Fot. Jakub Włodek / Agencja Gazeta
Piotr Wójcik listopad 2020

Polska neutralna klimatycznie?

Polska może osiągnąć neutralność klimatyczną w 2056 r., sześć lat po unijnym terminie. Nie ma jednak żadnego powodu, by twierdzić, że Szwedzi, Finowie czy Niemcy są bardziej „odpowiedzialni klimatycznie” niż Polacy. Ci pierwsi emisję CO2 zwyczajnie przenieśli za granicę.

Artykuł z numeru

Kościół bez Jezusa?

Czytaj także

z Davem Goulsonem rozmawia Adam Pluszka

Oddać stery naturze

Kilkudziesięciu aktywistów międzynarodowej grupy Extinction Rebellion 7 września 2020 r. zablokowało ul. Świętokrzyską w Warszawie. Chcieli w ten sposób zwrócić uwagę na nadchodzącą katastrofę klimatyczną i wymóc na politykach ogłoszenie alarmu klimatycznego. Aktywiści mają już dosyć bierności w kwestii zmagań ludzkości ze zmianami klimatu. Członkowie wywodzącej się z Wielkiej Brytanii inicjatywy wcześniej m.in. okupowali wiele ulic w Londynie i demonstrowali w Nowym Jorku. W Monachium postawili symboliczne szubienice, które miały unaocznić obserwatorom, że ocieplanie się klimatu jest procesem zagrażającym przeżyciu jeśli nie całego gatunku ludzkiego, to przynajmniej wielu jego przedstawicieli.

Oczekiwanie podjęcia jednoznacznych działań zderza się jednak z pragmatyką codzienności. Wbrew pozorom politycy w tym temacie nie są bierni, bo nieustanne kluczenie jest swego rodzaju aktywnością. I to niełatwą: balansowanie pomiędzy koniecznością ograniczenia emisji dwutlenku węgla a utrzymaniem wzrostu standardu życia obywateli swoich państw to zadanie wymagające niebywałej ekwilibrystyki. Niekończące się negocjacje obracają się właśnie wokół wyważenia obu tych racji. Do coraz większej części decydentów dociera powoli, że skuteczne przeciwdziałanie zmianom klimatu musi opierać się na solidnej korekcie modelu ekonomicznego, w  kierunku bardziej egalitarnym, wspólnotowym i inkluzywnym. Działania w obszarze samej energetyki bez wątpienia nie wystarczą.

Cele a rzeczywistość

W 2015 r. w Paryżu odbyła się konferencja Narodów Zjednoczonych ws. klimatu. Podpisane na niej porozumienie zakłada dążenie państw zrzeszonych w ONZ do ograniczenia wzrostu temperatury na świecie. Miałaby ona być maksymalnie 1,5°C wyższa niż w czasach sprzed rewolucji przemysłowej. W tym celu świat powinien osiągnąć neutralność klimatyczną, czyli zerową emisję dwutlenku węgla netto, do roku 2050. Założenia były więc bardzo ambitne – wcześniej mówiono o ograniczeniu wzrostu temperatury do 2°C – jednak, niestety, dotychczas pozostają one tylko na papierze.

ONZ publikuje co roku Emissions Gap Report, który pokazuje postępy we wdrażaniu celów klimatycznych na świecie. Najnowsza edycja z 2019 r. nie napawa przesadnym optymizmem. W ostatniej dekadzie emisja gazów cieplarnianych rosła w tempie 1,5% rocznie, a w 2018 r. osiągnęła rekordowy poziom 55,3 gigaton dwutlenku węgla. Emisja CO2 z energetyki oraz przemysłu w samym 2018 r. wzrosła o 2% i także była rekordowa.

Co gorsza, nie ma specjalnych oznak, że szczyt emisji jest już za nami, więc z każdym rokiem zwłoki odraczane reformy będą musiały być radykalniejsze.

Już teraz można założyć, że zrealizowanie celów klimatycznych z konferencji w Paryżu będzie wymagać do 2030 r. ograniczenia emisji CO2 o ponad połowę w stosunku do 2018 r.

Jak to wygląda w poszczególnych państwach? W zakresie emisji CO2 do atmosfery zupełnie „bezkonkurencyjne” są państwa Półwyspu Arabskiego, których energetyka oparta jest na ropie. Ratuje nas to, że są one przynajmniej stosunkowo małe, więc ich niszczący wpływ na światowy klimat jest ograniczony. Gdyby wszystkie kraje przyjęły taki model energetyczny jak Półwysep Arabski – np. Katar emituje 30 ton CO2 na głowę rocznie – to już teraz nasza planeta przypominałaby piekarnik. Zaraz za nimi są jednak kraje anglosaskie, które nie tylko są demokratyczne i nowoczesne, ale też zdecydowanie bardziej liczne. Kanada w 2018 r. wyemitowała 15,5 tony CO2 na głowę, czyli 0,3 tony więcej niż dwa lata wcześniej. Emisja CO2 per capita w USA wyniosła 14,9 tony i była dokładnie taka sama jak w 2016 r.

Na ich tle Unia Europejska wypada niezwykle oszczędnie, jednak także na Starym Kontynencie ograniczanie emisji idzie jak po grudzie. W 2017 r. państwa UE wyemitowały 6,3 tony CO2 na głowę, czyli dokładnie tyle samo co dwa lata wcześniej i nawet nieco więcej niż w 2014 r. Polska nie tylko przekracza średnią unijną, ale też z każdym rokiem generuje więcej CO2 – w okresie 2014–2018 emisja per capita w naszym kraju wzrosła z 7,3 do 8,1 tony. Tu trzeba zaznaczyć, że Unia Europejska jest największym rynkiem konsumpcyjnym świata – jest nie tylko zamożna, ale też liczna. Państwa członkowskie zamieszkuje 513 mln mieszkańców, tymczasem Stany Zjednoczone „tylko” 326 mln. Tak więc twierdzenie, że wpływ UE na globalne emisje jest nikły, okazuje się zupełnie nieuzasadnione. Unia Europejska, licząc już bez odchodzącej Wielkiej Brytanii, w 2018 r. odpowiadała za 8% globalnych emisji, co oznaczało, że jest trzecim największym światowym emitentem – po Chinach (27%) i USA (14%), ale przed Indiami (7%).

Trzeba też zauważyć, że zdecydowanie największy światowy emitent CO2, czyli Chiny, we wrześniu 2020 r. także zadeklarował osiągnięcie neutralności klimatycznej – do 2060 r.

Europejski Zielony Ład

Nic więc dziwnego, że UE postanowiła samodzielnie wdrożyć plan dojścia do neutralności klimatycznej, nie oglądając się na inne części świata. A raczej mając nadzieję, że da przykład pozostałym państwom, które pójdą jej śladem. Europejski Zielony Ład zakłada, że do 2050 r. UE osiągnie zerową emisję CO2 netto, a więc będzie pochłaniać co najmniej tyle samo dwutlenku węgla, co sama wyemituje. Do tego czasu decydenci UE chcą także przemodelować gospodarkę, by oddzielić wzrost gospodarczy od eksploatacji zasobów. Nie ma więc mowy o jakimkolwiek gospodarczym regresie. Rozwój ekonomiczny nadal jest w planach UE, jednak ma on się odbywać na innych podstawach i przestać być ekstensywny. Równocześnie wciąż mają obowiązywać europejskie cele konwergencji, czyli dążenie do ujednolicenia poziomów życia na całym obszarze Wspólnoty.

Zielony Ład UE zakłada również konkretne działania, które mają umożliwić osiągnięcie celów. Opierają się one przede wszystkim na inwestycjach w energetykę odnawialną, ale też w innowacje ograniczające zużycie zasobów w przemyśle czy transformację lokalnych systemów transportu zbiorowego i poprawę efektywności energetycznej budynków – czyli zmniejszenie energii koniecznej do ich ogrzania. Działania te mają być finansowane z Mechanizmu Sprawiedliwej Transformacji, który docelowo miał przekazać regionom UE 40 mld euro w okresie 2021–2027, w celu wygenerowania inwestycji o łącznej wartości 100 mld euro.

Problem w  tym, że część z  tych miliardów euro może nie popłynąć szerokim strumieniem do regionów naszego kraju, choć akurat one bez wątpienia ich potrzebują. Na lipcowym szczycie UE Polska była jedynym krajem, który nie zadeklarował, że do 2050 r. osiągnie neutralność klimatyczną. Tymczasem istotnym postanowieniem szczytu było zmniejszenie dotacji z mechanizmu transformacji o połowę, jeśli kraj nie zadeklaruje osiągnięcia neutralności klimatycznej w założonym czasie. Pozostała część nie przepadnie, jednak zostanie zamrożona. Sam fundusz zresztą też nie jest tak okazały, jak początkowo zaplanowano. Z powodu konieczności walki z kryzysem spowodowanym pandemią koronawirusa i utworzeniem Funduszu Odbudowy mechanizm sprawiedliwej transformacji został ograniczony do zaledwie 10 mld euro, z czego Polska miałaby otrzymać jedną trzecią – czyli ok. 3,5 mld euro. O ile zadeklaruje spełnienie celu klimatycznego UE.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer