70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Fot: TVP/East News

Zbójnicy, pasterze i grafowie.  Kim są Słowacy?

Postrzeganie Słowaków tylko jako zbójników spod Tatier albo biednych, acz szlachetnych pasterzy jest niezwykle krzywdzące. Co najgorsze, wielu Słowaków do dziś żyje w przekonaniu, że te dwie tożsamości: zbójecka i pasterska, są podstawą ich bycia.

Moje pierwsze ukłucie erotyczne w dziewczęcym brzuchu spowodował następujący obraz: owłosiony, umięśniony Marek Perepeczko przy blasku zachodzącego słońca kroczy pośród biegnącego stada owiec. Słońce zachodzi, Perepeczko wstępuje na szafot. Pokryty gęstą zawiesiną mgły krajobraz niepokojąco przecina zwisający hak. Perepeczko daje ostatni pocałunek Marynie, krwiste słońce zastyga nad horyzontem.

Zawiśnięcie na haku (za poślednie ziobro) tego silnego, wielkiego, rosłego jak dąb, tryskającego testosteronem mężczyzny, który bogatym zabierał, a biednym dawał, budziło skrajne emocje, których jako mała dziewczynka nie byłam jeszcze w stanie zdefiniować. Janosik był w moim wczesnym dzieciństwie jedynym słusznym punktem odniesienia wszystkich zabaw, marzeń i snów. Po powrocie z przedszkola przebierałam się w strój góralski, włączałam kasety Trebuniów-Tutków i Twinkle Brothers, wirowałam w takt krzesanego albo wykonywałam dramatyczne figury do pieśni Wisi harnaś, wisi. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że melodia ta jest równocześnie melodią hymnu Słowacji. Niewiele też wiedziałam o Słowacji, bo w domu wciąż mówiło się: Czechosłowacja. Kiedy pierwszy raz usłyszałam Nad Tatrou sa blýska, jako typowa Polka pomyślałam, że Słowacy ukradli nam nasze Wisi harnaś, wisi. Nie wiedziałam, że tak naprawdę melodia hymnu wywodzi się ze słowackiej pieśni Kopala studienku. Pierwotny tekst o zalotach podczas pojenia pawi i o skokach do studzienki został zamieniony w waleczną odezwę do narodu. Słowacy w swoim hymnie, podobnie jak my, podkreślają, że kiedyś przyjdzie dzień, że się odrodzą, ożyją. Przyjdzie dzień ich potęgi, jak grom z jasnego nieba.

Szybko zrozumiałam, że łańcuch górski nie stanowi większej przeszkody w podróżowaniu melodii. I że nie tylko melodie nie znają granic. Bohaterowie również.

I chociaż całe dzieciństwo żyłam w przeświadczeniu, że Janosik jest tylko jeden – polski – i że ma twarz Marka Perepeczki, wystarczyło pojechać na wycieczkę do Bardejowa, żeby usłyszeć okrutną, druzgocącą prawdę.

 

Zbójnickie korzenie

To my, Polacy, jesteśmy złodziejami. Janosik był Słowakiem z krwi i kości. Pochodził z Terchovej, która znajduje się daleko od wąwozu Homole, gdzie kręcono mój ukochany serial. Z faktami się nie dyskutuje. Tym bardziej że zachowała się metryka chrztu z 1688 r. zapisana w kronice wsi Varin przez księdza o wdzięcznym nazwisku Smutko, świadcząca o tym, że Janosik był postacią prawdziwą: „Eadem die baptizavi infantem natum de Martin Janosik et Anna Czesznek cui datum est nomen Georgii. Patrini erant Jacobus Mergad et Barbara Kristofik de Terchova” – głosił napis. Ze źródeł historycznych jasno również wynika, że Janosik rozpoczął zbójowanie namówiony przez poznanego w armii cesarskiej niejakiego Tomasza Uhorczyka, a wcześniej brał udział w powstaniu Rakoczego. Mojego żalu i smutku nie był w stanie zniweczyć nawet fakt, że w jego bandzie znaleźli się Polacy: niejaki Gawłow i Wawrek. Pozostawała jeszcze jedna deska ratunku. Pokazać moim słowackim przyjaciołom fotosy z ukochanego serialu, który – tak bardzo popularny u nas – nigdy nie przedostał się do naszego południowego sąsiada, mimo że w tamtych czasach kraje ościenne częściej niż dzisiaj wymieniały się swoimi produkcjami. Miś Uszatek, Bolek i Lolek owszem, ale Janosik nie. Pełna napięcia więc, wyciągałam zdjęcia naszego Janosika, ale reakcja znajomych była zawsze taka sama:
– Wygląda jak Rambo!

Oprócz owłosionej klaty Perepeczki fakt, że Polacy nakręcili film o ich bohaterze narodowym, nie budził w nich większych emocji. Może dlatego, że swoich ekranizacji o Janosiku Słowacy mieli pod dostatkiem. Pierwszy oficjalny film produkcji słowackiej powstał w latach 20. i opowiadał oczywiście historię Juraja Janosika. Znalazł się nawet w pierwszej dziesiątce pełnometrażowych europejskich filmów kina niemego. Cóż więc znaczy jakiś tam serial Passendorfera, w którym Janosik wygląda jak Stallone?!

Historia pierwszego słowackiego filmu jest niezwykle ciekawa. Został bowiem zrealizowany z inicjatywy emigracji zamieszkałej w Chicago, która postanowiła nie tylko sfinansować produkcję, ale sprowadzić z USA całą ekipę filmową. W 1920 r. utworzono tam firmę producencką Tatra Film Corporation, która w dużej mierze została sfinansowana przez Jána Závodnego, inicjatora całego przedsięwzięcia. Závodný na potrzeby produkcji filmowej sprzedał swoje kino Cassimir mieszczące się w Jefferson Park – dzielnicy Chicago, która do dzisiaj pozostaje kolebką środkowoeuropejskiej emigracji. Niestety, nawet ten krok nie pomógł w domknięciu budżetu. Może dlatego w trakcie realizacji trzeba było pójść na wyraźne kompromisy, głównie dotyczące lokacji (sporą część scen planowanych we wnętrzach przeniesiono na łono przyrody). Tatra Film Corporation wysłało na Słowację delegację składającą się z czterech osobistości: reżysera Jaroslava Siakela, jego brata Daniela, Františka Horlivégo jako specjalistę od kostiumów oraz samego Jána Závodnégo w roli producenta. Niestety, filmowców nie było stać na drogi hotel w Martinie, mieście, które miało być podówczas centrum słowackiej kultury, dlatego musieli zatrzymać się na prowincji. Sprzęt wieziono na plan bądź pociągiem, bądź chłopskimi wozami. Mimo to determinacja emigracji była niezwykle silna. Takie też musiało być jej przekonanie, że naród słowacki potrzebuje swojego bohatera.

Ta determinacja, nie tylko Jána Závodnégo, który zdecydował się sprzedać swoje kino, ale całej ekipy burzy dość powszechnie panujący mit o tym, że postać Janosika jako najważniejszego bohatera narodowego rozpropagowali komuniści. Owszem, towarzysze z pewnością zacierali ręce, mając już gotowy model bohatera walczącego ze złymi właścicielami ziemskimi, margrabiami i grafami, ale prawdą jest, że w zasadzie przyszli na gotowe. Nie musieli nadto się wysilać. Legenda Janosika była bowiem żywa w słowackim folklorze od stuleci. Temat zbójnictwa silnie eksploatowano już w trakcie XIX-wiecznego odrodzenia narodowego, paralelnie z kodyfikacją języka słowackiego. Tradycja zbójnicka jest więc częścią historycznej pamięci Słowaków. Źródła pisane wskazują na obecność zbójników na tych terenach już od XI w. Eskalacja ich działalności przypada jednak na wieki XVII i XVIII, czyli okres, w którym działał najsłynniejszy słowacki zawadiaka. Kinematografia jedynie utwierdzała jego pozycję.

Emigracja zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo rodacy potrzebują takiego filmu. W 1918 r. Słowacja weszła w skład Czechosłowacji, co oczywiście było dla niej opcją o wiele sympatyczniejszą niż dalsza hegemonia Węgier, niemniej pozostawiało naród słowacki po raz kolejny w pewnym uwikłaniu. Film dawał szansę na ugruntowanie przekonania, że Słowacy mają swoich autonomicznych bohaterów. To przecież doskonały argument w walce o prawo do niezależności. Obraz narodu o zbójnickich korzeniach, narodu niegodzącego się na zastany, niesprawiedliwy porządek miał ogromne znaczenie dla tworzenia się tożsamości słowackiej. Miejsce Słowaka w Królestwie Węgier jasno wytyczała linia podziału: Słowak to Toth (węg.). Słowo, które co prawda oznaczało słowiańskiego mieszkańca Królestwa, ale przez większość rozumiane było jako wieśniak. Przyjmowano, że wszystkie pozostałe warstwy społeczne: ziemianie, szlachta, panowie, inteligenci to po prostu Węgrzy. Dzisiaj słowo Toth ma dla Słowaków wyraźnie znaczenie pejoratywne, mimo że wielu z nich nosi takie nazwisko. Nie da się natomiast jednoznacznie i uparcie pojmować tożsamości słowackiej wyłącznie w kontekście słowiańskości. Współcześni Słowacy są narodem różnorodnym, wielu moich znajomych ma korzenie niemieckie, węgierskie, rusińskie czy austriackie. Przez lata dochodziło tutaj do małżeństw mieszanych, przy równoczesnym uniknięciu całkowitej asymilacji (być może z wyjątkiem zanikającej niestety kultury Rusinów). Pewna hybrydowość widoczna w tym, jak Słowacy pojmują samych siebie, może być w Polsce, w której przez lata dążono do stworzenia monolitycznej tożsamości, trudna do zrozumienia. Tymczasem wielu mieszkańców Republiki Słowackiej powie: „Jestem słowackim Madziarem”.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter