Timothy Snyder fot. Andrea Artz / Lajf / Forum
Timothy Snyder grudzień 2020

Szpitalne zapiski o wolności

Gdybym zmarł, moja śmierć byłaby aż nazbyt typowa – trafiłbym do ponurych statystyk. Zbyt wielu Amerykanów niepotrzebnie straciło życie w pierwszych miesiącach 2020 r.

Artykuł z numeru

Szczęście – to skomplikowane

Czytaj także

Timothy Snyder, Norman Davies, Agnieszka Holland, Natalia Hatalska, Dominika Kozłowska, Jacek Stawiski

Pamięć, fakty i fikcja w czasach Internetu

W chwili zachorowania byłem w Niemczech. Późnym wieczorem 3 grudnia w Monachium przyjęto mnie do szpitala z bólem brzucha, po czym wypisano następnego dnia rano. 15 grudnia w Connecticut przyjęto mnie do szpitala na wycięcie wyrostka robaczkowego i wypisano po niecałej dobie. 23 grudnia na Florydzie, gdzie spędzaliśmy urlop, przyjęto mnie do szpitala z mrowieniem i drętwieniem dłoni oraz stóp, ale wypisano następnego dnia. Potem poczułem się gorzej – doszedł ból głowy i narastające zmęczenie.

27 grudnia postanowiliśmy wrócić do New Haven. Nie byłem zadowolony z leczenia na Florydzie i chciałem być w domu. Podjąć odpowiednie decyzje i zająć się wszystkim musiała jednak moja żona Marci. Rano 28 grudnia spakowała nas i przygotowała dwoje naszych dzieci do wyjazdu. Ja byłem jedynie ciężarem. Po umyciu zębów i włożeniu każdego elementu garderoby musiałem się kłaść, żeby odpocząć. Do celu dotarliśmy też dzięki Marci, która załatwiła wózki inwalidzkie na lotniskach.

Na lotnisku w Fort Myers siedziałem na wózku, a dzieci przysiadły obok na krawężniku, podczas gdy żona zwracała wypożyczony samochód. Tak później wspominała naszą podróż: „Podczas lotu uchodziło z ciebie życie”. Na lotnisku w Hartford zawiozła mnie z samolotu prosto do samochodu naszej przyjaciółki, a potem wróciła z dziećmi, żeby odebrać bagaże. Przyjaciółka, która nie wiedziała, co się dzieje, spojrzała na mnie na wózku, zapytała po polsku: „Co oni zrobili?”, po czym wciągnęła mnie na przednie siedzenie. Kiedy ona pędziła do New Haven, ja odchyliłem oparcie zupełnie do tyłu, bo w tej pozycji mniej bolała mnie głowa.

Na miejscu z trudem udało się wywalczyć przyjęcie na oddział ratunkowy. Potrzebowałem wózka, aby dostać się z parkingu do przedsionka oddziału. Czekała tam na mnie kolejna przyjaciółka, lekarka. Chociaż wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, w mojej wątrobie tkwiło potężne ognisko zakażenia, które zatruwało mój krwiobieg. Znalazłem się w stanie zwanym sepsą; śmierć była blisko. Pielęgniarki nadzorujące wejście na oddział nie potraktowały mnie poważnie – może dlatego, że nie narzekałem, a może dlatego, że towarzysząca mi przyjaciółka lekarka była czarna. Wcześniej zadzwoniła na oddział, by powiedzieć, że natychmiast potrzebuję leczenia. Nie przyniosło to żadnego skutku.

Po prawie godzinie spędzonej z głową na stole w przedsionku oddziału ratunkowego w końcu wpuszczono mnie do środka. Niewiele się tam działo, więc miałem czas zastanowić się nad tym, co widzę, niepewnie powłócząc nogami w drodze z przedsionka do łóżka na oddziale. Odwiedziłem wiele oddziałów ratunkowych w sześciu krajach, więc mam pewne porównanie. Jak większość takich amerykańskich instytucji oddział był przepełniony, łóżka stały na korytarzach. Sześć dni wcześniej na Florydzie stłoczenie było jeszcze większe. W New Haven tej nocy czułem się szczęśliwy, że udało mi się zyskać trochę własnej przestrzeni: nie był to pokój, ale rodzaj wnęki oddzielonej żółtą zasłoną od dziesiątek innych łóżek stojących na zewnątrz.

Po pewnym czasie zasłona zaczęła mnie jednak niepokoić. Na oddziale ratunkowym uzyskanie pomocy wymaga ustalenia, kto jest personelem, i zwrócenia na siebie czyjejś uwagi. Zza tkaniny nie widziałem przechodzących ludzi, więc trudno mi było rozszyfrować kolory fartuchów bądź dostrzec plakietki z imionami i poprosić o pomoc. Pierwsza lekarka, która odsunęła zasłonę, stwierdziła, że jestem zmęczony, a może mam grypę, i trzeba mnie nawodnić. Moja zaniepokojona przyjaciółka próbowała sugerować, że mój stan jest poważniejszy. „Startował w zawodach biegowych” – powiedziała. – A teraz nie potrafi wstać”. Oznajmiła też rezydentce, że to moja druga wizyta na oddziale ratunkowym w ciągu kilku dni, więc niezbędna jest szczególna uwaga. Rezydentka oddaliła się nieprzekonana, zostawiając zasłonę częściowo odsuniętą. Wtedy zobaczyłem, jak przechodzą dwie pielęgniarki, które przyjmowały mnie na oddział, i usłyszałem, co mówią. „Kim ona była?”. „Mówiła, że lekarką”. Śmiały się, rozmawiając o mojej przyjaciółce. Wtedy nie mogłem tego zapisać, ale uczyniłem to później: tamtej nocy rasizm pogorszył moje szanse na przeżycie, tak jak pogarsza szanse innych w każdym momencie ich życia.

Badano mnie niespiesznie pod kątem grypy, tego i owego, ale bez szczególnych rezultatów. Dwa tygodnie wcześniej w tym samym szpitalu wycinano mi wyrostek robaczkowy, lecz nikt na oddziale ratunkowym nie spieszył się z zajrzeniem do mojej elektronicznej kartoteki. Przywiozłem też ze sobą teczkę z wydrukami oraz płytą CD ze szpitala na Florydzie i zachowałem na tyle przytomności umysłu, by zaoferować ją lekarzom.

Nie byli zainteresowani. „Tu robimy rzeczy po swojemu” – powiedziała rezydentka. Miałem wrażenie, że lekarze i pielęgniarki nie są w stanie dokończyć zdania, nie wspominając już o spojrzeniu na historię mojego przypadku.

Widziałem – a raczej słyszałem – dlaczego są tak rozkojarzeni. Znajome odgłosy zza zasłony zwracały też moją uwagę, chociaż moje parametry życiowe spadały, a we krwi szerzyła się infekcja. Alkoholiczka po prawej stronie – sądząc po głosie, starsza kobieta – nieustannie wołała: „Doktorze!” albo „Siostro!”. Kolejny alkoholik po lewej był gadatliwym bezdomnym. Gdy był wypisywany, zadawano mu standardowe pytania o to, czy w domu czuje się bezpiecznie. Procedura ta była absurdalna, bo nie miał domu i wracał do panującego na zewnątrz chłodu. Była zarazem obsceniczna, gdyż odpowiadając na pytania, rozwodził się nad aktami przemocy seksualnej, których zamierza się dopuścić na zadającej je pielęgniarce.

Po drugiej stronie zasłony siedziało dwóch policjantów, którzy obserwowali dwóch rannych młodych mężczyzn. Nie mając nic innego do roboty, przysunęli się bliżej do siebie i głośno rozmawiali tuż za zasłoną przez całą noc. Dowiedziałem się, jak wygląda organizacja zmian na komisariacie. Usłyszałem opowieści o jeździe po pijanemu, porzuconych pojazdach, przemocy domowej oraz – był to ulubiony temat funkcjonariuszy – bójkach w miejscach publicznych, wobec których policja pozostawała zupełnie bezradna. Niektóre historie były zabawne, np. o kobiecie, którą przyłapano ze szpadlem w ręku i w brudnych spodniach, gdy rozkopywała grządki sąsiadki.

Jeden z policjantów wolał przy tym rozmawiać o biurokracji, a drugi o przestępczości. Ten, którego bardziej interesowały przestępstwa, używał terminów „nieosoba” i „nieludzie”. W powieści George’a Orwella Rok 1984 nieosoba to ktoś, o kim pamięć została wymazana przez państwo. Wydawało się jednak, że funkcjonariusz ma na myśli Afroamerykanów, których uważał za przestępców. Chciałem z nim o tym porozmawiać, ale brakło mi sił.

Odpływałem. Po trzech godzinach leżenia we wnęce moja gorączka wzrosła do 40 stopni. Z kolei ciśnienie krwi wciąż spadało: 90/50, 80/40, 75/30, 70/30. Zawisłem między życiem a śmiercią. Sepsa zabija, a mojej nikt nie leczył.

Amerykańska choroba

Gdybym zmarł, moja śmierć byłaby aż nazbyt typowa – trafiłbym do ponurych statystyk. Zbyt wielu Amerykanów niepotrzebnie straciło życie w pierwszych miesiącach 2020 r. Zbyt wielu Amerykanów ociera się o śmierć każdego miesiąca i każdej chwili. Chociaż obiecywano nam, że będziemy żyli coraz dłużej, oczekiwana długość życia w naszym kraju stanęła w miejscu, nie zmieniając się znacząco przez ostatnich pięć lat. W niektórych latach średnia długość życia Amerykanów wręcz spadała.

Początek życia w tym kraju jest przerażający i pełen niepewności. Poziom opieki nad przyszłymi matkami jest bardzo nierówny i kompletnie niewystarczający. Czarnoskóre kobiety często umierają przy porodzie razem ze swoimi dziećmi.

W przypadku dzieci urodzonych w USA przez Afroamerykanki wskaźnik śmiertelności noworodków jest wyższy niż w Albanii, Kazachstanie, Chinach i mniej więcej 70 innych krajach. Jako całość Ameryka wypada gorzej od najbardziej sowieckiej z postsowieckich państw Białorusi oraz od będącej pokłosiem jugosłowiańskich wojen domowych i słabo radzącej sobie Bośni, nie wspominając już o 40 innych krajach.

Wejście w dorosłość również straciło swój urok. Jeżeli nic się nie zmieni, milenialsi będą żyć krócej od swoich rodziców z pokolenia X czy urodzonych podczas wyżu demograficznego dziadków, wydając zarazem więcej pieniędzy na opiekę zdrowotną. Określenie „w kwiecie wieku” też nie oznacza już tego samego co kiedyś. Zadziwiająco wielu białych mężczyzn w średnim wieku popełnia samobójstwa i narkotyzuje się na śmierć. Białe 40- i 50-latki z Południa umierają przedwcześnie.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer