70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

IV Rzeczpospolita Branżowa

Pragnę podziękować Redakcji, że w lutowym numerze „Znaku” (nr 621) w poczuciu głębokiej odpowiedzialności za Kościół podjęty został trudny problem „ingresu, którego nie było”. Niektóre ze sformułowań padających w dyskusji odbieram jako wyraz dramatycznego bólu i desperacką próbę przeciwdziałania bezradności. Staram się zrozumieć intencje redaktorów pisma, które jest mi szczególnie bliskie, gdyż trzydzieści lat temu, w roku 1976, zacząłem z nim współpracować. Nazwiska redaktorów naczelnych – Hanny Malewskiej czy Stefana Wilkanowicza – stały się dla mnie symbolem tego, co najpiękniejsze w dziennikarskim świadectwie wartości. Dlatego też ze szczególną wrażliwością odbieram wszystko, co dotyczy tekstów publikowanych na łamach „Znaku”.

Wołanie z głębi bólu

Dzieląc razem z Wami wiele podstawowych ocen dotyczących nieodbytego ingresu, chcę również zasygnalizować oceny, które w moim odczuciu wynikały raczej z poszukiwania alternatywnych działań niż ze znajomości faktów. Tak na przykład na str. 7 znajduje się zarzut, iż „wśród biskupów nie znalazł się ani jeden sprawiedliwy, który wziąłby na siebie trud przeczytania dokumentów”. Zarzut ten może wydawać się racjonalny i uzasadniony. Trzeba jednak wiedzieć, że kiedy w 2005 roku jedna z osób współpracujących z lubelską komisją historyczną zwróciła się do IPN w Warszawie z prośbą o udostępnienie dokumentów ks. Stanisława Wielgusa, które wychodziłyby poza zwykłą notkę o rejestracji, otrzymała wiadomość, że dokumenty takie nie istnieją w zbiorach IPN. Pierwsze komentarze opublikowane później na łamach „Gazety Polskiej” świadczyły, iż ich autorzy nie dysponują także możliwością udostępnienia dokumentów, na które się powoływali. Powstawało pytanie, czy w tej sytuacji należy uznać autorytet współpracowników red. Sakiewicza za taką niekwestionowalną wartość, że nie potrzebuje ona już żadnych innych dowodów. O tym, iż nie wszyscy aprobowali wtedy styl „Gazety Polskiej”, świadczą publikacje z tamtego okresu, w których także środowiska dziennikarskie dawały wyraz oburzeniu na sposób podjęcia problemu, łączący bardzo mocne zarzuty z brakiem uzasadniających te zarzuty dokumentów.

Zmiana nastąpiła, gdy odnalazły się dokumenty przedstawiane wcześniej jako niedostępne. Nie chcę oceniać faktu, iż tak szybko trafiły one na łamy Internetu, mimo iż pełne były łatwych do sprawdzenia dezinformacji, w których nawet nazwisko „Wielgus” widniało jako „Welgus”, natomiast bez podstawowego wyczucia kultury – zupełnie bezcelowo – opublikowano razem z nimi także komentarze otaczane powszechnie dyskrecją, choćby tylko ze względu na intymny charakter ich treści. Kiedy jednak informacje stały się dostępne, Konferencja Episkopatu wyłoniła komisję, której zadaniem była ocena treści dostępnych materiałów. Zamiast więc jednego sprawiedliwego biskupa został wyłoniony zespół historyków, których autorytet wykluczał sugestie, że jedyny sprawiedliwy może zechcieć – według popularnej metafory – zamiatać coś pod dywan. Powstaje pytanie, czy można było wtedy zadziałać sprawniej, bez dramatycznej oprawy, która niosła tyle napięć i niepokoju. Przypuszczam, że było można. Nie znam wszystkich szczegółów organizacyjnych, odnoszę jednak wrażenie, iż sprawa o. Hejmy była mimo wszystko rozwiązywana z dużo większym wyczuciem pragmatyki, dramatu i taktu.

Oprócz podstawowych łączących nas ocen w sprawie abp. Wielgusa pozostaje cały szereg szczegółów, które są nieistotne dla całościowej oceny moralnej, nie mogą być jednak pomijane w imię prawdy historycznej. Dr Andrzej Grajewski opowiadał mi niedawno, jak poczuł się, gdy w oskarżeniach dotyczących jego współpracy z WSI znalazł informację, iż był poddany specjalnemu przeszkoleniu. Nie był nigdy, ale fikcja stanowiła mocną stronę dokumentów generowanych przez służby wyszkolone w PRL. Kiedy przeczytał ten zarzut, pomyślał, iż być może także ks. Wielgus uczestniczył w identycznym jak on szkoleniu agentów; ,,identycznym” to znaczy istniejącym jedynie w fantazji funkcjonariusza, który pisał raporty. W raportach włączonych do dokumentacji Macierewicza Grajewski znalazł także wiadomość, iż za swą współpracę z WSI otrzymał wynagrodzenie w wysokości 15 mln zł. Wiadomość ta jest przy pewnej interpretacji słów prawdziwa, nie wspomina tylko, że chodzi tu o złote sprzed wymiany, to znaczy o 1500 zł. Kwota ta robi znacznie mniejsze wrażenie i odpowiada cenie biletów kolejowych, które trzeba było opłacić, by dotrzeć z Katowic na zebrania w Warszawie.

Prawda i metoda

W materiałach powstających na oczach naszego pokolenia powstają dokumenty, których związek z prawdą jest nadzwyczaj luźny. Jedne z nich tworzyli ludzie WSI, drugie – współpracownicy ministra Macierewicza. Jeśli ktoś chciałby potraktować podobne dokumenty z taką śmiertelną powagą, jak czyni to w lutowym „Znaku” prof. Krzysztof Jasiewicz, to mogę wyrazić tylko głębokie współczucie z powodu obojętności zarówno na fakty, jak i na wcześniejsze ustalenia środowisk znanych z odpowiedzialności za słowo. Wspomnę tylko opinię prof. Wiesława Chrzanowskiego. Wyrażał ją jako ktoś, kto płacił swym życiem cenę udokumentowanego fałszu, gdy w powojennej Polsce dwukrotnie był więziony, a po upadku PRL trafił na listę Macierewicza. Podsumowując sprawozdawczość kwitnącą w PRL, prof. Chrzanowski napisał w swym wywiadzie-rzece: „Były okresy nacisku na funkcjonariuszy, by wykazywali się pozyskiwaniem współpracowników. To wiązało się z awansami, z nagrodami. Na tzw. pracę operacyjną dostawali sumy w istocie nierozliczane” .

O tym, jakie wzorce funkcjonowały przy pisaniu o wrogach ludu, przypomina Jerzy Sosnowski w swym głębokim artykule w lutowej „Więzi”, przywołując cytaty ze sprawozdania o procesie bp. Kaczmarka. Jeden z bardziej utalentowanych twórców napisał wtedy o oskarżonym: „Szpiclował odbudowane fabryki, podglądał szkoły, namawiał chłopów, aby produkowali mniej chleba. Jego donosy bez skrupułów odnosili do placówki FBI ludzie w czarnych sutannach…” .

Etyka branżowa?

Prof. Jasiewicz przyjmuje radykalnie różną ocenę dokumentów SB i zapewnia, iż na pewno nie preparowano na wielką skalę fałszywek, bo „taki pogląd nas, ludzi z branży, wręcz rozśmiesza” . Niezależnie od dalszych precyzacji okoliczności rozśmieszania, autor argumentuje tak, jak gdyby w ogóle nie znał dokumentów, w których kierownictwo IV Wydziału planowało na szczeblu wojewódzkim, ilu nowych współpracowników należy zwerbować w kolejnym roku sprawozdawczym, czy wyrażało ubolewanie z powodu zbyt małej liczby werbunków w poprzednim roku. Dzięki dokumentom znalezionym w archiwach IPN znane są dziś zarówno fikcyjne sprawozdania z rzekomych spotkań z TW, jak i upomnienia funkcjonariuszy, którzy praktykowali kreatywną sprawozdawczość już w epoce późnego Gierka. Szczegółowe fakty były tyle razy przytaczane, że nie muszę ich powtarzać. Niepokoi mnie natomiast określenie: „nas, ludzi z branży”. O jaką branżę tu chodzi? Branżę ignorującą znane fakty? Branżę rezerwującą dla siebie własną wersję etyki i odmienną wizję godności człowieka? W niektórych sformułowaniach pobrzmiewa duma, iż ludzie z branży stoją znacznie wyżej niż na przykład prawnicy, którzy nie tylko zbyt łatwo uniewinniają podejrzanych (przypis 1, s. 31), ale w dodatku muszą korzystać z pomocy biegłego historyka.

Nie wiem, czy ma to być argumentem o wyższości historyków nad prawnikami; nie wiem też, gdzie w tej hierarchii umieścić politologów, do których należy prof. Jasiewicz. Dzięki Bogu, że sądy szeroko korzystają z pomocy ekspertów. Na podstawie tego jednak, iż o ekspertyzę zostanie poproszony psychiatra, bałbym się formułować wniosków, iż to właśnie psychiatria stanowi królową nauk i jej wnioski są najważniejsze.

Autor artykułu krytycznie odnosi się do występującej w Polsce praktyki publikowania w mediach list z podpisami cenionych autorytetów, które biorą w obronę osoby pomówione o współpracę z SB. Chcę zrozumieć uwarunkowania jego postawy i przyjmuję, iż w kwerendach, które przeprowadził w archiwach NKWD czy KGB znalazł tyle materiałów obciążających znane osoby, że patrzy dziś sceptycznie na wyznania wiary w ludzką uczciwość. Zapewne istnieją granice realizmu, których nie należy przekraczać, aby nie podjąć wędrówki wśród złudzeń. Osobiście cenię jednak odmienną wersję realizmu, w którym poszukiwanie prawdy idzie w parze z chrześcijańską ekspresją wiary w człowieka. Za mistrza takiej postawy uważam na przyklad Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Opowiadał mi on, że po kilku godzinach lektury ocalałych dokumentów na temat polskiej sekcji „Wolnej Europy” czuł się, jak gdyby wyszedł z kąpieli w gnojówce. Nie rzutowało mu to jednak na obiektywizm ocen związanych z tą tematyką. Wśród jego ostatnich faksów przysłanych do mnie jeden wyraża solidarność z IPN, kiedy zbieraliśmy podpisy intelektualistów, bo senator Jarzembowski z SLD czynił wszystko, co mógł, by utrudnić działalność IPN. Drugi spośród końcowych listów wyrażał solidarność z prof. Jerzym Kłoczowskim, który stał się przedmiotem ataków, gdy poinformowano o jego rejestracji jako TW. W rozmowie telefonicznej ze mną p. Nowak-Jeziorański podkreślał potem, że jest mu przykro, iż w wolnej Polsce istnieją środowiska ceniące najwyżej rytualne zapiski esbeka nawet, gdy w treści tych ostatnich nic nie obciąża moralnie osób, które przelewały krew w powstaniu warszawskim.

Odmienne stanowisko reprezentuje prof. Jasiewicz, ubolewając, iż dokumenty zostawione przez UB i SB są „z pomocą chwytów demagogicznych” w całości kwestionowane. Nie słyszałem, by ktoś „w całości” kwestionował kiedykolwiek ocalałe materiały SB. Nie wiem także, po co rozszerzać dyskusję o „chwyty demagogiczne”, skoro w swej merytorycznej wersji, wyrażanej w odpowiedzialności za słowo, problem ciągle jawi się jako trudny i kontrowersyjny. Zaprezentowana w artykule apologia doniosłości esbeckich wpisów połączona z krytyką orzeczeń sądowych rodzi natomiast u mnie obawę, iż z artykułu należy wyprowadzić wniosek, że decyzje sądów lustracyjnych można bagatelizować i że dla „ludzi z branży” oczywiste jest, iż winny był Przewoźnik, Gilowska, o. Wołoszyn, a może nawet i abp Michalik. Skoro dokumenty są tak wiarygodne a sąd tak bezradny, jak przekonuje Jasiewicz, to pozostaje nam tylko uznanie jakiejś IV Rzeczypospolitej Branżowej, w której podstawową rolę odgrywali agenci znani jedynie nieokreślonym bliżej ludziom z branży.

Humanizm branżowy?

Nawet gdyby przyjąć, że sugerowana wyżej rekonstrukcja przekonań tylko w części wyraża poglądy autora i że nie zostały one przedstawione w artykule ze względu na złożoność problemu, to w tekście Jasiewicza i tak dominują tezy, które uważam za niezgodne zarówno z tradycją chrześcijańską, jak i z humanistycznym szacunkiem dla osoby ludzkiej. Dla przykładu zasygnalizuję stanowisko metodologiczne przedstawione na str. 26. Autor twierdzi tam, iż historyk nie może uznać zasady domniemania niewinności, gdyż nie wolno mu z góry niczego zakładać. Chcę się ograniczyć tylko do słów: „nie wolno niczego zakładać”. Gdyby tak było, historyk zaczynałby swą refleksję w stanie intelektualnej pustki, gdyż nawet założenie poprawności badań przeprowadzonych przez kolegę byłoby nadużyciem. Będę wdzięczny za wskazanie jakiegokolwiek historyka, który kieruje się podobną metodologią. Normalnie bowiem, bez względu na dyscyplinę, którą reprezentujemy, każdy z ludzi nauki przyjmuje mniej lub bardziej ukryte założenia dotyczące racjonalności uzasadnień, krytycyzmu metodycznego, heurystycznych wartości przyjętego programu badań, wcześniejszego dorobku w tej dziedzinie wypracowanego przez inne ośrodki badawcze, różnic między interpretacją naukową a pseudonaukową etc.

Wśród owych założeń, stanowiących czasem subtelny składnik tła kulturowego albo też inspiracji filozoficznych czy religijnych, szczególną rolę odgrywają tezy antropologiczne, w których implicite akceptujemy tak istotną dla nauk humanistycznych godność osoby ludzkiej i jej nienaruszalne prawa. W wyniku tego nasze opracowania naukowe różnią się od tych publikacji marksistowskich, w których gromiono przedstawicieli nauki burżuazyjnej, a przynależność klasową lub pochodzenie żydowskie traktowano priorytetowo jako ważniejsze od faktów.

Aby wyzwolić się z ideologicznych patologii, nie wystarczy zwyczajna neutralność, w której zadeklarujemy, iż nie obchodzi nas, kto był Żydem, a kto tylko kułakiem. Naukę uprawiamy jako przedstawiciele gatunku Homo sapiens i obowiązuje nas szacunek do innych istot ludzkich. Nie pozwala on na stosowanie popularnych ostatnio procedur, w których bez wystarczającego uzasadnienia usiłuje się niszczyć dobre imię bliźniego, sugerując, że pomówienia są tak samo dopuszczalne metodologicznie jak komplementy. Ta postawa szacunku dla człowieka zobowiązuje szczególnie intelektualistów chrześcijańskich. To od ich zachowań zależy, w jakim stopniu w naszej wrażliwości na godność bliźnich odnajdziemy echo papieskiego nauczania: „Człowiek – każdy bez wyjątku – został odkupiony przez Chrystusa, ponieważ z człowiekiem – każdym bez wyjątku – Chrystus jest w jakiś sposób zjednoczony, nawet gdyby człowiek nie zdawał sobie z tego sprawy” .

Byłoby tragedią, gdybyśmy usunęli te słowa z naszej pamięci, powtarzając za prof. Jasiewiczem, iż „nie wolno nam z góry niczego zakładać”. Próba usunięcia z pamięci elementarnych prawd o godności człowieka prowadzi nie do obiektywizmu badawczego, lecz do nihilizmu. Kimkolwiek byliby „ludzie z branży” proponujący podobne procedury, ich działanie jest przedsięwzięciem na bardzo krótki dystans. Innych dystansów i innych wartości uczyła nas pani Hania Malewska, czyniąc ze „Znaku” ośrodek kształtowania humanizmu wówczas, gdy godność człowieka usiłowano podporządkować urojeniom marksistowskich ideologów. Dzięki duchowemu oddziaływaniu „Znaku” mogło to ocalić nadzieję wielu czytelników wyrażających swój sprzeciw wobec ideologicznego absurdu tamtych dni. To dziedzictwo zobowiązuje w obecnych próbach podważania godności człowieka. Chciałbym wierzyć, iż postawa Pani Hani jest nadal bliska obecnej ekipie redakcyjnej miesięcznika „Znak” i że publikacja tekstu p. Jasiewicza, odbiegającego bardzo daleko od tamtej tak ważnej tradycji, stanowiła zwyczajny wypadek przy pracy.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata