Fot: TVP/East News
Weronika Gogola maj 2019

Zbójnicy, pasterze i grafowie.  Kim są Słowacy?

Postrzeganie Słowaków tylko jako zbójników spod Tatier albo biednych, acz szlachetnych pasterzy jest niezwykle krzywdzące. Co najgorsze, wielu Słowaków do dziś żyje w przekonaniu, że te dwie tożsamości: zbójecka i pasterska, są podstawą ich bycia.

Artykuł z numeru

Święty Houellebecq

Święty Houellebecq

Moje pierwsze ukłucie erotyczne w dziewczęcym brzuchu spowodował następujący obraz: owłosiony, umięśniony Marek Perepeczko przy blasku zachodzącego słońca kroczy pośród biegnącego stada owiec. Słońce zachodzi, Perepeczko wstępuje na szafot. Pokryty gęstą zawiesiną mgły krajobraz niepokojąco przecina zwisający hak. Perepeczko daje ostatni pocałunek Marynie, krwiste słońce zastyga nad horyzontem.

Zawiśnięcie na haku (za poślednie ziobro) tego silnego, wielkiego, rosłego jak dąb, tryskającego testosteronem mężczyzny, który bogatym zabierał, a biednym dawał, budziło skrajne emocje, których jako mała dziewczynka nie byłam jeszcze w stanie zdefiniować. Janosik był w moim wczesnym dzieciństwie jedynym słusznym punktem odniesienia wszystkich zabaw, marzeń i snów. Po powrocie z przedszkola przebierałam się w strój góralski, włączałam kasety Trebuniów-Tutków i Twinkle Brothers, wirowałam w takt krzesanego albo wykonywałam dramatyczne figury do pieśni Wisi harnaś, wisi. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że melodia ta jest równocześnie melodią hymnu Słowacji. Niewiele też wiedziałam o Słowacji, bo w domu wciąż mówiło się: Czechosłowacja. Kiedy pierwszy raz usłyszałam Nad Tatrou sa blýska, jako typowa Polka pomyślałam, że Słowacy ukradli nam nasze Wisi harnaś, wisi. Nie wiedziałam, że tak naprawdę melodia hymnu wywodzi się ze słowackiej pieśni Kopala studienku. Pierwotny tekst o zalotach podczas pojenia pawi i o skokach do studzienki został zamieniony w waleczną odezwę do narodu. Słowacy w swoim hymnie, podobnie jak my, podkreślają, że kiedyś przyjdzie dzień, że się odrodzą, ożyją. Przyjdzie dzień ich potęgi, jak grom z jasnego nieba.

Szybko zrozumiałam, że łańcuch górski nie stanowi większej przeszkody w podróżowaniu melodii. I że nie tylko melodie nie znają granic. Bohaterowie również.

I chociaż całe dzieciństwo żyłam w przeświadczeniu, że Janosik jest tylko jeden – polski – i że ma twarz Marka Perepeczki, wystarczyło pojechać na wycieczkę do Bardejowa, żeby usłyszeć okrutną, druzgocącą prawdę.

 

Zbójnickie korzenie

To my, Polacy, jesteśmy złodziejami. Janosik był Słowakiem z krwi i kości. Pochodził z Terchovej, która znajduje się daleko od wąwozu Homole, gdzie kręcono mój ukochany serial. Z faktami się nie dyskutuje. Tym bardziej że zachowała się metryka chrztu z 1688 r. zapisana w kronice wsi Varin przez księdza o wdzięcznym nazwisku Smutko, świadcząca o tym, że Janosik był postacią prawdziwą: „Eadem die baptizavi infantem natum de Martin Janosik et Anna Czesznek cui datum est nomen Georgii. Patrini erant Jacobus Mergad et Barbara Kristofik de Terchova” – głosił napis. Ze źródeł historycznych jasno również wynika, że Janosik rozpoczął zbójowanie namówiony przez poznanego w armii cesarskiej niejakiego Tomasza Uhorczyka, a wcześniej brał udział w powstaniu Rakoczego. Mojego żalu i smutku nie był w stanie zniweczyć nawet fakt, że w jego bandzie znaleźli się Polacy: niejaki Gawłow i Wawrek. Pozostawała jeszcze jedna deska ratunku. Pokazać moim słowackim przyjaciołom fotosy z ukochanego serialu, który – tak bardzo popularny u nas – nigdy nie przedostał się do naszego południowego sąsiada, mimo że w tamtych czasach kraje ościenne częściej niż dzisiaj wymieniały się swoimi produkcjami. Miś Uszatek, Bolek i Lolek owszem, ale Janosik nie. Pełna napięcia więc, wyciągałam zdjęcia naszego Janosika, ale reakcja znajomych była zawsze taka sama:

– Wygląda jak Rambo!

Oprócz owłosionej klaty Perepeczki fakt, że Polacy nakręcili film o ich bohaterze narodowym, nie budził w nich większych emocji. Może dlatego, że swoich ekranizacji o Janosiku Słowacy mieli pod dostatkiem. Pierwszy oficjalny film produkcji słowackiej powstał w latach 20. i opowiadał oczywiście historię Juraja Janosika. Znalazł się nawet w pierwszej dziesiątce pełnometrażowych europejskich filmów kina niemego. Cóż więc znaczy jakiś tam serial Passendorfera, w którym Janosik wygląda jak Stallone?!

Historia pierwszego słowackiego filmu jest niezwykle ciekawa. Został bowiem zrealizowany z inicjatywy emigracji zamieszkałej w Chicago, która postanowiła nie tylko sfinansować produkcję, ale sprowadzić z USA całą ekipę filmową. W 1920 r. utworzono tam firmę producencką Tatra Film Corporation, która w dużej mierze została sfinansowana przez Jána Závodnego, inicjatora całego przedsięwzięcia. Závodný na potrzeby produkcji filmowej sprzedał swoje kino Cassimir mieszczące się w Jefferson Park – dzielnicy Chicago, która do dzisiaj pozostaje kolebką środkowoeuropejskiej emigracji. Niestety, nawet ten krok nie pomógł w domknięciu budżetu. Może dlatego w trakcie realizacji trzeba było pójść na wyraźne kompromisy, głównie dotyczące lokacji (sporą część scen planowanych we wnętrzach przeniesiono na łono przyrody). Tatra Film Corporation wysłało na Słowację delegację składającą się z czterech osobistości: reżysera Jaroslava Siakela, jego brata Daniela, Františka Horlivégo jako specjalistę od kostiumów oraz samego Jána Závodnégo w roli producenta. Niestety, filmowców nie było stać na drogi hotel w Martinie, mieście, które miało być podówczas centrum słowackiej kultury, dlatego musieli zatrzymać się na prowincji. Sprzęt wieziono na plan bądź pociągiem, bądź chłopskimi wozami. Mimo to determinacja emigracji była niezwykle silna. Takie też musiało być jej przekonanie, że naród słowacki potrzebuje swojego bohatera.

Ta determinacja, nie tylko Jána Závodnégo, który zdecydował się sprzedać swoje kino, ale całej ekipy burzy dość powszechnie panujący mit o tym, że postać Janosika jako najważniejszego bohatera narodowego rozpropagowali komuniści. Owszem, towarzysze z pewnością zacierali ręce, mając już gotowy model bohatera walczącego ze złymi właścicielami ziemskimi, margrabiami i grafami, ale prawdą jest, że w zasadzie przyszli na gotowe. Nie musieli nadto się wysilać. Legenda Janosika była bowiem żywa w słowackim folklorze od stuleci. Temat zbójnictwa silnie eksploatowano już w trakcie XIX-wiecznego odrodzenia narodowego, paralelnie z kodyfikacją języka słowackiego. Tradycja zbójnicka jest więc częścią historycznej pamięci Słowaków. Źródła pisane wskazują na obecność zbójników na tych terenach już od XI w. Eskalacja ich działalności przypada jednak na wieki XVII i XVIII, czyli okres, w którym działał najsłynniejszy słowacki zawadiaka. Kinematografia jedynie utwierdzała jego pozycję.

Emigracja zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo rodacy potrzebują takiego filmu. W 1918 r. Słowacja weszła w skład Czechosłowacji, co oczywiście było dla niej opcją o wiele sympatyczniejszą niż dalsza hegemonia Węgier, niemniej pozostawiało naród słowacki po raz kolejny w pewnym uwikłaniu. Film dawał szansę na ugruntowanie przekonania, że Słowacy mają swoich autonomicznych bohaterów. To przecież doskonały argument w walce o prawo do niezależności. Obraz narodu o zbójnickich korzeniach, narodu niegodzącego się na zastany, niesprawiedliwy porządek miał ogromne znaczenie dla tworzenia się tożsamości słowackiej. Miejsce Słowaka w Królestwie Węgier jasno wytyczała linia podziału: Słowak to Toth (węg.). Słowo, które co prawda oznaczało słowiańskiego mieszkańca Królestwa, ale przez większość rozumiane było jako wieśniak. Przyjmowano, że wszystkie pozostałe warstwy społeczne: ziemianie, szlachta, panowie, inteligenci to po prostu Węgrzy. Dzisiaj słowo Toth ma dla Słowaków wyraźnie znaczenie pejoratywne, mimo że wielu z nich nosi takie nazwisko. Nie da się natomiast jednoznacznie i uparcie pojmować tożsamości słowackiej wyłącznie w kontekście słowiańskości. Współcześni Słowacy są narodem różnorodnym, wielu moich znajomych ma korzenie niemieckie, węgierskie, rusińskie czy austriackie. Przez lata dochodziło tutaj do małżeństw mieszanych, przy równoczesnym uniknięciu całkowitej asymilacji (być może z wyjątkiem zanikającej niestety kultury Rusinów). Pewna hybrydowość widoczna w tym, jak Słowacy pojmują samych siebie, może być w Polsce, w której przez lata dążono do stworzenia monolitycznej tożsamości, trudna do zrozumienia. Tymczasem wielu mieszkańców Republiki Słowackiej powie: „Jestem słowackim Madziarem”.

 

Niedościgniona fantasmagoria

Marzec tego roku zakończył się dla Słowacji długo oczekiwanym „cudem”. Wybory na słowackiego prezydenta wygrała kobieta, Zuzana Čaputová, która jest wielką nadzieją dla zmęczonego korupcją rządzących narodu. Wygrała mimo że otwarcie głosiła swoje liberalne poglądy i że jeszcze rok temu nie była znana szerszej publiczności. Kandydatka liberalna, wspierająca związki partnerskie, działaczka ekologiczna, prawniczka, zyskała entuzjastyczne wsparcie wśród moich znajomych. Wielu z nich jeszcze podczas trwania kampanii przedwyborczej dodało do swoich zdjęć profilowych na Facebooku ramkę z napisem „Volim Čaputovú” (głosuję na Čaputovą) i hasztagiem #mojaprezydentka. Część ze znajomych jednak dodała ramkę z tym samym napisem, tylko po węgiersku („Čaputovara Szavazok” i hasztag #azenelnoknom). To wyraźny pozytywny sygnał mówiący jasno, że dzisiejsi Słowacy (mówimy oczywiście o większości) nie dążą do unifikacji. Ostatecznie państwo słowackie ma już za sobą więcej niż trzy dekady niezależności. Droga do emancypacji musiała jednak iść po jasnej linii wskazującej na autonomię i nieskazitelną słowiańskość oraz odrębność w ramach Królestwa Węgier.

Janosik był dla tej emancypacji doskonałym narzędziem. Jego rebeliancki mit świetnie nadawał się do konstruowania nowego, silnego, niezależnego narodu. Zbójnik, człowiek z ludu, który mimo że pobierał nauki (jedna z legend mówi o tym, że studiował teologię), postanowił stanąć po stronie niepiśmiennych. Rabować krwiopijców zdzierających skórę ze słabszych, a dawać prawowitym właścicielom dóbr słowackiej ziemi. Do tego należy dodać jeszcze romantyczną aurę otaczającą zbójnika, człowieka żyjącego w ukryciu, w jaskiniach i lasach, działającego znienacka i przynoszącego sprawiedliwość. Być może właśnie ze względu na ów romantyczny sznyt postać zbójnika szybko przedostała się do folkloru, pieśni, obrazów, przekazów ludowych oraz kinematografii. A później do polityki. Niepokoje wśród ludności rolniczej, powstania antyfeudalne, a potem partyzancka antyfaszystowska walka (niechlubnym i problematycznym dla Słowaków epizodem jest romans z faszystami, należy jednak pamiętać, że był on wynikiem polityki państwowej i nie znajdował aprobaty u wszystkich obywateli) – wszystko to miało w sobie „zbójeckiego” ducha. Słowackie powstanie narodowe z 1944 r., które stało się jednym z najważniejszych punktów odniesienia dla współczesnego rozumienia słowackiej tożsamości, wręcz przełomowym momentem w dziejach, w duchu czerpało z tej tradycji. Partyzant pasuje bowiem do obrazu kryjącego się po karpackich lasach zbójnika.

Do tradycji janosikowej oprócz partyzantów odwoływali się również słowaccy żołnierze uczestniczący zarówno w I, jak i w II wojnie światowej. Podczas gdy my mieliśmy kultowego Rudego, pociąg pancerny, którego używały słowackie legiony podczas walk na Sybirze, nosił imię Janosik. Po okresie dwóch wojen światowych przyszedł czas komunizmu. Robotnicy powstający i walczący przeciwko niesprawiedliwości społecznej stali się kolejnymi dziedzicami zbójeckiej spuścizny. Co ciekawe, przed okresem komunizmu Słowacja nie należała do krajów robotniczych. W znacznej mierze była krajem rolniczym, komuniści więc musieli zbudować od podstaw nową grupę społeczną. Janosik pomagał w tworzeniu tej grupy: przywrócenie sprawiedliwości społecznej, migracja ludności wiejskiej do miast, tworzenie nowych ośrodków miejskich, które do dzisiaj łatwo zidentyfikować (wioska z wielkimi blokami, tzw. panelakami, bo zbudowanymi z paneli pośród pięknego, nienaruszonego krajobrazu) – wszystko to wpasowuje się w schemat: „bogatym zabierać, biednym dawać”. Bunt robotników przeciwko kapitalistom, a potem strajki robotnicze przeciwko komunistom – bez względu na wektor Janosik był świetnym symbolem. Można więc powiedzieć, że jest bohaterem fenomenalnym, dopasowującym się do każdej sytuacji politycznej.

W dużej mierze Janosik pozostaje jednak fantasmagorią. Mimo iż był postacią historyczną, przez lata obrósł w niezliczoną ilość mitów. Pierwszym i głównym z nich jest ten wykorzystywany w polityce – mit powstańca i symbolu ruchu oporu. Prawdą jest, że przed okresem zbójowania Janosik walczył w antyhabsburskim powstaniu Rakoczego, ale równocześnie historycy podkreślają, że po powstaniu wstąpił do armii cesarskiej. Dopiero tam poznał wspomnianego już Uhorczyka, który przekonał go do działalności przestępczej. Wstępując do armii, Janosik wdał się więc w romans z establishmentem. O tym epizodzie jednak się zapomina. Kolejnym mitem jest samo zbójowanie. W rzeczywistości trwało od jesieni 1711 do zimy 1712 r. Przewinienia i łupiestwa, których dokonał, dzisiaj brzmią śmiesznie. Przekazy podkreślają, że był raczej zbójnikiem samolubnym i zakłamanym. Nie przyznał się m.in do tego, że Pani Kaforke zo Žaškova ukradł  200 złotych monet, twierdząc potem, że ukradł tylko jednego cesarskiego talara. Napadł kupca Jána Šipoša (trzykrotnie), ukradł mu sukna i płótna, które sprzedał za 70 zł w Jabłonce. Pieniądze pożyczał Uhorczykowi, który podarował łup swojemu przyszłemu teściowi. Takich historii zbójowania znajdziemy więcej. Jednak w żadnym opisie Janosikowych grabieży nie widnieje wzmianka o obdarowywaniu biednych. Wręcz przeciwnie, Janosik nie lubił zanadto się dzielić. Ponoć skarby schowane do podziału pod kamieniem ukradł sam dla siebie.

Gdyby tak przyjrzeć mu się z bliska, trudno znaleźć w nim jakąkolwiek cechę, która czyniłaby z niego bohatera. Po cóż jednak sięgać do faktów, skoro taki wyobrażony, sprawiedliwy łajdak zadomowił się w słowackiej, ale też międzynarodowej świadomości na dobre. W kulturze, folklorze, muzyce, filmie. Janosik jest więc dla Słowaków niedościgłą fantasmagorią. Tym, kim chcieliby być. Awanturnik o dobrym sercu. Zbójnik, człowiek żyjący gdzieś na marginesie, peryferiach, w ukryciu, jak tygrys przed skokiem. Buńczuczny, ale czuły na ludzką niesprawiedliwość.

 

Pasterze spod Tatier

Słowacja przez stulecia była marginalizowana, spychana na dalszy plan, uciśniona. Taka jest wiodąca narracja opisująca słowackie dzieje. Narracja ta jednak nie jest do końca prawdziwa. W przypadku rozmowy o słowackiej historii łatwo popaść w dwie skrajności. Jedna z nich kładzie nacisk na ową zbójnicką buńczuczność, walczącą z niesprawiedliwością, podkreśla uciśnienie ludu wieśniaczego, pozbawionego własnej klasy kulturotwórczej: szlachty czy inteligencji. Druga z kolei stara się łatać „dziury” i szyje wielką historię, starając się wyznaczyć ciągłość w dziejach słowackiej państwowości, podkreślając znaczenie króla Świętopełka (jako władcy słowackiego, pomimo iż był władcą państwa wielkomorawskiego z IX w.) i możnowładców Kraju Nitriańskiego. Obie perspektywy odnoszą się do ograniczonego czytania historii na zasadzie: nasze–cudze i odebrane–odzyskane. Wykluczają jednak czynnik koegzystencji.

Postrzeganie Słowaków tylko jako zbójników spod Tatier albo biednych, acz szlachetnych pasterzy jest niezwykle krzywdzące. Co najgorsze, wielu Słowaków do dziś żyje w przekonaniu, że te dwie tożsamości: zbójecka i pasterska, są podstawą ich bycia. Oczywiście nie bez wpływu na ten obraz pozostaje przekonanie o plebejskości narodu, którą długo przed komunistami podkreślali już šturowcy, słowaccy odrodziciele narodu, inicjatorzy kodyfikacji języka słowackiego. Do dziś panuje przekonanie o tym, że słowackie miasta pozostawały czysto węgierskie, podobnie jak szlachta, naukowcy itd., a Słowacy byli co najwyżej rzemieślnikami. Nadal z dumą podkreśla się, że parlament w Budapeszcie został w całości postawiony rękami słowackich murarzy. Rzeczywiście, słowaccy murarze mają swoje poczesne miejsce w dziejach ludzkości. Weźmy takiego Gusti Popoviča. Nazwisko być może nie jest nikomu znane, ale postać tę każdy z nas widział przynajmniej kilka razy w życiu. Z pewnością wszyscy kojarzą zdjęcie Charlesa Clyde’a Ebbetsa Lunch atop a skyscraper. Jedenastu robotników siedzących na wysokości 69. piętra wieżowca RCA Building (dzisiejszy GE Building) podczas przerwy obiadowej, zawieszonych nad miastem i w spokoju konsumujących posiłek. Zdjęcie zostało opublikowane w „Herald Tribune” w 1932 r. Kiedy przyjrzeć się dokładnie wszystkim robotnikom, łatwo zauważyć, że ostatni z nich trzyma w ręku butelkę whisky, nie zważając na to, że w tamtym okresie panowała prohibicja. Tenże robotnik to właśnie Gusti Popovič, duma Słowacji, rodak z Vyšného Slavkowa.

Oczywiście plebejski obraz Słowaka został silnie ugruntowany przez komunistów. Najważniejszym budulcem, oprócz Janosika, był wizerunek Słowaka pasterza. Bacy z ciupagą w jednej ręce i fujarą pasterską w drugiej, siedzącego gdzieś pod Wielką Fatrą pośród stada owieczek i łowiącego wysmaganym obliczem promienie słońca. Nikomu nie przeszkadzało to, że krajobraz Słowacji w dużej mierze odbiega od tego wyobrażenia, że zdecydowana większość obszaru Słowacji to tereny rolnicze, a nie górsko-pasterskie. Mimo to obraz ten był na tyle silny, że przedostał się również do naszej sąsiedzkiej świadomości. Większość z nas bowiem ma wyobrażenie o Słowacji ograniczające się do regionu Tatr. Wielu moich przyjaciół skarżyło się na nieprzyjemne doświadczenia kulinarne z Bratysławy i wspomnienia okropnych, niesmacznych haluszek. Tymczasem zamawianie haluszek w Bratysławie jest jak kupowanie oscypków w Warszawie. Można, ale po co. Słowacja nie kończy się na góralach. Wystarczy wyjechać kilka kilometrów za Spisz, żeby natknąć się na handlarzy sprzedających arbuzy przy polnych drogach, a jeszcze trochę dalej, żeby zakosztować słowackiego tokaja, którego obecność w tatrzańskim krajobrazie jest niemożliwa. Gdyby wszyscy Słowacy, jak głosi stereotyp, byli pasterzami, pewnie ten tekst by nie powstał. Oczywiście ośrodki miejskie były zdominowane przez Węgrów, ale w mniejszych miejscowościach na szczeblu lokalnym działała głównie słowacka inteligencja, z reguły byli to ewangeliccy księża. Zresztą główni kodyfikatorzy języka słowackiego, z L’udovítem Štúrem na czele, należeli do tej warstwy społecznej. Co prawda, to oni zdecydowali się na podkreślenie znaczenia folkloru, ale rzecz ta nie była dziwna w czasach romantyzmu, znamy ją przecież dobrze również z naszego podwórka. Jeśli zaś chodzi o haluszki w Bratysławie, kuchnia tego regionu jest o wiele bliższa kuchni zachodniej niż kapustowo-bryndzowej kuchni Liptowa. Widać to wyraźnie podczas słowackich wigilii. W Bratysławie typową potrawą bożonarodzeniową jest kaczka z czerwoną kapustą i knedlą, podczas gdy na Liptowie nikt nie kojarzy tej potrawy ze świętami.

Na szczęście w tzw. obiegu powszechnym obraz pasterza i zbójnika przestaje być dzisiaj tak istotny, znajdując swoją niszę jedynie w wachlarzu kulturalnych gadżetów, takich jak magnesy na lodówkę i pamiątkowe ciupagi czy kierpce. Trudno jednak oburzać się na to, że romantyczny obraz szlachetnego, prostego pasterza spod Tatier przyjął się w pięciomilionowym narodzie, jeśli nawet w przypadku Polski góralszczyzna w ciągu jednego stulecia została podniesiona do rangi symbolu narodowego. Skoro Polska pokusiła się o „kradzież” Janosika, skoro w sopockiej Operze Leśnej znajdziemy Góralską Karczmę, a w Kołobrzegu kupimy ciupagi z napisem „Kołobrzeg”, trudno dziwić się Słowakom.

Również na Słowacji postać Janosika na dobre przedostała się do popkultury. O wiele intensywniej niż nasz Janosik z Kwicołem i Pyzdrą reklamujący w latach 90. margarynę. Weźmy chociażby zapomniane dziś w Polsce przedstawienie Ernesta Brylla Na szkle malowane. Na Słowacji jest jednym z bardziej kultowych. Do popularności tego utworu zdecydowanie przyczyniła się telewizyjna inscenizacja musicalowa z 1980 r., w której w roli głównej występował Michal Dočolomanský, ówczesne aktorskie bożyszcze. Być Słowakiem i nie znać piosenki Čo som sa po horách nachodil to jak być Polakiem i nie znać Co mi, Panie, dasz.

 

Spadkobierczyni Uhorska

Wróćmy jednak na chwilę do pierwszej janosikowej ekranizacji, która jest ciekawa nie tylko ze względu na genezę powstania, ale również sposób prowadzenia narracji. Nie kładzie bowiem nacisku na buntowniczość i zbójeckość Janosika, ale stara się przedstawić go w roli papierka lakmusowego ukazującego niedolę i biedę słowackiego ludu. Widać to w napisach umieszczonych na filmie, wśród których znajdziemy takie hasła jak: Chleba málo, roboty vel’a. Film doczekał się swojej premiery zarówno na Słowacji, jak i w Chicago, a potem, niestety, na długie lata zaginął. Po latach materiał filmowy został znaleziony w garażu Jána Závodnégo, który zdecydował się podarować kopię Słowackiemu Instytutowi Filmowemu.

Kolejny film o Janosiku powstał niezwykle szybko, bo już w roku 1935. O ile ten pierwszy kładł nacisk na problemy socjalne, film w reżyserii Martina Fricˇa podkreślał charakter samego bohatera. Rebelianta, zadziornego buntownika. Film ten stał się absolutnym hitem, w 1936 r. dostał się nawet na Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Wenecji. Tam przeciwko jego wyświetlaniu protestowała delegacja węgierska, twierdząc, że wszystkie złe postaci w filmie są narodowości węgierskiej. O stosunkach słowacko-węgierskich świetnie mówi pewna anegdota z planu filmowego, którą przytoczył Jan L. Kalina w zbiorze Tysiąc i jeden dowcip. Otóż w rolę Grafa Révaya wcielił się w filmie aktor Andrej Bagar. Podczas kręcenia filmu przebrał się w kostium i w pełnej charakteryzacji osiodłał konia, żeby poćwiczyć jazdę. W jej trakcie zatrzymał go jeden z gazdów i zapytał, cóż takiego wyprawia.

– Kręcimy Janosika – odpowiedział.

– A pan w tym kostiumie?

– Gram grafa Sandora Révaya.

– Grafa Révaya? Co to za postać?

– No, szanowny panie, to był wielmożny pan liptowskiej stolicy, okrutny tyran, który zdzierał z robotników majątek, męczył ich i zakuwał w dyby. Jednym słowem, czarna dusza.

– No, dziękuję panu – odpowiedział mężczyzna i dodał: – Przepraszam, nie zdążyłem się przedstawić, jestem tutejszym ziemianinem, graf Révay, miło mi.

I tak okazało się, że mężczyzna jest bezpośrednim potomkiem okrutnego tyrana. Mamy więc obraz spotkania dwóch Słowaków, z których jeden jest potomkiem węgierskiego ciemiężyciela, a drugi słowackiego chłopa. Warto zastanowić się nad ich koegzystencją. Oświetla ona też w pewien sposób stosunek Polaków do Słowaków.

Jeśli popatrzeć na historię niezależnej słowackiej państwowości, Słowacja wydaje się państwem raczkującym. Czy mamy prawo jednak ze swojej polsko-królewskiej perspektywy odmawiać komuś prawa do historii? W naszym rozumieniu państwowości przeważa myślenie imperialistyczne. Tak, to na Słowacji pierwszy raz w życiu usłyszałam zdanie: „Wy, Polacy, imperialiści”. Jak to? – myślałam – Rosjanie tak! Ale my?! I mimo że przez pięć lat studiowałam historię Ukrainy, której spora część była latami polską kolonią, wciąż odczytywałam naszą zbiorową tożsamość w podobnym do obiegowego rozumienia Słowacji kontekście: naród uciśniony, naród w kajdanach. Lecz – i tutaj pojawia się duma – naród posiadający swoją historię, swoich królów.

Tymczasem wielu naszych rodaków uważa, że Słowacy muszą szyć z niczego. Postawili na bratysławskim zamku pomnik Świętopełka, biedacy, bo nie mieli żadnego króla.

Podobnie zresztą podśmiewają się Polacy z pomnika króla Daniela we Lwowie. Owszem, łatanie dziur w nieistniejącej ciągłości historycznej jest śmieszne. Ale pozostaje jeszcze inna droga rozumienia tej ciągłości, choć w podążaniu tą drogą przeszkadza Polakom pewna pojęciowa zagwozdka. Do tego problemu odniosła się publicznie Magda Vášáryová, była ambasador Słowacji w Polsce (większość Polaków kojarzy ją z niezapomnianych ekranizacji Hrabalowych opowieści), podczas spotkania w krakowskim MCK-u i dyskusji o Koszycach. Vášáryová zwróciła obecnym uwagę, jak w Polsce nazywa się trzy odrębne byty państwowe obejmujące w przeszłości tereny współczesnej Słowacji. Mówi się więc o Królestwie Węgier, Austro-Węgrach bądź Węgrzech. Wszystkie wskazują na pewną wspólną (węgierską) tożsamość między tymi odrębnymi konstruktami. Tymczasem Słowacy używają innych pojęć dla określenia każdego z tych państw. Niegdysiejsze Królestwo Węgier to Uhorsko, które należy pojmować jako kraj wielonarodowościowy, oczywiście z madziarską dominacją, ale wciąż jednak składający się z wielu tkanek. Austro-Węgry to Rakusko-Uhorsko, zaś współczesne Węgry to Madziarsko. To rozróżnienie jasno pokazuje, że dzisiejsza Słowacja nie jest bezpośrednią córką Węgier. Jest zaś spadkobierczynią wielokulturowego Uhorska.

Dzięki temu rozróżnieniu na odczytywanie słowackiej historii rzuca się zupełnie inne światło. Ktoś powie, że zabawa w pojęcia nie ma w dzisiejszych czasach znaczenia, że jest nadinterpretacją i próbą zapełnienia smutnego braku. Spójrzmy jednak na spuściznę Rzeczypospolitej Obojga Narodów. W szkole uczono nas, że historia Rzeczypospolitej jest naszą polską historią. Co jednak z Litwinami czy z Białorusinami? Schizofrenia w odczytywaniu niegdysiejszych konstruktów politycznych wprowadza zamęt w rozumieniu państw Europy Środkowej w dzisiejszym kształcie. Przydziela również niewygodne role. Słowacja jeszcze długie lata będzie musiała udowadniać, że nie jest zakompleksiona, uciśniona i pozbawiona tożsamości. Nasze zrozumienie nowych odczytań ich dziejów może im tylko pomóc. W końcu jesteśmy dla nich zwierciadłem. Warto pomyśleć o tym, czy oni mogą stać się nim dla nas.

Kup numer