70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Z szuflady na barykady

Nie zamierzam twierdzić, że dziewczyny są z reguły bardziej nieśmiałe od facetów, ale jednak zbieżność ekspansji komiksu kobiecego z rozwojem komunikacyjnego potencjału mediów społecznościowych wydaje się nieprzypadkowa.

Polski komiks. Skojarzenia? Dla starszych Kapitan Żbik, Hans Kloss, Kajko i Kokosz Janusza Christy, Tytus de Zoo na drodze do uczłowieczenia nadzorowanej przez Papcia Chmiela, Funky Koval stworzony przez Bogusława Polcha, mroczny, szlachetny Thorgal Aegirsson, rysowany przez Grzegorza Rosińskiego, a wymyślony przez Jeane’a Van Hamme’a. Młodsi wymienią Jeża Jerzego duetu Skarżyński–Leśniak, magazyn „Produkt” i kultowe Osiedle Swoboda Michała Śledzińskiego, senne Mikropolis Dennisa Wojdy i Krzysztofa Gawronkiewicza. Czego w tym zestawieniu brakuje? Nie, nie pytałam o pomi­nięte tytuły. Na liście autorów kultowych komiksów próżno szukać kobiet. Wprawdzie Szarlota Pawel tworzy Kleksa, ale to bohater zaprojektowany dla dzieci, słabo dziś pamiętany. Grażyna Kasprzak koloruje Thorgala, Szninkla i Yansa, ale nikt nie wymieni jej jednym tchem z panami, którzy te postaci narysowali. Nie mamy klasyczek ani w mainstreamie, ani w kontrkulturowych zinach. Ale być może za kilka lat czytelnicy i czytelniczki będą mogli spojrzeć na lata 2010–2020 i powoływać się na ulubione autorki. Dlaczego tak późno?

Rysuneczki komiksowe

W 2003 r . Agata „Endo” Nowicka wzywa na blogu: „dziewczyny, wyjmijcie swoje prace z szuflad, pamiętników i notesów, te wykonane na serwetkach barowych i wyplute z drukarek i przynieście je ze sobą. Endo mówi Wam: to nieprawda, że nikt nie chce oglądać dziewczyńskich komiksów!”. Zaproszenie na warsztaty brzmi jak wezwanie do walki – zarówno z własnymi kompleksami, jak i z silnie zmaskulinizowanym środowiskiem. Apel publikuje „Gazeta Stołeczna”, widoczność akcji budzi niechęć komentatorów, którzy na blogu artystki zostawiają takie wpisy jak użytkownik podpisujący się nickiem „na wyrost”: „To ty narysowalas jakis komiks, endo? nie widzialem nic w ksiegarniach… tylko te pojedyncze rysuneczki. lekka przesada” (zachowuję pisownię oryginału). Komentarzy jestponad 130, a wymiana zdań – ożywiona. Widać tu pierwsze linie okopów wojny o komiks kobiecy: prawdziwy komiks to ten, który leży w księgarni, pobłogosławiony fanowskim męskim okiem, lubiącym wikingów, ich skąpo odziane part­nerki i inne, oswojone przez lata konsumpcji formy „koloro­wych zeszytów”. Ale pojawiają się blogi i nagle każdy może opublikować obrazek stworzony w programie graficznym (a później, wraz z postępem i popularyzacją technik cyfro­wych, zeskanowany czy sfotografowany rysunek analogowy) i, co gorsza, nazwać go komiksem. Co mogą zaoferować praw­dziwemu miłośnikowi gatunku Endo i zmobilizowane przez nią rozmaite dziewczyny? „Rysuneczki”. O pryszczach, o ciu­chach, o kłótni z chłopakiem, o złotych baletkach założonych na poważną imprezę. Zgroza. Nie ma zgody na nazywanie „tego” komiksem.

W marcu 2008 r. Marta Bystroń, tworząca pod pseudo­nimem „Marta Nieznayu” rysowniczka i scenarzystka, animatorka sceny zinowej, niesie na warszawskiej Manifie trans­parent „Dziewczyny też rysują komiksy!”. To hasło stanie się potem tytułem wielu publikacji prasowych, warsztatów i dys­kusji poświęconych zjawisku rysujących kobiet i ich miejscu w środowisku, nazywanym niekiedy „komiksowem”. Czym jest komiksowo? Najprościej przyjąć, że składają się na nie aktywni twórcy, organizatorzy imprez komiksowych, kolek­cjonerzy i komentatorzy internetowych forów. Rodzaj męski tych rzeczowników nie jest zwyczajowym ukłonem w stronę gramatycznej tradycji, faworyzującej rodzaj męski. Więk­szość środowiska to faceci. Dziewczyny też rysują komiksy, ale robią to dyskretnie: na wspomnianych przez Endo ser­wetkach, w pamiętnikach, notesach. Festiwale pozostają męską specjalnością: można upolować nowości na giełdzie, wypić piwo z kolegami, wymienić się plotkami (w epoce przed Facebookiem była to niebagatelna przyjemność). Odważne osoby mają szansę podejść do wydawców i pokazać swoje szkicowniki czy teczki z pracami. Do tego trzeba mieć jednak dużo samozaparcia, a jeszcze lepiej: kogoś znajomego w śro­dowisku, kto poklepie po plecach i powie: „Dobra robota, chłopaku, powiem o tobie komu trzeba”. Czy dziewczyny stoją w tych poklepujących się kręgach? No właśnie.

Pomiędzy apelem Endo a transparentem Marty Nie­znayu mija pięć lat, ale po 2008 r. sprawa „komiksu kobie­cego” nabiera tempa.

Dzieje się tak dzięki Internetowi i dyna­micznie rozwijającym się blogom i serwisom tematycznym typu digart i deviantart, które skupiają twórców i – wreszcie! – twórczynie. Wprawdzie do stereotypu o wrażliwych, samot­niczych artystach należy podchodzić ostrożnie, ale nie oszu­kujmy się: łatwiej założyć konto w serwisie internetowym i tam na bieżąco rozwijać znajomości oraz sieć kontaktów, niż przedstawiać się obcym na festiwalach. Nie zamierzam też twierdzić, że dziewczyny są z reguły bardziej nieśmiałe od facetów, ale jednak zbieżność ekspansji komiksu kobiecego z rozwojem komunikacyjnego potencjału mediów społecz­nościowych wydaje się nieprzypadkowa.

 

Projekt: debiut

Tomasz „Asu” pastuszka, redaktor naczelny wyra­stającego z zinów „Jeju”, wydaje w 2008 r. numer Kobieta w komiksie, podzielony równo między kobiety i mężczyzn. Debiutują w nim, przynajmniej dla szerszej publiczności, Ewa Juszczuk, Edyta Bystroń (siostra Marty, publikująca wtedy pod pseudonimem Mei Wong) czy pisząca te słowa. Anto­logia nie wzbudza kontrowersji, chociaż autorki nie stronią od mocnych tematów: Ewa Juszczuk rysuje przejmujący komiks o przemocy w związku, Mei Wong o dorastaniu do własnej homoseksualności. Inaczej ma się sprawa z Bostoń­skimi małżeństwami pod redakcją Sylwii Kaźmierczak, zało­życielki serwisu Comix Grrrlz i jednej z najbardziej aktyw­nych działaczek komiksowego środowiska kobiecego. Do rysowania komiksów lesbijskich redaktorka zaprasza kobiety, nie wykluczając z udziału mężczyzn – ale też szczególnie ich nie zachęcając do zgłaszania prac. W „Jeju” o kobietach mówiły kobiety, ale mężczyźni dostali swoje pół numeru. W Bostońskich małżeństwach nikt nie zabiega o ich głos. To wystarczy, by zantagonizować środowisko, szermujące znaną i lubianą frazą o obnoszeniu się z seksualnością. W końcu polski komiks to „porządni faceci hetero”, czytający historie o „porządnych facetach hetero”. I niech tak zostanie, nie trzeba w nim lesbijek, szczególnie jeżeli to nie mężczyźni mają je rysować. Nawet samo określenie „komiks kobiecy” budzi sprzeciw. Daniel Gizicki, autor komiksów i komentator środowiska, uważa, że to wygodna kategoria, pozwalająca wciskać czytelnikom komiksy „po prostu słabe”. „Komiksy czytają głównie faceci, których nie obchodzi damska per­spektywa i problemy z menstruacją” – dowodzi.

Gizicki i obrońcy jedynego słusznego komiksu, gdzie kobieta może najwyżej pokazać ładnie podkreślony kostiumem superbohaterki biust (ale już niekoniecznie charakter), nie widzą istotnej zmiany, która znacząco prze­modelowała linie sił. A wyznaczył ją Internet. Już nie trzeba jeździć na festiwale, żeby ocierać się o legendy i wydawców. Legendę można zaczepić na Facebooku, do wydawcy wysłać maila z propozycją. Na zmianę szybko reaguje Międzynaro­dowy Festiwal Komiksu w Łodzi, którego prestiżowy konkurs na krótką formę komiksową jest okazją do pokazania się szerszej publiczności. W 2009 r. zniesiony zostaje podział na kategorię „profesjonaliści” i „amatorzy” (do pierwszej grupy należą twórcy, którzy wydali komiks opatrzony numerem ISBN). Piotr Kasiński, jeden z organizatorów festiwalu, mówi, że na modyfikację regulaminu znaczący wpływ miała właśnie sieć – twórcy popularnych blogów komiksowych nieko­niecznie muszą mieć na koncie papierowe publikacje, ale trudno tylko na tej podstawie nazywać ich amatorami.

W przytulnym Internecie komiks kobiecy rozwija się znakomicie, co ma przełożenie na papierowe wydania, będące często marzeniem autorów płci obojga i – nadal – przepustką do świata komiksowej elity.

W 2012 r. wydawnictwo Kultura Gniewu publikuje Rozmówki polsko-angielskie Agaty Wawry­niuk, historię emigracyjnych doświadczeń narysowaną lekką cartoonową kreską. Album otrzymuje znakomite recenzje, doczekuje się drugiego wydania. Mocną reprezentację autorek posiada poznańskie wydawnictwo Centrala, które wydaje opowieść o trudach ciąży, a więc Ciemną stronę księżyca Olgi Wróbel (czyli piszącej te słowa), uzupełniającą Projekt: człowiek Agaty „Endo” Nowickiej o szczodrą garść fizjologicz­nych detali. Ukazują się dwa albumy bezkompromisowej i niezwykle popularnej w sieci Marty Zabłockiej: Znamy się tylko z widzenia i Sierstka. Joanna Karpowicz wydaje autorskie Pocztówki z Białegostoku. Debiutują też mniej znane autorki: Gosia Kulik, Katarzyna Kaczor, związana ze światem sztuki Agnieszka Piksa. Beata Sosnowska tworzy awangardowy, niezależny Dream Team, skupiający rysujące dziewczyny (Natalia Kulka, Aga Gójska, Marta Zabłocka, Ann Fau). Uka­zują się dwie antologie poświęcone komiksowi kobiecemu: dwujęzyczny Double Portrait (Centrala, 2012) skupiający się na kwestiach kobiecych autobiografii w komiksie i mono­grafia Polski komiks kobiecy pod redakcją Kingi Kuczyńskiej (Timof i Cisi Wspólnicy, 2012). Scenarzystka Monika Powalisz zbiera rysowniczki pod egidą projektu Złote pszczoły. Żydzi przedwojennej Warszawy, a pytania o „kobiecość” projektu ucina krótko na spotkaniu autorskim: „Gdybym była męż­czyzną i zaprosiła do projektu samych rysowników, nikomu nie przyszłoby do głowy o to pytać”. Rysującymi dziewczy­nami interesują się prasa i telewizje śniadaniowe. Lata 2010– 2013 wydają się Złotą Erą Polskiego Komiksu Kobiecego. Czy rysujące dziewczyny dobrze wykorzystały swoje pięć minut?

Achillesową piętą komiksu kobiecego jest to, co dręczy całe środowisko skupione wokół opowieści obrazkowych. Polacy nie czytają książek. Komiksów tym bardziej. Część potencjalnych klientów nie zauważa, że komiks to różnorodne medium z całą gamą opowieści, nie tylko Batman prze­chodzący w Tytusa. Dla innych komiksy są za drogie – trudno wydać 60 lub 100 zł ot tak, na próbę, żeby zobaczyć, czy się te słynne powieści graficzne lubi. Małe zainteresowanie warunkuje niewielkie nakłady (300–1000 egzemplarzy), co owocuje symbolicznymi honorariami, zarówno dla autorów, jak i autorek. W tym aspekcie o dyskryminacji nie może być mowy. Rysowanie komiksów raczej nie jest sposobem na życie, dlatego autorki i autorzy idą dwiema drogami: trak­tują komiks jako hobby, z którego wyrasta się w okolicach trzydziestki, albo działalność poboczną, wykonywaną po godzinach, po pracy w branży kreatywnej czy w „zwykłych” zawodach. Utrzymywanie się z tworzenia komiksów jest nie­realne. I być może dlatego wydanie upragnionego albumu na papierze przestaje być tak bardzo atrakcyjne. Jaki jest zasięg komiksu o nakładzie 300 egzemplarzy? A jak szybo potrafi rozejść się po sieci udany komiks czy cartoon, komentujący rzeczywistość?

 

Liczby i znaczenia

Kolejna fala rysujących dziewczyn nie potrzebuje festiwali, akceptacji środowiska, a nawet wydawców. Blogi i fanpejdże są dostępne dla wszystkich, a odbiorcy szybko weryfikują szanse na sukces. Agnieszka Szczepaniak – Papla­Lala ma na Facebooku 11 tys. obserwujących. Tworzy raczej gorzkie paski o związkach i życiu singielki w wielkim mieście. Życie na kreskę Marty Zabłockiej skupia wokół siebie ponad 25 tys. bardzo aktywnych fanów. Jej prace widać często w akcjach wspierających prawa kobiet, mniejszości seksu­alne, rysowniczka angażuje się w obronę zwierząt. Znana z mocno feministycznych komiksowych memów Marta Frej ma ponad 130 tys. obserwatorów, blisko niej plasują się Pory­sunki Magdaleny Danaj – 150 tys. fanów. Kolejna zdeklaro­wana feministka, Katarzyna Babis, znana jako Kiciputek 40 tys. fanów na polskim fanpejdżu, 65 tys. na angielskim. Inne medium wybrała Katarzyna Winterscheim, która na Insta­gramie prowadzi rysunkowy profil wymyślonej nastolatki – życie Regi śledzi 3600 osób. Z całego tego grona tylko Marta Zabłocka opublikowała papierowy album, ale od premiery Sierstki upłynęło już sporo czasu, a rysowniczka nie wydaje się szczególnie tęsknić za tą formą publikacji. Po blisko 15 latach apelu Endo nie można już powiedzieć, że komiksów rysowanych przez dziewczyny nikt nie chce oglądać. Liczby mówią same za siebie.

Uniezależnienie się od opinii „środowiska” daje większą wolność w doborze tematów. Żadna z autorek wymienio­nych powyżej nie boi się „brzydkiego słowa na f ” (najbardziej zachowawcza jest Katarzyna Win­terscheim, która zawsze sceptycznie odnosiła się do istnienia „komiksu kobiecego”). Marta Zabłocka otwarcie pokazuje związek ze swoją dziewczyną czy wizyty u psychoterapeutki, Kata­rzyna Babis rysuje komiksy o dyskry­minacji, przemocy, stereotypach płcio­wych, memy Marty Frej znają chyba wszyscy, którzy otarli się o pojęcie „feminizm”. W marcu tego roku zakończyła się crowdfundingowa zbiórka pie­niędzy na wydanie albumu Istota, skła­dającego się z siedmiu nowel o kobiecych pragnieniach, rysowanych przez siedem autorek (Agata Nowicka, Agata Bogacka, Ada Buchholc, Ewa Juszczuk, Dagmara Matuszczak, Joanna Krótka i jeszcze jedna rysowniczka, która wybrana zostanie w castingu). Przedsięwzięciu przewodzą Agata Nowicka i scenarzystka Aleksandra Hirszfeld, która w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” powiedziała: „Seks jest ważny. Kropka. I tak samo ważna jest tożsamość seksualna. To bardzo nie­pokojące, że nie ma przestrzeni w społecznym obiegu na nie­sformalizowane budowanie tej właśnie tożsamości, wręcz mamy sugestie, by wstydzić się tej części nas. Jednocześnie w przestrzeni publicznej panuje przesyt pornograficznością, która ma bardzo niewiele wspólnego z kobiecą perspektywą. Innymi słowy: jest przesyt seksem i seksualnością w domi­nującej stereotypowej męskiej narracji i nie ma seksu i wizji seksualności w kobiecym wydaniu i kobiecym spojrzeniu”. Zbiórka zakończyła się sukcesem, zebrane fundusze pomogą nie tylko wydać książkę, ale także zapewnią wyna­grodzenie rysowniczkom. Jesteśmy daleko od roku 2008 i żarcików o „komiksie menstruacyjnym”, rzucanych na forum Gildii Komiksu. Na spotkaniu o komiksie femini­stycznym zorganizowanym przez środowiska związane z poznańską Manifą w lutym 2017 r. Katarzyna Dworaczyk, autorka wzruszająco dziewczyńskiej Ilustrowanej książki pamiętania siebie, powiedziała z rozbrajającą szczerością, że nigdy na festiwalu w Łodzi nie była, nie wybiera się i nie zna nazwisk tamtejszej socjety. Książkę wydała własnym sumptem, sama zajmuje się jej dystrybucją i jest z tego modelu całkowicie zadowolona. Komiks kobiecy na tym etapie broni się sam, nie potrzebuje legitymizacji.

Kamieniem milowym dla polskiego komiksu kobiecego jest też z pewnością wydany na początku 2017 r. w Wydawnictwie Komiksowym memuar Wandy Hagedorn Totalnie nie nostalgia, narysowany przez Jacka Frąsia. Scenarzystka 250-stronicowego komiksu bezpardonowo rozprawia się ze swoim dzieciństwem w PRL-u, które nazywa opresyjno­-depresyjnym. Dostaje się państwu, Kościołowi, ale przede wszystkim dysfunkcyjnym mężczyznom, którym system pozwala molestować, bić i poniżać, a jednocześnie cały czas uchodzić za wzorowe głowy znękanych rodzin. Album Hage­dorn i Frąsia wzbudza entuzjazm recenzentów i czytelników płci obojga, sięgają po niego osoby, które na co dzień nie interesują się komiksami (trudno chyba o większy dowód uznania dla kunsztu twórców), po kilku tygodniach od pre­miery konieczny jest dodruk. Ale recenzent Alei Komiksu Tomasz Kleszcz kręci nosem. „Gdyby była to prawda, ozna­czałaby, że większość ludzi w polskim społeczeństwie, żyjąca w na pewno trudnych czasach powojennej komuny, to spo­łeczna patologia. Tutaj pojawia się słaba strona komiksu, chociaż wynikająca po części z obranej przez autorkę drogi twórczej. Cały przedstawiony świat widzimy tylko z jej per­spektywy, nikt więcej nie ma w tym komiksie nic do powie­dzenia. Wszyscy mężczyźni przedstawieni są jako zboczeńcy, dla których jedynym celem w życiu jest zaspokojenie swoich niemoralnych fiksacji”. Ale jego głos jest odosobniony. Więk­szość czytelników wie już, jak ugryźć osobistą historię opo­wiadaną z kobiecej perspektywy, w której prywatne staje się polityczne. Mamy rok 2017, społeczeństwo wprawdzie nie czyta, ale część z tych, którzy ten trud podejmują, potrafi czytać ze zrozumieniem.

*

To jest na pewno dobra wiadomość dla komiksu kobie­cego, który przeszedł długą drogę: od niszy w niszy, poprzez publikacje rysowane przez uparte dziewczyny wierzące, że mają coś do powiedzenia, po album „polskiej Alison Bechdel”, Wandy Hagedorn, wychodzący poza niewielki krąg koneserów powieści graficznych. Rysujące kobiety nie są już ciekawostką, projektem do uważnego obserwowania – to pełnoprawna część komiksowego pejzażu, chociaż niekoniecznie środowiska. Kiedy w 2008 r. w audycji radiowej Agnieszki Szydłowskiej promowałam damsko-męski numer „Jeju”, aktywne komik­siarki mogłam policzyć na palcach, upewniając się podczas wywiadu, że o żadnej nie zapomniałam. Dziś nawet tak długi tekst nie jest w stanie pomieścić wszystkich ich nazwisk: wyda­jącej zagranicą Zosi Dzierżawskiej, zdobywczyni Stypendium Gildii Komiksu Anny Krztoń, uczącej komiksu na warsztatach malarki Bereniki Kołomyckiej, scenarzystki Marzi, Powstania oraz Dzieci i ryb Marzeny Sowy, punkowej Asi Bordowej, twór­czyni legendarnego zwrotu „Doskonały strzał, milordzie” Unki Odyi, Renaty Gąsiorowskiej związanej z awangardową grupą „Maszin”, gniewnie komentującej polski patriarchat Katarzyny Imany… Dobra robota, dziewczyny! Udało nam się wywalczyć dużo, chodźmy po więcej!


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter