70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Czy Jezus naprawdę był człowiekiem?

Wiara w prawdziwość wcielenia, to nie tylko wiara w realność Chrystusowej męki i śmierci, ale także podstawa traktowania Jezusa jako naszego Brata w człowieczeństwie, bliskiego nam nie tylko z powodu cierpienia, ale także wszelkich innych ludzkich doznań. Pobożne przeakcentowanie wielkości bóstwa Jezusa może powodować – i często powoduje – niedocenianie głęboko ludzkich wartości, jakoby niegodnych świętości.

Wiadomą jest rzeczą, że chrześcijanie pierwszych pokoleń tym różnili się od swoich pobratymców żydowskich, iż uważali Jezusa z Nazaretu za Mesjasza Bożego, Syna Bożego, Pośrednika między nimi a Bogiem i Sprawcę zbawienia. Wierzyli, że wraz z Nim rozpoczęły się zapowiadane czasy mesjańskie i że dzięki Niemu mogą żyć w królestwie mesjańskim na ziemi, a po śmierci zmartwychwstaną do życia w królestwie Bożym. Kto w to nie wierzył, traktował Jezusa już to za wichrzyciela, już to za założyciela nowej sekty w łonie judaizmu, już to – w najlepszym razie – za dobrego rabbiego, który został skazany na śmierć i na tym się skończyło.

Chrześcijanie próbowali jakoś pojąć to, w co wierzyli, wytłumaczyć sobie i innym, jak to możliwe. Na gruncie tradycji judaistycznej, wychowani w niej ludzie, którzy zostawali chrześcijanami (zwano ich przez to judeochrześcijanami), wyobrażali sobie Jezusa jako największego z aniołów, który zstąpił z siódmego nieba, mieszkania Boga i objawił się jako człowiek. Najbardziej jednoznacznym dokumentem taką teorię potwierdzającym jest tak zwane Wniebowzięcie Izajasza (zob. Apokryfy Nowego Testamentu, t. III). Wierni zakorzenieni w radykalny monoteizm nie potrafili zdobyć się na więcej bez popadnięcia w bluźnierstwo wyznawania dwóch Bogów. W ten sposób jednak niejasne stawało się też człowieczeństwo Jezusa: czy ten Jezus był naprawdę człowiekiem, czy tylko tak się wydawało, gdyż w rzeczywistości był kimś znacznie większym, znaczniejszym od aniołów? Problem był widać poważny, skoro znalazł odbicie u świętego Pawła. W Liście do Filipian (por. 2, 6-11) napisał on o Jezusie – być może przytaczając cudzy hymn o Nim, za czym zdaje się przemawiać poetycka forma tekstu – że „ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stając się podobnym do ludzi. A w zewnętrznej postaci uznany za człowieka, uniżył samego siebie”. Czytelnik Pawła z powodzeniem mógł sobie wyobrażać, że w takim razie człowieczeństwo Jezusa było pozorne: że na niby się urodził, na niby odczuwał głód czy jadł, na niby też cierpiał i umarł, a w konsekwencji na niby też zmartwychwstał, bo tylko „w zewnętrznej postaci uznany był za człowieka”. Oczywiście, wymagało to lektury wysoce selektywnej, gdyż Paweł wielokrotnie i na różne sposoby stara się wykazać prawdziwość – przede wszystkim – śmierci i zmartwychwstania Jezusa, ale przecież selektywność w przyjmowaniu czegokolwiek do wiadomości jest cechą ludzką, nader często występującą.

Również wśród bezpośrednich adresatów Ewangelii kanonicznych zapewne byli tacy, którzy mieli trudności z zaakceptowaniem prawdziwości pełnego człowieczeństwa Chrystusa, skoro ich autorzy kładą na to tak wielki nacisk. Mówią, że Jezus bywał głodny, zmęczony, że czasem się denerwował, że miał przyjaciół, których faworyzował, że się bał i doświadczał pokus.

Mimo wszystko jednak judeochrześcijanom łatwiej było zaakceptować prawdziwe człowieczeństwo Jezusa niż pełnię Jego bóstwa. Nie tak było z chrześcijanami wychowanymi w kulturze greckiej. Byli oni bowiem przyzwyczajeni do pojmowania rzeczywistości duchowej jako dobrej, a materii jako gorszej; w ich mitach świat nie powstał na skutek wolnej decyzji stwórczej najwyższego Boga, ale wskutek różnych kataklizmów. Najmodniejsza filozofia w późnym antyku, czyli platonizm, postulowała koncepcję człowieka jako duszy w ciele: duszy nieśmiertelnej i wiecznej, która znalazła się w takim, a nie innym ciele za karę. O niczym innym też nie powinna marzyć, jak o wyzwoleniu się z tego ciała w jakikolwiek dostępny sposób. Przyjęcie do wiadomości, że Jezus jako Syn Boży mógł przyjąć prawdziwą ludzką cielesność, było dla tych chrześcijan trudne. Z własnej mitologii znali przypadki bogów, którzy przybierali ludzką postać, ale tylko postać: nie stawali się prawdziwymi ludźmi, tylko tak wyglądali.

Wygląda na to, że jedną z pierwszych opinii o Jezusie, jakie krążyły wśród pobożnych ludzi, którzy za wszelką cenę starali się podkreślać wielkość Jezusa, wspaniałość i heroizm, a z drugiej strony nie mieściło im się w głowie, że mógł On odczuwać jakiekolwiek ludzkie pragnienia czy słabości, był właśnie taki pogląd, który redukował Jego człowieczeństwo do zjawiska i pozoru. I to nie tylko po zmartwychwstaniu, ale przez całe ziemskie życie. Około roku 110 Ignacy, biskup Antiochii, pisał o Jezusie w Liście do Kościoła w Smyrnie: „Naprawdę cierpiał, jak i naprawdę zmartwychwstał, a nie jak mówią niektórzy niewierni, że wydawało się tylko, że cierpiał. To raczej oni nie istnieją, tylko tak im się wydaje, i tak jak myślą, tak im się też stanie: pozostaną bezcieleśni i podobni do demonów”. „Wydawać się” to po grecku dokein i stąd pogląd taki nazywa się doketyzmem. Ignacy zdaje się kpić ze zwolenników takiego myślenia: skoro według nich Chrystus nie istniał jako prawdziwy człowiek, tylko tak się wydawało, to może i oni nie istnieją naprawdę, tylko tak się wydaje.

Największymi doketami, jeśli tak można powiedzieć, byli gnostycy, wyznawcy skrajnego dualizmu. Według nich materia, a więc i ludzkie ciało, jest dziełem Demiurga, czyli Stwórcy, który nie jest najwyższym Bogiem, ale kimś niższym, niedoskonałym, może i sprawiedliwym, ale nie dobrym ani kochającym. Zbawienie miałoby polegać na oderwaniu się od tej materii, nie o zbawienie człowieka bowiem chodzi, ale tylko o wydobycie z więzienia materii cząstek Bożej substancji, jaka znajduje się w tych, którzy są przeznaczeni do zbawienia. Wyobrażali więc sobie, że Jezus Chrystus nie miał prawdziwego ciała ani prawdziwie nie cierpiał, ani nie umarł, a przekaz o Jego powstaniu z martwych jest figurą retoryczną mającą oznaczać wyjście z materii.

Wydaje się, że poglądy dokeckie uległy wzmocnieniu w kontekście czwartowiecznych dyskusji związanych z herezją ariańską. Bez wchodzenia w skomplikowane szczegóły, powiedzmy tylko, że w gruncie rzeczy arianizm propagował opinię, iż Syn Boży nie jest prawdziwym Bogiem, ale najważniejszym z Bożych stworzeń, pierwszym i najwspanialszym. Obrońcy ortodoksji, czyli wiary w Chrystusa, Syna Bożego i Boga, z ogromnym samozaparciem i nie szczędząc pergaminu, bronili swej wiary, dowodzili prawdziwości bóstwa Jezusa z takim naciskiem, że umknął im w polemice fakt Jego prawdziwego człowieczeństwa. Podkreślano, co prawda, realność ciała Chrystusa, ale już co do Jego ludzkiej duszy – element antropologiczny absolutnie podstawowy dla wszystkich Greków i Rzymian – opinie były podzielone. Wielu wyobrażało sobie, że miejsce duszy ludzkiej zajmuje w Nim sam boski Logos, a jeśli już miałby On posiadać także duszę, to zupełnie podporządkowaną Logosowi.

Tak więc nałożyły się różne sprawy:

1)     filozoficzne przekonanie o prymacie ducha nad materią;

2)     dualistyczne poglądy gnostyków, mniej lub bardziej zależne od mitologii perskiej;

3)     greckie przeświadczenie, że materialny świat jest owocem kataklizmu lub wojny między bogami;

4)     polemiczne podkreślanie bóstwa Chrystusa a pomijaniem Jego człowieczeństwa;

5)     egzystencjalne doświadczenie chrześcijanina, który zauważał, że mimo chrztu i całej łaski Chrystusa trudno poradzić sobie ze słabościami ludzkimi;

6)     na pewno wiele jeszcze innych…

Po legalizacji chrześcijaństwa przez cesarza Konstantyna w roku 313 i po ustaniu prześladowań nabiera nowych kształtów całe życie Kościoła, w tym także życie monastyczne, zwłaszcza w Egipcie, Syrii czy Kapadocji. Oczywiście, pustelnicy byli już wcześniej, teraz jednak zaczęło ich przybywać w postępie wręcz geometrycznym. Ludzie o bardziej rygorystycznym podejściu do życia i siebie samych (co raczej jest cechą charakteru niż miernikiem pobożności), zapatrzeni w przykład dawnych męczenników, których chcieli naśladować, ale nikt ich nie prześladował, starali się realizować tak zwane białe męczeństwo – życie ascetyczne, pełne wyrzeczeń różnorakich, poświęcone modlitwie tak bardzo jak tylko się da. Za wszelką cenę starali się pokonać ograniczenia ludzkiej natury, przede wszystkim związane z cielesnością, w przekonaniu, że dusza jest ważniejsza. Można by powiedzieć, iż liczne praktyki ascetyczne realizowały założenie, że im gorzej dla ciała, tym lepiej dla duszy.

Teoretycznie Ojcowie Kościoła sprzeciwiali się nadmiernemu rygoryzmowi. Za heretyków uznawano na przykład tak zwanych enkratytów, czyli sektę zbliżoną do gnostycyzmu, propagującą skrajną ascezę w imię walki ze złem związanym z materią. U jej początków stał Tacjan Syryjczyk (II w.), apologeta chrześcijaństwa, negatywnie nastawiony do wszystkiego, co ma związek z ciałem. Podobnie surowych montanistów czy nowacjan uznano za wrogów Bożego dzieła stworzenia. Nie o margines Kościoła mi jednak chodzi, ale o jego trzon, który stanowią wszyscy wierni z biskupami na czele. Wpływy prądów pomniejszających wartość człowieczeństwa Jezusa Chrystusa na rzecz Jego bóstwa przynosiły bowiem w konsekwencji negatywne podejście do cielesności z równoczesnym podkreślaniem wartości duszy, w mentalności większości ówczesnych wiernych. Zaczyna się wręcz mówić coraz częściej o zbawieniu dusz, a nie o zbawieniu człowieka.

Na Soborze Chalcedońskim w roku 451 kwestię prawdziwości natury boskiej i natury ludzkiej Chrystusa rozwiązano najlepiej jak się dało na tamte czasy. Określono, że jest On współistotny z Bogiem Ojcem jako Bóg i współistotny z ludźmi jako człowiek. Nie wiedziano jeszcze, czy w związku z tym Jezus ma też ludzką wolę czy tylko boską, ale i to zdefiniowano później, na Soborze Konstantynopolitańskim III (680-681). Napisano:

Zgodnie z nauczaniem świętych Ojców przepowiadamy o Nim dwa odnoszące się do natur chcenia, inaczej dwie wole, oraz dwa odnoszące się do natur działania: bez podzielenia, bez zmiany, bez podziału i bez zmieszania. Te dwie wynikające z natur wole w żadnym przypadku nie są sobie przeciwne, jak twierdzili bezbożni heretycy, lecz Jego wola ludzka, nie sprzeciwiając się ani nie walcząc, idzie za, a raczej jest posłuszna Jego Bożej i wszechmocnej woli (Wykład wiary 14, Dokumenty Soborów Powszechnych, t. I, s. 319).

Wydawać by się mogło, że takie orzeczenie, przyjęte oficjalnie przez Kościół i potwierdzone niezliczonymi innymi dokumentami, jest dostatecznie jasne, by prawdziwość człowieczeństwa Jezusa była niepodważalna. A jednak okazuje się, że dokumenty nie wszystko mogą. Równocześnie z poważnymi i mądrymi dyskusjami teologicznymi szeroko rozwijała się twórczość apokryficzna, gdzie Jezusa przedstawiano jako kogoś w rodzaju supermana. Mistrzowskie w tym względzie zdaje się być Dzieciństwo Pana przypisywane Tomaszowi Apostołowi (zob. Apokryfy Nowego Testamentu, t. I/1, s. 388nn). W tym apokryfie mały Jezus bawi się na przykład, bujając się na promieniu słonecznym lub po nim spacerując, sprawia, że chłopczyk, który go potrącił w szkole, pada martwy, gdy mu się dzban przy studni rozbija, przynosi wodę w płaszczu i tak dalej. Na taką literaturę było wyraźne zapotrzebowanie, gdyż widocznie ludzie woleli widzieć Jezusa jako kogoś ponadludzkiego, którego można i należy podziwiać czy czcić, ale o naśladowanie którego nie warto nawet zabiegać, bo to i tak się nie uda.

Rzecz cała polega na przyjęciu konsekwencji wcielenia Syna Bożego. Zwróćmy jednak uwagę na termin: nie chodzi o wcielenie w znaczeniu samego przyjęcia ciała, ale w sensie stania się człowiekiem. Jak to możliwe, że Bóg stał się człowiekiem nie przestając być Bogiem, jest tajemnicą wiary, która dla nas współczesnych jest równie niepojęta jak dla naszych starożytnych przodków w wierze. Obecnie także bowiem w codziennym, czy coniedzielnym przepowiadaniu, ci, którzy są za nie odpowiedzialni, mają ten sam problem. Wiara w prawdziwość wcielenia, to przecież nie tylko wiara w realność Chrystusowej męki i śmierci, ale także podstawa traktowania Jezusa jako naszego Brata w człowieczeństwie, bliskiego nam nie tylko z powodu cierpienia, ale także wszelkich innych ludzkich doznań. Pobożne przeakcentowanie wielkości bóstwa Jezusa może zaś powodować – i często powoduje – niedocenianie głęboko ludzkich wartości, jakoby niegodnych świętości.

Mam wrażenie, że taki doketyzm, odsuwający Chrystusa od ludzkich doznań, ma się współcześnie dość dobrze. Łatwiej skupić uwagę na cudach Jezusa opisanych w Ewangeliach, a jeszcze łatwiej na cudownych uzdrowieniach czy objawieniach współczesnych niż na gołej prawdzie objawionej, że Bóg stał się prawdziwym człowiekiem. Cała chrystologia też bardziej zajmuje się konsekwencjami Chrystusowego zbawienia niż Jego wcieleniem. Refleksja nad tym musiałaby bowiem prowadzić do egzystencjalnych wniosków, wiążących dla codziennych rozstrzygnięć w codziennych sprawach. Teoretyczna teologia zaś daje dużo pocieszeń: rozwija umysł, pozwala na robienie stopni naukowych, wyzwala dyskusje i daje poczucie zbliżania się do Boga. Rozważanie zaś nad tym, że Syn Boży stal się człowiekiem, przyjął wszystko co ludzkie, zdaje się zagrażać pobożności. Stąd tak trudno przyjąć w Kościele to, co powtarzał kilkakrotnie Jan Paweł II: że człowiek jest drogą Kościoła. W pedagogicznie nastawionym przepowiadaniu, ciągle traktującym słuchaczy za nieletnich, którymi trzeba kierować, łatwiej i bezpieczniej jest mówić, że Kościół jest drogą człowieka.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata