70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Marcin Stępień / Agencja Gazeta

Zdążyć przed katastrofą

Przyzwyczailiśmy się traktować chleb żytni, pierogi ruskie i sznycle jako elementy budujące naszą tożsamość, niczym literatura albo wspólna przeszłość. Tymczasem, jeśli klimat wymusi zmianę upraw – pojawią się np. inne odmiany zbóż – znikną smaki potraw do tej pory uznawanych za tradycyjne.

Anna Mateja: Jeśli klimat Ziemi się ociepli, czego nam zabraknie w kuchni?

Zbigniew M. Karaczun: Nie napijemy się czarnej herbaty. Ani kakao. Z kawą też będzie problem, przynajmniej z odmianą arabica. Pozostanie robusta, ale smakowo to jest duża różnica. Spodziewany w najbliższych dekadach wzrost średniej temperatury atmosfery o 3,7–4°C utrudni znalezienie miejsc odpowiednich dla takich upraw, bo nie zawsze będzie możliwe np. przeniesienie plantacji herbaty w wyższe partie gór. Choćby dlatego, że w tych częściach świata, gdzie uprawia się herbatę, kawę czy kakao, nie ma już takich miejsc. A jeśli są, ich wykorzystanie wiąże się np. z wycinką lasu tropikalnego, co oznacza ograniczenie różnorodności biologicznej na Ziemi i miejsc pochłaniających dwutlenek węgla. Przenosząc uprawy z powodu ocieplenia klimatu, pogłębiamy więc przyczyny, które doprowadziły do pojawienia się tego zjawiska.

Błędne koło.

Rolnictwo to część gospodarki najbardziej wrażliwa na zmiany klimatu. Na jego efektywność, poza glebą, wpływają bowiem przede wszystkim: długość okresu wegetacyjnego, średnie temperatury powietrza w ciągu roku, ilość, częstość i rozkład opadów. Nawet niewielka zmiana warunków klimatycznych czyni produkcję rolną niemożliwą lub nieopłacalną albo daje nie to, czego byśmy chcieli, np. wina o większej zawartości alkoholu.

Już dzisiaj trudno kupić czerwone wino, którego moc nie przekraczałaby 13%, choć przyjęte jest, że powinno ono zawierać 12–12,5% alkoholu. W ciągu ostatnich 20 lat standardem stało się 14–15%, bo coraz cieplejsze lata spowodowały powstawanie większej ilości fruktozy w owocach, co zintensyfikowało fermentację. Przyspieszanie zbiorów odbywa się kosztem jakości produktu, więc nie jest rozwiązaniem, zwłaszcza kiedy chodzi o tzw. zimowe wina produkowane z winogron ściętych pierwszymi przymrozkami. I właściwie niewiele możemy z tym zrobić, bo winnice udają się jedynie w dość specyficznych warunkach, najlepiej na glebach powulkanicznych albo z dużą ilością kamieni, które zmuszają rośliny do głębokiego zakorzenienia. Wszystkie te warunki wpływają na smak win.

Które wino zniknie pierwsze?

Prawdopodobnie szczep pinot noir, którego margines tolerancji na zmiany temperatur jest bardzo wąski. A jest to wino, które przyjęło się uważać za definiujące umiejętności producenta… Na pewno wiele regionów zmniejszy obszary upraw, ale to rozwiązanie tymczasowe. W prowincji Maipo – winiarskim zagłębiu Chile – 95% wody zużywa dzisiaj przemysł winiarski. Jeśli temperatura podwyższy się o stopień lub dwa, zabraknie wody i dojdzie do wysuszenia gleby, więc znikną warunki do uprawy jakiegokolwiek szczepu.

Niewystarczająca ilość wody wymusi nie tylko zmiany w uprawach, np. zboża, którego będzie mniej niż obecnie. Częściej będą się zdarzały epizody wysokiej temperatury – to nie będzie po prostu upał, który jest zjawiskiem naturalnym późną wiosną czy latem. Skwarne dni będą zdarzały się coraz częściej i wcześniej, na przemian z gwałtownymi deszczami i wiatrami. Obecne metody uprawy są niedostosowane do pogody diametralnie innej od dotychczasowej i przez to nieprzewidywalnej.

Można powiedzieć: zamienimy, przynajmniej w Polsce, uprawę zimnolubnych ziemniaków na ciepłolubną soję.

 Problem niedoboru wody przez to nie zniknie, podobnie jak ziemi uprawnej, której część zajmą morza, ponieważ podnosi się ich poziom. A poza tym: czy jesteśmy chętni na zmianę kulturową, którą niesie ze sobą nowa dieta? Wątpię. Przyzwyczailiśmy się traktować chleb żytni, pierogi ruskie i sznycle jako elementy budujące naszą tożsamość, niczym literatura albo wspólna przeszłość. Tymczasem, jeżeli zmienimy uprawy – pojawią się np. inne odmiany zbóż – zmienią się smaki potraw do tej pory uznawanych za tradycyjne. I nie będzie powrotu do tego, co było. W skali zmian globalnych inny smak chleba to właściwie drobiazg. Jeśli jednak popatrzeć na to, do czego większość z nas jest przyzwyczajona, to znaczy więcej, niż nam się wydaje.

Ale ostatecznie jedzenia zabraknąć nie powinno.

Nie byłbym tego taki pewien. Zmiany w środowisku nie odbywają się liniowo, tzn. jeśli temperatura wzrośnie nie o 2, tylko o 3°C, to będzie tylko trochę gorzej niż dziś. Sytuacja może się rozwinąć, jak na Wyspie Wielkanocnej w ostatnich dekadach XVII w., kiedy wycięto wszystkie drzewa i nieodwracalnie zmieniono ekosystem, doprowadzając do drastycznego zmniejszenia liczby jej mieszkańców. Proces degradacji rozpoczął się od wycięcia jednego drzewa za dużo.

Środowisko przekształca się skokowo – jeżeli jeden czynnik (nie zawsze naukowcy są w stanie przewidzieć który) przekroczy poziom krytyczny, może nieodwracalnie zmienić się cały system. Badacze opisali taką zależność po raz pierwszy w latach 70. XX w., obserwując zmiany zachodzące w skandynawskich jeziorach za kręgiem polarnym. Były krystalicznie czyste, a mimo to żyjące w nich gatunki wymierały. Powodem było zanieczyszczone powietrze, przemieszczające się na dużych odległościach i obciążone m.in. tlenkami azotu oraz siarki. Związane z wilgotnym powietrzem, tworzyło tzw. kwaśne opady – deszczu lub śniegu, które zmieniały odczyn wody w jeziorze na kwaśny, w stężeniu zabójczym dla wielu wodnych istnień. Te jeziora wciąż istnieją, można z nich pić wodę, ale nie ma już w nich obecnej wcześniej różnorodności biologicznej. Na tym właśnie polega zmiana klimatu – jedna zmiana wywołuje ciąg nie zawsze łatwych do przewidzenia konsekwencji.

Nie ma więc sensu snuć prognoz o prowadzeniu w Polsce egzotycznych upraw, bo problemem nie będzie wielkość zbiorów bananów, ale np. szkodniki lub choroby, dziś nazywane tropikalnymi, które staną się bezpośrednim zagrożeniem.

Musimy pamiętać o jednym: cokolwiek mówimy o Ziemi otulonej atmosferą o 3–4°C wyższą niż obecnie, są to wyłącznie prognozy. Naukowcy mają jednak nadzieję, że temperatura wzrośnie tylko o 1,5 do 2°C, więc biosfera z człowiekiem dostosują się do zmienionych warunków i wszystko z grubsza pozostanie niezmienione. Może się jednak okazać, że środowisko jest bardziej wrażliwe na zmiany, niż przypuszczamy, i maksymalny wzrost temperatury, który nie wywołuje zmian w systemie, to np. 1,95°C. A jak będzie więcej?

Mojego sąsiada, któremu od dwóch lat tłumaczę, że konsekwencje wywołane zmianą klimatu to nie są strachy na lachy, to nie przeraziło. Jego stanowisko, wcale nieodosobnione, jest bowiem takie, że w historii świata było już parę zlodowaceń i kilka ociepleń, z którymi biosfera sobie poradziła, więc o co ten raban? Teraz będzie podobnie, najwyżej człowiek zniknie. Moje podejście do ochrony środowiska jest pragmatyczne: przestrzegam przed negatywnymi skutkami zmiany klimatu, bo chciałbym, mimo zmian, ocalić miejsce do życia dla wspólnoty ludzkiej i jej cywilizacji. Dla – mówiąc wprost – naszych dzieci i wnuków.

Czy jest w ludzkiej mocy odwrócenie procesów, których skalę porównałabym do ruchu płyt tektonicznych? Zbyt wielu z nich musielibyśmy się przeciwstawić, żeby zapobiec zmianom klimatu. 

Trudne pytanie. Staram się go unikać. Gdy słyszę wypowiedzi niektórych polityków, np. na temat niezbędności węgla w polityce energetycznej Polski czy wystąpienia USA z paryskiego porozumienia klimatycznego zawartego w 2015 r. o ograniczeniu emisji dwutlenku węgla, jestem bliski konstatacji: nie mamy szans. I… dalej robię swoje, czyli próbuję przekonać ludzi do rezultatów badań naukowych, z których wynika, że kraje bogatej Północy, nie ograniczając emisji, zachowują się skrajnie egoistycznie wobec państw biednego Południa.

Mówiąc wprost: konsumujemy – także Polska, bo od kilku lat jesteśmy już państwem dobrobytu – na koszt krajów żyjących na skraju ubóstwa, gdzie emisja dwutlenku węgla w przeliczeniu na mieszkańca jest wielokrotnie mniejsza. Czy nas to w żaden sposób nie uwiera?

Co i rusz oglądamy się na Chiny, nazywając ich największym na świecie emitentem gazów cieplarnianych, tymczasem jeśli przeliczy się masę emisji na głowę mieszkańca, okazuje się, że przeciętny Chińczyk produkuje mniej gazów cieplarnianych niż Polak. Chińscy politycy pytają więc przedstawicieli Unii Europejskiej i innych bogatych krajów: „Dlaczego domagacie się od nas obniżenia emisji, jeśli u was jest, jak jest? Klimat, w ramach swoich możliwości, musimy przecież chronić wszyscy”. Nie bez powodu dr Andrzej Kassenberg, współtwórca Instytutu na rzecz Ekorozwoju, nazywa Polskę Chinami Europy. Nasi politycy także nie chcą podejmować działań, bo podobno nie wdrażają ich inni. I tak, wzajemnie oskarżając się o bezczynność, szykujemy sobie katastrofę.

Może nas to i uwiera, ale dlaczego rozwinięte państwa zachodnie chcą narzucać pozostałym ograniczenia, na które się nie zdecydowały, budując autostrady czy wycinając lasy?

Ten sam argument – odbierania krajom słabszym ekonomicznie możliwości rozwoju przez wprowadzanie obostrzeń ekologicznych – podnoszą też kraje biedniejsze od Polski: Mali, Burundi czy Kongo. Takie myślenie to przeciąganie liny, a nie szukanie rozwiązania, jakim byłoby, np. zaproponowanie kompensacji ograniczeń. Powinniśmy to zrobić w duchu odpowiedzialności za cały świat – dosłownie. Zmiana klimatu nieuchronnie rozpocznie bowiem falę migracyjną mieszkańców wysychających krajów środkowej Afryki do Europy. W podobny sposób kraje bogate powinny wziąć na siebie część ciężaru związanego np. z zachowaniem płuc świata, czyli Puszczy Amazońskiej. Krytyka prezydenta Brazylii Jaira Bolsonaro, że pozwala wypalać lasy dla pozyskania terenów pod uprawy, jest zasadna, ale jeżeli uważamy się za ludzi odpowiedzialnych, nie możemy się do tego ograniczyć. Ponieważ puszcza jest dobrem wspólnym, może zamożniejsze kraje powinny się zrzucić na jej ochronę?
W polskiej polityce myślenie wynikające z konsekwentnie realizowanej solidarności też powinno być obecne, np. wobec mieszkańców Białowieży. Jeżeli zależy nam na objęciu całej puszczy rygorami parku narodowego, mieszkańcy tamtejszych gmin mają prawo oczekiwać od państwa udogodnień, które ułatwią im życie na terenie, gdzie nie będzie możliwa każda inwestycja. Przemyślmy wprowadzenie np. mechanizmu solidarnościowego dysponującego funduszami publicznymi, z którego korzystałyby gminy z dużą ilością obszarów chronionych. One powinny być ich atutem, a nie problemem czy ekonomiczną stratą.

Kryzys klimatyczny zmienia nas bardziej, niż myślimy, bo przekonujemy się, że o solidarności musimy myśleć globalnie.

Solidarność i odpowiedzialność to dwie wartości, których realizacja może nam zapewnić poczucie bezpieczeństwa. Nie ma innej drogi. Oba pojęcia są obecne w encyklice papieża Franciszka z 2015 r. Laudato si’. Wierzę w istnienie tekstów i znaków, które potrafią zmienić ludzi. Tak jak moje myślenie, gdy byłem nastolatkiem, ukierunkowała na całe życie książka Oskalpowana Ziemia Antoniny Leńkowej z 1961 r., a później równie mocne wrażenie zrobiła Silent Spring (Milcząca wiosna) Rachel Carson z 1962 r.
Studentom na pierwszym wykładzie pokazuję zdjęcie kuli ziemskiej wykonane teleskopem Hubble’a: mały jasny punkt w głębokiej czerni tła. Albo fotografię z grudnia 1968 r. zrobioną przez uczestnika misji Apollo 8, znaną dzisiaj jako Wschód Ziemi: mała błękitna kulka wyłania się zza horyzontu Księżyca.

Uświadamia Pan młodym ludziom skalę naszego znaczenia?

Raczej potencjału, którym dysponujemy. Ta błękitna kuleczka to wszystkie nasze zasoby – nie mamy innych, podobnie jak możliwości, by przenieść się w inne miejsce tej czy innej galaktyki. Encyklika Laudato si’ ma właśnie taką moc: przypomnienia ludziom oczywistej z pozoru sprawy, że nie będzie innego świata w jego doczesnej postaci niż ten, który zamieszkujemy, więc żaden z jego problemów nie powinien być obojętny jego mieszkańcom. Franciszek mówi jednoznacznie – bezrozumna degradacja środowiska jest grzechem.

Do tej pory obowiązywał wektor stałego posuwania się do przodu, postęp utożsamiano z wyższym standardem życia kolejnych pokoleń. Nie tylko ja uważam, że jest to błędne myślenie, bo granic rozwoju ludzkiej społeczności nie da się przesuwać bez końca. Ograniczają nas dwa procesy: przepływu energii i krążenia materii, które konstytuują naszą biosferę. Dróg rozwoju musimy szukać w tak zakreślonych granicach, bo one dają gwarancję przyjęcia na powrót odpowiedzialności za przyszłość. Tej zresztą nie udźwigniemy, nie szukając solidarności z innymi ludźmi. Przekonanie, że jakikolwiek kraj czy inna wspólnota, nie mówiąc o jednostkach, poradzi sobie samodzielnie, jest utopijne przy skali problemów generowanych przez ocieplenie klimatu. Okoliczności układają się tak, żebyśmy po raz kolejny uświadomili sobie, że to wspólnota, nie indywidualizm, definiuje człowieczeństwo.

Katastrofa klimatyczna podważa świat, jaki znamy. Mimo to ustalenia naukowe się ignoruje albo wręcz podważa. Dlaczego? 

Z niechęci do brania odpowiedzialności. Jeśli obecne zmiany klimatu wywołał człowiek, taka konkluzja wymagałaby zmiany postawy. Coś musielibyśmy zmienić w swoim życiu, np. zrezygnować z pewnych wygodnych przyzwyczajeń. A jeśli mówimy, że to tzw. naturalny proces, możemy radośnie konsumować dalej.

Bierzemy SUV-a i jedziemy po warzywa na ekologiczny targ w mieście.

Jeśli już trzeba poruszać się po terenie zabudowanym samochodem z wysokim podwoziem i napędem na cztery koła, powinno się za to odpowiednio dużo zapłacić. Myślenie, które narodziło się w czasach sprawowania władzy m.in. premier Margaret Thatcher i prezydenta Ronalda Reagana, a które można streścić w złośliwym „kto bogatemu zabroni?”, nie ma przyszłości. Czas zmienić priorytety.

Rozmawiamy na Powiślu, które jeszcze kilka dekad temu było dzielnicą nędzy – teraz to jedna z najlepiej prosperujących części Warszawy. Nie byłoby tego, gdyby nie wypracowany zysk.

Zależało nam na zbudowaniu społeczeństwa dobrobytu i je mamy. Porównajmy obecny swój status z tym, w jakich warunkach żyli nasi przodkowie, np. 150 lat temu. Lecz na tym historia się nie kończy.

Kiedyś para butów starczała nawet na pięć lat i więcej, teraz potrafimy kupować kolejną co sezon. Jak zniszczyć bezszkodowo dla środowiska to, czego już nie potrzebujemy? Jedna ze szwedzkich sieciówek spala kilkadziesiąt ton niesprzedanej odzieży rocznie, bo łatwiej jej to zutylizować, niż rozdać potrzebującym. Dla równowagi podam przykład innej firmy z tego samego kraju, która ogłosiła, że kupuje drewno do produkcji mebli pochodzące wyłącznie z lasów opartych na zasadach zrównoważonego rozwoju. Zmierzam do tego, że każda wydawana przez konsumenta złotówka powinna działać niczym kartka wyborcza: to nie jest tylko zakup. To jest wybór etyczny, np. między produktem firmy, która dba o pracowników i środowisko, i taką, która wyprowadza zakłady produkcyjne do krajów taniej siły roboczej albo wykupuje za bezcen ziemię od farmerów. Kupno SUV-a to też komunikat: chcemy jeździć dużymi, paliwożernymi autami. Skoro tak, dlaczego ich nie produkować?

Co w takim razie robić? Bo trudno przecież czekać z założonymi rękami…?

Nie zmienimy świata, w którym żyjemy, jeśli pozostaniemy przy dotychczasowych przyzwyczajeniach przekonani, że gospodarka musi być oparta na prymacie stałego wzrostu. Czas budować gospodarkę umiaru, w którą wpisane są bariery produkcji i konsumpcji, bo warunkiem przetrwania człowieka jest samoograniczanie. Przeraża mnie świat, w którym konsumpcjonizm zastąpił duchowość, bo ludzie większość czasu przeznaczają na zarabianie dodatkowych pieniędzy i podnoszenie poziomu życia. I mimo to wciąż czują się nie dość dobrzy i na miarę swoich wyobrażeń, płacąc za to niezadowolenie kryzysami psychicznymi.

Gospodarka współdzielenia się to jeden z pomysłów, bo bardzo często nie potrzebujemy rzeczy (i to jeszcze, jak samochód, kosztownej w utrzymaniu), wystarczy nam usługa, np. transportowa. Stacja rowerów do wypożyczenia, hulajnogi elektryczne to nie są wymysły pięknoduchów – to działa. Co więcej, powróciło myślenie o komunikacji publicznej, kolejowej i autobusowej, jako usłudze, którą samorząd i państwo mają obowiązek obywatelom zapewnić. Czy to się przełoży na odtworzenie sieci zlikwidowanej w latach 90., nie umiem powiedzieć. Zmiana pokazuje jednak kierunek myślenia: pojawia się przestrzeń na pytanie, co chcę mieć, a z czego mogę jedynie korzystać. Najbardziej na nią podatni okazują się dwudziestoparolatkowie – dla nich posiadanie samochodu nie jest już wyznacznikiem aspiracji.

Jakie miejsce w gospodarce samoograniczania się zajmuje mięso? 

Zjadłem niedawno hamburgera wegetariańskiego zrobionego tak, że gdyby mnie nie uprzedzono, że posiłek jest wyłącznie roślinny, byłbym przekonany, że jem mięso. Co nie znaczy, że jeszcze chwila, a przestaniemy jeść naszych braci mniejszych. Może jednak, biorąc pod uwagę, że produkcja żywności (hodowla, przetwórstwo, transport) odpowiada za ponad 30% rocznej emisji gazów cieplarnianych, czyli wytwarza ich więcej niż energetyka, konieczne będzie ograniczenie masowych hodowli. Dzisiaj wyprodukowanie 1 tony wołowiny pozostawia ślad węglowy na poziomie 16 ton dwutlenku węgla. Natomiast 1 tony pszenicy – zaledwie 300 kg tego związku. Mimo to kurczak bywa tańszy od owoców egzotycznych, a zimą wartość niektórych gatunków mięsa jest porównywalna z ceną pomidorów.

Nie wprowadzimy drogą administracyjnych nakazów kultury roślinożerców, ale najpewniej pojawi się podatek węglowy, obciążający produkcje energochłonne i skutkujące wysoką emisją gazów. Coraz poważniej zaczyna się mówić o wprowadzeniu go przy imporcie do Unii Europejskiej amerykańskich produktów, gdy USA opuszczą w 2020 r. grono sygnatariuszy paryskiego porozumienia klimatycznego. Klimat jest dobrem wspólnym, dlaczego rynek ma traktować tak samo producentów, którzy go szanują, i tych, którzy nie mają tego rodzaju wartości na uwadze?

Niezależnie od tego, czy większość ludzi przekona się do samoograniczania, pewne dobro powoli staje się luksusowe – woda.

Bez której rozmowa o żywności nie ma większego sensu. Trzy dekady temu na świecie były tylko dwa kraje, których mieszkańcy dysponowali mniej niż 500 m3 wody rocznie na osobę. Teraz jest ich ok. 20, a do 2030 r. będzie ponad dwa razy więcej. W Polsce natomiast istnieje system wodny, którego zadaniem jest jak najszybsze odprowadzenie opadów rzekami do morza. Tymczasem, ponieważ deszczu bądź śniegu jest mniej niż w innych latach, są nieregularne, powinno się je zatrzymywać w zbiornikach retencyjnych. Tyle że się ich nie buduje. Za to wycinamy drzewa, zamierzamy regulować rzeki i osuszać bagna. Takie działania były zrozumiałe w powojennej, wygłodzonej Europie, kiedy każdy zagon się liczył, a jednym z powodów powstania Wspólnej Polityki Rolnej była chęć zaradzenia problemom z produkcją żywności. Obecnie 2% unijnych rolników pobiera 80% całości dopłat (de facto otrzymują je za posiadanie ziemi, nie produkcję rolniczą), co jest równie nieefektywne jak funkcjonowanie systemu gospodarki wodnej w Polsce.

Latem 2019 r. nie tylko w Skierniewicach, które opisywano w mediach, reglamentowano wodę. W takiej sytuacji znalazło się 350 polskich gmin, gdzie przez kilka upalnych tygodni nie można było używać wody do innych celów niż konsumpcyjne.

Tymczasem resorty: ochrony środowiska i rolnictwa, rozważają budowę studzien głębinowych, które pozwolą korzystać z najgłębiej położonych cieków wodnych. Jeżeli powstaną, naruszą strategiczne zasoby wodne, które należą się nie nam, ale przyszłym pokoleniom.

Pana zaangażowanie w ochronę środowiska sięga lat 80., kiedy ekolodzy byli częścią opozycji demokratycznej. Co się nie zmieniło przez cztery dekady?

To, że wciąż jestem czyimś agentem: CIA, Mossadu, KGB. Ta ostatnia afiliacja pojawiła się, gdy krytykowałem zasadność wydobywania w Polsce gazu łupkowego. Teraz też jestem wysłannikiem wrogich sił, bo sprzeciwiam się spalaniu węgla i bezmyślnemu podejściu do środowiska.

Przypuszczałam, że powie Pan o niechęci kolejnych rządów do badań naukowych potwierdzających prognozy ekologów.

Tylko raz to, co mówimy, traktowano z powagą – kiedy rozpoczynała się polska transformacja. Jak silne było przekonanie, że troska o środowisko definiuje jakość życia, świadczy fakt, że przy podstoliku ekologicznym, obradującym przy Okrągłym Stole, obie strony szybko doszły do porozumienia. Siedzieli zresztą przy nim bliscy mi ludzie: po stronie rządowej prof. Henryk Zimny, mój szef i promotor doktoratu, po stronie opozycyjnej m.in. prof. Stefan Kozłowski i Andrzej Kassenberg, z którymi działałem w Polskim Klubie Ekologicznym. Grunt przygotowywaliśmy jednak przez wiele lat, np. w 1985 r. Andrzej Kassenberg i Czesława Rolewicz, współpracując z Komisją Planowania przy Radzie Ministrów, opisali 27 obszarów zagrożenia ekologicznego. Obie strony zdawały sobie sprawę, że degradacja środowiska nie tylko zagraża jakości życia 13 mln mieszkających tam ludzi, ale wręcz substancji biologicznej narodu. Efekty porozumienia nie kazały na siebie czekać. O ile w 1988 r. polskie zakłady wyemitowały blisko 550 mln ton gazów cieplarnianych, o tyle dwa lata później było ich 100 mln ton mniej. Częściowo dlatego, że sporo trujących zakładów upadło, bo były nierentowne, za co zapłaciliśmy wysokim bezrobociem. Jednak wielu trucicieli, np. zakłady petrochemiczne w Płocku czy produkcji nawozów sztucznych w Policach, przeszło gruntowną modernizację i istnieje do dziś.

Niepowodzenia też były – nie udał się np. „żabi skok” z gospodarki centralnie sterowanej do opartej na zasadach zrównoważonego rozwoju, więc zaczęliśmy popełniać te same błędy co kraje lepiej rozwinięte. Jeśli jednak z ekologicznych lekcji, odrobionych sumiennie przez Polskę na początku lat 90., coś ma znaczenie dla współczesnych pytań, to na pewno konieczność wyłączenia pewnych obszarów życia społecznego spod wpływów polityki. Bezpieczeństwo naszych dzieci i wnuków to kwestia etyczna i moralna, dlatego uważam, że tak węgiel, jak klimat to jednak domeny fachowców, a nie np. przywódców związkowych, dla których ważniejsze od ochrony środowiska jest posiadanie władzy.

W latach 90. ludzie, słysząc o ekologii, wzruszali ramionami. Jak mieli walczyć o czyste środowisko, nie mając za co żyć? Dzisiaj słyszymy, że klimatem to może się przejmować klasa średnia.

Jeśli na skutek ocieplenia klimatu i zniszczonego środowiska zabraknie wody albo żywności, pierwsze ucierpią na tym społeczności ubogie. To nieuchronna prawidłowość, wsparta statystykami i opracowaniami. Klasa średnia jest w o tyle uprzywilejowanej sytuacji, że ma wiedzę, czas i środki, żeby bić na alarm – przestrzegać i chronić. Biedniejsi zobaczą tylko, że świat wali im się na głowę.

Na Sri Lance 10% mieszkańców pracuje w przemyśle związanym z herbatą. To nie są tylko pracownicy koncernów, także drobni farmerzy. Zaburzenie tej regionalnej równowagi, za sprawą obniżenia produkcji, może mieć katastrofalne skutki. Praprzyczyną upadku Syrii, wyniszczanej wojną, były kilkuletnia susza i nieurodzaje, w których wyniku ruszyła migracja ze wsi do miast. Niezadowolenie społeczne, wykorzystane przez islamskich fundamentalistów, doprowadziło do wybuchu wojny i późniejszego exodusu Syryjczyków do Europy. W Afryce Subsaharyjskiej żyje blisko 200 mln ludzi w podobnej sytuacji – coraz dłuższych okresów suszy, coraz gorszych zbiorów. A jeśli i oni ruszą kiedyś ku lepszemu życiu, co wtedy? Wybudujemy mur na granicy Unii Europejskiej? Czy poczucie bezpieczeństwa pozwoli zachować wartości, choćby solidarności, w imię których się zjednoczyliśmy? Uchodźcy klimatyczni staną się sprawdzianem dla nas wszystkich.

Zapytam, jak kiedyś zapytano Johna Cage’a: rzeczy zmierzają ku dobremu czy gorszemu?

Wierzę w rozum i w człowieka. Już tak bywało, że społeczeństwa dochodziły do krawędzi, zza której nie mogło być powrotu, ale w ostatniej chwili potrafiły się zreflektować. Mam nadzieję, że i tym razem znajdziemy drogę wyjścia. Mamy przed sobą jeszcze jakieś 12 lat.

_

Zbigniew Michał Karaczun – Dr hab. inż., sozolog i ekolog, wykładowca w Katedrze Ochrony Środowiska i Dendrologii Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie. Autor blisko 200 publikacji naukowych, dotyczących m.in. zarządzania środowiskowego, polityki zrównoważonego rozwoju, oddziaływania przemysłu na środowisko, agrosystemów. W latach 1978–1989 działacz opozycji demokratycznej w ramach Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela. Od 1985 r. członek Polskiego Klubu Ekologicznego. Ekspert Koalicji Klimatycznej, stały współpracownik Instytutu na rzecz Ekorozwoju.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter