70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Zranieni miłością

Miłość, potraktowana jako widomy znak sukcesu, a zarazem oprawiona w ramę ironii i dystansu, powinna przestać kojarzyć się z zadaną wolnością.

Autorka Uczuć w dobie kapitalizmu oraz Hardkorowego romansu – wydanych niedawno w Polsce – stawia tym razem fundamentalne dla wielu z nas pytanie: „Dlaczego miłość rani?”. Pokazywana w sztuce jako stan szczęśliwości, wyczekiwana, obudowywana mitologią i marketingiem – okazuje się nieosiągalna, trudna, traumatyczna; rozczarowuje. Wydawnictwo Krytyki Politycznej przewrotnie dostarcza nam tę książkę w różowych okładkach, co było dla mnie pewnym kłopotem w podróży: starałam się dawać do zrozumienia współpasażerom, że nie czytam romansu, albowiem czytanie powieści z tego gatunku czy szerzej rzecz ujmując: cała kultura pink, wchodzi w konflikt z moim rozpoznaniem granic stosownej autoprezentacji. Oczywiście niepotrzebnie się martwiłam, albowiem nie ma nic bardziej powszechnego niż mówienie o miłości, roztrząsanie felerów związku (relacji – pisze Illouz, krytyczna wobec slangu naszych czasów), a nawet przesiąknięte osobistymi motywacjami teoretyzowanie na ten temat. Miłość zajmuje serce ponowoczesnego świata – niech ta (moja) tandetna fraza będzie wstępem do poważniejszej refleksji.

Studium Evy Illouz może okazać się dla wielu osób kłopotliwe z dwóch zasadniczych powodów, niewiele mających wspólnego z kolorem okładki. Pierwszy bierze się stąd, iż socjolożka – inaczej niż uważany za autora przełomowych rozpoznań kulturowych konstruktów miłości Anthony Giddens – nie postrzega obecnego etapu jako porewolucyjnego wyzwolenia. Idzie o to, iż zliberalizowane zasady małżeństw i romansów nie muszą być lepsze, bardziej demokratyczne, wyzwalające dla kobiet, także gdy rozważymy je z pozycji dalekich od konserwatyzmu, namawiającego nas z innych powodów do przywrócenia sprawdzonych zasad. Drugą konfuzję wzbudzi z pewnością krytyka kultury psychoterapeutycznej czy nawet kultury wglądu i autoanalizy, która zdaje się zarazem kamuflować i produkować problemy ludzi z miłością. Te dwie kwestie interesują mnie najbardziej. Pierwsza – jako literaturoznawczynię. Druga – jako pisarkę.

Romantyczno-kapitalistyczne schematy

Zapewne wielu ludzi podziela przekonanie, iż dzisiejsze związki mężczyzn i kobiet charakteryzuje przed wszystkim chaos. Pole seksualne – tego pojęcia za Pierre’em Bourdieu używa autorka – jest szerokie, zróżnicowane, pozornie otwarte, a zarazem w niepokojący i niedopowiedziany sposób zakleszczone, ograniczające, chaotyczne. Przywykliśmy sądzić, iż żyjemy w czasach większej autonomii jednostki dysponującej większymi możliwościami. Podstawowym naszym kapitałem miałaby być wolność, także seksualna. Przeszłość, znana przede wszystkim z narracji obecnych w kulturze, a więc powieści i filmów, dostarcza nam wielu przykładów zniewolenia przez normy społeczne, studzenia uczuć czy karania za próbę podążania za namiętnością. Dzisiejsza swoboda wyboru partnera wydaje się na tym tle wielkim postępem. Illouz pokazuje jednak, że takie myślenie nie uwzględnia wielu czynników przeszłych i obecnych gier matrymonialnych. Ograniczenie do własnej klasy, środowiska, aranżowanie małżeństw, traktowane jako obyczajowa i moralna norma, mogły dawać poczucie spełnienia i pomagały zachować równowagę, a przede wszystkim porządkowały pole społeczne, dając miejsce pojedynczym ekscesom – buntownikom, uosabianym przez wielkich kochanków, bohaterów literackich. Oczywiście współcześnie najlepiej pamiętamy te narracje, które opisują mezalianse i nieszczęścia. Gdyby lepiej wsłuchać się w głos pisarzy, niektóre opowieści można by przeczytać na nowo.

Próbuję z Anną Kareniną. Tołstoj opowiada o namiętności poczutej przez wydaną za dużo starszego mężczyznę piękną arystokratkę. Zdrada, której się dopuszcza, jest niewybaczalna – zostaje odsunięta od „towarzystwa”, Karenin odbiera jej syna. O samobójczej śmierci decyduje jednak nie zerwanie z dotychczasowym życiem, lecz niemożność odnalezienia się w nowym. Wroński nie potrafi, nie stara się Annie zastąpić świata. Ostatecznie ma więcej „defektów” niż legalny małżonek, albowiem nie potrafi żyć z ciężarem oczekiwania, iż miłość poza regułami mogłaby być lepsza od miłości legalnej.

Współczesność stoi po stronie prawa do namiętności, lecz nie daje wskazówek, co z tym prawem, wynikającym z rzekomego ustania przymusów, jednostki miałyby zrobić.

Myśląc o miłości między kobietami i mężczyznami, dochodziłam zwykle do wniosku, iż stan obecny jest rodzajem przekładańca. Spod świeżej warstwy ulepionej z zasad jako takiej równości partnerów prześwituje wieloskładnikowa masa starego porządku, zwanego w skrócie patriarchatem. Do tej starszej, nieco nieświeżej warstwy apeluje popkultura stowarzyszona na dziwnych zasadach z konserwatyzmem. W narracji o równości dochodzimy zwykle do punktu, w którym pojawia się ślubny rytuał pomyślany tak, by imitować najbardziej tradycyjne układy między osobami. Piszę te słowa w Rzeszowie. Cały dół wieżowca z lat 70. stojącego nieopodal hotelu zajmuje sklep pod nazwą „Salon ślubny”. Jest bardziej okazały od wszystkich pozostałych sklepów w tej okolicy. Właściwie bierze w nawias całą, dość liszajowatą, dzielnicę, z jej malutkimi warsztatami, Biedronkami i zasiedzeniem. Kultura matrymonialna tak właśnie wygląda, jakby jej opiekunkami były posłanki z Wenus, a nie sąsiedzi rodziców. Co z tego wynika? Na pewno dysonans.

Illouz wyjaśnia jego działanie w spójny sposób: oto pole seksualne, którego część stanowi rynek matrymonialny, nie tyle rezonuje starymi zasadami, ile zostało na nowo ustrukturyzowane między ambiwalencjami i asymetriami, starymi i nowymi.

Momentem przełomowym dla tej nowej sytuacji było wynalezienie seksapilu. Oczywiście romantyczni bohaterowie odczuwali nawzajem swą atrakcyjność o silnie genderowym zróżnicowaniu: piękno mężczyzny nie polegało na powabie fizycznym, lecz i urok kobiety nie sprowadzał się do atrybutów ciała. Seksapil, definiowany jako „to coś”, w pierwszym rzędzie rozmontowuje klasowy, a nawet rasowy układ. Atrakcyjność nie musi się wiązać z urodzeniem, wykształceniem, zawodem, statusem społecznym i finansowym. Prymat atrakcyjności przyczynia się jednak do powstania nowych podziałów, którym trudno sprostać. W dodatku replikuje różnice genderowe, których przezwyciężenie było rzekomym celem rewolucji seksualnej. Oto bowiem, ze względu na wpisaną w płeć i wzmacnianą kulturowo różnicę reprodukcyjną, kobiety nadal dążą do trwalszych związków, podczas gdy mężczyźni gromadzą kapitał seksualny w niemal nieograniczonym czasie w ramach własnych biografii. Nowa ekologia i architektura wyboru, powiada Illouz, nie poprawiła pozycji przetargowej kobiet na rynku matrymonialnym. Ich oparte na czasie biologicznym, a także emocjonalnych i kognitywnych mechanizmach decyzje napotykają więcej ograniczeń niż decyzje mężczyzn. Dodatkowym czynnikiem jest element demograficzny i edukacyjny: coraz więcej kobiet o określonym statusie konkuruje o coraz mniejszą grupę mężczyzn o podobnym statusie. Ponieważ nadal mężczyźni na ogół zarabiają więcej, ich przechodzenie poza, nazwę to tak, własny sektor rynku nie oznaczałoby narażenia siebie i potencjalnej rodziny na obniżenie poziomu życia. Krótko mówiąc: kapitalizm wzmacnia pozycję mężczyzn, których kartą przetargową mogą być wszystkie seksualne zdobycze, i osłabia pozycję kobiet, które nie mają możliwości podobnie swobodnego poruszania się w tym polu. Gromadzenie doświadczeń przez nie same i przez otoczenie może być postrzegane jako trwonienie czasu, który symbolizuje powiedzenie o tykającym zegarze.

Oczywiście, można się od tego myślenia romantyczno-kapitalistycznego, wyświetlającego w głowach obrazy dobrze urządzonego gniazda, odciąć. Czy naprawdę można? Obserwacja kultury i badania empiryczne dostarczają wielu dowodów na to, że nie bardzo. Opowieści o singielkach kończą się ślubami. Randkowanie jako temat popkultury prowadzi na ogół do spotkania właściwej osoby, często poprzedzonego rodzajem samonaprawy.

Technicyzacja uczuć

Tu dochodzimy do kwestii dla mnie fundamentalnej. Illouz zwraca uwagę na destrukcyjny wpływ kultury terapeutycznej. Ma ona różne aspekty. Przekonuje nas, że mamy kłopoty z miłością spowodowane jakąś katastrofą w dzieciństwie. W związkach powtarzamy niewłaściwe scenariusze, co każe nam zakładać, iż istnieją właściwe. Miłość często nazywamy toksyczną, oczekujemy od partnerów równie intensywnego wglądu i naprawy. Mężczyźni, wiadomo, mają kłopot z emocjami, kobiety zaś powinny bezustannie pracować nad swoimi. Podzielam opinię Illouz – za dużo introspekcji zabija nas, ponieważ analizowanie siebie nie zmienia schematów społecznych, w których żyjemy. Popularność psychologii ma jeden jeszcze skutek – jesteśmy skłonni przypisywać ludziom na podstawie krótkotrwałych obserwacji zamkniętą listę cech, dokonywać czegoś w rodzaju ontologizacji osobowości. Często wzory do tych skrótów czerpiemy z kultury, zwłaszcza z kultury masowej, wypełnionej mniej lub bardziej marzycielskimi przykładami namiętności. Realny człowiek, pełen sprzeczności, zmienny, podlegający impulsom, zostaje przez nas potraktowany niczym materiał do studium przypadku.

Rani nas to, że pozornie mamy wszystkie karty w garści. Znamy przepis na związki, umiemy wzmacniać swoją atrakcyjność, możemy dokonać autonaprawy i polepszyć zasady relacji, a jednak nie umiemy cieszyć się miłością.

Chaos w polu seksualnym kamufluje istniejące na nim asymetrie. W gruncie rzeczy nie każdy może mieć wszystko, a ponadto nie o to chodzi w miłości. Potraktowana jako widomy znak sukcesu, a zarazem oprawiona w ramę ironii i dystansu miłość być może powinna przestać kojarzyć się z zadaną wolnością. Illouz tylko trochę, na prawach zakończenia, o tym mówi, a jednak takie wrażenia wynoszę z tej lektury. Skoro prawie uchyliliśmy zbyt sztywne zasady romantycznych więzi, nie dajmy się spętać nowym, wszechobecnym scenariuszom szczęścia. Emocje potrzebują powietrza.

Kultura masowa dostarcza przykładów przewrotnej roli technicyzacji uczuć. Bezustannie obijamy się między sprzecznymi dyrektywami: jesteśmy kontrolowani stanowczymi opiniami nauki, która definiuje uczucia raz jako chemię mózgu, kiedy indziej jako cechę genetyczną, a przede wszystkim poddaje ją statystycznym opisom, z których wynika, co należałoby robić, żeby osiągnąć szczęście. Powstrzymują nas przed spontanicznością ustanowione z zupełnie inną intencją zasady poprawności politycznej, zwłaszcza regulacje seksualizowanych komunikatów w zatrudniających i nauczających nas instytucjach. Tu warto dodać, że niektóre z opisywanych przez Illouz zjawisk w Polsce są niemal nieznane czy raczej przedstawiane w karykaturze i nigdy nie przeorały naszej świadomości. Teza, iż kodeksy zachowań damsko-męskich na wyższej uczelni mogłyby hamować naszą spontaniczną uczuciowość, nie da się potraktować jako opis rodzimej obyczajowości, w której toleruje się, a nawet po cichu popiera seksizm. Najbardziej zmieniają nas technologie internetowe zarówno rozszerzające oczekiwania, jak i podsuwające iluzję nieograniczonej mocy, wydolności i rozmaitości. Można mieć każdego, w każdej chwili – niekoniecznie w realu, choć wydaje się nam, że przeniesienie z ekranu komputera do kuchni w wymarzonym, wspólnym mieszkaniu jest kwestią decyzji. Splot technologii i powielanych w nieskończoność narracji miłosnych tworzy wzorce kognitywne oraz antycypuje emocje, których nie jesteśmy nigdy w stanie zrealizować. Dlatego życie z drugim człowiekiem rozczarowuje – jego pojedynczość, indywidualność, przygodność burzą stereotyp właściwego partnera.

Na tym wszystkim żerują formaty telewizyjne nadawane w porze wysokiej oglądalności. Jednego dnia telewizja emituje np. program Rolnik szuka żony, wykorzystujący zasadę naukowego, statystycznego doboru cech, mającego skończyć się małżeństwem. Innego dnia w reality show występują pary Ślubu od pierwszego wejrzenia, czyli rodzaju resentymentalnego powrotu do źródeł aranżowanego związku, w którym ktoś poza samymi narzeczonymi podejmuje decyzję. Ich przyszłość jawi się jako pasmo zabawnych i wzruszających dopasowań, jak przypuszczam, ponieważ nie widziałam ani jednego odcinka. Boję się własnej ironii, boję się łatwej diagnozy, którą mogłabym wystawić światu, siedząc przed telewizorem. Podobne programy należy bowiem oglądać uważnie, widzieć w nich fabryki kulturowej ontologii i emocji. I zastanowić się, czy nie trują nawet nas – tych, którzy nie oglądają telewizji, nie randkują w sieci i nie szukają nowego terapeuty par.

Eva Illouz

Dlaczego miłość rani. Studium socjologiczne

tłum. Michał Filipczuk

Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2016, s. 352

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata