(fot. Maciej Billewicz/PAP)
Andrzej Franaszek czerwiec 2021

Czułość

„Zrób co możesz”. Trzymałem w rękach tę kartkę pół stulecia później. Najchętniej może bym ją wykradł z archiwum, zamiast tego sfotografowałem, wydrukowałem, oprawiłem. Dziś jej reprodukcja wisi przy moim łóżku. Codziennie rano, chcąc nie chcąc, przypominam sobie to wezwanie.

Artykuł z numeru

Ucieczka od przebodźcowania

Dla mojej Żony

„Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości.

To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach

nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli,

nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości. Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem

zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest »ja«”

Olga Tokarczuk, Czuły narrator. Przemowa noblowska

„Jakaś litość dla nas, ludzi, jakaś czułość

I po prostu dobroć, droga Ygrek Zet”

Czesław Miłosz, Elegia dla Ygrek Zet

W październiku roku 1969, jak wiele już razy wcześniej o tej właśnie porze roku, Czesław Miłosz poczuł przypływ twórczych sił, które niegdyś kazały mu nawet nazwać październik czasem poezji, czyli „zupełnego odważenia się / Na zaczynanie życia w każdej sekundzie na nowo” (Traktat poetycki). Kalifornijską jesienią zatem, kiedy też z wolna dobiegała kresu szósta dekada jego życia, ciągle krzepki, choć jednocześnie coraz częściej zmagający się w myślach ze starością, przeglądający się w oczach młodych, którzy otaczali go na uniwersyteckim kampusie, poeta zapisał jeden ze swych najpiękniejszych wierszy. Nosi on tytuł O aniołach:

„Odjęto wam szaty białe,

Skrzydła i nawet istnienie,

Ja jednak wierzę wam,

Wysłańcy.

Tam gdzie na lewą stronę odwrócony świat,

Ciężka tkanina haftowana w gwiazdy i zwierzęta,

Spacerujecie, oglądając prawdomówne ściegi.

Krótki wasz postój tutaj,

Chyba o czasie jutrzennym, jeżeli niebo jest czyste,

W melodii powtarzanej przez ptaka

Albo w zapachu jabłek pod wieczór

Kiedy światło zaczaruje sady.

Mówią, że ktoś was wymyślił,

Ale nie przekonuje mnie to.

Bo ludzie wymyślili także samych siebie

Głos – ten jest chyba dowodem,

Bo przynależy do istot niewątpliwie jasnych

Lekkich, skrzydlatych (dlaczegóż by nie),

Przepasanych błyskawicą

Słyszałem ten głos nieraz we śnie

I, co dziwniejsze, rozumiałem mniej więcej

Nakaz albo wezwanie w nadziemskim języku:

zaraz dzień

jeszcze jeden

zrób co możesz”

W grudniu tego samego roku, można rzec: w perspektywie Wigilii, utwór został opublikowany przez paryską „Kulturę”. Gdy do redakcji w Maisons-Laffitte dotarły z drukarni paczki z egzemplarzami pisma, jeden z nich zabrał do pokoiku na piętrze Józef Czapski. Przeczytał wiersz, a potem podkreślił ostatnie słowa: „zrób co możesz”. I wyrwał kartkę, chcąc o słowach tych nie zapomnieć.

Trzymałem w rękach tę kartkę pół stulecia później. Najchętniej może bym ją wykradł z archiwum, zamiast tego sfotografowałem, wydrukowałem, oprawiłem. Dziś jej reprodukcja wisi przy moim łóżku. Codziennie rano, gdy nieprzytomny wyciągam rękę w stronę leżącego na nakastliku, rozwrzeszczanego telefonu komórkowego – chcąc nie chcąc – przypominam sobie to wezwanie.

Pod koniec lat 60. myśli Miłosza krążyły bodaj najczęściej wokół tematów związanych z desakralizacją ludzkiego świata, z traceniem przez nas pragnień metafizycznych, przynosiły takie wiersze jak Oeconomia divina, takie książki jak Widzenia nad Zatoką San Francisco czy Ziemia Ulro. Czapski podkreślał słowa poety może dlatego, że korespondowały z biegiem jego własnej egzystencji. Z zapisywanym w Dziennikach, ponawianym dzień po dniu, nieledwie mnisim wysiłkiem: by raz jeszcze stanąć przed sztalugami, raz jeszcze nie poddać się zwątpieniu, raz jeszcze zacząć od nowa. Ale wielu innych czytelników „Kultury”, a później tomu Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada wpisywało w Miłoszowe napomnienie własne zgryzoty. Może nawet nie zastanawiali się nad tym, jak dawno minęły chwile, gdy bliski był im wizerunek uskrzydlonej postaci, która troszczy się o bieg kroków dziewczynki i chłopca, chroni podczas przeprawy przez zdradliwy mostek, wizerunek wiszący nad niejednym łóżeczkiem jeszcze w moim dzieciństwie. Czuli przecież to pochodzące od Boga lub od własnego sumienia zobowiązanie: by przeciwstawić się złu albo tylko obojętności, oschłości serca. Pamiętać o tym, że innych ludzi można jednak – jak uważał krewny Czesława, mistyk i poeta Oskar Miłosz – kochać „starą miłością, zużytą przez samotność, litość i gniew” (Pustkowia). Po namyśle moglibyśmy dodać: miłością spokojniejszą, ale też – miejmy nadzieję – mądrzejszą.

Szczęśliwi ludzie nie piszą listów

Jak trudno jest zapisać dobro, które staje się naszym udziałem. Kilka lat temu uprzytomniłem sobie, że przesiadując w archiwach pisarzy, czytając tysiące krążących wokół ich postaci listów, zanurzam się głęboko w pasma rozczarowań, smutków, miłosnych niespełnień, depresji. Gdy nad kieliszkiem wina wspomniałem o tym znajomemu wydawcy, ten uśmiechnął się ze zrozumieniem i może lekką wyższością: – Przecież szczęśliwi ludzie nie piszą listów!

Nie do końca miał rację, ale – jak sądzę – zbliżał się do prawdy. Czasem ból zamyka, wręcz – jak w wierszach Marcina Świetlickiego czy w opowiadaniach Jerzego Pilcha – zaszywa nas w sobie, sprawia, że nie jesteśmy w stanie utrzymywać kontaktu ze światem, przerasta nas odebranie telefonu, odpowiedzenie na e-mail. Ale bodaj równie często pod jego wpływem stajemy się wielomówni, zadręczamy bliskich, raz po raz, z nieodmienną pasją opowiadając im o naszych nieszczęściach. Ból ciąży, jest niczym kamień przywiązany do nóg tonącego, wypowiedzenie, wykrzyczenie, wyszeptanie go pozwala na chwilę przestać się topić. A szczęście, które – podpowiada zdarta fraza – ma uskrzydlać? Czy nie jest tak, że pod jego wpływem do lotu wzbijamy się samotnie, co najwyżej z drugą ludzką istotą, jeżeli to ona szczęście nam przyniosła? I jeśli nawet wypowiadamy – jak mówi Zbigniew Herbert – „litanię zakochanych” (Dwie krople), czynimy to raczej szeptem, pocałunkiem, spojrzeniem?

Najpiękniejszy polski magazyn intelektualny

Ciesz się z darmowej dostawy
i dostępu do e-wydań

Prenumeruj znak

Także w literaturze szczęście nie ma się najlepiej, o czym przypomina jedno z najbardziej znanych zdań, jakie zostały stworzone przez europejską kulturę: „Wszystkie szczęśliwe rodziny są do siebie podobne, każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób”. Podobne, rozumiemy myśl Tołstoja, a zatem właściwie nie ma potrzeby bliżej im się przyglądać, a tym bardziej próbować wypowiedzieć ich losów, przeciwnie niż losów wszystkich udręczonych Kareninów czy Obłońskich. „I żyli długo i szczęśliwie” – tak z kolei kończą się baśnie, także te przebrane w dzisiejsze melodramaty lub romanse, najwyraźniej uznając, że to, co ciekawe, co przykuwa uwagę słuchacza, widza, czytelnika, wydarzyło się w epoce przed szczęścia owego nastaniem.

Zapewne nie istnieje nic takiego jak pełnia szczęścia, nieodmiennie odnajdziemy w sobie jakiś cierń, a jeśli żyć będziemy „długo”, to nie na zawsze „szczęśliwie”. A przecież nawet wtedy gdy już od młodzieńczych lat towarzyszy nam ton melancholii, przygłuszając radość istnienia, własne, najbardziej prawdziwe doświadczenie pozwala pamiętać, że dar szczęścia, dar otrzymanej miłości, która godzi się na naszą ułomność i zarazem godzi nas z naszymi ułomnościami, jest czymś olśniewającym, ogarniającym niczym wody ciepłego południowego morza. I potrafi być rezerwuarem nadziei – tak jak dla Czesława Miłosza źródłem siły odzyskiwanej po okresach zapaści były krótkie, ale szczęśliwe lata spędzone w majątku dziadków, pomiędzy gałęziami leszczyny, wśród gęstego zapachu traw, w dolinie rzeki Niewiaży, która potem przemieniła się w Issę.

Nawet wtedy gdy już od młodzieńczych lat towarzyszy nam ton melancholii, przygłuszając radość istnienia, własne, najbardziej prawdziwe doświadczenie pozwala pamiętać, że dar szczęścia, dar otrzymanej miłości, która godzi się na naszą ułomność i zarazem godzi nas z naszymi ułomnościami, jest czymś olśniewającym, ogarniającym niczym wody ciepłego południowego morza.

Gdy o tym myślę, zwykle przypominają mi się słowa Simone Weil, piszącej o podejrzanym splocie literatury i moralności, o dylemacie artysty, który przyciągał uwagę także Miłosza. Filozofka, ascetyczna święta dochodziła do wniosku, iż „zło wyobrażone jest romantyczne, różnorodne, zło rzeczywiste – ponure, monotonne, pustynne, nudne. Dobro wyobrażone jest nudne, dobro rzeczywiste jest wiecznie nowe, cudowne, upajające. A zatem »literatura wyobraźni« jest albo nudna, albo niemoralna (albo jest mieszaniną jednego i drugiego). Groźby tej alternatywy może uniknąć tylko wtedy, kiedy – mocą sztuki – przejdzie w jakimś sensie na stronę rzeczywistości – czego może dokonać tylko geniusz” (tłum. A. Olędzka-Frybesowa).

Kiedy ktoś płacze, trzeba go czasem dotknąć, objąć

”Po stronie rzeczywistości, a nie zmyślenia, opowiada się dotyk, to właśnie on – zdaniem Herberta – „układa palce w ranie świata / i od pozoru rzecz oddziela” (Dotyk).

Pod koniec października 1959 r. Jarosław Iwaszkiewicz przyleciał do Paryża, spędził tam blisko miesiąc, spotykał się z Miłoszem, co przyniosło mu bolesne rozczarowanie, skrzętnie udokumentowane w Dzienniku. W tym samym kajecie zapisał także inny epizod: „Byliśmy na śniadaniu z Piotrem Lachmannem w (…) restauracyjce na placu du Palais Royal (…). Naprzeciwko nas siedziała starsza pani, pijąca kawę. Płakała bez przerwy. Strasznie nam było jej żal. Kiedy już wstawaliśmy od stołu, podszedłem do niej, pocałowałem ją w rękę i powiedziałem: »Ne pleurez pas, madame! On ne vaut pas la peine!«. [Niech pani nie płacze! Nie warto! – przyp. aut.] (…) Uśmiechnęła się do mnie przez łzy. Kiwnęliśmy sobie dłonią – i wyszliśmy na miasto”.

— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

Kup numer