70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Jan Steen, Adolf Croeser i jego córka Catharina / Burmistrz Delft z córką, 1655 r.

Żelazny upór pewnej burmistrzanki

Cudzoziemscy podróżni ze zgorszeniem przywoływali w swych relacjach bezczelne dziewczynki, które niepytane nie tylko zabierały głos przy stole, ale także udowadniały swym braciom, że się mylą, powołując się, o zgrozo, na przeczytane książki.

Na kamiennym podeście, oparty o balustradę, siedzi ociężały mężczyzna o niezbyt inteligentnej twarzy. O jego zamożności świadczą kosztowne czarne jedwabie i atłasy oraz bieluśkie koronki. W upierścienionej ręce trzyma jakiś dokument i z pogardliwą rezerwą spogląda na żebraczkę w czerwonej kapocie, która proszalnie wyciąga dłoń. Synek kobiety kornie wznosi oczy do potencjalnego darczyńcy. Dom stoi nad wodą. Na okolonym okiennicą parapecie ustawiono bukiet, kwietną martwą naturę z przepysznym tulipanem. Nad sceną góruje wieża Starego Kościoła – jesteśmy w Delft, a dokładnie: przy najstarszym kanale miasta Oude Delft. Jest też na obrazie szczupła dziewczyna w wytwornej sukni, ze złożonym wachlarzem i w komplecie perłowej biżuterii (sznureczek na szyi, bransolety, kolczyki). O niej za chwilę.

Obraz sygnowano i datowano: Jan Steen, 1655. Z pewnością nie jest to najlepsze dzieło słynnego twórcy złotego wieku; błędy w oddaniu proporcji powinien wychwycić pierwszy lepszy adept liceum plastycznego. W 2004 r. amsterdamskie Rijksmuseum nabyło je jednak za bulwersującą (wówczas…) kwotę prawie 12 mln €, co natychmiast obudziło głosy sprzeciwu. Intelektualne elity musiał niewątpliwie rozwścieczyć fakt, że zakupiono obraz, który zdobił okładkę wielce kontrowersyjnej, zarówno wielbionej, jak i znienawidzonej, książki na temat holenderskiej kultury, czyli The Embarrassment of Riches. An Interpretation of Dutch Culture in the Golden Age (Kłopot z nadmiarem. Interpretacja kultury holenderskiej złotego wieku), monografii Simona Schamy z 1987 r. Od trzech dekad kształtuje ona popularne wyobrażenia na temat Republiki, atrakcyjne i pokupne, choć nierzadko błędne i przeszarżowane. Wszystkie anglosaskie powieści historyczne oraz uwodzicielskie filmowe gnioty o XVII-wiecznej Holandii (traktujące o dziewczynach z perłami, kolekcjonerkach domków dla lalek lub rzekomych ofiarach tulipanowej gorączki) biorą tę pracę za najważniejszy punkt odniesienia. Dlatego krytycy podnosili, że muzeum tak naprawdę nie nabyło Steena, ale… subiektywną wizję Schamy.

Obraz nosił przez lata umowny tytuł Burmistrz Delft z córką. Zakupowi płótna przez instytucję państwową towarzyszyły dyskusje, do których każdy chciał dorzucić swoje trzy gorsze. Zastanawiano się choćby, czy należy mówić o portrecie rodzinnym czy też o scenie rodzajowej. Czy nie mamy do czynienia z przedstawieniem o charakterze wybitnie moralizatorskim, krytyką złudnych światowych bogactw i rozkoszy? Wanitatywny bukiecik nie pojawił się zapewne na okiennym parapecie bez powodu. A może jest to komentarz do dramatycznych wydarzeń sprzed kilku miesięcy? W październiku 1654 r. wyleciała w powietrze miejska prochownia. Spora część Delft legła wtedy w gruzach, były setki zabitych i tysiące rannych. Gdyby nie fakt, że część mieszkańców wybrała się wtedy na wielkie jarmarki w Hadze i Schiedamie, tragedia byłaby znacznie większa. Tysiące ludzi utraciły bliskich, dachy nad głową, pracę i zostały zmuszone do żebrania. Najbardziej znane ofiary eksplozji to Carel Fabrituis, obiecujący wychowanek Rembrandta, i… jego obrazy (ocalały tylko nieliczne, w tym słynny Szczygieł).

Dwaj amsterdamscy historycy sztuki stwierdzili, że Steen musiał namalować swych sąsiadów, kupca zbożowego Adolfa Croesera i jego córkę Catharinę. Byli tak przekonujący i skuteczni, że dopięli swego: dzieło dostało nowy, oficjalny tytuł. Z kolei wybitna znawczyni dziejów holenderskich kobiet historyczka Els Kloek opowiadała się za dawną identyfikacją, czyli uznaniem namalowanych osób za burmistrza miasta Delft Gerrita vel Geralda Corneliszoona Briella van Welhoucka oraz jedną z jego córek: młodszą Annę bądź – co bardziej prawdopodobne – starszą Agathę, na którą w domu mówiono Aagje. Obie strony z braku jakichkolwiek twardych dowodów opierały się jedynie na hipotezach i swobodnych skojarzeniach.

Dziewczyna istnieje niejako poza sceną. Wybiegła szybko z domu – wręcz słychać szelest atłasu i stukot obcasów, niebawem zniknie nam poza kadrem. Ma duże smutne oczy, na których dnie czai się niepokój, poważne spojrzenie, zdradzające być może znajomość życiowych trosk, oraz lekko zaciśnięte usta.

Jest zupełnym przeciwieństwem ojca – zadowolonego z siebie sybaryty, który na pewno zaraz pouczy żebraczkę i odprawi ją z kwitkiem. Wiem, szanujący się ikonolog w taki sposób obrazów nigdy nie interpretuje, ale ja przecież piszę esej, a nie artykuł naukowy. No i bardzo bym chciał, żeby tą młodą kobietą była właśnie Agatha-Aagje, bohaterka jednego z największych skandali XVII-wiecznej Republiki. — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter