Timothy Snyder fot. Andrea Artz / Lajf / Forum
Timothy Snyder grudzień 2020

Szpitalne zapiski o wolności

Gdybym zmarł, moja śmierć byłaby aż nazbyt typowa – trafiłbym do ponurych statystyk. Zbyt wielu Amerykanów niepotrzebnie straciło życie w pierwszych miesiącach 2020 r.

Artykuł z numeru

Szczęście – to skomplikowane

Czytaj także

Timothy Snyder, Norman Davies, Agnieszka Holland, Natalia Hatalska, Dominika Kozłowska, Jacek Stawiski

Pamięć, fakty i fikcja w czasach Internetu

W chwili zachorowania byłem w Niemczech. Późnym wieczorem 3 grudnia w Monachium przyjęto mnie do szpitala z bólem brzucha, po czym wypisano następnego dnia rano. 15 grudnia w Connecticut przyjęto mnie do szpitala na wycięcie wyrostka robaczkowego i wypisano po niecałej dobie. 23 grudnia na Florydzie, gdzie spędzaliśmy urlop, przyjęto mnie do szpitala z mrowieniem i drętwieniem dłoni oraz stóp, ale wypisano następnego dnia. Potem poczułem się gorzej – doszedł ból głowy i narastające zmęczenie.

27 grudnia postanowiliśmy wrócić do New Haven. Nie byłem zadowolony z leczenia na Florydzie i chciałem być w domu. Podjąć odpowiednie decyzje i zająć się wszystkim musiała jednak moja żona Marci. Rano 28 grudnia spakowała nas i przygotowała dwoje naszych dzieci do wyjazdu. Ja byłem jedynie ciężarem. Po umyciu zębów i włożeniu każdego elementu garderoby musiałem się kłaść, żeby odpocząć. Do celu dotarliśmy też dzięki Marci, która załatwiła wózki inwalidzkie na lotniskach.

Na lotnisku w Fort Myers siedziałem na wózku, a dzieci przysiadły obok na krawężniku, podczas gdy żona zwracała wypożyczony samochód. Tak później wspominała naszą podróż: „Podczas lotu uchodziło z ciebie życie”. Na lotnisku w Hartford zawiozła mnie z samolotu prosto do samochodu naszej przyjaciółki, a potem wróciła z dziećmi, żeby odebrać bagaże. Przyjaciółka, która nie wiedziała, co się dzieje, spojrzała na mnie na wózku, zapytała po polsku: „Co oni zrobili?”, po czym wciągnęła mnie na przednie siedzenie. Kiedy ona pędziła do New Haven, ja odchyliłem oparcie zupełnie do tyłu, bo w tej pozycji mniej bolała mnie głowa.

Na miejscu z trudem udało się wywalczyć przyjęcie na oddział ratunkowy. Potrzebowałem wózka, aby dostać się z parkingu do przedsionka oddziału. Czekała tam na mnie kolejna przyjaciółka, lekarka. Chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, w mojej wątrobie tkwiło potężne ognisko zakażenia, które zatruwało mój krwiobieg. Znalazłem się w stanie zwanym sepsą; śmierć była blisko. Pielęgniarki nadzorujące wejście na oddział nie potraktowały mnie poważnie – może dlatego, że nie narzekałem, a może dlatego, że towarzysząca mi przyjaciółka lekarka była czarna. Wcześniej zadzwoniła na oddział, by powiedzieć, że natychmiast potrzebuję leczenia. Nie przyniosło to żadnego skutku.

Po prawie godzinie spędzonej z głową na stole w przedsionku oddziału ratunkowego w końcu wpuszczono mnie do środka. Niewiele się tam działo, więc miałem czas zastanowić się nad tym, co widzę, niepewnie powłócząc nogami w drodze z przedsionka do łóżka na oddziale. Odwiedziłem wiele oddziałów ratunkowych w sześciu krajach, więc mam pewne porównanie. Jak większość takich amerykańskich instytucji oddział był przepełniony, łóżka stały na korytarzach. Sześć dni wcześniej na Florydzie stłoczenie było jeszcze większe. W New Haven tej nocy czułem się szczęśliwy, że udało mi się zyskać trochę własnej przestrzeni: nie był to pokój, ale rodzaj wnęki oddzielonej żółtą zasłoną od dziesiątek innych łóżek stojących na zewnątrz.

Po pewnym czasie zasłona zaczęła mnie jednak niepokoić. Na oddziale ratunkowym uzyskanie pomocy wymaga ustalenia, kto jest personelem, i zwrócenia na siebie czyjejś uwagi. Zza tkaniny nie widziałem przechodzących ludzi, więc trudno mi było rozszyfrować kolory fartuchów bądź dostrzec plakietki z imionami i poprosić o pomoc. Pierwsza lekarka, która odsunęła zasłonę, stwierdziła, że jestem zmęczony, a może mam grypę, i trzeba mnie nawodnić. Moja zaniepokojona przyjaciółka próbowała sugerować, że mój stan jest poważniejszy. „Startował w zawodach biegowych” – powiedziała. – A teraz nie potrafi wstać”. Oznajmiła też rezydentce, że to moja druga wizyta na oddziale ratunkowym w ciągu kilku dni, więc niezbędna jest szczególna uwaga. Rezydentka oddaliła się nieprzekonana, zostawiając zasłonę częściowo odsuniętą. Wtedy zobaczyłem, jak przechodzą dwie pielęgniarki, które przyjmowały mnie na oddział, i usłyszałem, co mówią. „Kim ona była?”. „Mówiła, że lekarką”. Śmiały się, rozmawiając o mojej przyjaciółce. Wtedy nie mogłem tego zapisać, ale uczyniłem to później: tamtej nocy rasizm pogorszył moje szanse na przeżycie, tak jak pogarsza szanse innych w każdym momencie ich życia.

Badano mnie niespiesznie pod kątem grypy, tego i owego, ale bez szczególnych rezultatów. Dwa tygodnie wcześniej w tym samym szpitalu wycinano mi wyrostek robaczkowy, lecz nikt na oddziale ratunkowym nie spieszył się z zajrzeniem do mojej elektronicznej kartoteki. Przywiozłem też ze sobą teczkę z wydrukami oraz płytą CD ze szpitala na Florydzie i zachowałem na tyle przytomności umysłu, by zaoferować ją lekarzom.

Nie byli zainteresowani. „Tu robimy rzeczy po swojemu” – powiedziała rezydentka. Miałem wrażenie, że lekarze i pielęgniarki nie są w stanie dokończyć zdania, nie wspominając już o spojrzeniu na historię mojego przypadku.

Widziałem – a raczej słyszałem – dlaczego są tak rozkojarzeni. Znajome odgłosy zza zasłony zwracały też moją uwagę, chociaż moje parametry życiowe spadały, a we krwi szerzyła się infekcja. Alkoholiczka po prawej stronie – sądząc po głosie, starsza kobieta – nieustannie wołała: „Doktorze!” albo „Siostro!”. Kolejny alkoholik po lewej był gadatliwym bezdomnym. Gdy był wypisywany, zadawano mu standardowe pytania o to, czy w domu czuje się bezpiecznie. Procedura ta była absurdalna, bo nie miał domu i wracał do panującego na zewnątrz chłodu. Była zarazem obsceniczna, gdyż odpowiadając na pytania, rozwodził się nad aktami przemocy seksualnej, których zamierza się dopuścić na zadającej je pielęgniarce.

Po drugiej stronie zasłony siedziało dwóch policjantów, którzy obserwowali dwóch rannych młodych mężczyzn. Nie mając nic innego do roboty, przysunęli się bliżej do siebie i głośno rozmawiali tuż za zasłoną przez całą noc. Dowiedziałem się, jak wygląda organizacja zmian na komisariacie. Usłyszałem opowieści o jeździe po pijanemu, porzuconych pojazdach, przemocy domowej oraz – był to ulubiony temat funkcjonariuszy – bójkach w miejscach publicznych, wobec których policja pozostawała zupełnie bezradna. Niektóre historie były zabawne, np. o kobiecie, którą przyłapano ze szpadlem w ręku i w brudnych spodniach, gdy rozkopywała grządki sąsiadki.

Jeden z policjantów wolał przy tym rozmawiać o biurokracji, a drugi o przestępczości. Ten, którego bardziej interesowały przestępstwa, używał terminów „nieosoba” i „nieludzie”. W powieści George’a Orwella Rok 1984 nieosoba to ktoś, o kim pamięć została wymazana przez państwo. Wydawało się jednak, że funkcjonariusz ma na myśli Afroamerykanów, których uważał za przestępców. Chciałem z nim o tym porozmawiać, ale brakło mi sił.

Odpływałem. Po trzech godzinach leżenia we wnęce moja gorączka wzrosła do 40 stopni. Z kolei ciśnienie krwi wciąż spadało: 90/50, 80/40, 75/30, 70/30. Zawisłem między życiem a śmiercią. Sepsa zabija, a mojej nikt nie leczył.

Amerykańska choroba

Gdybym zmarł, moja śmierć byłaby aż nazbyt typowa – trafiłbym do ponurych statystyk. Zbyt wielu Amerykanów niepotrzebnie straciło życie w pierwszych miesiącach 2020 r. Zbyt wielu Amerykanów ociera się o śmierć każdego miesiąca i każdej chwili. Chociaż obiecywano nam, że będziemy żyli coraz dłużej, oczekiwana długość życia w naszym kraju stanęła w miejscu, nie zmieniając się znacząco przez ostatnich pięć lat. W niektórych latach średnia długość życia Amerykanów wręcz spadała.

Początek życia w tym kraju jest przerażający i pełen niepewności. Poziom opieki nad przyszłymi matkami jest bardzo nierówny i kompletnie niewystarczający. Czarnoskóre kobiety często umierają przy porodzie razem ze swoimi dziećmi.

W przypadku dzieci urodzonych w USA przez Afroamerykanki wskaźnik śmiertelności noworodków jest wyższy niż w Albanii, Kazachstanie, Chinach i mniej więcej 70 innych krajach. Jako całość Ameryka wypada gorzej od najbardziej sowieckiej z postsowieckich państw Białorusi oraz od będącej pokłosiem jugosłowiańskich wojen domowych i słabo radzącej sobie Bośni, nie wspominając już o 40 innych krajach.

Wejście w dorosłość również straciło swój urok. Jeżeli nic się nie zmieni, milenialsi będą żyć krócej od swoich rodziców z pokolenia X czy urodzonych podczas wyżu demograficznego dziadków, wydając zarazem więcej pieniędzy na opiekę zdrowotną. Określenie „w kwiecie wieku” też nie oznacza już tego samego co kiedyś. Zadziwiająco wielu białych mężczyzn w średnim wieku popełnia samobójstwa i narkotyzuje się na śmierć. Białe 40- i 50-latki z Południa umierają przedwcześnie.

Nasz zdominowany przez prywatnych ubezpieczycieli, regionalne sieci prywatnych szpitali i inne potężne grupy interesu komercyjny system opieki zdrowotnej coraz bardziej przypomina oszukańczą loterię. Chcielibyśmy wierzyć, że mamy opiekę zdrowotną, w ramach której następują pewne przepływy pieniężne; w rzeczywistości mamy przepływy pieniężne, w ramach których świadczona jest w pewnym zakresie opieka zdrowotna.

Nasza choroba jest specyficzna dla Ameryki. Umieramy młodziej od obywateli 23 krajów europejskich; młodziej od ludzi w Azji (w Japonii, Korei Południowej, Hongkongu, Singapurze, Izraelu czy Libanie); młodziej od ludzi na naszej własnej półkuli (na wyspie Barbados, w Kostaryce i Chile); wreszcie młodziej od ludzi w innych państwach założonych przez brytyjskich osadników (w Kanadzie, Australii i Nowej Zelandii). W rankingach długowieczności wyprzedzają nas kolejne kraje. W 1980 r., kiedy miałem dziesięć lat, Amerykanie żyli średnio o rok krócej niż mieszkańcy krajów o porównywalnym poziomie dobrobytu. Do 2020 r., kiedy skończyłem lat 50, ta różnica w średniej długości życia wzrosła do czterech lat. Nie chodzi o to, że inne kraje mają więcej wiedzy czy lepszych lekarzy. Chodzi o to, że mają lepsze systemy

Przepaść między Stanami Zjednoczonymi a innymi krajami poszerzyła się w 2020 r., gdyż żadna inna demokracja nie radzi sobie z pandemią koronawirusa gorzej od nas. Mieszkańcy Japonii i Niemiec, Korei Południowej czy Austrii – wszystkich bogatych demokracji – byli od początku mniej zagrożeni od Amerykanów, gdyż rządy traktowały ich lepiej, a także mieli lepszy dostęp do informacji oraz opieki. O śmierć w USA było zdecydowanie zbyt łatwo, zanim jeszcze dotarł do nas nowy koronawirus. To, że naszą reakcją na pandemię okazała się fuszerka, to jedynie kolejny objaw naszej choroby – polityki, która skutkuje bólem i śmiercią w miejsce bezpieczeństwa oraz zdrowia, przynosząc zyski nielicznym zamiast dobrobytu dla wielu.

Koronawirusa należało traktować poważnie od chwili, gdy udokumentowano jego istnienie, czyli mniej więcej od czasu mojej hospitalizacji. W styczniu 2020 r. powinniśmy byli nabyć testy, zidentyfikować pojawiające się przypadki nowej choroby i ograniczyć jej rozprzestrzenianie. Można to było łatwo zrobić. Poradziły sobie z tym kraje znacznie uboższe od nas. Dla każdego zakażonego koronawirusem Amerykanina powinny były się znaleźć szpitalne łóżko i respirator, a leczący chorych lekarze oraz pielęgniarki powinni byli otrzymać wystarczającą liczbę masek i fartuchów. Wirus nie jest człowiekiem, ale daje miarę naszego człowieczeństwa. W tej próbie nie wypadliśmy dobrze. 150 tys. Amerykanów nie żyje bez żadnego powodu.

Nasza choroba sprawia, że przyzwyczajamy się do zgonów wskutek zanieczyszczenia, stosowania opioidów, zgonów w więzieniach, samobójstw, zgonów noworodków, a teraz też do masowych grobów dla starszych ludzi. Nasza choroba sięga głębiej niż jakakolwiek statystyka – głębiej nawet niż pandemia. Są powody, dla których żyjemy coraz krócej i mniej szczęśliwie. Są powody, dla których prezydent uznał, że może podczas pandemii utrzymywać Amerykanów w niewiedzy oraz wykorzystywać naszą dezorientację i ból. Nasza choroba pozostawia nas w izolacji i niepewności, do kogo mamy się zwrócić, gdy cierpimy.

Ameryka jest ponoć krajem wolnym, ale choroba i strach odbierają nam wolność. Być wolnym oznacza stać się sobą oraz iść przez świat zgodnie ze swoimi wartościami i pragnieniami. Każdy z nas ma prawo dążyć do szczęścia i zostawić po sobie ślad. Wolność nie jest możliwa, gdy jesteśmy zbyt chorzy, by wyobrazić sobie szczęście, i zbyt słabi, by do niego dążyć. Jest nieosiągalna, gdy brakuje nam wiedzy niezbędnej do dokonywania rzeczywistych wyborów, zwłaszcza dotyczących zdrowia.

Wolność bywa czasem krzykiem w ciemności, wolą dalszego działania, samotną wściekłością. Właśnie tego potrzebowałem w moim szpitalnym łóżku. Jednak ktoś, kto chce być wolny w całym swoim życiu, potrzebuje też spokojnych głosów, wizyt przyjaciół i pewności, że choroba poskutkuje uwagą innych, a nie porzuceniem. To wszystko też pomogło mi dożyć nowego roku – naszego roku pandemii.

Wolność to przymiot każdego z nas, wszakże nikt nie jest wolny bez pomocy innych. Prawa jednostek wymagają wspólnego wysiłku. W Deklaracji niepodległości Stanów Zjednoczonych stwierdza się, że „wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”, a na koniec tego dokumentu wszyscy jego sygnatariusze przyrzekają gotowość do obrony tej zasady. Prawo jest czymś, co zgodnie z naszym przekonaniem nam przysługuje, ale staje się realne dopiero wówczas, gdy zostanie wyegzekwowane od sprawujących władzę.

Jak przypomina nam Frederick Douglass: „Cała historia postępu ludzkiej wolności pokazuje, że wszystkie ustępstwa poczynione jak dotąd wobec jej szlachetnych roszczeń były wynikiem zażartej walki”.

Wyleczenie naszej choroby będzie wymagać walki. Początkiem tej walki jest stwierdzenie, że opieka zdrowotna to prawo człowieka.

Zdrowie jest ważną częścią wolności

We wczesnych godzinach porannych 29 grudnia o moje ciało nie dbano należycie. Płyny nieco podniosły mi ciśnienie krwi, ale nie wdrożono żadnego konkretnego leczenia. Lekarze oraz pielęgniarki byli w stanie spędzić ze mną najwyżej kilka sekund i rzadko nawiązywali ze mną kontakt wzrokowy. Wykonywali badania krwi, zapominali o wynikach, przekazywali je z błędami, dokądś uciekali. Nieustanne roztargnienie lekarzy i pielęgniarek jest jednym z objawów naszej choroby. Każdy pacjent ma swoją historię, ale nikt jej nie śledzi.

Dwa tygodnie wcześniej, wycinając mi wyrostek robaczkowy, inni lekarze zauważyli zmianę w wątrobie, ale nie leczyli jej ani nie obejrzeli jeszcze raz, nie zlecili kolejnego badania, a nawet nie wspomnieli o niej w dokumentacji. Wypisano mnie dzień po operacji, czyli 16 grudnia, z niewystarczającą ilością antybiotyków i bez informacji o tej drugiej infekcji. Gdy 23 grudnia na Florydzie przyjęto mnie do szpitala z mrowiącymi i drętwiejącymi kończynami, nie wiedziałem, że powinienem wspomnieć lekarzom o wątrobie. I stamtąd ponownie wypisano mnie po jednym dniu. Na oddziale ratunkowym w New Haven 29 grudnia wszyscy zaprzeczyli, że mój stan może mieć związek z wyrostkiem robaczkowym lub niedawną operacją. Tamtejszym lekarzom wydawało się nie do pomyślenia, aby ich koledzy ze szpitala mogli zrobić coś źle. Ten rodzaj myślenia klanowego to podstawowy błąd, ale będąc w stresie, wszyscy popełniamy takie błędy.

Lekarze w New Haven sądzili natomiast, że coś mogło pójść źle na Florydzie. Gdy okazało się, że niewątpliwie mam infekcję bakteryjną, podejrzewali zapalenie opon mózgowych wskutek wykonanego tam nakłucia lędźwiowego. W związku z tym w New Haven wykonano drugie nakłucie lędźwiowe, ale lekarze byli rozkojarzeni nawet w chwili, gdy wkłuwali mi się w plecy w poszukiwaniu płynu rdzeniowego. Rezydentka popełniła oczywisty błąd, próbując się dostać do mojego kręgosłupa przez ranę po poprzednim nakłuciu, czyli przez domniemane ognisko zakażenia. Lekarz prowadzący musiał jej polecić, żeby wyciągnęła igłę z powrotem. Ludzie radzą sobie niemal z każdym zadaniem o wiele gorzej, gdy w pobliżu jest telefon komórkowy, a telefony obojga cały czas były włączone. Byłem wprawdzie pochylony nad łóżkiem twarzą do ściany, ale wiem to, gdyż podczas zabiegu trzy razy rozlegało się dzwonienie. Najlepiej pamiętam pierwszy raz – po ponownym wkłuciu długiej igły w mój rdzeń kręgowy w innym punkcie rezydentka podskoczyła w reakcji na dzwonek. Starałem się nie poruszyć, zgięty nad poręczą łóżka.

Moje ciało było na łasce ciągłego roztargnienia lekarzy. Moja przyjaciółka zadzwoniła do chirurżki, która wycinała mi wyrostek robaczkowy; ta nie pamiętała, co znaleziono na wątrobie, i ani wtedy, ani później nie wspomniała, że wzmianka o tym trafiła do dokumentacji medycznej. Gdyby lekarz prowadzący oraz rezydentka na oddziale ratunkowym nie byli rozproszeni, mogliby poświęcić chwilę na przeczytanie opisu poprzedniej operacji, dostrzec problem z wątrobą i oszczędzić mi drugiego nakłucia lędźwiowego. Gdyby byli w stanie porozmawiać ze mną nieco dłużej, mógłbym im pokazać dokumentację z Florydy, w której odnotowano podwyższony poziom enzymów wątrobowych, co stanowiło ważną wskazówkę. Zakreśliłem nawet te wyniki na papierze, ale nie udało mi się skłonić nikogo, aby zwrócił na nie uwagę. Gdyby dwójka lekarzy wyciszyła telefony komórkowe przed nakłuciem lędźwiowym, mogliby przeprowadzić zabieg, który uważali za stosowny, nie potrząsając igłą wewnątrz mojego kręgosłupa. Pech nie wyjaśnia wszystkiego tego, co się stało. To, że lekarze są udręczeni i popełniają błędy, leży w naturze naszego systemu.

Moja sepsa utrzymywała się przez długi czas. Zgodnie z zaleceniami brytyjskiej służby zdrowia pacjent w takim stanie powinien otrzymać antybiotyk nie później niż godzinę po przyjęciu. Mojego teścia, który jest lekarzem, szkolono, że powinien zadbać o to osobiście. W moim przypadku trzeba było ośmiu godzin oraz drugiego – surrealistycznego – nakłucia lędźwiowego. Dziewięć godzin po negatywnym wyniku testu zasłonę odsłonięto, a moje łóżko przetoczono z wnęki do sali operacyjnej. Ktoś w końcu zerknął na skany wykonane przy okazji wycięcia wyrostka i dostrzegł zaniedbany problem z wątrobą. Kolejne badanie obrazowe wykazało, że zignorowany ropień w mojej wątrobie bardzo się powiększył w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Po pilnym zabiegu drenażu ropnia przewieziono mnie do pokoju, w którym spędziłem ostatnie dwa dni 2019 r. oraz początek roku 2020, odczuwając wściekłość i empatię. Wskutek niewłaściwej opieki pooperacyjnej niezbędny był kolejny zabieg na wątrobie, aby założyć jeszcze dwa dreny.

Kilka tygodni później wypisano mnie z dziewięcioma nowymi otworami: trzy pochodziły z wycięcia wyrostka robaczkowego, trzy z drenażu ropnia, dwa z nakłuć lędźwiowych, a jeden w ramieniu mieścił rurkę, przez którą miałem sobie wstrzykiwać antybiotyki. Moje dłonie i stopy wciąż mrowiły. Zdaniem neurologa był to wynik uszkodzenia nerwów spowodowany reakcją układu odpornościowego na śmiertelne zagrożenie.

W chwili gdy piszę te słowa, nadal jestem w trakcie leczenia: biorę leki, przechodzę badania i odwiedzam lekarzy. Pisanie jest dla mnie częścią terapii, gdyż moja własna niemoc ma znaczenie tylko o tyle, o ile pomaga mi zrozumieć naszą ogólniejszą chorobę. Przypominam sobie miejsca, w których nie powinienem był się znaleźć, oraz rzeczy, które nie powinny się były przydarzyć mnie ani nikomu innemu, i chcę nadać im sens.

Po tym jak wypisano mnie ze szpitala w New Haven, koledzy z pracy wyrażali zdumienie, że nie wykorzystaliśmy z żoną kontaktów w ustosunkowanych kręgach, aby zapewnić mi jak najlepszą opiekę na oddziale ratunkowym. Nawet nie przyszło nam to do głowy. Jeżeli system działa w ten sposób, to zły znak.

Jeżeli część Amerykanów zyskuje dostęp do opieki zdrowotnej dzięki bogactwu lub koneksjom, mają powody do zadowolenia, gdyż mogą korzystać z czegoś, co nie jest dane innym. Takie uczucie zmienia naszą ludzką troskę o zdrowie w dyskretną, lecz głęboką nierówność, która podważa fundamenty demokracji. W sytuacji, gdy każdy może otrzymać godną opiekę minimalnym kosztem, jak ma to miejsce w prawie całym rozwiniętym świecie, łatwiej jest postrzegać współobywateli jako równych sobie.

Częścią naszej choroby jest to, że w naszym kraju w żadnym obszarze życia, a nawet śmierci nie traktujemy poważnie postulatu, że „wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi”. Gdyby opieka zdrowotna była dostępna dla wszystkich, bylibyśmy zdrowsi nie tylko fizycznie, ale także psychicznie. Życie byłoby mniej niespokojne i samotne, gdyż nie mielibyśmy poczucia, że nasze przetrwanie zależy od względnej pozycji ekonomicznej oraz społecznej. Bylibyśmy nieporównanie bardziej wolni.

Zdrowie jest tak istotne dla naszej egzystencji, że pewność dobrej opieki stanowi ważną część wolności. Jeżeli każdy może założyć, że w razie potrzeby będzie leczony, jest wtedy w stanie skoncentrować swoją uwagę i zasoby na innych sprawach, dokonywać swobodniejszych wyborów oraz dążyć do osiągnięcia większego szczęścia. Jeżeli zaś ludzie uważają, że system preferuje pewne grupy, to objęci opieką zaczynają czerpać przyjemność z cierpienia tych, których wyłączono poza nawias. Opieka zdrowotna uznawana za przywilej, a nie prawo, demoralizuje beneficjentów, zabijając zarazem tych, którym jej się odmawia.

Tak więc choroba dotyczy nas wszystkich. Wszyscy stanowimy część kolektywu bólu. Opieka zdrowotna powinna być prawem, a nie przywilejem, dla dobra naszych ciał, a także dusz.

 

Tłumaczył Bartłomiej Pietrzyk

Fragment książki Timothy’ego Snydera Amerykańska choroba. Szpitalne zapiski o wolności, która ukaże się niedługo nakładem Wydawnictwa Znak Horyzont. Śródtytuły pochodzą od redakcji

Kup numer