70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Uzdrawiająca przyjaźń

Z własnego doświadczenia wiem, że aby taka relacja powstała, strona, która czuje się „mocniejsza” (zwykle jest nią asystent, ale nie zawsze), musi przyjąć postawę otwartości i słuchania, pozwolić się zaskakiwać i w tym zaskakiwaniu umieć odnaleźć radość.

Drzewo oddaje chwałę Bogu przez to, że jest drzewem.
Thomas Merton

Było słoneczne październikowe przedpołudnie, gdy z nadzieją na to, że wreszcie znalazłem właściwe miejsce do życia, wnosiłem kartony z rzeczami na pierwsze piętro domu „Effatha” w Śledziejowicach. Wylądowałem w pokoju tak małym, że rozłożywszy szeroko ręce, można było niemal dotknąć przeciwległych ścian. Na biurku leżały czekoladki i ręcznie malowana kartka z podpisami mieszkańców i słowami: „Witaj w domu”. Kiedy Jean Vanier ponad czterdzieści lat temu zamieszkał razem z Raphaelem i Philippe’em, mężczyznami z upośledzeniem umysłowym, w małym domu w Trosly-Breuil, nie przypuszczał, że w ten sposób rodzi się L’Arche i że podobne domy powstaną w wielu miejscach świata. Prawdziwy dom jest miejscem otwartym dla wędrowców oraz zaproszeniem do budowania wspólnoty i dlatego jest tak ważny dla wszystkich członków Arki. Wiele lat temu podczas remontu domu w Śledziejowicach ktoś postawił pytanie: „Jak go nazwać?”. Kazek, mały brat Jezusa, odpowiedział błyskawicznie: „Effatha – otwórz się”. Takie imię dodaje otuchy, ale nakłada też ogromne zobowiązanie troski o każdego mieszkańca i przybysza. Siły ludzkie nie wystarczą, aby podołać temu zadaniu, dlatego jest tutaj kaplica z Najświętszym Sakramentem.

Nazaret w Śledziejowicach

Pamiętam bardzo wyraźnie pierwsze odczucie –zachwyt nad pełnym prostoty życiem „arkowym”. Wspólne gotowanie, sprzątanie, jedzenie posiłków, praca w warsztacie i modlitwa. Jesteśmy tutaj razem, a każdy jest całkiem inny. Od takiej inności zaczyna się prawdziwa rozmowa. „Jeżeli ja to jestem ja, bo ty to jesteś ty, to ani ja nie jestem ja, ani ty nie jesteś ty. Ale jeżeli ja to jestem ja, bo ja to jestem ja, a ty to jesteś ty, bo ty to jesteś ty, to wtedy ja to jestem ja, a ty to jesteś ty – i możemy rozmawiać” . Tak właśnie opisał istotę dialogu żyjący w XIX wieku mistrz chasydzki rabin Menachem Mendel z Kocka. Inność może być źródłem fascynacji życiem jako darem Opatrzności. Inność oznacza również bardzo wiele kłopotów w komunikacji międzyludzkiej i krzyż codzienności.

Moim Nazaretem był nie tylko dom, ale i pracownia świec ulokowana w garażu samochodowym. W zimie świeczkowe królestwo jako żywo przypominało wędzarnię, bo wentylacja nie była w stanie pochłonąć oparów parafiny topionej na kuchni elektrycznej. Jednak powstające tu ozdobne świece wprawiały w niekłamany zachwyt nawet najbardziej obojętne i zblazowane istoty ludzkie. Ręczna robota znajdowała nabywców w kilku największych polskich miastach (głównie w Krakowie). Nasze świece były i są dziełem wspólnej pracy „ludasów” (osoby z upośledzeniem umysłowym – termin wymyślony przez Alinkę Domnicz, malarkę i bajkopisarkę, rezydentkę domu w Śledziejowicach) i asystentów. Jedna z głównych zasad pracy w warsztatach jest prosta w teorii i trochę bardziej skomplikowana w praktyce: każdy uczestnik powinien umieć wykonać jak najwięcej różnorodnych czynności samodzielnie.
Miałem ogromne szczęście zakosztowania twórczej, spokojnej i owocnej pracy. W garażu nie siedziały szczury uczestniczące w bezustannym wyścigu, lecz byli tam ludzie budujący dzięki pracy własnych rąk swoje poczucie godności i niepowtarzalności. Byli szczęśliwi, mając zagospodarowany czas, miłą atmosferę, niewielkie kieszonkowe oraz świadomość, że zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce kupić nasze świeczki. Praca potrzebna innym i godziwie wynagradzana prowadzi do odkrywania własnego człowieczeństwa, staje się integralną częścią życia. Świece, ikony, obrazy i kartki okolicznościowe były ucieleśnieniem tego, co dobre we wspólnocie. Zajęcia warsztatowe dopełniane były wyjazdami na basen, hipoterapią oraz odwiedzaniem krakowskich galerii i wystaw. Jeden z takich wyjazdów wypadł w okresie ogromnych czerwcowych upałów. Kasia i ja czekaliśmy przed domem w Śledziejowicach na Karola. Nagle pojawił się w drzwiach: z wygoloną głową, w czarnych okularach i czarnym prochowcu sięgającym niemal ziemi do złudzenia przypominał członka zespołu punkowego. Na krakowskim Rynku Karol stanowił nie lada sensację – czarna postać, której niestraszny żar lejący się z nieba. Kto by przypuszczał, że ta niesamowita postać zmierza pewnym krokiem do przybytków sztuki.

Ruchome schody

Życie „arkowe” ma tę niesamowitą właściwość, że wypełnione jest relacjami. Martin Buber mógłby tu dojrzeć różnorodne odcienie filozofii dialogu w praktyce. Przenikające się nawzajem mikrokosmosy osób i asystentów są pod wieloma względami fascynujące. Trudno dziś znaleźć takie miejsca, gdzie najważniejszy jest człowiek, z jego małymi i dużymi sprawami. Wiele domów Arki na świecie stwarza przestrzeń, w której słucha się, by usłyszeć, patrzy, aby zobaczyć, i rozmawia się, by budować przymierze między ludźmi oraz między człowiekiem a Bogiem.

U początków historii niektórych osób z upośledzeniem znajduje się odrzucenie. Gdy na świat przychodzi zdrowe dziecko, wszyscy pytają: dziewczynka czy chłopczyk? Gdy pojawia się dziecko niepełnosprawne, zapada głucha cisza, kłopotliwa i raniąca. W samym sercu tej ciszy jak cierń uwiera pytanie: cóż począć z takim kłopotem? Odrzucenie jest jak miecz obosieczny: u rodziców zamienia się w poczucie winy, a w życiu ich dzieci skutkuje chronicznym brakiem miłości. Lucek przyszedł do Śledziejowic naznaczony –użyjmy eufemizmu – bolesnymi doświadczeniami z przeszłości i niemal od progu objawił się jako człowiek złożony z samego uporu. Jednak dzień po dniu odsłaniał jakiś element swego wewnętrznego bogactwa i piękna. Zostałem poproszony o zostanie jego asystentem. Wiele się od niego nauczyłem również dlatego, że okazał się niezwykle wymagającym towarzyszem „arkowej” wędrówki, która rozpoczynała się codziennie o ósmej rano, a kończyła o drugiej w nocy.

Towarzyszenie może być procesem wymiany darów opartym na wzajemnym zaufaniu oraz poszanowaniu odmienności drugiego. Czasem zaufanie rodzi się powoli i w wielkim bólu obumierania naszego egoizmu. Bolesną rzeczą jest stawanie w prawdzie o sobie samym, szczególnie gdy myślimy o naszych lękach i ograniczeniach. Lucek jak mało kto potrafił sprawdzać poziom cierpliwości asystentów. Zawsze miał swoje zdanie, a sposób jego wypowiadania idealnie korespondował z majestatycznym i powolnym krokiem, którym poruszał się po domu. Cokolwiek otrzymał, niemal natychmiast rozdzielał między mieszkańców. Kiedyś kupił butelkę piwa i poprosił mnie o rozlanie zawartości do dziesięciu szklanek. Zmartwił się bardzo, zobaczywszy niewielką ilość płynu w każdej szklance. Stanął zakłopotany na środku kuchni, drapiąc się po głowie. Po chwili dolewał już do każdej porcji kranówkę, uśmiechając się przy tym promiennie.

Naszą przyjaźń scementowało niezwykłe wydarzenie na Dworcu Centralnym PKP w Warszawie. Cała wspólnota śledziejowicka wybierała się na kilkudniowe rekolekcje do Konstancina. Stanęliśmy przed ruchomymi schodami, obładowani ciężkimi plecakami. Lucek niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. Ująwszy go mocno pod rękę, zaproponowałem: „Policzymy do trzech i razem wejdziemy na schody”. Prosty plan okazał się katastrofalny w skutkach – leżeliśmy na plecach, mając nogi w górze, a głowy na dole. Lucek, wystraszony, ściskał moją szyję tak mocno, że ledwo oddychałem, a schody wiozły nas do góry. Asystenci stojący na górze musieli za nogi ściągać nas ze schodów. Byłem wściekły, a wszyscy wokół zaśmiewali się do rozpuku. Kilka dni później pojąłem prawdziwe znaczenie owej niesamowitej podróży – poznałem smak upokorzenia i bezradności, smak jakże często nieobcy osobom niepełnosprawnym.

Droga przemiany

Człowiek, który decyduje się zostać asystentem w Arce, jest trochę podobny do ucznia Chrystusa. Musi opuścić dom rodzinny, przyjaciół, rozstać się z marzeniem o dostatnim i wygodnym życiu, a czasem zrezygnować z kariery naukowej. Jeśli jednak zachowa minimum otwartości, już po kilku tygodniach dowie się o sobie więcej, niż odkrył przez kilka ostatnich lat życia. Proste pytania osób niepełnosprawnych dotykają najgłębszych zakamarków duszy. Wiedza o własnej małości uwiera i boli, a nieświadomość ukrytych w nas darów zbyt często hamuje wzrost wewnętrzny. Zaczyna się proces odkrywania swojej prawdziwej tożsamości i zmagania: z pokusą władzy, kompleksami, żądzą posiadania ludzi i rzeczy, ale także proces dostrzegania w sobie dobra, z którego każdy może zaczerpnąć.
Od wielu lat z głębokim wzruszeniem obserwuję, jak rezydenci (osoby niepełnosprawne) domów Arki przyjmują nowych asystentów, a potrafią robić to wyjątkowo pięknie. Świadectwo asystentów nie pozostawia najmniejszych wątpliwości: „Poczułem się zaakceptowany taki, jaki jestem”. Owo doświadczenie już na wstępie buduje przestrzeń do prawidłowego wzrostu oraz bardzo pomaga rozpoznać swoje powołanie. Nie traci się wówczas czasu na udowadnianie innym swojej wartości opartej na niezmierzonej inteligencji, zasobności portfela i wyjątkowym sprycie w myśl zasady „cel uświęca środki”. W odkrywaniu powołania potrzebujemy najbardziej łaski Boga, który często mówi do nas poprzez ubogich.

Pamiętam chwilę kryzysu, poczucia, że już się wypaliłem i dalej nie pójdę. Siedziałem pogrążony w myślach, jak sobie z tym wszystkim poradzić, kiedy nagle podszedł do mnie Karol i zaproponował: „Może porozmawiamy o pokorze?”. Usiedliśmy razem w jego pokoju pochyleni nad Biblią, Katechizmem Kościoła Katolickiego oraz różnymi słownikami i długo rozmawialiśmy. To było dotknięcie łaski właśnie w chwili, gdy krzyż zmęczenia fizycznego i psychicznego wydawał się zbyt ciężki. „Jezus żyje zawsze tam, gdzie jesteś najbardziej sobą, najbardziej ludzki, najsłabszy. Jednając się ze swym słabym >>ja<<, godzisz się z Jezusem” . Wielokrotnie doświadczałem i doświadczam dzisiaj życiodajnej mocy płynącej ze spotkań z osobami niepełnosprawnymi. W czasie tych spotkań zacząłem odkrywać własne ubóstwo oraz to, że ubogim jest nie tylko ten, któremu towarzyszę, ale jestem nim również ja sam.
Niezwykle istotnym momentem „arkowej” wędrówki jest chwila, w której odkrywamy, że prawdziwe powołanie do bycia asystentem nie oznacza powołania do bycia pobłażliwym i współczującym belfrem. Przed nami stoi bowiem znacznie trudniejsze wyzwanie: zaproszenie do budowania przyjaźni.

Uzdrawiająca przyjaźń

Wspominałem już o znaczeniu relacji w życiu Arki jako wspólnoty. Ich mądre i odpowiedzialne budowanie może stać się źródłem uzdrowienia. Jeśli za punkt wyjścia przyjmiemy wyjątkowość i unikalność każdej osoby ludzkiej, odsłoni się przed nami dobro w tej osobie ukryte. Wspólne życie wypełnione pracą, modlitwą i odpoczynkiem stwarza przestrzeń do takiego poszukiwania i budowania. Jeśli sposób oddziaływania autorytetu we wspólnocie owocuje służbą w miłości, a nie rozszerzaniem wpływów kontrolującej wszystkich i wszystko władzy, poszukiwanie i budowanie, o którym mowa, jest naprawdę możliwe.

Z własnego doświadczenia wiem, że aby taka relacja powstała, strona, która czuje się „mocniejsza” (zwykle jest nią asystent, ale nie zawsze), musi przyjąć postawę otwartości i słuchania, pozwolić się zaskakiwać i w tym zaskakiwaniu umieć odnaleźć radość. Słuchanie stawiam na pierwszym miejscu przede wszystkim dlatego, że dzisiejszy świat nie jest na tym polu dobrym nauczycielem. Gazety, radio, telewizja i Internet szantażują nas swoim bełkotem w tempie wręcz zawrotnym. Osoba niepełnosprawna bardzo często potrzebuje dużo czasu, żeby się wypowiedzieć. W Arce jesteśmy wezwani do ofiarowania czasu i cierpliwości potrzebnych do zaistnienia takiej wypowiedzi. I obojętnie, czy będzie to wypowiedź artysty pełna neologizmów („artysty niepełnosprawnego”), błyskotliwa refleksja osoby z upośledzeniem czy też kilka prostych zdań z trudem skleconych na podstawie niewielkiego zasobu słów. Każda z tych wypowiedzi zasługuje na naszą najgłębszą uwagę i szacunek, zasługuje również na wysłuchanie jej do końca oraz na odpowiedź. Asystenci, którzy doświadczają tego typu dialogu, podkreślają wyjątkowość spotkania. Często mówią o tym, że spotkanie i dialog z niepełnosprawnym zmieniło ich sposób myślenia o rzeczywistości i dotknęło serca. Ubodzy pozwalają nam doświadczyć, jak bardzo jesteśmy przez nich obdarowani.

Uzdrawiająca przyjaźń czerpie swoją moc ze źródła o znanej nazwie: „bardziej być niż mieć” (Jan Paweł II). W Arce jesteśmy po to, by być z drugim – ubogim, który sprawia, że serce i umysł pokornieją. To ubogi stawia mi najważniejsze pytanie w życiu: „Czy mnie kochasz?”. Nieraz trzeba wielu lat, aby to pytanie usłyszeć i umieć na nie odpowiadać każdego dnia. Tego właśnie uczymy się my, asystenci, w trakcie budowania przyjaźni z osobami. Bycie razem, budowanie wspólnoty, choćby tej najmniejszej, złożonej z dwóch osób, uzdrawia każdego z nas z odwiecznej troski o siebie. Współczesny kult asertywności połączony z przesadną dbałością o własny rozwój zaprowadzić nas może w ślepy zaułek. Troska o drugiego i odpowiadanie na jego potrzeby (czasem bardzo proste) wskazują właściwą drogę do innego człowieka i do Boga. Ucząc się dawać z siebie, przekraczamy siebie i powolutku dorastamy do miłości.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata