fot. Filippo Monteforte / AFP / East News
Michał R. Wiśniewski październik 2021

Najlepsza Korea

Korea stała się atrakcyjna nie tylko dzięki smartfonom Samsunga wyposażonym w pięć aparatów i zginany ekran, ale dzięki swojej kulturze popularnej.

Artykuł z numeru

Z czego się śmiejemy

Czytaj także

Michał R. Wiśniewski

Trochę wolnego od wszystkiego

W  roku 1985 Korea nie była cool” – tym zdaniem rozpoczyna się książka Cool po koreańsku. Narodziny fenomenu. Jak jeden naród podbił świat za pomocą popkultury Euny Hong. Dla mnie w 1985 r. Korea Południowa nie istniała, i to nawet nie w sposób, w jaki nie istnieje Ameryka ukryta w cieniu symulakrum Disneylandu. Po prostu była nic niemówiącą kolorową plamką na globusie, może ciekawą o tyle, że były aż dwie, Północna i Południowa. Nie pamiętam nawet, czy wówczas wiedziałem, która jest „dobra”, a która „zła”, tak jak wiedziałem, że dobre jest NRD, gdzie się kupowało kolejki H0, a złe NRF, w którym były banany. Dziś wiadomo, że ta „dobra” to Korea Południowa – o niej właśnie opowiada książka Hong – która objawiła się w 1988 r., wraz z igrzyskami olimpijskimi w Seulu. Maskotką imprezy był pomarańczowy uśmiechnięty komiksowy tygrysek – dziś mogę sprawdzić, że miał na imię Hodori.

Cóż, Korea nie była wielka jak Chiny ani nie nadawała tonu przyszłości, jak Japonia, obecna w migawkach w telewizyjnej Sondzie jako kraj nowoczesnej techniki: użytkowej i przemysłowej – rozpędzonych do kosmicznych prędkości pociągów czy robotów, które potrafiły zarówno budować samochody, jak i wymachiwać samurajskimi mieczami ku uciesze publiczności. Sam fakt, że można było rozpoznać japońskie katany dzięki kinu Kurosawy czy nawet serialowi Szogun, pokazywał, jak ważny jest związek popkultury i techniki. W poświęconym komputerom „Bajtku” ukazał się artykuł opiewający japońską telefonizację, mówiono o nadciągających z Dalekiego Wschodu „komputerach piątej generacji”. Propagandzie japońskiego sukcesu technicznego mógł przysłużyć się jeszcze animowany serial Meme, jednak został u nas wyświetlony w wersji francuskiej, w której komputerowy duszek pokazujący dzieciom najnowsze wynalazki nazywał się Ordy (od francuskiego „ordinateur”, czyli „komputer”). Prywatny import elektroniki sprawił, że w Polsce pojawiały się magnetofony czy magnetowidy z napisem MADE IN JAPAN, a także pochodzące z innych azjatyckich krajów. Pozbawiona tego napisu marka Goldstar nie robiła takiego wrażenia jak Hitachi czy Toshiba. Trzy dekady później świat wygląda inaczej – koreańska elektronika użytkowa bije rekordy sprzedaży i wyznacza trendy. Ale Korea stała się cool nie tylko dzięki smartfonom Samsunga wyposażonym w pięć aparatów i zginany ekran, lecz też dzięki swojej kulturze popularnej.

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Podziw i gniew

Droga, jaką przeszła Korea, z zewnątrz przypomina nieco tę, którą szła Japonia. Od kraju kojarzonego z tanią masówką do gospodarki, wprawiającej w przerażenie Amerykanów. Pełne go były filmy z lat 80. – bohater Powrotu do przyszłości przeniesiony w czasie z 1985 do 1955 r. tłumaczył zdumionym przodkom, że Japonia robi najlepsze rzeczy; na przeświadczeniu o technicznej dominacji Japonii wyrósł cały gatunek zwany cyberpunk. Japończycy umiejętnie wykorzystali ów technoorientalizm na swoją korzyść – w latach 90. podbijając Zachód komiksami (manga) i animacjami (anime) oraz rewolucyjnymi grami wideo – epickimi produkcjami, które przeniosły elektroniczne zabawki z dziecięcych pokoi do domowego centrum rozrywki. Wyposażone w odtwarzacze CD (a później DVD i Blu-ray) konsole Sony Playstation były po prostu cool. Co ciekawe, pierwsza fala zainteresowania japońską popkulturą pojawiła się oddolnie, w ruchach fanowskich, amatorsko tłumaczących przywożone z Japonii kasety wideo. Rozwój internetu sprzyjał wymianie informacji i powstaniu kolejnych fascynacji – modą rodem z Harajuku (stanowiącej centrum ulicznego stylu dzielnicy Tokio) czy J-popem, czyli japońską muzyką popularną. To właśnie fani i fanki J-popu pierwsi trafili na K-pop. Stało się to w 2002 r., gdy koreańska piosenkarka BoA wydała album w Japonii.

Było to bezprecedensowe wydarzenie. Jak zauważa Euny Hong, japońska i koreańska nienawiść utrzymuje się od co najmniej sześciu stuleci. I została jeszcze zaogniona w XX w. trwającą od 1910 do 1945 r. kolonizacją Korei. W książce Kraj niespokojnego poranka Roman Husarski pisze nie tylko o  dramacie niewolnic seksualnych (i trwających do dziś protestach pod japońską ambasadą; regularne bitwy na memy mają miejsce również w internecie), ale i o mniej znanych aspektach okupacji: „W  Korei sytuacja od początku była szczególna. W  przeciwieństwie do innych państw [zajętych przez Japonię – przyp. red.] rozpowszechniano tu ideę Nissen dösoron, mówiącą o wspólnym pochodzeniu obu ras, a aneksję tłumaczono jako powrót »zagubionej« Korei do macierzy, więc opór był w zasadzie niewielki”. Z jednej strony okupacja oznaczała rasistowskie państwo policyjne, rabunkową eksploatację ludzi i zasobów naturalnych, z drugiej strony nastąpiła modernizacja, za którą do dziś niektórzy (raczej nieliczni) są wdzięczni.

Powojenna Korea patrzyła na Japonię – azjatyckiego lidera – z gniewem, ale i podziwem. Nic dziwnego, że specjalna ustawa zakazywała importu japońskich dóbr kulturowych – filmów, seriali, animacji czy gier – wszystko, aby uniknąć inwazji kulturowej dawnego okupanta. W ostatnich latach zakazy stopniowo zostały poluzowane, chociaż wciąż nie można puszczać japońskich seriali w telewizji naziemnej. Album BoA stał się znany nie tylko w Japonii, ale i na Zachodzie, wśród fanów japońskiej popkultury. Japonia przetarła szlak na Zachód, ale to, że Korea w ogóle miała co tam pokazać, jest wyłącznie jej zasługą. Po części przyczynił się do tego kryzys, który dotknął kraje azjatyckie w latach 90. Przemysł ciężki i elektroniczny stał się niewystarczający. Postawiono na eksport kultury, którą traktowano jako towar – coś, w co trzeba zainwestować, a następnie to zapakować i wypromować. O „koreańskiej fali” zaczęto mówić, gdy koreańskie seriale trafiły do Tajwanu i Chin, w których antyjapońskie resentymenty były również silne.

W pierwszej dekadzie XXI w. Korea podbiła Azję, w drugiej – cały świat.

Brzmi to jak cyniczna komercjalizacja, jednak nie oznaczało braku sukcesów artystycznych. W 2020 r. Oscar za najlepszy film przypadł Parasite w  reżyserii Bonga Joon-ho. Bezprecedensowe wydarzenie – uhonorowano film nieanglojęzyczny  – wywołało reakcję samego Donalda Trumpa. Ówczesnego prezydenta USA najwyraźniej zaniepokoiło sprawne koreańskie soft power. „Wygrał film z Korei Południowej, o co, do cholery, chodzi? Mało nam problemów z  ich handlem, jeszcze daliśmy im nagrodę za najlepszy film roku? Czy był dobry? Nie wiem. To, czego chcę, to wrócić do Przeminęło z wiatrem”. Nikogo nie dziwiło, że Trump nie lubi filmu o podziałach klasowych ani że go nawet nie oglądał. „To zrozumiałe, Trump nie umie czytać” – skomentował ktoś na Twitterze. Sam Bong Joon-ho nazwał napisy „wysoką na cal barierą, za którą znajdują się niesamowite filmy”.

Koreańska fala

Oskar dla Parasite – filmu, jak mówił twórca, który miał opowiadać o specyficznych koreańskich problemach, ale okazało się, że „wszyscy żyjemy w kraju o nazwie Kapitalizm” – był ukoronowaniem rewolucji, którą w latach 90.przeszła koreańska kinematografia. Idąc za przykładem Ameryki, rząd uznał, że kino przynosi zyski zarówno materialne, jak i polityczne. O ile powstają dobre filmy, w które ktoś wcześniej zainwestował. Tej roli podjęło się państwo, a specjalny dekret nakazał wysoki parytet rodzimej produkcji w kinach. W Polsce w podobny sposób zadziałał PISF – za kasą przyszły sukcesy.

Przede wszystkim jednak Korea musiała się wymyślić na nowo. Autorytarne rządy prezydenta Park Chung-hee w latach 1961–1979 oznaczały cenzurę, niekiedy wręcz trudną do zrozumienia, nawet jeśli pamięta się zapędy władz Polskiej Republiki Ludowej – w PRL przynajmniej nie zakazano gitar. Być może to jest przyczyną światowego sukcesu koreańskiej muzyki popularnej – poprzez swój opóźniony start nie wypracowała szczególnie własnego charakteru, ale stanowi amalgamat zachodnich gatunków, mieszankę hip-hopu, popu, rocka czy R’n’B. Przyjemne brzmienie koreańskiego języka, kilka rodzynków w postaci anglojęzycznych, zrozumiałych na całym świecie refrenów czy haseł – i hicior gotowy. W 2012 r. trudno było opędzić się od internetowego fenomenu, zabawnej i skocznej piosenki Gangnam Style. Nawet jeśli nie rozumiało się tekstu i przesłania piosenki (krytykującej koreański konsumeryzm), to refren „oppa gangnam style” wchodził do mózgu niczym robak, a zawołanie „hey, sexy lady!” rozumiał każdy. Dużą rolę odegrał teledysk, z wesoło podrygującym piosenkarzem Psy, któremu towarzyszyły piękne dziewczyny – dziś ma ponad 4 mld odsłon. Taniec stanowi ważny element spektaklu – skomplikowane układy choreograficzne, prezentowane w teledyskach i na koncertach przez koreańskie zespoły złożone z pięknych chłopaków lub dziewcząt, są równie ważne co sama muzyka. Odtwarzanie ich jest jednym z przejawów działalności fanowskiej – polskie grupy naśladujące koreańskie popisy można spotkać np. na krakowskim Rynku, a potem obejrzeć na YouTubie czy TikToku.

Widać tu też, że internet i swoboda dostępu do oferty z całego świata to kolejna rzecz umożliwiająca ekspansję kulturową. Przed rozpowszechnieniem się szybkiej sieci do promocji używano telewizji satelitarnej. W 1997 r. powstał anglojęzyczny, wspierany przez rząd, kanał Arirang TV. Oprócz wiadomości, programów poświęconych K-popowi i audycji edukacyjnych emitowano tam seriale i rozgrywki w narodowy sport południowej Korei – grę komputerową StarCraft. Obecność koreańskich graczy – i ich sukcesy – na międzynarodowej scenie e-sportowej (czyli profesjonalnych zawodów w gry komputerowe) to jeden z elementów budowy wizerunku Korei Południowej jako nowoczesnego – a przynajmniej zaawansowanego technicznie – społeczeństwa. Elektronika użytkowa LG i Samsunga, wydawane przez Nexon gry sieciowe dla wielu graczy, wreszcie – informatyzacja społeczeństwa. Sieci używa ponad 92% populacji; w dodatku jest ona najbardziej rozwinięta na całym świecie. Efekty widoczne są gołym okiem. Gwiazdki z girlsbandu Blackpink zdobią witrynę sieciówki z odzieżą w centrum Warszawy, w sklepach z zabawkami można kupić przypominające Kena lalki piosenkarzy z grupy BTS. Oprócz półek okupują listy przebojów; największe koreańskie grupy podbijają Amerykę, mniejsze – odwiedzają Europę, w tym Polskę.

Przejrzystość

Jest coś symbolicznego w tych lalkach chłopców z BTS. Ken, przyjaciel Barbie, chociaż przystojny i muskularny, jest zupełnie bezpieczny – bo pozbawiony seksualności. Podobnie czyści muszą być idole i idolki. Ich życie uczuciowe znajduje się pod ścisłą kontrolą wytwórni. Ciężko pracują na sukces w fabrykach idoli. Ta imponująca pracowitość i nieustanna pogoń za sukcesem są zresztą udziałem całego społeczeństwa, zaczynając od szkoły.

Kwestie obyczajowe odgrywają zaskakująco drugorzędną rolę w polityce” – zauważa w Kraju niespokojnego poranka Husarski, opisując swoje zdumienie rzekomo progresywnym politykiem, który w debacie dwukrotnie zapewnił, że jest „przeciwny homoseksualizmowi” – „nie lubi zjawiska i nie zgadza się na legalizację (w domyśle prawdopodobnie małżeństw)”. Ta niechęć jest powszechna i widoczna również w popkulturze, stroniącej raczej od tematyki LGBT – głównie dlatego, żeby nie urazić konserwatywnych widzów. Widać tu różnicę z Japonią, która chociaż nadal ma sporo za uszami, jeśli chodzi o prawa rozmaitych mniejszości przynajmniej w  animowanych fantazjach nadrabia progresywnością – Czarodziejka z Księżyca wyprzedziła amerykańskie animacje o całe dekady. Gdy w 2015 r. w serialu Seonam Girls High School Investigators pokazano namiętny pocałunek między dwiema bohaterkami (skazanymi, ze względu na ostracyzm, na nieszczęśliwą miłość), sprawą zajął się komitet cenzorski Korea Communications Standards Commission (KCSC); ten sam, który dba o „czystość” internetu (strony poświęcone tematyce LGBT do 2001 r. były nielegalne).

Ten wywodzący się z protestantyzmu i konfucjanizmu konserwatyzm stał się przyczyną sukcesu koreańskiej fali na Bliskim Wschodzie. Gdy amerykańskie czy japońskie seriale nie stronią od tematyki seksualnej, to koreańskie dramy są jej praktycznie zupełnie pozbawione. Związki przedstawione w tamtejszych serialach są bardziej romantyczne, oparte na niedopowiedzeniach, spojrzeniach czy dotyku dłoni. To podejście podoba się zresztą nie tylko w kulturach, w których treści erotyczne stanowią silne tabu, ale, ze względu na delikatny sposób wyrażania emocji, znajduje swoich zwolenników także w krajach Ameryki Łacińskiej. Piękni ludzie przeżywający zabawne i urokliwe historie miłosne w pięknym otoczeniu pięknych przedmiotów. Nad wszystkim unosi się duch eleganckiego konsumpcjonizmu, trochę jak w nowych polskich fantazjach rodem z TVN-u. Nikogo nie dziwi, gdy bohaterowie w ciągu godzinnego odcinka trzy razy zmieniają garderobę – koreańska fala obejmuje również świat mody.

Niszowy produkt, który ma swoich odbiorców – spragnionych piękna i romantyzmu w brutalnych i wulgarnych czasach. Dramy są bezpieczne, tak jak romansowe powieści z serii Harlequin – dość sformalizowane, z gwarancją szczęśliwego zakończenia, chociaż przy tym niestroniące od poruszania problemów koreańskiego społeczeństwa. Kto chce spróbować, jak smakują południowokoreańskie dramy, może skorzystać z dość bogatej oferty Netflixa. Powstał też metaserial Dramaworld – urocza komedia o młodej Amerykance, która w magiczny sposób przenosi się do Krainy Koreańskich Dram, gdzie musi lawirować w konwenansach i naprawić naruszoną fabułę. To fantastyczne przedstawienie kolejnego sukcesu hallyu – turystyki. Piękne widoczki pokazywane w serialach zachęcają do turystycznych wizyt śladami bohaterów. Podobną taktykę stosuje Japonia, gdzie nawet w grach wideo dużo miejsca poświęca się promocji lokalnych atrakcji i przysmaków.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer