70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Modus moriendi Kościoła

Czy mamy gwarancję, że my sami nigdy nie znajdziemy się w sytuacji umierającego Kościoła? Można umrzeć nie tylko z powodu śmiertelnej rany, ale i z powodu przewlekłej śmiertelnej choroby.

Przyjmijmy, że Kościół również umiera. Nie jest to tylko hipotetyczne założenie, choć wierzymy, że Kościół pozostanie aż do końca czasów. Albania jest pierwszym krajem bez religii, tak przynajmniej brzmi oficjalna teza; rzeczywistość nie będzie od tego zbyt odległa, zwłaszcza jeśli chodzi o widoki na przyszłość. Jak długo jeszcze pozostaną resztki kościelnej struktury? Jak długo wierzący mogą znosić presję? I kiedy przybędą kolejne Albanie?

Nie jest rzeczą zbyt przyjemną myśleć o tych udręczonych braciach i siostrach, ale czy mamy gwarancję, że my sami nigdy nie znajdziemy się w sytuacji umierającego Kościoła? Czyż nie jesteśmy już w takiej sytuacji, choćby i na jej progu? Można umrzeć nie tylko z powodu śmiertelnej rany, ale i z powodu przewlekłej śmiertelnej choroby.

W Kościele zachodzi trojaki proces: powstawanie – rozkwit – zamieranie. Wszystko stale i jednocześnie.
Kościół powstający – to nie jest tylko sprawa czasów apostolskich i misyjnego zakładania Kościoła. Kościół powstaje w każdej nowej parafii i w każdej osobie, która przyjmuje chrzest albo wraca do wiary. I w każdym nowym pokoleniu wierzących (Karl Rahner).

Kościół kwitnący (w rozkwicie) – to dojrzały, w pełni żywy organizm. Bogata oferta wartości duchowych. Wielki zbiór form życia wewnętrznego i zewnętrznego. Rosnące zadania, potrzeba czynnych ludzi. W pierwszym stadium pojawiają się już jednostki, które właściwie należą do tego drugiego.
To stadium maksymalnie zaspokaja jego – aktywnych i biernych – uczestników. Nadzieje przeważnie się spełniają, włożona energia rzadko tylko pozostaje bez efektu. Mnóstwo wiernych i obficie oddziałujące życie dają poczucie pewności: wszak rzeczywistość potwierdza wiarę. Mieszka się w wykończonym, dobrze urządzonym domu. Tak się przejawia owo stadium jako norma; ubytek w jakimkolwiek kierunku uważa się za upadek.

Kościół zamierający – nie jest tożsamy z Kościołem prześladowanym albo wewnętrznie przechodzącym wstrząs: ten może mieć silną, ba, nawet wzrastającą żywotność. Kościół zaczyna obumierać, ponieważ stale maleje, jeśli chodzi o ilość, ale przede wszystkim dlatego, że słabnie intensywność życia z wiary. Nie ma znaczenia, czy Kościół znika ze społeczeństwa jako całość – albo też znika jako fizyczna czy duchowa jednostka. Kościół jest uśmiercany w każdym męczenniku, więcej: on umiera w tym, kto sam się sprzedaje; najboleśniej zaś umiera w każdym dziecku, w którego duszy ktoś zadeptał dobre ziarno. I w historycznych zwrotach – i również z każdym starym pokoleniem odchodzi Kościół, który tu do tej pory żył.

Życie z perspektywą końca załamuje i tłumi entuzjazm. To jest zupełnie oczywiste, śmierć nie może wzbudzać życia – dopóki człowiek pozostaje w biologicznej niewoli. Dopiero potem następuje, jak wiemy, zwyczajna reakcja: wyśniony (wymarzony) optymizm – desperacki upór – gorzki pesymizm – wewnętrzna emigracja – faktyczna ucieczka. Ale czy coś takiego jest konieczne? Ludzkie? Chrześcijańskie?

Przyjmijmy jednak do wiadomości, że umieranie należy do życia Kościoła, tak jak zrodzenie i pełna dojrzałość. Wszystkie te stadia są cenne przed Bogiem, wszystkie są w Jego planach. I tak na pewno jest, że w każdym z nich – i w tym ostatnim – czegoś się od nas, chrześcijan, oczekuje, i to czegoś istotnego. Oczywiście, każdy historyczny i osobisty wariant zadaje swoje własne pytania.

Nas teraz interesują umierające cząstki Kościoła. Żadna z nich nie ma zagwarantowanej ziemskiej nieśmiertelności. Całe wielkie terytoria leżą dziś „w obszarze niewierzących“, tak Jerozolima, jak i Konstantynopol. Czy nie mogłoby to spotkać tak Rzymu, jak i całej Europy? Kościół Chrystusowy jednakże żyłby dalej, i nie potrzeba o tym wątpić.

Istnieje teologia powstającego Kościoła, opierająca się głównie na jego początkach (w czasach apostolskich), opracowana szczególnie w ramach misjologii. Istnieje również rzeczywiście wspaniała teologia Kościoła rozwiniętego – uprawia się ją w ramach teologii pastoralnej, która czerpie z historycznych i współczesnych doświadczeń. Gdzież jednak jest teologia umierającego Kościoła? Ona nie istnieje. Zapewne dlatego, że nie jest to temat atrakcyjny. Pewnie dlatego, iż nie uważa się tego za potrzebne. Zadowoliliśmy się „nadzieją wbrew wszelkiej nadziei“, z naiwnym świeckim optymizmem, w który potrafimy wkomponować Bożą wszechmoc. Mówiliśmy jak Piotr: „Panie, nie przyjdzie to nigdy na Ciebie“, a nie dosłyszeliśmy słowa Chrystusa: „…myślisz nie na sposób Boży, lecz ludzki“ (Mt 16, 23).
A jednak teologia umierającego Kościoła powstała, i to w Europie Środkowej. W 1650 roku, kiedy po pokoju westfalskim wygasła dla Braci Czeskich wszelka nadzieja powrotu i odnowy ich społeczności pomału topniejącej na wygnaniu, ich ostatni biskup Jan Amos Komeński napisał niewielki utwór: Testament umierającej matki Jednoty braterskiej.

Komeński widzi koniec Jednoty Braci Czeskich jako wspólny los wszystkich ludzi, królestw i Kościołów. W naszych czasach – pisze – dokonuje się wiele zmian, nadchodzi inny wiek, Bóg chce odnowić oblicze ziemi. Jednota posłużyła Bożej woli, Bóg za jej grzechy dopuścił jej wygnanie z ojczystego kraju. Przed śmiercią matka Kościół chce rozdzielić swoim dzieciom i przyjaciołom duchowe bogactwa i doświadczenia: wiernym dzieciom nadzieję królestwa wiecznego, niewiernym pokutę i płacz. Po rozpadzie struktury kościelnej Komeński radzi kaznodziejom: „Służcie Chrystusowi, gdzie możecie, w którymkolwiek Kościele ewangelickim, który by potrzebował waszej służby“. Wierzący mają się „włączyć w jedność, w której ujrzy prawdę Ewangelia Chrystusa, modlić się o jej pokój i szukać jej wykształcenia w dobru tym, że będą drugim jaśnieć tak dobrym przykładem, jak i szczerymi modlitwami“, aby w ten sposób uśmierzył się Boży gniew na chrześcijan. Poszczególnym Kościołom Jednota zostawia w spadku własne duchowe doświadczenia, ale także krytykę i rady. Czeskiemu ludowi pozostawia swoje duchowe dziedzictwo przechowane w ciężkich czasach i pomnożone pracą jej synów. Jest tu wyrażona cała określona perspektywa już dla tego życia: uzyskanej ponownie w przyszłości niezawisłości narodowej. Jako chrześcijanin Komeński ze spokojem rezygnuje z przyszłości swego Kościoła – jako patriota wierzy żarliwie w przyszłość swojego narodu.

Zbyt wielkie różnice w sytuacji dziejowej i w eklezjologii nie pozwalają nam przyjąć pozytywnie jako całości tej jedynej (?), jak dotąd, teologii Kościoła umierającego. Jednak oczywiste jest, że i katolicy, skoro nie chcieli „skłonić swej głowy przed Baalem“, musieli uświadomić sobie nieraz w przeszłości i teraźniejszości sens i zasady swego życia w umierającym Kościele. Warto by za to wiedzieć, jaka była konkretnie teologia naszych braci w Afryce północnej, w Europie północnej, w Japonii, kiedy widzieli, jak zalewa ich nieprzyjacielska powódź.

Sytuacje graniczne otwierają oczy. Czy jednak jest rzeczą mądrą aż tak długo czekać? Otwartość wobec śmierci daje głębię życiu – o tym pouczył nas egzystencjalizm, a długo przed nim różne nasze ćwiczenia na temat memento mori. Warto wczuć się w sytuację umierającego Kościoła i pytać Boga po pierwsze: jaki to ma sens?, a po drugie: czego Bóg od nas w takim przypadku oczekuje?

Jaki sens ma fakt, że Kościoły Pawła, Cypriana, Bazylego, Augustyna musiały obumrzeć? Kiedy starotestamentowe zwołanie (wspólnota) stało na pograniczu upadku (zaniku), prorocy mieli wyjaśnienie: Bóg karze niewierny, nieposłuszny lud. Zapewne, Bóg może karać i wzywać do przebudzenia tych, których to dotyczy, i innych. Zniknięcie (upadek) jednego Kościoła pobudza do rachunku również własnego sumienia, pobudza do pokuty.

Bohaterstwo męczenników, wierność ostatnich w ich opuszczeniu, stałość uciskanych, to wartości w innych sytuacjach trudno osiągalne. To jest największe świadectwo dla Boga. To miłość aż po śmierć. Ukazuje moc Jego łaski, która napełnia słabych ludzi tak wielką wewnętrzną siłą.

Księga Hioba może nam również dać pewną odpowiedź, ponieważ śmiertelne nieszczęścia sprawiedliwej jednostki, tak samo jak wierzącej gminy, domagają się wyjaśnienia, jaki to ma sens. Hiob nie znał innej odpowiedzi – kiedy w swoim przypadku odrzucił teorię kary – niż absolutna Boża suwerenność. Bóg może zlecać trudne zadania, i nie musi nam z góry niczego logicznie wyjaśniać. Bóg ma prawo do naszego posłuszeństwa, przez nie jest uznawany i czczony jako Pan.

Z cierpienia i śmierci powstaje również duchowa korzyść ludzi, a nie tylko chwała Boża. Kiedy gdzieś na braci i siostry przychodzą ciężkie próby, pobudza to cały Kościół, aby pomagał, modlił się, żył lepiej. Dochodzi do wymiany darów i zagrożony Kościół lokalny ma co ofiarować: przykład niezwykłej wierności, swoją modlitwę – ukrzyżowana z Chrystusem cząstka Kościoła modli się za cały Kościół, za bliskich, nieznanych, nieprzyjaciół, za wszystkich. I dalej: autentyczna chrześcijańska miłość bliźniego w czasie skrajnego niebezpieczeństwa, wolna od mściwości i egocentryzmu, wydaje wiarygodne świadectwo ewangelii miłości (por. 1 P 3, 2).

Nowy Testament pełen jest eschatologicznej nadziei na pełne chwały przyjście Chrystusa i dopełnienie się Królestwa Bożego. Pierwsi chrześcijanie uważali się jednocześnie za ostatnich chrześcijan. Mieli żywą świadomość, że „cierpień teraźniejszych nie można stawiać na równi z chwałą, która ma się w nas objawić“ (Rz 8, 18). Cokolwiek złego się dzieje, trzeba to uznać za próbę, koniecznie ją przetrzymać, abyśmy mieli udział w chwale Bożej (por. 1 P 4, 12-13).

I kiedy wiemy, że zapłata od Boga jest Jego boską odpowiedzią na pragnienia naszego serca, dzisiejszemu pojmowaniu (czy to pokora, czy pycha?) słowo ,,zapłata” zbytnio się nie podoba. Akceptowane jest natomiast proste wyjaśnienie, które uświadamia sobie naszą dzisiejszą znajomość przyrody – na przykład Teilhardowska filozofia zła jako koniecznego czynnika naturalnego i powszechnego procesu rozwoju. Teologia nie powinna z tym mieć istotnych trudności. Przecież Słowo Boże stało się człowiekiem, włączyło się w procesy naturalne, przeżyło narodziny, dojrzałość i śmierć. Czyżby zatem Jego Kościół miał cieszyć się przywilejem wyjęcia spod władzy tego nadrzędnego procesu rządzącego życiem naturalnym i ludzkim, który uruchomił Bóg? Skoro żyje na ziemi, musi się po ludzku, w wolności podporządkować naturalnej konieczności (cząstkowego) obumierania, i również przez to uznać Boga za Źródło i Władcę wszechświata.

Jeśli zaś chodzi o szkody, które wynikają stąd, że pewien Kościół przestaje istnieć, to nie powinniśmy w tej sprawie przeceniać samych siebie i nie doceniać Bożej kochającej Opatrzności. W tej sprawie, bardziej niż w jakiejkolwiek innej, powinniśmy okazywać Bogu absolutne zaufanie, i w ten sposób oddawać Mu chwałę. „Co tobie do tego? Ty chodź i naśladuj mnie” (J 21, 23).

Czy w ten sposób zostało powiedziane już wszystko? Czy wszystko jest już jasne? Dzięki Bogu, nie. Boże rozstrzygnięcia nadal pozostają niezbadane, a Jego drogi niewyśledzone, tak że jest rzeczą możliwą i konieczną „poddać się mocnej ręce Boga”. Sens tego ujawni się wyraźniej, i to zupełnie osobiście, jedynie tym, którzy zdecydują się całym sobą przyjmować ofiarowaną im niezwykłą możliwość współprzeżywania ostatnich dni pewnego Kościoła, wytrwać z Ukrzyżowanym aż do Jego ostatniego tchnienia – jeśli taka jest wola Boża.

Czego Bóg oczekuje od tych, którzy do Niego należą, w stadium Kościoła umierającego? W istocie – tego, czego oczekuje w każdym innym stadium: pełnej służby. Spróbujmy pokazać, co to w szczególności znaczy.
1. Przyjąć śmierć! Chodzi na przykład o sytuację księdza w parafii, która dogorywa. Pojmować taką sytuację jako zadanie i szukać wartości z tym związanych. Patrzeć mężnie w nadchodzącą przyszłość. Nie oszukiwać siebie ani innych fałszywymi pociechami. Nie szukać ucieczki w zastępczych pociechach. Absolutnie odrzucać tylko jeden sposób umierania Kościoła: własną zdradę. Odchodzić w sposób godny, bez paniki i histerii. „Jeżeli bowiem żyjemy, żyjemy dla Pana; jeżeli zaś umieramy, umieramy dla Pana” (Rz 14, 8).
2. Intensywnie żyć! Koncentrować duchową energię nie na rzeczach pobocznych, ale na istocie. Nie smucić się ubóstwem peryferii i niedostatkiem zewnętrznych znaków życia – raczej wykorzystać takie doświadczenia jako szczególnie cenne. Bo alfą i omegą jest osobista żywa wiara i żywa społeczność. Dojrzewać do najwyższej szczerości służby, bez wyjątków i bez osobistych celów. Okazywać wierność w najczystszej postaci – jedynie wobec Boga, według wzoru oddania Chrystusa. Przeżywać opuszczenie jako okazję do tego, by stawać się „ofiarą doskonałą i nieustanną”. Nie zamykać się w sobie, ale chcieć włączyć się w wewnętrzny obieg Ciała Mistycznego. Modlić się i składać ofiary za zbawienie świata. Nie żyć między ludźmi jako smutny święty, ale przeciwnie – obdarowywać wszystkich światłem i ciepłem swojej obecności. Na własnych głębokich fundamentach budować silne i niepokonane życie duchowe. „Kochać Boga (…) przez upadek Troi i Kartaginy (…) bez pociechy. Kto kocha Boga przez zło (i przez boleść), ten naprawdę kocha nie kogo innego, a Boga” (Simone Weil).
3. Wydobyć z siebie to, co najlepsze! Wielkie myśli i czyny przeżywają swoich twórców. Jednota braterska egzystowała zaledwie dwa stulecia i nigdy nie zdobyła więcej niż dziesięć procent obywateli, a mimo to wiele z jej duchowego testamentu dotąd żyje w narodzie czeskim. Oto stymulujące pytania: Co po nas zostanie dla tych, którzy stoją z dala? Jaki posmak będą miały dla nich słowa „chrześcijański” i „katolicki”? Do jakiego dziedzictwa będą mogli nawiązać ci, którzy być może po długim czasie znowu będą zakładać Kościół na tym obszarze? Skoro „czas jest krótki”, trzeba się maksymalnie mobilizować dla historii i dla wieczności.
4. Nie umrzeć! To znaczy nie chcieć dać Kościołowi umrzeć. Kto umiera, jeszcze żyje! Nawet najsłabszy płomyk życia może się znowu rozpalić. Nic nas nie uprawnia do tego, byśmy przez naszą własną rezygnację pomagali śmierci. Pasywne samobójstwo nie jest męczeństwem. Im cieńsza nitka, tym większa odpowiedzialność za przeniesienie życia w przyszłość.

„Przyjąć śmierć” i „nie umrzeć” – jak to pogodzić? Odpowiedzią niech będą słowa przyjaciółki umierających:

Wielu pacjentów, którzy byli zdolni pokonać lęk przed śmiercią i którzy przyjęli swoją własną skończoność, zyskało w ten sposób nowe siły i źródła wewnętrzne do walki o swoje uzdrowienie i powrót do życia (Elisabeth Kübler-Ross).

Tłumaczenie: Magdalena Jankowiak


Powyższy tekst ukazał się (pod pseudonimem Franz Markus) po niemiecku w piśmie ,,Diakonia”, 1977, 2, s. 115–119, i po czesku – w ,,Studiach č.” 69, 1980, s. 265–269. Publikujemy go tutaj za zgodą Autora.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata