Skurcz puszcza. Poduszka jest mokra od potu, jak za starych, niedobrych czasów. Czerwone cyfry stojącego na nocnej szafce budzika rażą w oczy. Pierwsza trzydzieści siedem. Kurwa, co jest? Budzę się o tej samej godzinie trzecią noc z rzędu. Żeby to była trzecia trzydzieści trzy czy tam jedenasta jedenaście, to jeszcze rozumiem, widziałem takie rzeczy w filmach o duchach. Ale pierwsza trzydzieści siedem? Nie będę się nad tym zastanawiał ani dobierał do głowy. Patrzę w sufit i myślę o śnie, o koszmarze, z którego właśnie się wybudziłem.
W tym śnie byłem w jakimś domu, u ludzi, których znam i jednocześnie nie znam, nie wiem, czy to była Polska czy Stany, chyba trochę mix, jak to w snach bywa. No i oni, ci ludzie, znaczy się facet, taki w moim wieku gdzieś, tylko szczawik, jego żona i dzieci, podrośnięty chłopak i mały chłopczyk, oni klęczeli przede mną i robili posłusznie, co im kazałem. Po kolei wyciągali do mnie ręce, a ja czerwonym grubym sharpie gryzmoliłem coś na wewnętrznych stronach ich dłoni. Nie pamiętam, co to było, ale czułem, że jest potrzebne. Niezbędne do czegoś. Był pogodny dzień, światło wpadało do wnętrza przez duże okno i miękko osiadało na ciemnozielonych liściach doniczkowych kwiatów. Oni, ta rodzina, patrzyli na mnie z uwielbieniem, szeptali dziwne słowa w języku, którego nie znam, choć to na pewno byli Polacy. Nagle, jak na komendę, wyciągnęli przed siebie ręce, skierowali wnętrza dłoni w górę, jakby czekali na błogosławieństwo albo wznosili modły. A ja wtedy sięgnąłem pod pachę, wyjąłem glocka z kabury, odbezpieczyłem, przymierzyłem i strzeliłem temu klęczącemu facecikowi w twarz. Tył jego głowy rozbryzgnął się niczym spadająca na asfalt gruszka klapsa, a szczawik osunął się na lśniący świeżym lakierem parkiet. Jego żona i dzieci nawet nie drgnęły pogrążone w jakimś zjebanym nabożnym transie, a kobieta złapała mój wzrok i w jej oczach błysnęło zaproszenie. Szatański pomiot, jak nic robota kosmatego. Koniuszkiem języka zwilżyła usta i rozchyliła je, a ja doskoczyłem i z rozpędu wbiłem czarną lufę glocka w jej gardło. Kiedy nacisnąłem na spust, moim ciałem targnął skurcz. Obudził mnie huk wystrzału.
Leżę i jeszcze trochę się trzęsę. Od kiedy zacząłem brać melatoninę, sny mam wyraźniejsze niż jawa. Ze spania nic już raczej nie będzie. Obok mnie leży Elka i coś jej się śni, bo mamrocze i co rusz podśmiechuje się przez sen. Elka to wesoła dziewczyna i często się śmieje, zresztą za to ją lubię. Ma, jak to sama określa, odblaskową osobowość i tylko czasami osuwa się w bezdenną rozpacz. Śpi na plecach. Jest duża i ciepła, emituje z kilowat energii. Biorę z szafki telefon. Sprawdzam maile, samo dziadostwo, subskrypcje, reklamy i newslettery, bo w tych sparszywiałych czasach nawet sklep z butami wydaje newsletter. Swoją drogą ciekawe, czy ktokolwiek to czyta. I jak musi czuć się wydawca takiego bezużytecznego gówna, choć pewnie w ogóle się nie czuje, bo jest pieprzonym botem. Sprawdzam prognozę pogody na nadchodzący dzień. Ciepło i słonecznie, możliwe przelotne opady, lecz dopiero wieczorem. Wilgotność powietrza w normie. Odpalam Newsmaxa, bo jebanie lewactwa jednak zawsze przynosi ulgę. Potem Fejsbuczek, ale jest noc, więc tylko jakieś czerstwe wiadomości z Polski, filmiki z typami spadającymi z dachów i rusztowań, trochę cycatych lasek generowanych przez sztuczną inteligencję, szkoda życia na ten szajs. Cyfrowe krągłości inspirują mnie, więc odpalam porniaki. W kategorie wpisuję cycki, mamuśki, anal, czyli to, co tygryski lubią najbardziej. Ale też nie, za bardzo mnie to nakręca, a nie będę się brandzlował przy śpiącej obok Elce, bo nie jestem jakimś zboczuchem. A poza tym pornografia to jednak grzech i robi sałatkę majonezową z mózgu. Odkładam telefon i sięgam na szafkę po różaniec. Mam go od wuja, który był w Polsce proboszczem. Różaniec poświęcił papież. Nasz polski, jedyny, nie ten przebieraniec na usługach rogatego. Całuję krzyżyk i obracam w palcach chłodny koralik. Ave Maria, gratia plena, Dominus tecum. Od kiedy się nawróciłem, modlę się po łacinie. Inaczej nie wypada. Nie wolno obrażać Pana Boga modlitwą po polsku, to tak jakby iść do opery w gumofilcach. Kiedy kończę czwartą dziesiątkę, Elka odwraca się na bok. Jej ciepły tyłek dotyka mojego uda. Kończę odmawiać ostatnią tajemnicę. Sen nie nadchodzi, po koszmarze pozostał tylko niesmak i marne powidoki. Odwracam się do Elki. Oblizuję palce, choć nie trzeba, bo Elka jest zawsze mokra i za to lubię ją bardzo. Wchodzę w nią, a ona lekko się wypręża i mruczy. Nie protestuje, bo Elka nigdy nie protestuje, to zresztą lubię w niej najbardziej. Nie spieszę się. Chłonę jej ciało, jakbym chciał je połknąć. Jakbym chciał się w niej schować, przykryć na zawsze ciepłą pierzyną, zanurkować w ciemnym oceanie, którego ja, Radek Kowalski, jestem jedynym mieszkańcem.

