Susan Sontag via Getty Images
Susan Sontag maj 2021

Uwagi o pięknie

Zdolność do poddania się wszechogarniającemu zachwytowi piękną rzeczą jest zaskakująco trwała i objawia się w najbardziej skrajnych warunkach. Nawet wojna, nawet wizja pewnej śmierci nie może jej stłumić.

Artykuł z numeru

Za wyborem i życiem

Czytaj także

Aleksandra Grzemska

Susan Sontag jako metafora

W kwietniu 2002  r. papież Jan Paweł II odniósł się wreszcie do skandalu, który wybuchł po ujawnieniu niezliczonych utajnianych przypadków molestowania seksualnego przez księży. Wezwanym do Watykanu amerykańskim kardynałom powiedział: „Wielkie dzieło sztuki może ulec uszkodzeniu, lecz jego piękno nie przemija – prawdziwość tego stwierdzenia musi uznać każdy krytyk intelektualnie uczciwy”.

Czy to nie kuriozalne, że papież porównuje Kościół katolicki do wielkiego – czyli pięknego – dzieła sztuki? Nie do końca, ponieważ ta niedorzeczna analogia pozwala mu przedstawić odrażające występki jako rysy na kliszy niemego filmu albo siateczkę spękań na powierzchni malowidła wielkiego mistrza – usterki, które odruchowo wypieramy z pola widzenia i nie zwracamy na nie uwagi. Papież ma upodobanie do górnolotnych idei. A na piękno w znaczeniu bezdyskusyjnej doskonałości (podobnej zdrowiu) od zawsze się powoływano, by uzasadniać różne apodyktyczne tezy.

Nieprzemijalność nie jest jednak zbyt oczywistą cechą piękna. Jego znawcy kontemplują je czasem na smutny, przejmujący sposób, jak Shakespeare w wielu swoich sonetach.

Tradycyjne japońskie obrzędy celebracji piękna, takie jak doroczny rytuał podziwiania kwitnących wiśni, mają głęboko elegijny charakter – piękno porusza tym głębiej, im bardziej jest ulotne.

By w jakiś sposób je utrwalić, stosowano rozmaite sztuczki i manipulacje konceptualne, lecz sama jego idea była zbyt nęcąca i ważna, by służyć zaledwie pochwale rzeczy powierzchownych. Należało ją raczej pomnożyć, dopuścić różne rodzaje piękna, dodać mu przymiotników, rozmieścić jego przejawy na skali rosnącej wartości i czystości, a jego zmetaforyzowane odmiany („piękno intelektualne”, „piękno duchowe”) wynieść ponad zadowolenie z oglądanego widoku, które potocznie nazywa się pięknem.

Najczęściej odnosimy się jednak do nieco mniej „uwznioślającego” piękna twarzy i ciała. Trudno się spodziewać, by właśnie o nim myślał papież, gdy tworzył narrację mającą na celu usprawiedliwienie trwającego przez kilka pokoleń wyzysku seksualnego dzieci przez kler oraz ochronę molestujących. Tutaj – jemu – chodziło o „wyższe” piękno sztuki. Choć sztukę można odbierać powierzchownie i zmysłowo, powszechnie przyjęto, że zasłużyła na honorowe obywatelstwo w krainie piękna „wewnętrznego” (przeciwstawianego „zewnętrznemu”). Piękno uważa się za niezmienne, kiedy zostało ucieleśnione – utrwalone – w formie sztuki, ponieważ właśnie w sztuce jego idea – odwieczna idea – odzwierciedla się najlepiej. Rozumiane w ten sposób, jest głębokie, a nie powierzchowne. Raczej ukryte niż oczywiste. Pocieszające, a nie przykre. Niezniszczalne, jak dzieła sztuki, a nie ulotne, jak twory natury. Piękno w uwznioślającej odmianie trwa wiecznie.

*

Najlepsza teoria piękna to jego historia. Rozważać historię piękna znaczy badać sposób jego wykorzystania w ludzkich społecznościach.

Społeczności zmobilizowane przez swych liderów, by powstrzymać toksyczną falę nowatorskich poglądów, nie mają żadnego interesu w podkopywaniu obronnego muru, jakim jest piękno na wyłącznych usługach pochwały i pokrzepienia. Nic dziwnego, że Jan Paweł II – oraz konserwatywna instytucja, w imieniu której się wypowiada – powołuje się na ideę piękna równie chętnie jak na pojęcie dobra.

Nie dziwi także i to, że gdy prawie 100 lat temu najbardziej prestiżowe grona zainteresowane sztukami pięknymi zaangażowały się w projekt radykalnego unowocześnienia, w pięknie dostrzegły jedno z pierwszych pojęć, które należy zdyskredytować. Twórcy i piewcy nowej ery uznali je za kryterium konserwatywne. Gertrude Stein stwierdziła, że dzieło uważane za piękne jest martwe. W pięknym zaczęto upatrywać coś „zaledwie” pięknego. Nie było bardziej mdłego czy filisterskiego komplementu.

Gdzieniegdzie piękno nadal ma się znakomicie. (Bo jakżeby nie?) Gdy zapamiętały miłośnik piękna Oscar Wilde oznajmił w eseju Upadek sztuki kłamstwa, że „żaden szanujący się znawca (…) nie rozmawia dziś o zachodach słońca. Zachody słońca są staromodne”, zjawisko zachodów zachwiało się pod ciosem, lecz ocalało. Gorszy los spotkał styl beaux-arts, kiedy i o niego upomniała się nowoczesność. Usunięcie piękna z katalogu norm oceny sztuki wcale nie zwiastuje zmierzchu jego potęgi. Wskazuje raczej na upadek przekonania, że istnieje coś takiego jak sztuka.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

*

Nawet w czasach gdy piękno pozostawało bezsprzecznym kryterium wartości w sztuce, przywoływano je nie wprost, lecz poprzez jakąś inną cechę, stanowiącą istotę czy warunek sine qua non pięknej rzeczy. Definicja piękna była ni mniej, ni więcej, tylko pochwałą rzeczy pięknej. Kiedy np. Lessing zrówna piękno z harmonią, przedstawił jeszcze jedną ogólną tezę o tym, co jest znakomite lub pożądane.

Wobec braku ścisłej definicji zakładano, że istnieje jakiś narząd albo zdolność do odczytywania piękna jako wartości w sztuce zwana „smakiem”, a także kanon dzieł szczególnie cenionych przez ludzi wysmakowanych, poszukiwaczy rzadkich przyjemności, znawców rzeczy. Uważano bowiem, że w sztuce – inaczej niż w życiu – piękno nie musi być wcale łatwo dostrzegalne, oczywiste ani jawne.

Mimo że zdarzały się długie okresy, kiedy smak jednoczył środowiska miłośników sztuki, to jednak jego źródłem zwykle były osobiste, empiryczne i doraźne oceny dzieł. Budowany w ten sposób konsensus, choć solidny, zawsze ograniczał się do pewnego grona. By temu zaradzić, Kant, zdeterminowany poszukiwacz uniwersaliów, zaproponował istnienie zdolności wydawania powszechnych i trwałych „sądów” o wyraźnie określonych przesłankach. Dzięki niej smak wyrobiony po należytym zastanowieniu powinien być wspólny każdemu. Jednak wbrew intencjom Kanta kategoria „sądu” nie uprawomocniła „smaku” ani go, by tak rzec, nie zdemokratyzowała. Sądy oparte na jednoznacznych przesłankach trudno bowiem odnieść do rzeczywistości, ponieważ, w przeciwieństwie do płynnego empirycznego smaku, z dziełami powszechnie uznawanymi za wielkie lub piękne łączy je bardzo wątła nić. Jednak dziś kryterium smaku nie cieszy się już takim zaufaniem i łatwiej je podważyć niż pod koniec XVIII w. Czyj smak? Czy też, bardziej bezpardonowo: kto ma niby decydować?

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer