70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Gołdap

Mężczyzna ma na sobie sportową koszulkę i rozpięty sweter. Średniego wzrostu, zadbany, na łysince starannie zaczesana „pożyczka”. Dowcipy opowiada sprawnie, jakby czytał z książki, między jednym a drugim umiejętnie pozostawia przerwy na śmiech. Otaczające go kobiety zaśmiewają się w rytmicznych sekwencjach. Mężczyzna wypuszcza dym z papierosa. Na budynku, przed którym stoi, widnieje napis: „Sanatorium Uzdrowiskowe”.

Gołdap, początek sierpnia 2007 roku.

Dzwoni komórka. Jedna z kobiet odbiera telefon, odchodzi na bok i mówi do słuchawki: „Przywieź mi biały sweter i te spodnie w paski…”

„…spodnie ze sztruksu bordowe, koszulę flanelową, może być Taty, papier toaletowy, ile macie. I aksamitkę zieloną do włosów, jest u mnie w szafie…”, prosiła o potrzebne rzeczy w liście do rodziny inna kobieta, którą zimą 1982 roku przywieziono do tego samego budynku.

Jak wszystkie pozostałe, które wtedy tu zamieszkały, nie przyjechała na turnus. W nocy z dwunastego na trzynastego grudnia 1981 zabrano ją z domu i osadzono najpierw w areszcie śledczym. Obskurna cela, więzienny rygor i funkcjonariusz, od którego dostała w twarz. Po dwóch tygodniach, razem z kilkoma innymi kobietami, została wsadzona do „suki”. Jechały zmarznięte, głodne i przerażone, że wiozą je za sowiecką granicę. Ja nie wiem, gdzie jedziecie – mówił milicjant z konwoju – ale tam nie ma już domów, tylko hitlerowskie bunkry…

Po kilkunastu godzinach jazdy samochód zjechał z asfaltu w wąską leśną drogę. Długie łapy świerków gładziły niezdarnie burty, bezgłośnie osypywał się śnieg. Kobiety podskakiwały na wybojach. Kiedy przejechały, zatrzasnęła się za nimi noc.

Wysadzono je przed piętrowym budynkiem, weszły po kilku stopniach do holu. Zmrużyły oczy oślepione blaskiem świateł. „Nie martw się, dziewczyno, jesteś w Polsce”, powiedziała do jednej z nich Anna Walentynowicz.

Budynek, postawiony w lesie Kumiecie na gruzach wojennej kwatery Gőringa, w latach 70. był ośrodkiem wypoczynkowym dla pracowników Radia i Telewizji.  Teraz mieści prywatne sanatorium. Między jedną funkcją a drugą pełnił jeszcze trzecią: w 1981 roku przekształcono go w „ośrodek odosobnienia” dla aktywnie działających w Solidarności kobiet z całej Polski.

Zamieszkały w pokojach, gdzie okna zabite były gwoździami. O rzut szyszką stało skute lodem jezioro, o kilka kilometrów dalej miasteczko Gołdap, po którym kiedyś przechadzał Kant. W okolicy pod śniegiem spały wioski o niezrozumiale brzmiących nazwach: Botkuny, Żytkiejmy, Dubeninki, Skajzgiry, Kiepudreje, Pluszkiejmy… Kawałek dalej ciągnęła się radziecka granica.

Na zewnątrz, między świerkami, stały wojskowe posterunki. Żołnierze źle byli nastawieni do internowanych kobiet – powiedziano im, że to kryminalistki (w innej wersji: prostytutki) z całej Polski. Ale wzajemna niechęć przemieniła się dość szybko w sympatię. Wyrwani z domów i marznący na śniegu chłopcy zaczęli wzbudzać w uwięzionych kobietach poczucie solidarności. One w nich – współczucie. Dla poprawy stosunków nie bez znaczenia był też pewno częściowy striptiz brawurowo wykonany raz przez jedną z dziewcząt: chciała udowodnić przestraszonym koleżankom, że choć złamie zakaz stawania w oknie, żołnierze nie będą strzelać. Rzeczywiście, jakoś nie strzelali.

Kiedy okna potem odblokowano, spomiędzy drzew frunął czasem do pokoju kamień zawinięty w list: „Dziewczyny, śpiewajcie!”. Stawały w oknach i śpiewały. Najczęściej Musimy siać

Musimy siać, choć grunta nasze marne,
choć nam do orki pługów brak i bron.
Musimy siać, choć wiatr porywa ziarno,
choć w ślad za siewcą kroczą stada wron…
(…)

A nas tak mało, tych co mogą pomóc,
Ze swych spichlerzy szczyptę braciom dać.
I choć nie przy nas wzejdzie ruń zielona,
My róbmy swoje, my musimy siać…

Na tę pieśń, która stała się później  ich hymnem, komendant obozu był szczególnie uczulony.

Chłopcy w mundurach spisywali sobie słowa. Do uwięzionych kobiet krzyczeli: „Kochamy was!”.

Warunki materialne były w ośrodku dość dobre. W porównaniu z aresztem śledczym ta klatka była prawie złota. W paczkach przychodziły czasem pomarańcze i czekolada. Raz przywiozła je Maja Komorowska, kiedyś  pojawił się ksiądz Tischner. Nie dostał zgody na widzenie ze wszystkimi kobietami, spotkał się tylko z tymi z Krakowa.

Stałą posługę duszpasterską sprawował ksiądz Aleksander Smędzik. To on w każdą niedzielę o piętnastej odprawiał mszę na stole bilardowym w holu, u niego na plebanii nocowały rodziny przyjeżdżające z całej Polski na widzenie, jemu internowane kobiety ukradkiem wypychały kieszenie sutanny grypsami: Halina Mikołajska, Joanna Duda-Gwiazda, Grażyna  Kuroń i ponad czterysta pięćdziesiąt innych…

Gajka listów od Jacka nie czytała w jadalni – zabierała je do pokoju, zastawiała łóżko fotelem i dopiero wtedy wyjmowała z koperty.

W ciasnych pokojach mijały powoli noce i dnie. Po zaparowanych oddechami szybach spływały strużki wody. Kobiety przylepiały twarze do szyb, wypatrywały odwiedzających. Kiedy przyjeżdżały nowe transporty, stawały w oknach, układały palce w „V”  i śpiewały Mury. Kiedy restrykcje były zbyt surowe, urządzały głodówkę.

Ale bywało też śmiesznie: kobieca myśl techniczna kłębami waty neutralizowała domniemany podsłuch, który okazywał się zwykłym gniazdkiem, babska wymowność obezwładniała komendanta, który łagodził czasem rygorystyczne zarządzenia.

Nadeszła wiosna. Jezioro ożyło, wiatr przynosił zapach traw i mokrej ziemi.  Na pobliskim grodzisku Jaćwingów koło Szurpił topniał śnieg. Zazielenił się polodowcowy oz w dolinie Czarnej Hańczy. Tajał lód na wiaduktach w Stańczykach, krople wody kapały miarowo w trzydziestometrową przepaść.

Na parapecie okna siadał czasem ptak. Przekrzywiał głowę, jednym okiem przyglądał się zamkniętym w środku kobietom, a one jemu. Potem odlatywał. Patrzyły, jak wzbija się w powietrze.

Ale w nocy nie śniły o lataniu, tylko o chodzeniu po ziemi. „Kto ziemi nie dotknął ni razu, ten nie może być w niebie” spełniało się w dosłowny, swoisty sposób. W pokojach i na korytarzach był parkiet albo posadzka, na spacery wypuszczano je tylko na taras w budynku. Zapiszemy się do wynoszenia śmieci – namawiały się – to dadzą nam zrobić  parę kroków po  ścieżce…

Wywieziono je stamtąd w lipcu 1982 roku, a potem wszystko się zmieniło. Wbrew wszelkim spodziewaniem zielona ruń wzeszła jeszcze za życia siewców,  długo cieszyła oczy, później zaczęła żółknąć i schnąć. Stopniowo dewaluowały  się dawne wartości, wielkie słowa  zaczynały służyć małym celom. Ci, którzy przedtem w jednym szeregu walczyli z reżimem, gorączkowo wznosili między sobą nowe mury. Ich dzieciom było wszystko jedno – syte i dobrze ubrane podróżowały po całej ziemi, surfowały w Internecie. Po wpisaniu w wyszukiwarkę hasła „Kuroń” na pierwszych miejscach wyskakiwały im przepisy kulinarne, wrona kojarzyła się tylko z ptakiem.

W lipcu 2007, na dwudziestopięciolecie zwolnienia z obozu, kobiety ufundowały pamiątkową tablicę i przyjechały na zjazd. Pod wyrzeźbionymi przez czas rysami rozpoznawały nawzajem swoje dawne twarze. Wzięły udział w uroczystości odsłonięcia tablicy, którą wmurowano w kamień postawiony przed budynkiem sanatorium.  Obejrzały napisaną o nich sztukę[1]. Po skończonym spektaklu razem z  młodymi aktorki, które wcieliły się w ich postacie, jeszcze raz zaśpiewały Musimy siać. Historia weszła na deski sceny, potem na powrót splotła się z życiem. Ciągłość urzeczywistniła się, przynajmniej na chwilę.

Sierpień 2007 jest mokry, jeden deszcz goni drugi. W przerwach między ulewami kuracjusze z sanatorium wychodzą przed budynek. Przyklejony na drzwiach plakat zapowiada „Konkurs krzyku”, jedno z ważniejszych wydarzeń tego lata w Gołdapi. Zapada noc.

W kawiarni za holem trwa dancing. „Mexicana, mexicana wszystkie pary rozgrzewa jak rum”. Leci na krzesło zdjęty w tańcu sweter, rozchlapuje się piwo postawione z impetem na stoliku, sypią na blat chipsy. Podrygują cienie na ścianach, muzyka głuszy myśli. Tłum pulsuje jak jedno ciało. Połyskują srebrne paski i złote pantofle, kołyszą się biodra, drobią stopy.

Większość tańczących to kobiety.

Barmanka z tipsami, młodsza od ich córek, nalewa uważnie drinki. Mężczyźni, starsi od jej ojca, zagadują ją przy barze.

Ktoś wachluje się starą gazetą. Zdjęcie „Białego miasteczka” i tytuł „Do widzenia, siostry” huśta się w powietrzu, potem ląduje na krześle.

Od tańczącego tłumu odrywają się pojedyncze osoby, przez hol, w którym kiedyś stał stół bilardowy, wychodzą na zewnątrz, żeby się  ochłodzić.

Mężczyzna z „pożyczką” jest znowu na swoim stanowisku przed budynkiem, tak jak rano  w otoczeniu kilku kobiet. Ma teraz jasną marynarkę i czarną koszulę. Sypie nowymi dowcipami, pali papierosa, odwrócony tyłem do parku. Do  kamienia postawionego w parku, do tablicy wmurowanej w kamień. Do napisu na tablicy, który mówi coś o wolności.

W tekście wykorzystałam informacje pochodzące z: opracowania Marii Rehorowskiej, Internowanie w Gołdapi. Styczeń – lipiec 1982, Wydawnictwo Diecezjalne Sandomierz 1998; kaset DVD z nagraniem uroczystości Ogólnopolskiego Zjazdu Internowanych Kobiet oraz sztuki Trzynasty dwunasty; tekstu Anny Bikont i Joanny Szczęsnej Gajka („Gazeta Wyborcza” 23 XII 2000)  oraz rozmowy z księdzem prałatem Aleksandrem Smędzikiem.


[1] Trzynasty dwunasty, tekst: Grażyna Przybylska-Wendt, reżyseria: Marek Mokrowiecki,  Teatr im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata