70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Austrian Archives/Imagno/Getty

Zmierzchanie orientalizmu

Niemcy, jedyni ważni orientaliści, których Edward Said oszczędził w słynnym dziele Orientalizm, mają dziejową szansę na skończenie z fikcyjnym myśleniem o Bliskim Wschodzie. Dowodem przełomu byłaby wystawa główna w berlińskim Pergamonie.

Muzeum Pergamońskie odwiedza milion osób rocznie. W Berlinie nie ma popularniejszego muzeum, mimo że cała wystawa mieści się zaledwie w kilkunastu pomieszczeniach. W porównaniu do kolosalnych Luwru czy Muzeum Brytyjskiego jest po prostu mała, a sposób wystawienia – anachroniczny. Stare gabloty, minimum elektroniki, wielu tekstów nie przetłumaczono nawet na angielski. Co więc tak przyciąga ludzi? Dyrektor działu bliskowschodniego w Pergamonie Markus Hilgert chce myśleć, że „tu, jak nigdzie indziej, możesz doświadczyć starożytności.”[1]

Trzy życia muzealnych artefaktów
Przywiezione przez niemieckich orientalistów i archeologów eksponaty – w większości z Bliskiego Wschodu, najczęściej sprzed tysięcy lat – robią wrażenie. W zgodzie ze współczesnymi standardami wzornictwa są duże, symetryczne i proste, jak babilońska brama bogini Isztar z VI w. p.n.e. – kolosalny, błyszczący kobaltową glazurą barbakan z sekwencjami przedstawień smoków, byków i lwów. Albo basen rytualny króla Sanheriba z VII w. p.n.e., pokryty dziwnymi reliefami kapłanów w rybich skórach.

Te przedmioty wywołują silne doznania, ale – wbrew sądom kuratorów z Pergamonu – nie pozwalają doświadczyć starożytności. Owszem, artefakty miały swoje pierwsze życie w starożytnym Babilonie. Lecz z tamtych czasów nie ostały się ani społeczny kontekst ich powstania i użycia, ani ich materia. W postaci, w jakiej można je zobaczyć w Pergamonie, są efektem twórczości niemieckich orientalistów i archeologów z początku XX w. Brama Isztar w niewielkim procencie składa się z oryginalnych cegieł z Babilonu, resztę budulca wypalono w Niemczech na początku ubiegłego wieku, by pokazać namiastkę pierwotnej całości. Jest też znacznie węższa i niższa niż oryginał. Niemcy wystawili ją w zamkniętym, niedoświetlonym pomieszczeniu. Jasne jest, że taka ekspozycja nie może bardziej odbiegać od przestrzeni w Iraku, gdzie brama musiała kiedyś stać: gorącej pustyni, bezkresnego horyzontu, czystego nieba. Cóż możemy wiedzieć o społecznym kontekście procesji religijnych, które przez tę bramę przechodziły? Albo o jeszcze starszym basenie króla Sanheriba z Aszury? Zarówno bramę, jak i bazaltowy basen, odkryty w 1910 r., niemieccy archeologowie odlali na nowo, wkomponowując w swoje dzieło oryginalne odłamki z Aszury. Bogom w rogowych koronach woda spływa na ręce – towarzyszą im kapłani-ryby – detale tych scen wyprodukował Niemiec 2,5 tys. lat po tym, jak ktoś je pomyślał. Głos w przewodniku audio przyznaje, że nie wiadomo dokładnie, jakim celom basen służył: może rytualnemu obrządkowi obmywania nieczystości.

Drugie życie eksponatom z Bliskiego Wschodu dał więc Europejczyk w XIX w., gdy je wykopał, przewiózł do Europy i wystawił. Wykorzenione z rodzimej ziemi, rozpoczęły trwanie w innym miejscu. Ten gruz po starożytnej świetności posłużył za uzupełnienie wytworów już europejskiej kultury i w nowej formie zaczął statyczne życie w muzeum. Niezmienność trwania eksponatów jest pozorna – każdego dnia zyskują one dynamiczne trzecie życie. Dają im je z jednej strony wystawiennicy, a z drugiej – zwiedzający muzeum. Dopóty, dopóki ktoś na nie patrzy i o nich czyta, ich byt tętni i tworzy się na nowo.

Co wynika z tezy o trzech życiach artefaktów w Pergamonie? Po pierwsze, to, co oglądamy w muzeum, nie jest tym, co wynikałoby z opisów. Zwiedzający chcieliby obcować ze starożytnością, lecz oglądają jedynie jej wizję stworzoną przez niemieckich archeologów i orientalistów nieco ponad wiek temu.

Po drugie, że chrestomatia, czyli antologiczne, wybiórcze przedstawianie całych kultur, cywilizacji i historycznych okresów, z konieczności jest jedyną teoretyczną ramą dla wszystkich czołowych muzeów „Zachodu”: Pergamonu, Luwru i Muzeum Brytyjskiego. W rozdziale II Orientalizmu  pt. Struktury i restruktury orientalizmu Edward Said przedstawia główne dzieło Silvestre’a de Sacy, ojca naukowego orientalizmu, który dyscyplinę wymyślił od zera, nadał jej pierwsze reguły, nauczył się wschodnich języków, lecz siłą rzeczy tłumaczył jedynie wybrane teksty. Dzieło to nosi tytuł: Chrestomathie arabe. Chrestomatia od zarania cechuje europejską wiedzę o Oriencie. Fragmentaryczność i wybiórczość nauki o Bliskim Wschodzie początkowo naturalnie wynikała z dysproporcji między ogromem tekstów i wielkością cywilizacji wschodnich z jednej strony a skromną rzeszą ludzi w Europie, którzy potrafili się w tekstach tych cywilizacji poruszać – z drugiej. Orientaliści europejscy nie tylko musieli wybierać dzieła do lektury, ale potem zdecydować jeszcze, które z nich przetłumaczą. Następnie wskazywali fragmenty mogące po przetłumaczeniu okazać się dla europejskiego odbiorcy czytelne i interesujące. Tak fragmentaryczna nauka o Oriencie z czasem nadbudowywała się na sobie samej. Eksponaty w Muzeum Pergamońskim są częścią tej orientalistycznej nadbudowy, która ma ambicje pokazywać wieleset lat historii i kultury starożytnych cywilizacji za pomocą kilku przedmiotów, w dodatku nieoryginalnych.

Po trzecie, można wyciągnąć też konkluzję pozytywną, że orientalizm jest przezwyciężalny, bo reinterpretacja eksponatów bliskowschodnich kultur ciągle trwa. Po lekturach Saida, Franza Fanona i innych postkolonialnych studiów, świadomy historii zwiedzający nie może odebrać podobnych wystaw, jak ta w Pergamonie, bezkrytycznie.

 

Wywózka dzieł z Bliskiego Wschodu

Dwie wartości dawały Europejczykom moralne uzasadnienie dla wywózki: nauka i bezpieczeństwo. W Pergamonie stoi kopia obelisku z Kodeksem Hammurabiego z XVIII w. p.n.e. To jeden z niewielu w całości skopiowanych artefaktów z innych muzeów. Dlaczego akurat ten obelisk Niemcy zdecydowali się zdublować? Bo kodeks został wyryty pismem klinowym, a pierwszym człowiekiem nowej ery, który mógł poszczycić się sukcesami w jego odczycie, był Niemiec: Georg Friedrich Grotefend. Argument naukowy za wywozem dzieł sztuki z Bliskiego Wschodu opiera się na założeniu, że autochtoni nie mają do nich żadnego, a szczególnie naukowego, stosunku: nie badają ich, nie konserwują dla następnych pokoleń. Ten argument ma charakter wyższościowy i pozytywistyczny – to rozwinięta Europa powinna badać i posiadać dzieła, których obecni mieszkańcy Bliskiego Wschodu i tak nie mogą, nie umieją lub nie chcą poznać. Argument nauki wiąże się z władzą i dominacją polityczną. Zgodnie z sednem foucaultańskiej tradycji ten, kto ma wiedzę, ma i władzę.

W 1899 r. czołowy niemiecki orientalista Max von Oppenheim dokonał swojego największego odkrycia archeologicznego. Ten dyplomata z rodziny żydowskich bankierów odnalazł Tell Halaf, miasto Hetytów sprzed ponad 3 tys. lat, dziś znajdujące się w Syrii, przy granicy z Turcją. Niemcy, budujący kolej z Berlina do Bagdadu, poznali od okolicznych Beduinów dziwną historię czerkieskiej wioski, której mieszkańcy chcieli pochować zmarłego. Kopiąc grób, natknęli się na jamę z posągami zwierząt z ludzkimi głowami – przerażeni, zakopali znalezisko, a zmarłego pochowali gdzie indziej. W kolejnym roku przyszły susza, plagi cholery i szarańczy: jedna za drugą. Czerkiesi uznali, że nieszczęście wywołały złe duchy uwolnione z grobowca z dziwnymi posągami – obawiając się ponownych klęsk, zakazali mówić o znalezisku. Oppenheim z satysfakcją opisuje, jak złamał Czerkiesów z Ras al-Ajn (dzisiejsza nazwa wioski), by dostać się do posągów. Najpierw wprosił się na kolację – zgodnie z tradycją gościnności został po królewsku przyjęty. Zapytał o tajemnicze miejsce z posągami, ale gospodarze nie przyznali się, że cokolwiek wiedzą. Kazał im, muzułmanom, przysiąc na Koran, a gdy to uczynili, oskarżył ich o krzywoprzysięstwo, znieważenie gościa i zagroził użyciem broni. Tak złamał gospodarzy – starszyzna wskazała Niemcom miejsce znaleziska[2]. Oppenheim wykorzystał zasadę gościnności i użył moralnego szantażu na ludziach honorowych. Jeśli pokazał jakąś wyższość Europejczyka, to nie moralną.

Starożytne  bogactwo miało być w Europie bezpieczniejsze. Zasadność tego argumentu umocniły konflikty na Bliskim Wschodzie: talibowie zniszczyli posągi Buddy w Afganistanie, a dżihadyści z ISIS zrujnowali starożytną Palmirę w Syrii. Formalnie wspólnota muzealników wraz z ONZ podejmuje działania na rzecz ochrony zabytków Bliskiego Wschodu przed jego mieszkańcami. Wszyscy przecież widzą, co się dzieje na Bliskim Wschodzie. Co najmniej dwa kontrargumenty trzeba tu jednak podnieść. Po pierwsze, kwitnie czarny rynek handlu sztuką starożytną – przez Liban i Turcję wyprzedaje się dziedzictwo dzisiejszej Syrii i Iraku. Można założyć, że dzieł tych nie kupują mieszkańcy Afryki ani Ameryki Łacińskiej. Czarny rynek najpewniej napędza popyt na Zachodzie i w innych częściach Bliskiego Wschodu, np. w Zatoce Perskiej. Po drugie, Europa okazała się najmniej bezpiecznym miejscem dla dzieł sztuki. W 1943 r. wielkie muzeum, będące prywatnym domem i magazynem von Oppenheima, zbombardowali Brytyjczycy – zniszczyli większość kolekcji[3]. Szybko przyszło Europie zapomnieć, kto zabijał i niszczył najwięcej. Oppenheim zasłynął także z pomysłów politycznych: w 1914 r. założył pismo „Al-Dżihad” – miał w ten sposób zmotywować Arabów do rewolty przeciw Francuzom i Anglikom, wrogom Rzeszy. Pierwszy dżihad muzułmanów przeciw niewiernym chciał więc wywołać niemiecki Żyd, orientalista.

 

Orientalizm umasowiony

Orientalizm Edwarda Saida dał model kulturowej generalizacji w nauce. Said zdaje się mówić, że nastąpiło współmyślenie – aczkolwiek najczęściej nieuświadomione – angielskich i francuskich orientalistów XIX-wiecznych, którzy pochodzili z podobnego środowiska europejskiej dominacji władzy i ucząc się od siebie, tworzyli dyscyplinę z wyobrażonym przedmiotem. Orientalizm to „rozpowszechnienie świadomości geopolitycznej w tekstach naukowych, etycznych, społecznych etc.”[4] albo „system ideologicznych fikcji”[5] nie tyle o jakimś Oriencie, ile o samej Europie. Orient tak stworzony był obcym idealnym – tylko dzięki istnieniu tej odwrotnej alternatywy Europa mogła być wspaniała i zagarnąć dla siebie pozytywne, piękne, rozwojowe przymioty, których Orientowi odmawiała. Orient był zmysłowy, emocjonalny, kobiecy, zapóźniony, leniwy, homogeniczny, statyczny, niemy, niechlujny, okrutny, poddańczy i dziwny. Zachód zaś racjonalny, męski, rozwinięty, pracowity, różnorodny, postępowy, elokwentny, uporządkowany, łagodny, dominujący, normalny.

Dziś, blisko 40 lat po publikacji książki, teza Orientalizmu nie jest już tak sugestywna, bo orientalizm się umasowił – z poziomu naukowych elit rozlał się we wzmocnionej formie na opinię publiczną en gros. Każdy ma zdanie na temat Orientu, choć zamiast tego terminu popularniejsze są jego synonimy: islam, Arab, Bliski Wschód. Said pisał głównie o pierwszych naukowych elitach orientalistów w XIX i na początku XX w. Nadali oni ton dyskursowi na temat Bliskiego Wschodu, stworzyli chorobę, którą zarażały się kolejne dyscypliny naukowe i warstwy społeczne. Chrestomathie arabe de Sacy’ego czy An Account of the Manners and Customs of the Modern Egyptians Edwarda Williama Lane’a dały początek teoriom rasowym Ernesta Renana i Arthura de Gobineau, a także wiktoriańskiej powieści pornograficznej. Nie sposób oszacować naukowo, na ile dzisiejsze przejawy ksenofobii i rozpowszechnienie generalizacji o Bliskim Wschodzie są wynikiem orientalizmu opisanego przez Saida, a na ile wynikają z wojen, aktów terroru i głodnych spektakularnego obrazu i słowa mediów. Jakiś wpływ orientalistycznych elit na opinię publiczną jednak musiał istnieć. Tym bardziej że wiedzy o Oriencie nie nabywało się w życiu codziennym ot tak, lecz jedynie w nauce lub w szczególnej rozrywce: podróży, lekturze, galerii.

Być może największym problemem, przez orientalizm przeniesionym do dzisiejszego świata, jest pozbawienie elity narzędzi odwoływania się do Bliskiego Wschodu w sposób niezgeneralizowany, niezdeformowany. Said też takich narzędzi nie dostarczył – w żadnym momencie nie pisze, jaki Orient jest, tylko jedynie wyjaśnia, jak go widzą orientaliści. Zapłodnił krytyczne umysły nieufnością do sądów o Oriencie w ogóle, ale poza czujnością nie dał pozytywnych wskazówek, jak szukać prawdziwości opinii o tej części świata. To problem na tyle duży, że nawet lewicowi myśliciele zaczytujący się w jego tekstach nie wiedzą, co o Bliskim Wschodzie myśleć i jak o nim mówić. Czy w dobie orientalizmu umasowionego nienacechowane sądy o południowym sąsiedztwie Europy są w ogóle możliwe? Said też jest winny generalizacji, która – dzięki popularności jego książki – rozniosła się w środowiskach intelektualnych, a głosi ona, że badaczy Orientu trzeba traktować podejrzliwie. Niedobrze ta generalizacja przyczynia się nauce. Bardziej niż czegokolwiek potrzeba swobodnych rozważań, rzetelnych badań i kontaktów z południowymi sąsiadami. Nie ma przecież Orientu – są 22 państwa arabskie, Izrael, państwo perskie, tureckie, a każde z nich składa się z etniczno-religijnej mieszanki, którą tworzą jeszcze inne części składowe itd. Różnorodność Bliskiego Wschodu dopiero zaczyna być badana. Said na długo naznaczył te badania i ich twórców nie całkiem sprawiedliwą skazą.

 

Szansa na przełom

W części o najnowszej fazie orientalizmu[6] – chodzi o koniec lat 70. – Said rozpracowuje amerykański orientalizm, stereotypy utrwalone przez wojny izraelsko-arabskie, rywalizację o ropę, a nade wszystko przez media. Jako grupę etniczną Arabów pokazuje się w filmach w najgorszym świetle – Arab lubieżny albo żądny krwi, nieuczciwy, seksualny degenerat[7]. Said uważa, że to Stany Zjednoczone, jako pierwsze mocarstwo świata, zaczęły nadawać ton współczesnemu orientalizmowi. Pisząc o czasach najnowszych, pomija Europę i jej orientalizm. A ten musiał przecież przejść przeobrażenia: kontynent przeżył II wojnę światową, powstała Unia Europejska z kilkudziesięciomilionową mniejszością muzułmańską lub pochodzącą z Bliskiego Wschodu. Wraz ze słabnącą „miękką siłą” Stanów Zjednoczonych Europa coraz rzadziej spogląda za ocean w poszukiwaniu rozwiązań swoich problemów. I tutaj ponownie trzeba wrócić do Niemiec – dziś najsilniejszego państwa kontynentu, niewątpliwie przodownika w dziedzinie pojednania narodowego, przepracowywania win i polityki pamięci. Jedno, czego i one jeszcze nie przetrawiły, to właśnie orientalizm.

W Pergamonie nie tłumaczy się motywów wystawienniczych, nie odnosi do problemów fragmentaryzacji przedstawień wielowiekowych kultur, do treści orientalizmu. Nie ma opowieści o perfidnych działaniach von Oppenheima – nikt nie bije się w piersi. Autor Orientalizmu Niemców oszczędził: obnażył orientalistyczne praktyki Anglików i Francuzów, ale o Niemcach nie znajdziemy więcej niż wzmianki. Pod koniec życia pół-Palestyńczyk Said, wraz z izraelskim dyrygentem Danielem Barenboimem, założył orkiestrę bliskowschodnią z siedzibą w Sewilli, którą nazwał West-Eastern Divan Orchestra (Dywanem Zachodu i Wschodu), pożyczając tytuł od zbioru poezji Johanna Wolfganga von Goethego, ojca niemieckiego romantyzmu. Może to historia Goethego – zawieszonego między europejskością a czarem poezji Hafiza, ciągnącego w stronę Orientu do tego stopnia, że dziś nie wiadomo, czy był muzułmaninem czy nie – tak Saida olśniewała. A powinien był obnażyć również niemiecki orientalizm, by Niemcy mogli prędzej go przezwyciężyć i rozpocząć proces ideowego pojednania Europy z Bliskim Wschodem.

Ponieważ to Niemcy występują dziś z pozycji władzy – dysponują środkami, ich teksty są popularne, ich stypendia przyciągają, ich marki się sprzedają – to oni mają możliwość przepracowania tematu orientalizmu dla całej Europy. Kampania na rzecz odfałszowania wizerunku całego regionu, finansowanie odpowiednich badań, wymian, przeformułowanie polityki – wszystko to wymaga pieniędzy, ludzi i czasu. Niemcy mogą sobie pozwolić na wygospodarowanie tych zasobów. Uporanie się z orientalizmem pozwoliłoby lepiej zrozumieć procesy zachodzące na Południu, a przez to – uzdrowić europejskie myślenie o państwach i społeczeństwach Bliskiego Wschodu. Republika Federalna zrobiła już w tym kierunku pierwszy krok. Przyjęcie w jednym roku ponad pół miliona uchodźców z Syrii – miejsca, które 100 lat temu objeżdżał i okradał Max von Oppenheim – masowa pomoc pozarządowa udzielana im przez Niemców, publiczna debata, jaką ta decyzja wywołała, i niemiecko-syryjskie, a także szersze: europejsko-arabskie, złączenie na wiele dekad, które wynika z procesów migracyjnych – wszystko to daje Europie nadzieję na wyjście z fazy orientalizmu. To dziecięctwo, w jakim zamknęli nas orientaliści i sam Said, nie trwa od zawsze. Gdyby sięgnąć do XII w., czasów Piotra Abélarda, inna generalizacja, znacznie łaskawsza dla południowych  sąsiadów, panowała wśród elit: Saraceni uważani byli za naród filozofów. Abélard słowa „filozof” używał jako synonimu „muzułmanina”[8].

Smutna spuścizna po orientalistach XIX i XX w. nie musi trwać wiecznie. Pozytywne konstatacje w momencie umasowienia orientalizmu mogą się wydawać myśleniem życzeniowym, lecz właśnie to umasowienie skłania do sądu, że orientalizm Saidowski sięgnął zenitu. Dopiero teraz może zelżeć. Dzięki znacznie liczniejszej niż w 1978 r., gdy Said pisał swoją pracę, siatce powiązań pozanaukowych, gospodarczych, kulturowych Europa staje przed szansą przezwyciężenia orientalizmu i chrestomatycznej wiedzy o sąsiadach. Pracę tę muszą zacząć Niemcy. Jej zaawansowanie będzie można rozpoznać po zmianach w wystawie stałej w Pergamonie. Jeśli orientalizm zacznie zmierzchać, nie eksponaty się zmienią – te muszą zostać na miejscu – ale towarzyszący im opis.

_

[1]   [Exclusive] Interview with Dr. Markus Hilgert, Director of Vorderasiatisches Museum im Pergamonmuseum, 21 marca 2017, http://www.unite4heritage.org/en/news/interviewpergamonmuseum (dostęp: 20 września 2017).

[2]   L. Gossman, The Passion of Max von Oppenheim: Archaeology and Intrigue in the Middle East from Wilhelm II to Hitler, Open Book Publishers 2013, s. 135–136.

[3]  M. Schultz, The Spectacular Life and Finds of Max von Oppenheim, „Der Spiegel”, 28 stycznia 2011, http://www.spiegel.de/international/zeitgeist/slave-girls-and-pickled-heads-the-spectacular-life-andfinds-of-max-von-oppenheim-a-741928.html (dostęp: 20 września 2017).

[4] E. Said, Orientalizm, tłum. M. Wyrwas-Wiśniewska, Poznań 2005, s. 43–44.

[5]  Tamże, s. 441.

[6]  Tamże, s. 392.

[7]   Tamże, s. 397.

[8] M. Rodinson, Europe and the Mystique of Islam, Londyn–Nowy Jork 2006, s. 17.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter