pióro, a właściwie siąść do komputera i wystukać coś do Ciebie. Wrażenie niedosytu, niedokończonej rozmowy, jakiegoś niedopowiedzenia nie opuszczało mnie przez minione tygodnie aż do dziś. Napiszę więcej: to było poczucie klęski, nieustanny wyrzut sumienia. Jednak brak czasu wynikający z zaangażowania w nasze umierające dzieci, a przede wszystkim nieumiejętność sformułowania myśli sprawiały, że odkładałam pisanie na później. Tym bardziej się cieszę, że odezwałaś się pierwsza, że opisałaś historię swoich spotkań z panem Phillipsem, pozowania mu podczas sobotnich popołudni w Oakgrove oraz niespodziewanej decyzji, by się przed nim rozebrać i obdarować chorego staruszka „błogosławieństwem życia i piękna”[2] w postaci „seksualnej, dobrotliwej jałmużny”[3]. Pewnie niełatwo było Ci napisać o tym do Twojej siostry zakonnicy, skoro uczyniłaś to dopiero po 30 latach od tamtych wydarzeń. Dziękuję. Dziękuję zwłaszcza za to, że mimo oporów ten list wysłałaś, choć nie było to pierwotnie Twoim zamiarem. Gdy czytałam w post scriptum, że pragniesz, byśmy mówiły do siebie „wprost i otwarcie”[4] i bym nie pozostawiała Cię bez odpowiedzi, miałam w gardle zastygłą grudkę szlochu. Twój list i Twoja szczerość pozwalają pisać mi wprost i bez osłonek, z nadzieją, że uda się nam przerzucić most porozumienia nad dzielącym nas oceanem.

Najpierw chcę Cię jednak przeprosić za moje zachowanie, gdy się ostatnio widziałyśmy. Wynikało ono z wewnętrznego zakłopotania, poczucia, że marnuję ostatnią być może szansę. Pewnie wyczuwałaś, że chciałam, byś w trakcie Twojej wizyty w Afryce odkryła ścieżkę powrotu do Boga, przypomniała sobie, co wyniosłaś z czasów, gdy mieszkałyśmy w Northcote i chodziłyśmy do szkoły. Przez wszystkie dorosłe lata temat wiary, relacji z Bogiem, był nieobecny w naszych listach, telefonach czy przy okazji sporadycznych spotkań. Omijałyśmy ten wątek, skupiając się na aktualnej paplaninie. Zawsze potem czułam wyrzuty sumienia. Umiałam rozmawiać o Bogu z bardzo różnymi ludźmi. Nie peszyło mnie, gdy ktoś był wyznawcą innej religii, osobistym wrogiem Boga czy nosił w sobie antyrzymski resentyment. Nie potrafiłam jednak poruszyć tego wątku w spotkaniach z moją rodzoną siostrą. Zawsze chciałam i zawsze uciekałam. Nie potępiaj mnie dziś i nie dziw się, że zależało i zależy mi na Twoim spotkaniu z Jezusem. Skoro On jest sensem i największym skarbem mego życia, to chciałabym Nim obdarować moją jedyną siostrę. Nikt nie jest prorokiem we własnym domu. Jakoś akceptowałam Twoją drogę odejścia do Boga, ale bolały mnie Twoje stwierdzenia, że Bóg nie ma dla nas czasu, bo jest zajęty swoimi sprawami. I nie chodziło o to, że uderzałaś w moją wiarę – przechodziła ona większe próby – ale o to, że wypowiadała je moja rodzona siostra. Nigdy nie przestawałam się modlić, byś do Niego wróciła. Podczas spotkań w Johannesburgu i Marianhill zdawałam sobie sprawę, że mamy mało czasu, że być może widzimy się ostatni raz w życiu. Tym bardziej chciałam Cię do Niego pociągnąć. Niestety, moje zmęczenie, skrępowanie i strach, sprawiały, że rozmawiałyśmy przez szybę, że te same słowa znaczyły dla każdej z nas co innego. Nie mogłam też pozbyć się wewnętrznego rozdrażnienia, jakiegoś napięcia, gdy próbowałam poruszać przy Tobie kwestie wiary. Im bardziej mi zależało, tym gorzej wychodziło, narastało poczucie bezradności i idące w ślad za nim zdenerwowanie.

Jeśli zatem mówimy wprost, jestem Ci winna wyjaśnienie sprawy Twoich książek, której nigdy nie poruszałam, bojąc się, że temat może doprowadzić do takiego pogłębienia przepaści między nami, że nie uda nam się jej już zasypać. Nie potrafiłam nigdy wyczuć, do jakiego stopnia utożsamiasz się ze swoimi powieściami i na ile moje krytyczne uwagi mogą Cię urazić. Wszystkie nadesłane przez Ciebie egzemplarze stoją na półce w moim pokoju. Nie na zaszczytnym miejscu. Po prostu wśród innych powieści, między Camusem a Markizem de Custine. Nigdy – a robiłam w moim życiu niejedną selekcję książek i wiele z nich przekazałam do biblioteki albo rozdałam – nie przemknęła mi myśl, by się ich pozbyć. Są cząstką Ciebie, znakiem tego, że istniejesz, ważniejszym dla mnie niż fotografie. Nigdy jednak tych książek nie przeczytałam. Na początku kilkakrotnie zabierałam się za poszczególne tomy, ale nie mogłam przez nie przebrnąć. Odkładałam je, gdy trafiałam na fragmenty, których inspirację znałam, gdy Twoi bohaterowie za bardzo przypominali naszą matkę, bliskich, przyjaciół i znajomych z czasów wspólnego mieszkania w Melbourne, bo doprowadzały mnie do szału. To nie znaczy, że nie dawałam Ci prawa do Twojej pamięci, do literackiego przetwarzania biografii. Wielu czytelników zachwyca się zapewne Twoim pisaniem, ale Twoje książki za mocno dotykają tego, co w moim sercu ważne. Pamięć żywych osób postawiona obok Twoich słów jest dla mnie sprzecznością nie do pogodzenia. Wybacz. Nie potrafię. Kiedyś myślałam, że to moja pycha, że za bardzo jestem zaborcza, przywiązana do wspomnień. Aż do czasu, gdy jedna z naszych sióstr, Catherine, pochodząca z flamandzkiej rodziny zamieszkałej pod Antwerpią, opowiedziała mi, jak bardzo się zdenerwowała, gdy otrzymała książkę napisaną przez swego owdowiałego ojca. Matka, którą zapamiętała Catherine, i żona, którą opisywał mąż, to były dwie różne osoby. W następnych latach kilkakrotnie spotykałam ludzi, którzy mieli podobne doświadczenia. To uwolniło mnie od poczucia winy względem Twojego pisania.

Nie znaczy to jednak, że nie znoszę powieści, że jestem wrogiem pisarstwa. Czytam. Nie jest to dogłębna znajomość współczesnej literatury, ale od czasu do czasu pochłaniam twórczość jakiegoś autora. Lubię wtedy przeczytać wszystko, co ktoś napisał, poznać go w całości, na tyle, na ile to w moim zabieganiu jest to możliwe. Ostatnio na przykład zainspirowana przez mojego wydawcę Lucasa zafascynowałam się powieściami Twojego znajomego, J.M. Coetzee’ego. Chciałam przeczytać jego powieści od momentu, gdy dostał Nobla, ale dopiero gdy Luc zwrócił mi uwagę, że Coetzee uczynił Cię bohaterką niektórych swoich utworów, kupiłam w czasie którejś podróży jego książki. Nie wiem, w jakim stopniu Twój obraz, a zwłaszcza fakty przedstawione na kartkach jego książek są prawdziwe, ale pozwolisz, że będę się do jego twórczości odwoływała w tym liście. Chciałabym wrócić do Greków, skoro poruszasz ten wątek w swoim liście, zachęcając mnie, bym pomyślała o pięknie człowieczeństwa, przywróconym przez humanistów nawiązujących do antyku. Pamiętasz może, że wygłaszając mowę po otrzymaniu doktoratu, zwróciłam uwagę, że renesansowi humaniści, chcąc poznać sytuację ludzkości z nieodkupionymi winami, sięgnęli do tekstów antycznych. Ja chciałabym zrobić coś odwrotnego. Pokazać sytuację ludzkości odkupionej, choć oddalającej się od Boga, poprzez nawiązanie do tekstów współczesnych. Do Coetzee’ego. Jego powieści przekonują mnie, że choć oddaliliśmy się od życiodajnego Słowa, to jednak Bóg o nas nie zapomniał, nie staliśmy się mu obojętni. On jest w ludziach, w ludzkich działaniach i tęsknotach, w ich cierpieniu i twórczości. Nawet jeśli człowiek wysyła Go do odległych krain albo wyznacza Mu rolę tyrana, On pozostaje mu wierny, bo „nie może się zaprzeć siebie samego”[5]. Postaram się przy okazji opowiedzieć, jak postrzegam obecność Boga, oraz zachęcić Cię, byś przestała traktować Go jak wielkiego nieobecnego, a dotknęła tajemnicy Jego miłości. Proszę, nie wycofuj się z naszej rozmowy, zanim nie przeczytasz listu do końca.

J.M. Coetzee opisuje świat postchrześcijański. Jego bohaterowie to w większości osoby niewierzące. Podczas lektury zadziwiło mnie jednak, jak bardzo wykreowana przez niego przestrzeń naznaczona jest śladami przechodzącego Boga. Wręcz nasycona Jego obecnością. Nie wiem, co się dzieje aktualnie w Twoim sercu, ale nawiązuję do chwili, gdy deklarowałaś, że nie wyznajesz żadnej wiary, a Bóg, jeśli istnieje, to zobojętniał na sprawy ludzi, więc odpłacasz mu tym samym. Gdy w Powolnym człowieku natknęłam się na zdanie: „Wielki Sędzia Wszechrzeczy opuścił salę i w zaciszu obcina sobie paznokcie”[6], uśmiechnęłam się i pomyślałam, że współbrzmicie z Coetzee’em, być może inspirujecie się wzajemnie podobnymi stwierdzeniami. Ta sprzeczność: deklarowanie przez bohaterów religijnej obojętności czy niewiary, nieobecność w narracji wątków mogących odnosić do rzeczywistości transcendentnej oraz nieustanna intuicja obecności Boga, a konkretnie Boga objawiającego się w Biblii, jest obecna w różnym stopniu chyba we wszystkich książkach Coetzee’ego. Weźmy na początek powieść Czekając na barbarzyńców. Jej bohater nie był ideałem cnót chrześcijańskich, a jego podejście do kobiet pozostawiało z punktu widzenia dekalogu wiele do życzenia. Traktował je jak przedmioty, które wymieniał w zależności od nastroju i kaprysu. Sam o sobie mówił: „Przez całe lata zachowywałem wygląd dobrze odżywionego rozpłodowego byka-medalisty. Później swoboda płciowa przybrała formę łagodniejszą, nawiązywałem stosunki dyskretniejsze ze służącymi albo dziewczętami”[7].

Sędzia nie był też niezłomnym bohaterem, którego klarowna postawa nieuchronnie skazywała go na konflikt z agentami imperium. Jego niezgoda i sprzeciw wobec samowoli służby bezpieczeństwa nie były wynikiem przemyślanego wyboru: „Nie miałem zamiaru wplątywać się w tę historię”[8]. Mało tego, sam o sobie mówił: „wierzę w spokój, może nawet w spokój za wszelką cenę”[9]. Pomimo takiej kondycji moralnej człowiek ten zdobywa się na heroizm w poczuciu, że nie dokonuje niczego bohaterskiego. Coetzee wpisuje więzienną gehennę sędziego w schemat pasji Chrystusa, tak jakby nieobca mu była myśl, że w każdym cierpiącym człowieku cierpi Zbawiciel, który pragnie towarzyszyć biedakowi w drodze krzyżowej, by doprowadzić go do światła Zmartwychwstania.

Być może John Maxwell oburzyłby się na mnie i stwierdził, że przypisuję mu intencje, których nie miał. Być może Ty powiesz, że przesadzam i że wszędzie chcę widzieć wątki chrześcijańskie. Nie umiem na to odpowiedzieć inaczej, jak tylko pokazując, dlaczego Czekając na barbarzyńców jest dla mnie historią paschalną. Wszystko zaczyna się od dziwnego uwikłania sędziego w pomoc dziewczynie, którą pułkownik Joll z Trzeciego Wydziału torturował podczas przesłuchań – połamał jej nogi w kostkach i częściowo pozbawił ją wzroku. Dziewczyna została porzucona przez rodaków w mieście zarządzanym przez sędziego, co było jednoznaczne ze skazaniem jej na żebraninę i prostytucję. Sędzia wziął ją do swojego mieszkania. „Wychodzę z pokoju, idę do kuchni, wracam z miednicą i dzbanem ciepłej wody. (…) Nalewam wody do miednicy i zaczynam obmywać jej stopy. (…) odsuwam na bok miednicę i osuszam jej stopy”[10]. W tej scenie, nasiąkniętej erotyzmem, którego w relacji między sędzią i dziewczyną przybywało z upływem czasu, zobaczyłam sytuację z wieczernika opisaną przez św. Jana, nawiązanie do gestu Jezusa, który „wstał od wieczerzy i złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał. Potem nalał wody do miednicy. I zaczął umywać uczniom nogi i ocierać prześcieradłem, którym był przepasany”[11].

Po kilku miesiącach, na przełomie zimy i wiosny, wiedząc, że to ostatni moment, by dotrzeć do zimowych siedzib barbarzyńców, nim wyruszą na letnie pastwiska, sędzia podjął trud przyprowadzenia dziewczyny do jej rodaków. Można w jego wyprawie zobaczyć nawiązanie do exodusu rozpoczętego w noc paschalną, czyli wyprowadzenia Izraelitów z Egiptu, z domu niewoli i pielgrzymowania do ziemi obiecanej. W przywróceniu dziewczyny do życia wśród swoich, „do domu ojca” widzę z kolei akt podobny do wskrzeszenie Łazarza i przywrócenia go siostrom: Marii i Marcie, który tak bardzo zdenerwował faryzeuszów i arcykapłanów, że „Tego więc dnia postanowili Go zabić”[12].

Gdy piszę te słowa, obawiam się, że czytając je, wzruszysz ramionami, uznając, że przesadzam, że tylko moja zakonna wrażliwość dopatruje się analogii tam, gdzie ich nie ma. Posłuchaj jednak dalej. Po powrocie do miasta sędzia został aresztowany i osadzony w więzieniu. Dzięki znajomości garnizonu zdobył klucz do celi, w której był zamknięty, tak że mógł się z niej wymknąć wbrew woli pilnujących go żołnierzy. Gdy pewnego dnia przyprowadzono do miasta schwytanych barbarzyńców i szykowała się ich egzekucja, sędzia stanął w ich obronie. Wiedział, że „powinien wrócić celi”[13], że „skoro nie może uratować jeńców, niechże uratuje samego siebie”[14]. Jednak na przekór instynktowi samozachowawczemu wyszedł na publiczny plac i symbolicznie, bez szans na powodzenie stanął w obronie torturowanych. Mimo pokusy ucieczki podjął decyzję o działaniu, które mogło tylko przysporzyć mu cierpienia. To był jego Ogrójec. Nie zwracał się do Ojca, tak jak Jezus, który w trwodze konania modlił się: „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode Mnie ten kielich! Jednak nie moja wola, lecz Twoja niech się stanie!”[15], ale podjął analogiczną decyzję. Jezus został opuszczony przez uczniów i apostołów[16]. W obronie sędziego nie stanął nikt z przyjaciół, nikt z ludzi, z którymi obcował przez trzydzieści lat piastowania swojej funkcji. Uświadamia mu to pułkownik Joll: „dla ludzi w tym mieście nie jest pan Jedynym Sprawiedliwym, lecz po prostu błaznem i szaleńcem (…) Nie chcą tu już pana w żadnym charakterze. Nie ma pan w tym mieście żadnych szans”[17]. Gdy Chrystus stanął przed Sanhedrynem „szukali fałszywego świadectwa przeciw Niemu, aby Go zgładzić”[18]. Ostatecznie zarzutem przeciwko sędziemu staje się oskarżenie o kolaborację z barbarzyńcami: „Dopiero po powrocie zrozumieliśmy, że chodziło mu o to, by ostrzec barbarzyńców przed nadchodzącym wojskiem”[19] – zeznał jeden z towarzyszących mu w wyprawie do barbarzyńców żołnierzy. Nie jest to jedyny podobny zarzut, który usłyszał Chrystus i sędzia. Faryzeusze mieli za złe Jezusowi, że ucztuje z celnikami i jawnogrzesznicami, bo nie byli w stanie pojąć idei miłosierdzia dla grzeszników, a sędzia słyszy zeznania, według których zaopiekowanie się dziewczyną uznano za romans: „Mimo stanowiska reprezentującego najwyższą władzę państwową w dystrykcie nawiązał romans z ulicznicą, który to romans z uszczerbkiem dla urzędowania pochłonął go bez reszty”[20]. Jezus skazany na śmierć został wydany w ręce żołnierzy[21]. Kohorta zrobiła sobie pośmiewisko z Jezusa, zdjęła z niego szaty, biczowała, ukoronowała cierniem, a gdy jego zmasakrowane ciało zostało wystawione na widok publiczny, Piłat wypowiedział słowa: „Ecce homo”. Analogiczna gehenna sędziego rozpoczęła się w momencie, gdy pułkownik Joll powiedział do sierżanta sztabowego Mandela: „Powierzam go pana opiece”[22]. Nastąpiły tortury w celi, które sędzia tak wspominał: „Przyszli do mojej celi pokazać mi, czym jest człowiek, i w ciągu jednej godziny pokazali mi bardzo dużo”[23]. Na tym nie skończyły się zabawy żołdaków, którzy robili ze starego mężczyzny pośmiewisko. Kazali nagiemu sędziemu biegać na oczach gapiów, skakać przez sznurek, bawić się skakanką. Wreszcie ubrali go w krótką damską koszulę, która nie zakrywała jego nagości, wyprowadzili za mury, naciągnęli na głowę worek po soli i powiesili na drzewie za wykręcone do tyłu ręce[24]. Trudno w tym obrazie nie dostrzec obrazu Jezusa obnażonego, w cierniowej koronie na głowie, który umiera na drzewie krzyża. Piłat, wydając wyrok na Jezusa, umył na oczach tłumu ręce. Nie zrobili tego co prawda oprawcy sędziego, ale on sam zapytał swojego kata: „Jak to jest, że może pan jeść po tym… kiedy pan pracuje… zajmuje się ludźmi? (…) czy łatwo panu przychodzi zasiąść potem do posiłku? Wyobrażam sobie, że czuje pan potrzebę mycia rąk”[25]. Chrystus po trzech dniach od śmierci krzyżowej zmartwychwstał. Sędzia po miesiącach więzienia, podczas których żegnał się z życiem, przekonany, że za chwilę nastąpi egzekucja, wraca stopniowo między ludzi, rodzi się powtórnie do życia. Najpierw pokazywał się w mieście jako żebrak, ale gdy garnizon wojska uciekł ze strachu przed barbarzyńcami, wrócił do swojej roli: „Wszystkie poczynania, które nas mają zabezpieczyć przed zimą, odbywają się pod moim przewodnictwem. Nikt mnie do tego nie powołał”[26]. Dla ludzi w mieście stało się jasne, że pomimo upokorzeń sędzia jest naturalnym, oczywistym ich przywódcą. Można wyczuć, że jego autorytet był w tym momencie większy niż za czasów pokoju, przed przybyciem agentów Trzeciego Wydziału.

Jak widzisz, droga Elizabeth, nie sposób zaprzeczyć, że Coetzee opisał Paschę, czyli przejście sędziego od stanu człowieka ceniącego nade wszystko spokój i drobne przyjemności do postawy kogoś, kto mierzy się ze złem, które wtargnęło do jego świata i wychodzi z mroku poniżenia i śmierci, by stać się autentycznym przywódcą mieszkańców miasta. Możesz się oczywiście zastanawiać, na ile nieidealny człowiek ma prawo reprezentować Chrystusa, albo raczej, na ile w człowieku obciążonym grzechem możemy widzieć kogoś, kto tak jak Chrystus składa swoje życie w ofierze za nieprzyjaciół. Analogię może zobaczyć każdy. W powieści Coetzee’ego nieprzyjaciele mają podwójne znaczenie, podobnie jak termin barbarzyńca. Z jednej strony są to dzikie plemiona zamieszkujące tereny przygraniczne, z drugiej to agenci służby bezpieczeństwa, którzy niszczą własne państwo – Imperium. Sędzia „umiera” za jednych i drugich, cierpi za wszystkich. Z jednej strony bronił torturowanych więźniów, stawał po stronie barbarzyńców, domagając się, by traktować ich po ludzku. Z drugiej strony walczył w obronie państwa, które reprezentował, zasad, które powinny być w nim respektowane. Jednak dla mnie jako chrześcijanki ta historia pokazuje coś więcej. To jest nie tylko analogia cierpienia. Wierzę, że w sędzim i wszystkich podobnych mu ludziach, nawet jeśli nigdy w życiu nie słyszeli o Jezusie, jeśli wyznają inną wiarę albo nie wyznają żadnej, obecny jest żywy Chrystus. On sprawia, że ich ofiara zyskuje sens nieprzemijający, że ich cierpienie, włączone w Jego Paschę, zmierza ostatecznie do zmartwychwstania, do zwycięstwa nad każdym złem na końcu czasów. Z niektórych krajów czy nawet kontynentów mogą zniknąć chrześcijanie, Kościół może zostać zredukowany do nielicznych wspólnot żyjących w rozproszeniu, ale sam Zbawiciel nie przestanie być obecny w ludziach cierpiących prześladowanie dla sprawiedliwości. Dobrze, już przestaję głosić kazanie. Chodzi mi tylko o to, że nawet jeśli nie było to zamiarem Coetzee’ego, to jego Czekając na barbarzyńców opowiedziało mi, że żaden sprzeciw wobec zła, żadna obrona pokrzywdzonych nie pozostaje bezowocna, że wyda owoce w swoim czasie.

Dlaczego Ci o tym piszę? Bo chcę dokończyć naszą rozmowę w hotelu. Pragnę Cię zapewnić, że nie patrzę na ludzi niewierzących czy inaczej wierzących jako na kandydatów do potępienia, że nawet wtedy, gdy wypowiadam słowa: Extra ecclesiam nulla salvatio, które sprowokowały Cię do oskarżenia mnie o dogmatyzm, to wierzę, że zbawienia może dostąpić dzięki Chrystusowi każdy, że Jemu pozostaje nieobojętny najmniejszy okruch ludzkiego dobra, że On jest bliżej ludzi, bliżej Ciebie i mnie niż się komukolwiek wydaje.

Muszę Ci też szczerze napisać, że Twoje stwierdzenie, iż jestem dogmatyczką, zabolało mnie i rozśmieszyło jednocześnie. Zabolało, bo wypowiedziałaś je Ty, moja rodzona siostra, na której bliskości mi zależy. Rozśmieszyło, bo znacznie częściej słyszę oskarżenia, że sprzeciwiam się Ewangelii, że paktuję z siłami nieczystymi, że mam liberalne podejście do czystości wiary. Takie zarzuty słyszę nie tylko od radykalnych protestantów, ale również ze strony niektórych katolików. Powodem jest zaproszenie do naszego szpitala „tradycyjnych ludowych uzdrawiaczek”[27], które pomagają uśmierzyć ból dzieci i przeprowadzić je przez granicę śmierci. Oczywiście mam świadomość, że znachorki stosują magiczne zaklęcia i odwołują się do wierzeń przedchrześcijańskich, ale zdaję sobie też sprawę, jak często ich obecność przynosi dzieciom ulgę. Powiedz sama, czy dogmatyczka zgodziłaby się na współdziałanie zakonnic, lekarzy i plemiennych szamanów?

Zapytasz zatem, dlaczego walczę z Grekami, dlaczego nie doceniam człowieczego piękna, które przez nich zostało odkryte i przekazane nam przez humanistów renesansu? To nie tak. Raczej noszę w sobie przekonanie, że nie wszystko złoto, co się świeci. Często doświadczyłam, że pod niepozorną powierzchownością odkryć można piękno daleko intensywniejsze niż to, które niesie z sobą erotyczna fascynacja. Żeby lepiej wytłumaczyć Ci, o co mi chodzi, przywołam inną postać Coetzee’ego, mianowicie Michaela K. Życie i czasy Michaela K. to przypowieść o człowieku wolnym, który wbrew całemu światu i toczonej przez niego wojnie potrafił żyć własnym życiem. O ile sędzia dał się wciągnąć w tryby historii, Michael K. „przeleciał przez kiszki państwa niestrawiony, wyłonił się z jego obozów nietknięty, tak samo jak wyszedł z jego szkół i sierocińców”[28]. Pozbawiony wszystkiego: domu, matki, dobytku, dzieci, pola, zawsze pozostawał sobą. Promieniował światłem, które od niego nie pochodziło, które nie miało prawa w nim zamieszkać. Od samego dzieciństwa „uczył się być cicho”[29]. Urodził się z rozszczepioną wargą, ze skrzywioną przegrodą nosową. „Z powodu swojej twarzy K. nie przyjaźnił się z kobietami. Najswobodniej czuł się w samotności”[30]. Ilekroć spotykał się z ludźmi mającymi nad nim władzę: urzędniczką w biurze przepustek, kapitanem Oosthuizenem czy nawet pielęgniarką w szpitalu, tylekroć doznawał lekceważenia lub agresji. Z kolei ludzie prości widzieli w nim dziecko, które potrzebuje pomocy. Tak działo się na przykład z mężczyzną w szpitalu, nieznajomym w wagonie, z Robertem w obozie przesiedleńczym Jakkalsdrif, lekarzem w obozie rehabilitacyjnym, prostytutkami i sutenerem, których spotykał w Kapsztadzie po ucieczce z obozu. „Jesteś dzieckiem – powiedział Robert. – Całe życie przespałeś. Czas się zbudzić. Jak myślisz, dlaczego korzystasz z ich dobroczynności, tylko ty i dzieci? Bo ich zdaniem jesteś nieszkodliwy, bo oczy masz zamknięte, bo nie widzisz prawdy dookoła siebie”[31]. Jednak nieprzystosowanie K. do obcowania z ludźmi było jednocześnie formą jego kontestacji. Trudno nawet powiedzieć, że kontestacji, bo Michael nie chciał „nikomu wchodzić w drogę”[32], nie buntował się, nie zmieniał porządku świata. Pragnął samodzielnie istnieć i uprawiać ziemię, opiekując się posianymi ziarnami. Organicznie nie trawił chleba niewoli. Jakiejkolwiek niewoli, jakiejkolwiek zależności, bez względu na to, czy „ktoś próbował zrobić z niego swojego służącego”[33], czy przymusić do przyjmowania dobroczynności[34].

Albert Camus pytał ustami jednego z bohaterów Dżumy, czy można być świętym bez Boga. Rozumiał świętość jako heroizm postawy człowieka, jego zdolność do poświęcania się dla innych. Gdyby Camusowi zadać pytanie, czy może być święty człowiek, który nic specjalnego nie robi, który nie pomaga innym, nie poświęca się dla bliźnich, czy może być święty z samej swej natury, jej piękna, które nosi w sobie, prawdopodobnie miałby kłopoty z odpowiedzią. Chyba że przeczytałby książkę Coetzee’ego. Przekonałby się wtedy, że świętość jako odblask Boga może być obecna w człowieku, nawet jeśli nie ma okazji się ujawnić, nawet jeśli otoczenie nie jest w stanie rozpoznać tego piękna.

Michael K. w oczach tego świata uchodził z głupka, człowieka pozbawionego wszelkiego znaczenia. Gdybym miała dziś wskazać utwór literacki, który ilustruje zdanie św. Pawła, że „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć; i to, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to co jest, unicestwić”[35], to wskazałabym właśnie na powieść Coetzee’ego. Gdy czytam słowa Jezusa „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom”, oczami wyobraźni widzę Michaela K. Czytając Życie i czasy…, co chwilę stwierdzałam, że bohater powieści uosabia w sobie ducha ośmiu błogosławieństw: jest ubogi w duchu, cichy, czystego serca… Piękno tej postaci można dostrzec w świetle ewangelicznych paradoksów. Owszem, nie potrzeba chrześcijaństwa, by Michael zrobił na człowieku wrażenie – spotkanie z nim lekarza z obozu rehabilitacyjnego Kenilworth pokazuje, że pochylenie się nad tym człowiekiem przemieniło życie medyka, jego spojrzenie na świat, odczytywanie przez niego rzeczywistości. Na początku lekarz stwierdzał, że Michael „jest nie całkiem z tego świata”[36], że „brak mu piątej klepki”[37]. Stopniowo „narastało uczucie, że [Michael] jest kimś więcej niż tylko kolejnym pacjentem, kolejną ofiarą wojny”[38]. Wreszcie opór Michaela sprowokował lekarza do spojrzenia na swoje życie w nowy sposób, dostrzeżenia jego absurdów. Najpierw próbował  sobie przypomnieć „dlaczego toczymy tę wojnę?”[39], potem „uderzyła go jak obuchem myśl, że marnuje życie”[40], doświadczył, że jego „czas stał się pusty”[41], i wreszcie, nabrał przekonania, że „Michaels coś znaczy, a jego znaczenie ogranicza się nie tylko do mnie”[42].

Powiedz sama, kochana Elizabeth, czy Grecy z ich umiłowaniem ludzkiego piękna, marmurowych posągów przedstawiających nagie, wdzięczące się kobiety i mężczyzn napinających mięśnie[43] doceniliby Michaela K.? Moje studia na filologii klasycznej, choć są dziś tylko wspomnieniem, pozwalają stwierdzić, że nie zwróciliby uwagi na prostaczka, który nie był ani piękny, ani mądry, ani mężny. Dostrzec i uzasadnić jego niepowtarzalną wartość potrafię dzięki Ewangelii, dzięki nauczaniu Jezusa. Muszę powiedzieć, że w podobny sposób patrzę na dzieci, które umierają w Marianhill. W oczach świata nic nie znaczą. Tytuł honoris causa, nadany mi przez uniwersytet traktuję jak uspokajanie sumienia przez tych, którzy nie mają ochoty pochylić się nad ludzkim nieszczęściem, nad ludzką znikomością. Który z Greków znalazłby w sobie siłę, by okazać miłosierdzie tym maluchom? Grecy, podobnie jak ludzie obecnego przełomu tysiącleci, widzą wartość w tym, co przynosi sławę na olimpijskiej arenie, doceniają namiętności alkowy, gonią za żywą gotówką, a zamykają oczy na umierające dzieci. Gdybyś próbowała postawić Michalea K. jako wzór dla świata, usłyszałabyś: „posłuchamy cię o tym innym razem”[44]. Wkurza mnie takie odrzucenie maluczkich i dlatego w mojej prowokacyjnej przemowie chciałam uświadomić moim słuchaczom, że bożek, któremu się kłaniają, jest fetyszem, że nie może ich zbawić ani dać im szczęścia, zwłaszcza wtedy gdy zagarniać ich będzie upływ lat i ubywać im będzie sił, gdy opuszczą ich bliscy i przyjaciele, gdy będą zmagać z czarną i rozpaczliwą samotnością.

Droga Elizabeth, zachwyca mnie piękno człowieczeństwa, zafascynowana jestem młodością, chylę czoło przed potęgą zmysłowej miłości, ale – na Boga! – ilu ludzi może doświadczyć takich dobrodziejstw? Ilu biednych, przeciętnych, niemądrych, pozbawionych powabu takich jak Michael K., starych i chorych, poranionych i zgorzkniałych jak bohaterki Wieku żelaza[45] czy W sercu kraju[46] Coetzee’ego pozbawionych jest darów, które według Ciebie zawdzięczamy Grekom? Lata spędzone w Marianhill odarły mnie ze złudzeń. Stykając się z ludzką nędzą, niezawinionym cierpieniem, krzywdą bezmyślnie zadawaną przez ludzi, mam wrażenie, że to one są dominującym doświadczeniem tego świata. Jednocześnie wbrew złu wierzę, że w każdym cierpiącym obecny jest Chrystus. Jestem przekonana, że każdy nosi w sobie niezatarte piękno. Nawet jeśli z zewnątrz bardziej przypomina cierpiącego Chrystusa, które na swój sposób próbował wyrzeźbić Joseph, niż Marię z Nazaretu emanującą boskimi fluidami namalowaną przez Correggia. Po tym wszystkim, co napisałam, wracam do Twojego listu i umierającego na raka pana Phillipsa. Zapewne się zdziwisz, ale spodobała mi się ta historia. Nie bacząc na stanowisko moralistów, którzy być może byliby nią zgorszeni, dla mnie jest ona znakiem szczelin, przez które przeciska się w nasze życie Łaska nie z tego świata. Widzę w Twoim geście wybuch czystej bezinteresowności, ofiarowanie siebie, obdarowania starego człowieka cząstką swojego życia, witalności, piękna.

Czytając Twój list, zgadzam się z Tobą, że być może ten zachwyt życiem, naszym fizycznym pięknem zawdzięczamy Grekom. Patrząc na historię Kościoła, mam wrażenie, że uczniowie Chrystusa w którymś momencie zapomnieli o tym, co wkomponowane jest w naturę ludzką. Skażeni grzechem bardzo nieufnie podchodzili do ludzkiego ciała, do tego, co wiązało się z seksualnością. Podobno był taki czas, gdy akt współżycia małżonków uniemożliwiał pójście do Komunii św. Absurd! – chciałoby się rzec. Kto wie, czy Bóg nie musiał dopuścić rewolucji seksualnej, z jej nieszczęsnym wyuzdaniem, seksoholizmem i masowym upodleniem kobiet sprowadzanych do roli towaru, by chrześcijanie potrafili spojrzeć na ludzką seksualność w taki sposób, by zgodna była ze słowami Księgi Rodzaju, która mówi, że po stworzeniu wszelkich bytów „widział, że były dobre”, a po stworzeniu mężczyzny i kobiety „Bóg widział, że wszystko, co uczynił, było bardzo dobre”. Bóg błogosławił ludzi: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”! Być może przez wieki zabrakło w Kościele zachwytu nad tą częścią stworzenia, którą jest ludzka seksualność. Twoje obnażone piersi rzeczywiście były znakiem błogosławieństwa, prześwitem piękna, przed którego pełnią wkrótce miał wkrótce stanąć pan Phillips. Bliska mi jest Twoja intuicja wyrażona w liście, że poprzez doświadczenie fascynacji ludzkim ciałem, tej „oszałamiającej mieszanki ekstazy i wrażeń estetycznych”[47] ludzie przybliżają się do przeczucia tego, co boskie. Dodałabym tylko, że dotyczy to zwłaszcza ludzi niewierzących, którym trudno w inny  sposób przeczuwać istnienie Piękności Niestworzonej.

Na koniec chciałabym ci napisać o jeszcze jednym znaku nadziei, który odnalazłam u Coetzee’ego. Okazuje się, że w tym „pokręconym świecie”[48], w którym tak wielu ludzi żyje w drugim albo trzecim małżeństwie, w którym ludzka samotność wrzeszczy o pomstę do nieba, możliwe jest budowanie dojrzałych, pięknych relacji. Zdziwiłam się, że pisarz, którego książki bywają tak mroczne, że czasem trudno przez nie przebrnąć (do W środku kraju zabierałam się trzy razy i ledwie przeczytałam tę powieść do końca), rysuje tak piękny obraz chorwackiej, prawdopodobnie katolickiej rodziny. Jak pisałam, nie wiem, w jakim stopniu wizja Coetzee’ego jest adekwatna w stosunku do Twojego przeżywania rzeczywistości, czy nawet, w jakim stopniu jest zbieżna z Twoją biografią, ale jeśli zaufać temu, co opowiada w Powolnym człowieku, to mogę podejrzewać, że się z Jokiciami zetknęłaś osobiście. Bardzo spodobały mi się słowa przypisane na kartach tej powieści Tobie, wyjaśniające, dlaczego Marijana, kobieta pełna ciepła i delikatności, „apetyczna jak dojrzały owoc”[49], robi tak wielkie wrażenie na Paulu Raymencie i na innych mężczyznach: „Otóż dlatego, że jest kochana, najbardziej jak można kogoś kochać na tym świecie. (…) Z tego samego powodu zachwycają cię też jej dzieci, chłopak i ta malutka. Bo oboje rośli przeniknięci miłością. Żyją w zgodzie ze światem. Jest im tu dobrze”[50]. Z radością czytałam opisy tego, jak Marijana potrafiła przekazywać swoje ciepło i praktyczność córkom, jak zmusza bałaganiarskiego syna do utrzymania porządku we własnym pokoju. Nawet pozostający w cieniu, niewydobyty w powieści Miroslav Jokić zrobił na mnie wrażenie mężczyzny troszczącego się o żonę i trwałość ich związku, wyczuwającego podskórnie intencje Paula pragnącego rozbić ich rodzinę, ale też potrafiącego spełnić marzenia syna o motocyklu, ufającego jego samodzielności i dojrzałości. Wraz ze swoimi dziećmi: Drago, marzącym o marynarce wojennej, Blanką, przeżywająca bunt nastolatki i Lubą trzymająca się spódnicy matki rodzina Jokiciów stanowi jedność w nowym świecie, do którego wyemigrowała z Bałkanów. Potrafią ze sobą współpracować, troszczyć się o siebie i wzajemnie wspierać. Nie są rzecz jasna idealni. Zdarzyła się wszak kłótnia, po której Marijana wyprowadziła się do szwagierki, ale Twojemu przyjacielowi Paulowi udało się tylko raz usłyszeć od Marijany słowa krytyki pod adresem męża[51]. Miał nadzieję na więcej takich zwierzeń, ale się nie doczekał. Blankę przyłapano na kradzieży łańcuszka. W każdym razie Jokicie są dla mnie dowodem, że wbrew cywilizacyjnym chorobom można się kochać i żyć w rodzinie. To jest nadzieja i odpowiedź na alienację naszych czasów. Nie dziwi mnie zatem, że samotny pan Rayment, spragniony miłości, gotowy jest zamieszkać jak pies w budzie na podwórzu Jokiciów, byleby ogrzać pustkę swojego serca przy ich domowym ognisku.

Naturalne wydaje mi się, że w takiej atmosferze zaproponowałaś Paulowi „małżeństwo towarzyskie”, choć „Bóg jeden wie jak wy dwoje zostaliście parą, skoro z pewnością nie byliście sobie przeznaczeni”[52]: „Zamieszkaj ze mną w Carltonie. Będę Cię uczyła języka. Nauczę Cię przemawiać prosto z serca. (…) Będę dla Ciebie gotowała. Może nie tak wybornie jak Marijana, ale ujdzie. A po kolacji, jeśli cię najdzie ochota, opowiesz mi więcej historii ze swojej skarbnicy (…) Nie będzie żadnych obłapianek. Ulga, co? Pozostaniemy nieskalani jak anioły w niebie. Pod każdym innym względem zadbam o twoje potrzeby, a ty w zamian możesz się nauczyć dbać o mnie. Gdy nadejdzie wyznaczony dzień, zamkniesz mi powieki, wsuniesz watę w nozdrza i zmówisz krótką modlitwę. Albo na odwrót, jeśli odejdziesz pierwszy”[53]. Zastrzegając, że nie będzie obłapianek, chcesz powiedzieć, że ludzie w Twoim (naszym) wieku nie potrzebują miłości, tylko troski: „kogoś, kto nas potrzyma za drżącą rękę, zrobi herbaty, pomoże zejść po schodach. Kto nam zamknie oczy, kiedy nadejdzie pora. Troska to nie miłość. Troska jest usługą, którą może świadczyć każda dobra pielęgniarka, dopóki nie domagamy się czegoś więcej”[54]. Nieprawda! Sama wiesz, Elizabeth, że to nieprawda. Wiesz to chociażby po rozmowach z Paulem, który doświadczył w szpitalu, że „pielęgniarki są dobre, są życzliwe i wesołe, niemniej jednak (…) za ich dziarskim profesjonalizmem kryje się bezbrzeżna obojętność wobec losu pacjentów. (…) Tacy młodzi i tacy bezduszni!”[55]. Doświadczam tego na co dzień w moim szpitalu, gdy widzę, jak dzieci intuicyjnie wyczuwają różnicę między miłością a troską. Garną się do sióstr dających im ciepłą miłość i żywe zainteresowanie, a obojętnie przyjmujących te, które podchodzą do nich z rzetelną fachowością. Zresztą czy Twoja propozycja wspólnego zamieszkania miałaby jakikolwiek sens, gdyby nie płynęła z pragnienia miłości, tego boskiego doświadczenia? Tu znowu kłania się Coetzee, który w Powolnym człowieku dwukrotnie robi aluzję do boskiego przeżywania miłości. Jak zwykle w jego przypadku ucieka przed wzniosłością, przed patosem. Przekazuje tę prawdę w takim opakowaniu, jakby chciał powiedzieć coś odwrotnego, że człowiek swojemu doświadczeniu ludzkiego zakochania i pożądania nadaje cechy boskie, podczas gdy jest to zwykły egoizm, skupienie na sobie, szukanie ekstatycznych przyjemności. „Mimo niezapomnianych łydek Marijany, mimo że dałby wszystko, aby wtulić twarz w jej biust, w tej chwili darzy ją miłością dobrotliwą i czystą, tak jak zapewne kocha sam Bóg”[56]. Nie wyobraża sobie, że „mógłby kochać Boga bardziej, niż w tej chwili kocha Marijanę”[57]. Paul dostrzegł związek między miłością Boga i człowieka. To jest ta sama materia. Dlatego napisałam, że ludzie niewierzący czy z Bogiem pokłóceni, wtedy gdy kochają, przeczuwają obecność Najwyższego. To ich jedyna szansa, by dotknąć transcendencji. Drugorzędną rzeczą pozostaje, czy będzie to miłość platoniczna, czy gorąca, zmysłowa. Miłość jest imieniem Boga. Tu leży istota humanizmu.

Zostawmy rozróżnienia na Greków i chrześcijan. Najważniejsza jest miłość, ona nadaje sens życiu, pozwala udźwignąć pustkę istnienia. Trzymać umierającego za rękę daleko więcej znaczy niż opasłe tomy dywagacji nad kondycją człowieka czy wzniosłe dzieła artystów. Jestem przekonana, że udział w zbawieniu, w szczęściu – jakby powiedzieli niewierzący, nie polega na odnalezieniu przewodnika, jakiegoś udoskonalonego Lawrence’a czy Eliota, który podpowie, jak postępować w życiu. Nie polega też na tym, by zachować się bohatersko jak sędzia, ani na nawet tym, by na długie lata zachować młodzieńczą witalność i wewnętrzne piękno. Szczęście polega na tym, by spotkać człowieka, który Cię pokocha, którego miłości będziesz pewna, którego miłość okaże się silniejsza od śmierci. Niektórzy w twarzy kochanego człowieka odkryją odblask miłości Chrystusa już tu, na ziemi, inni przekonają się dopiero po tamtej stronie. Galilejczyk zwyciężył i zwycięża nie dlatego, że okazał się mocny, ale dlatego, że w słabości umiłował do ostatniego tchnienia.

Kochana Elizabeth, siostro z innego kontynentu, „czas jest krótki” i nie wiem, czy jeszcze się kiedyś spotkamy, ale bardzo liczę, że kwestie Greków i humanistów, wiary i realizmu, cierpienia zwierząt i zła w literaturze, nie przeszkodzą nam przerzucić nad latami naszego oddalenia mostu siostrzanej miłości, by odchodzić niedługo z tego świata w przekonaniu, że jest na nim ktoś, kto uroni łzę, komu zabraknie naszej oddalonego istnienia, na spotkanie kogo będzie się czekać u Pana Boga za piecem.

Kocham Cię

siostra Bridget

Twoja Blanche

 


[1] Niniejszy tekst jest odpowiedzią na list Elizabeth Costello do siostry Bridget Blanche Costello, który  przeczytać można w opowiadaniu Humanistka w Afryce, w książce J.M. Coetzee’ego, Elizabeth Costello, przeł. Zbigniew Batko, Kraków 2006, s. 137-180. Dalej skrót EC

[2] EC, s. 175.

[3] J.M Coetzee, Powolny człowiek, przeł. Magdalena Konikowska, Kraków 2006, s. 42. Dalej skrót PC.

[4] EC, s. 180.

[5] 2Tm 2,13. Wszystkie cytaty biblijne za: Biblia Tysiąclecia, Poznań 2003.

[6] PC, s. 24

[7] J.M. Coetzee, Czekając na barbarzyńców, przeł. Anna Mysłowska, Kraków 2005, s. 70.  Dalej oznaczenie: CzB.

[8] CzB, s. 15.

[9] CzB, s. 24.

[10] CzB, s. 46-47.

[11] J 13,4-5.

[12] J 11,52.

[13] CzB, s. 162.

[14] CzB, s. 163.

[15] Łk 22,42.

[16] Por. Mt 26,56; Mk 14,50-52.

[17] CzB, s. 177.

[18] Mt 26,59.

[19] CzB, s. 131.

[20] CzB, s. 131.

[21] Mt 27,27-30; Mk 15,16-19; J 19,2-3.

[22] CzB, s. 179.

[23] CzB, s. 180.

[24] CzB, s. 182-188.

[25] CzB, s. 195-196.

[26] CzB, s. 225.

[27] EC, s. 157.

[28] J.M. Coetzee Życie i czasy Michaela K., przeł. Magdalena Konikowska, Warszawa 2007, s.172. Dalej skrót: MK.

[29] MK, s. 8.

[30] MK, s. 8.

[31] MK, s. 97.

[32] MK, s. 114.

[33] MK, s. 73.

[34] MK, s. 191.

[35] 1Kor 1,27-28.

[36] MK, s. 138.

[37] MK, s. 139.

[38] MK, s. 175.

[39] MK, s. 167.

[40] MK, s. 168.

[41] MK, s. 169.

[42] MK, s. 175.

[43] EC, s. 164.

[44] Dz, 17,32.

[45] J.M. Coetzee, Wiek żelaza, przeł. Anna Mysłowska, Kraków 2004.

[46] J.M. Coetzee, W sercu kraju, przeł. Magdalena Konikowska, Kraków 2004.

[47] EC, s. 175.

[48] Por. PC, s. 102.

[49] PC, s. 87.

[50] PC, s. 87.

[51] PC, s. 75.

[52] PC, s. 137.

[53] PC, s. 224.

[54] PC, s. 149.

[55] PC, s. 18.

[56] PC, s. 141.

[57] PC, s. 181.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata