70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Chodziłem za nim wszędzie…”

Znając skłonność redaktorów „Znaku” do traktowania tematów z grubej rury, chciałbym tym razem tonu powagi w miarę możności uniknąć, a podzielić się z czytelnikiem własnym skromnym doświadczeniem.

Kiedy kilka lat temu zmarł w sile wieku Andrzej Szewczyk, artysta awangardowy, wielki pasjonat i znawca sztuki, oprócz opłakującej go rodziny, licznych kochanek, kumpli od kieliszka i kolegów po fachu, z którymi wiódł niekończące się rozmowy o sztuce i kobietach, żegnał go krąg młodych osób z okolic rodzinnych, którym zaszczepił swoje pasje i które ukształtował. Dla wielu z nich był mistrzem. Napotkałem wtedy w gazecie wspomnienie o nim jednego z owych uczniów, Andrzeja Przywary, historyka sztuki i znanego dziś marszanda, który napisał: „chodziłem za nim wszędzie – na pole, do karczmy, do lasu”.

Bardzo mnie to ujęło. Obraz małego brzdąca, a potem młodzieńca, który wędruje obok empatycznego mistrza po Kaczycach i okolicy, czepiając się niejako poły jego płaszcza, nie dając się za nic odgonić, odepchnąć, a może nawet spełniając z ochotą drobne posługi, poznając jego sekrety i słabostki, wydał mi się prawdziwym obrazem z głębi serca, a przy tym klasycznym toposem. Ukazuje on wędrówkę u boku mistrza, której późniejsza samodzielna wędrówka życiowa zawdzięcza swą orientację. Wymowny ten skrót uzmysławia nam ponadto cechy charakteru wzorowego ucznia i prozelity: cierpliwość, wytrwałość, systematyczność, głód wiedzy.

Wielu z nas tęskni za takim mistrzem, nie każdemu był bowiem dany. Wielu z nas – humanistów, i ja także – szuka takiego mistrza pośród ksiąg i darów przeszłości, nawiązując rozmowy z umarłymi, zaciągając długi wdzięczności wobec cieni. Władzą wyobraźni podążamy wówczas za naszym przybranym mistrzem. Archetypem takiego dojrzałego stosunku jest wędrówka Wergilego i Dantego przez Piekło i Czyściec w Boskiej komedii. Dante rozumiał, czemu, w świetle nauki Kościoła, jego mistrz nie może wejść do Nieba. Rozumiał, akceptował, współczuł – jego szacunek nie umniejszył się.

Na filmie Kurosawy Siedmiu samurajów stary samuraj odpędza kijem adepta. „Nie stać mnie na ucznia!” – krzyczy, ale młodzieniec nie daje się odpędzić i zostaje przyjęty; razem ruszają w drogę. Bywają mistrzowie cierpliwi, którzy dbają o słuchaczy – jakże jesteśmy im wdzięczni! „Samo podsumowanie będzie jednak również trochę pogmatwane – usprawiedliwia się z prostotą przed czytelnikiem wielki literaturoznawca Erich Auerbach w jednej ze swych książek – i dlatego trzeba tu antycypować najistotniejsze twierdzenia, aby czytelnik nie stracił wątku…” Bywają jednak mistrzowie niecierpliwi i surowi, którzy nie troszczą się tak o słuchaczy.

Choć typologia obcowania mistrza i ucznia nie jest moim celem, warto o niej wspomnieć ze względu na naukę życia. To nauka, której również oczekujemy od mistrza, przyjmując postawę ucznia, czy też, ujmując rzecz od innej strony, na której planie stosunek pomiędzy mistrzem a jego uczniem się tak czy owak uskutecznia. Wiele można by o niej powiedzieć na podstawie tradycji zen, gdzie nieraz mistrz kijem otwierał uczniowi drogę ku iluminacji. Nasza chrześcijańska tradycja jest także obfita w anegdoty, które związek ucznia i mistrza uroczo opisują, jak choćby ta (przytoczona za Grzegorzem Wielkim w książce Auerbacha) o chłopie, który szukał męża znanego ze świętości, a został zbity z tropu jego nędzną posturą, dlatego wzgardził nim i wyśmiał go: „Wierzyłem, że to człowiek wielki, lecz ten nawet nie ma nic z człowieka (…) Jedynie ty patrzysz na mnie otwartymi oczami”.
Między tymi dwoma zdaniami tkwi prawda. „Chodziłem za nim wszędzie…” – wyznaje uczeń. „Jedynie ty patrzysz na mnie otwartymi oczami” – mówi mistrz.

Temat obecnego numeru miesięcznika – porzuceni czy też zapomniani mistrzowie – brzmi poważnie, lecz cokolwiek tajemniczo; zaraz się człowiek zastanawia, czy aby nie ma jakiegoś związku z lustracją. Znając skłonność redaktorów „Znaku” do traktowania tematów z grubej rury, chciałbym tym razem tonu powagi w miarę możności uniknąć, a podzielić się z czytelnikiem własnym skromnym doświadczeniem.
Z historycznego punktu widzenia każdy wielki przewrót polityczny, rewolucja bądź kontrrewolucja, zmienia hierarchię wartości i spycha w niepamięć dawnych mistrzów. Nie jest to myśl szczególnie oryginalna, jednak czas dojrzewania mojego pokolenia – lata 70. i 80. – był czasem zmagań o pamięć zbiorową, a odkrywanie spychanych w niepamięć mistrzów miało swój niezapomniany smak. Robiło się to na własną rękę, dlatego wszelkie wskazówki były nieocenione. Jak się ma dziewiętnaście lat i ambicje literackie, a przy tym jest się zupełnym szczawikiem, to tęskni się ogromnie za mistrzem! Kiedy na pierwszych latach studiów oddałem się z zapałem bibliofilstwu i uzupełnianiu wiedzy historycznej, byłem zdumiony tym, jak wiele okręcików zostało zatopionych lub kręciło się samopas w odmętach historii. Polska humanistyka była istnym pobojowiskiem, ideologia komunistyczna narobiła spustoszeń.
Nie miałem nigdy mistrza osobistego, jak wzmiankowany wyżej Przywara, lub koledzy-studenci, którzy naówczas skupiali się przy Tischnerze, Łagowskim, Porębskim i innych, lecz rychło po zapuszczeniu korzonków w Krakowie przekonałem się o istnieniu mistrza zbiorowego, który wywarł na mnie długotrwały wpływ. Tym mistrzem zbiorowym (magister pluralis) był miesięcznik „Znak”, jego autorzy i środowisko z nim związane. Na stare, rzadkie i cenne numery „Znaku” się polowało, tam miało się kontakt z prawdziwymi mistrzami myślenia, a także ze współczesną refleksją chrześcijańską; refleksja ta miała w miesięczniku bardzo dobrą architekturę. „Znak” był wiarygodny. Po latach, kiedy zacząłem do miesięcznika pisywać, towarzyszyła mi zawsze świadomość długu, który kiedyś zaciągnąłem i który staram się, na miarę własnej ograniczoności, spłacać. Może była to świadomość na wyrost, ale spłata długu jest krokiem ku samodzielności.

Smak szukania i odkrywania mistrzów na własną rękę pozostał mi. Modami nigdy się nie kierowałem, a w głowie układałem sobie zupełnie inną hierarchię, dajmy na to, ludzi pióra, niż zalecają na rynku. Było tam, w tej głowie, miejsce dla Jana Stanisława Bystronia (rozprawy etnograficzne), dla Edwarda Porębowicza (ballady zachodnioeuropejskie), dla Stefana Wyszyńskiego (kazania społeczne), dla Jerzego Stempowskiego (eseje), dla Lecha Kalinowskiego (mowy pogrzebowe) czy dla wzmiankowanego wyżej Ericha Auerbacha (historia literatury) oraz Marka Twaina (proza), który od dzieciństwa był i pozostał jednym z moich ukochanych mistrzów. Są też tacy, których strąciłem z piedestału (Witold Gombrowicz), przyznawszy im jednak uprzednio właściwe miejsce w procesie mojej edukacji. Lubię czasem otworzyć książkę i poczytać kilka stron tylko po to, by usłyszeć ich głos – to już chyba aberracja, prawda? – np. Aleksandra Brücknera w Dziejach języka polskiego, Wacława Tokarza w Ostatnich latach Hugona Kołłątaja i wielu innych. I muszę powiedzieć, że tych „zapomnianych”, ale odzyskanych, jest w moim sercu co najmniej tylu, ile dusz gadających swoje kwestie w Boskiej komedii.

Obowiązki względem pamięci historycznej wpojone przez mądrych nauczycieli, takich jak Czesław Miłosz, popychały mnie do odzyskiwania mistrzów zapomnianych także na moim zawodowym polu – sztuk pięknych – czyli do porządków we własnym gospodarstwie. Robiłem to zwykle wbrew „panującym trendom i przyjętym regułom”, wystawiając np. Jana Cybisa po jakimś modnym młodziaku. Czasem autor jest znany, a nawet sławny, ale jakoś tak etykietalnie, a tymczasem źródła interpretacji jego twórczości są wyschnięte. Trzeba wtedy silnego wstrząsu, jak zdarzyło się z malarzem Andrzejem Wróblewskim, którego zrobiono pośmiertnie oficjalnym artystą PRL, a którego świetny dorobek był intelektualnie nieprzepracowany, po prostu skarb na wysypisku… Zajęliśmy się nim w połowie lat 90. Nowe miejsce tego artysty w pamięci zbiorowej wywołało głośne sprzeciwy – niektórzy poczuli się zagrożeni i manifestacyjnie rzucili się do ochrony własnej przestrzeni wartości.

Czasy transformacji były przedłużeniem wcześniejszego okresu walki o zawartość i kształt polskiej pamięci zbiorowej, czego świadectwem zajadłe spory polityczne wokół Instytutu Pamięci Narodowej oraz lustracji. Jadwiga Staniszkis we wstępie do Ontologii socjalizmu pisze o wyparciu z pamięci zbiorowej komunizmu po ’89 roku. Wiązałoby się z tym odium spadające na niektóre wybitne postacie polskiej humanistyki źle kojarzone z systemem, które również zostałyby „wyparte”. Na przykład krytyk literacki Artur Sandauer został wyparty, ponieważ legitymizował władze stanu wojennego, pokazując się w telewizji, arcybiskup Wielgus zostanie wyparty, ponieważ był informatorem tajnej policji. Można na to odpowiedzieć, że, owszem, autorytet w/w został znacząco uszczuplony, stało się to jednak z ich winy, bo Sandauer ukazał się w TV w mundurze wojskowym, czym nie tylko wywołał falę wściekłości, ale potwornie się ośmieszył, a ponadto stało się to w późnym wieku, gdy spożyli już oni owoce swojej sławy, która, jak wszystko, i tak przemija. Mamy zresztą falę powrotną, która będzie rosła, gdyż zasługi „wypartych” zostaną docenione w środowiskach im ideowo bliskich, nie musimy się zatem specjalnie martwić odciążeniem (chwilowym) pamięci zbiorowej. Martwiłbym się raczej wyparciem z tej pamięci idei solidarności jako ruchu intelektualnego, który powinien promieniować z Polski na świat. W ciągu dwudziestu lat utraciliśmy świadomość uniwersalizmu tej idei.

Aby przekonać się ostatecznie do tych stwierdzeń, sięgnąłem po Dialogi z Adamem Schaffem Bohdana Chwedeńczuka, książkę wydaną w 2005 roku przez wydawnictwo Iskry, która stoi na półce mojej biblioteki między Hańbą domową Jacka Trznadla a Betonowym dziedzictwem Andrzeja Basisty. Natychmiast wywołało to uwagi nader cierpkie.

Hańba domowa: Tych, którzy zadali kulturze największe rany, nie da się „wyprzeć” z pamięci zbiorowej, bo pozostały po nich blizny, jeśli trzymać się metaforyki cielesnej. Oni zresztą są z tego dumni, szczycą się tym wręcz, jak profesor filozofii Adam Schaff, stalinowski politruk, prześladowca myśli wolnej. G, w, s, h, k, i jeszcze raz k!

Betonowe dziedzictwo: Tego nie wydrukują w piśmie dla kościelnych myszy.
Hańba domowa: Wydrukują, bo mamy wolność słowa. A nikt jeszcze nie napisał historii bliznowacenia. Może dlatego, że byłaby to także część historii naturalnej. Że intelekt jest niebezpiecznym tworem, jeśli kieruje nim żądza władzy. Która ciągle Schaffa fascynuje, co widać czarno na białym w jego chełpliwych wypowiedziach.

Betonowe dziedzictwo: Ciekawe, że historia niczego mu nie uprzytomniła, nie wydobyła zeń nawet małego „żałuję”. Dalej ta sama teodycea, ta sama nienawiść do Kościoła katolickiego, te same argumenty o mniejszym złu. Tak, dzieje umysłowych ograniczeń to ważny dział Naturmuseum.
Hańba domowa: Intelektualnych zbirów i fałszywych mistrzów należałoby trzymać w klatkach.
Betonowe dziedzictwo: Chcesz obstawić klatkami glob? Zwróciłabym raczej uwagę na postawę Chwedeńczuka, który pod wpływem rozmówcy wyraźnie mięknie…

Hańba domowa: Mięknie?

Betonowe dziedzictwo: …mięknie i grawituje. Potwierdza to moją hipotezę o okruszkowej strukturze człowieka. Chwedeńczuk, który za radykalnego empirystę się uważa, składa się właśnie z samych takich okruszków – jest wspaniałym, typowym konglomeratem, który pod wpływem silnego pola zaczyna grawitować, a następnie przylepia się.

Hańba domowa: Jak to – przylepia się?

Betonowe dziedzictwo: Przywiera do pęku kluczy albo do lufy karabinu. Cały dowcip w tym, by podsunąć mu silniejszy magnes lub usunąć wszelkie magnesy z okolic przemieszczania się skupiska okruszków o imieniu „Bohdan Chwedeńczuk”. Lecz wtedy, rzecz jasna, nie miałybyśmy w naszym sąsiedztwie Rozmów z Adamem Schaffem, wydanych przez Iskry w roku 2005.

Uwagi te, choć cierpkie, przypomniały mi jednak, jak ważną rolą mistrza jest inicjacja ucznia. Droga poznania to umiejętność rozróżniania dobra od zła. A zło kusi. Archetypem mistrza inicjacji jest Tygrys z gawędy Miłosza Rodzinna Europa. Opisywany tam stosunek pisarza do przewrotnego mistrza to plan zmitologizowany, organizowany literacko wedle schematu faustycznego.

Na koniec tych rozważań chciałbym podzielić się z czytelnikiem nie-kobietą wspomnieniem z dzieciństwa. Dlaczego z nie-kobietą? Ponieważ panie kpią sobie ze wspomnień z dzieciństwa, które my, mężczyźni, w sobie hodujemy. Tak więc dla nie-kobiety przeznaczona jest empirycznie weryfikowalna próba wyjaśnienia, skąd bierze się w nas – uwaga! – samo wyobrażenie mistrza.

Kiedy miałem trzy lata, ojciec zabierał mnie do zakładu fryzjerskiego mieszczącego się na początku ulicy Gliwickiej w Katowicach. Był to zakład przedwojenny, z galanterią obyczajów, z wielkimi lustrami i wysokim, drewnianym konikiem, na którym mnie sadzano. Zawsze strzygł mnie pracownik, starszy już pan, szczupły i szpakowaty, o piwnych oczach i pociągłej, suchej twarzy, ale zawsze marzyłem, o tak, marzyłem, aby strzygł mnie inny pan – dystyngowany, siwy, rumiany, o niebieskich oczach i pulchnym obliczu, do którego mój tata zwracał się z szacunkiem: mistrzu…, a który operował z gracją przy sąsiednim fotelu, od czasu do czasu wyciągany na zaplecze przez rozczochrane panie.

Kiedyś napomknąłem o tym Jarkowi Modzelewskiemu, zauważywszy jeden jego obraz z fryzjerem. – To bardzo ciekawe – rzecze na to Modzelewski. Jego też w dzieciństwie prowadzano do takiego zakładu, tyle że na ulicy Kruczej i w Warszawie, i zawsze było to dla niego wielkie przeżycie. Sadzano go na wysokim foteliku-samochodziku, wokół galanteria, światła, lustra, pachidła, jełkanie nożyczek, szurgot maszynek. Był oszołomiony, twarz mu płonęła i zastygał w jakiejś niemalże katalepsji. Strzygł go pracownik, niski, tęgawy i łysy, o wiecznie niedomytych dłoniach, lecz on zawsze marzył o tym, by strzygł go inny pan – niemłody, dystyngowany, z wąsikiem, do którego wujek Januszek (gdyż prowadzał go wujek) zwracał się z szacunkiem: mistrzu…

Tylko panie nie wybiegały, bo był to zakład męski.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata