70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wyspa sprawiedliwych

Sprawiedliwy ład urzeczywistnia się nie tylko dzięki działaniom odgórnym – sprawne rządy prawa są warunkiem koniecznym, lecz niewystarczającym. Dobro wspólne jest tym, co powstaje w wyniku pracy i przy zaangażowaniu wielu ludzi.

Obchodzony w 2014 r. jubileusz ćwierćwiecza wyborów z 4 czerwca i powołania rządu Tadeusza Mazowieckiego Polacy zgodnie uznali za symboliczny koniec epoki transformacji. W miejsce opowieści o niewątpliwych modernizacyjnych sukcesach Polski na pierwszy plan wysunięto refleksję nad ceną cywilizacyjnego awansu oraz społecznego rozkładu kosztów i korzyści płynących ze zmian. Przypomniano wątpliwości formułowane na samym początku polskiej drogi reform, przez co dyskusja o źródłach społecznych nierówności stała się zaczynem dla fundamentalnego rozrachunku, czy po 25 latach demokracji Polska jest krajem sprawiedliwym.

Transformacyjne procesy nie przyczyniły się do zmniejszenia społecznych nierówności w oczekiwanym stopniu, a pod wieloma względami – za sprawą silnego rozwoju usług prywatnych (związanych z opieką nad dziećmi, edukacją i służbą zdrowia) przy jednoczesnym braku dostatecznie mocnych instytucji publicznych – pogłębiły istniejące już podziały i umożliwiły powstanie nowych obszarów wykluczenia.

O potrzebie większej aktywności państwa w obszarach związanych z polityką społeczną i szukania równowagi między wolnym rynkiem a elementami gospodarki zorientowanej na realizację ważnych celów społecznych mówią dziś zarówno eksperci, działacze społeczni, ludzie Kościoła, jak i politycy różnych partii.

Pytanie o sprawiedliwe społeczeństwo przybrało na sile także i pod wpływem zmian zachodzących w Unii Europejskiej, konfliktów na Bliskim Wschodzie, w Afryce, we wschodniej Ukrainie i trudnych relacji z Rosją. O ile 25 lat temu nasza troska mogła się koncentrować przede wszystkim na własnych sprawach, o tyle dziś nie jest już możliwe budowanie zielonej wyspy sprawiedliwości w oderwaniu od pytań o los pozostałych sąsiadów. Musimy o tym pamiętać, gdy oskarżamy siebie nawzajem o brak solidarności z ubogimi. Solidarność jako cnota etyczna wyraża się nie tylko w trosce o swoich, ale także o tych pozornie obcych.

Granice polityki

Zastanówmy się zatem, jakie czynniki wspierają budowę sprawiedliwego ładu społecznego. Jakie miejsce powinny zajmować działania polityczne, a ile zależy od zaangażowania samych obywateli? I wreszcie: czy poprawa sytuacji powinna się zaczynać od szukania winnych? Istnieje niebezpieczeństwo, że pytanie o sprawiedliwy ład zmieni formę i oto w centrum myślenia politycznego stanie kwestia: czy Polska jest krajem sprawiedliwych? I czy źródłem społecznych nierówności są niesprawiedliwi, którzy w miejsce troski o najbardziej potrzebujących dbają o interesy własnej grupy?

„Istnieją dwie Polski – Polska beneficjentów transformacji i Polska jej ofiar. To właśnie nazywam dobrobytem wyspowym” – pisze Dariusz Karłowicz w felietonie Dobrobyt wyspowy i dodaje: „Ciekawe, że mieszkańcy wysp – a więc ci, którym wiedzie się choćby względnie dobrze – nie bardzo wierzą w istnienie innego świata. Nie! Oczywiście wiedzą, że nie wszyscy zmieścili [się] na lądzie i że podobno czasem ktoś tonie. Tak, to wiedzą. Tym, w co nie wierzą, jest bieda niezawiniona. (…) Szczególna podłość transformacyjnej operacji polegała na tym, że uczono pogardy dla tych, którym odbierano szanse. Pedagogika wstydu za solidarność przyniosła owoce. Wielu, zbyt wielu uwierzyło, że serduszko od Owsiaka i 1% załatwia problem”. Pomijając fakt, że zarzut pogardy wobec osób, które nie z własnej woli nie mogły poprawić losu, jaki Dariusz Karłowicz stawia ludziom z nowej klasy średniej, sam w sobie jest niesprawiedliwy i wyraża pogardliwą postawę intelektualisty wobec opisywanej grupy. Liczba organizacji i wspólnot, które służą dobru innych, jest naprawdę imponująca. Dzieła te realizowane są w wielu przypadkach dzięki oddolnemu zaangażowaniu konkretnych ludzi i przy finansowym wsparciu obywateli. W pełni natomiast podzielam oburzenie z powodu tego, że w 2014 r. w skrajnym ubóstwie, które nie pozwala na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych, żyło 2,8 mln Polaków, ubóstwo relatywne (odnoszone do tych gospodarstw domowych, które żyją na znacznie niższej stopie niż średnia krajowa) dotyczyło 6,2 mln ludzi. 4,6 mln osób objętych było pomocą społeczną (próg wynosi 514 zł dochodu na osobę w rodzinie) i liczba ta uległa zmniejszeniu jedynie za sprawą zmiany progów uprawniających do świadczeń! Co jednak szczególnie niepokoi, jeśli spojrzeć na geograficzną i społeczną mapę nierówności społecznych, to fakt, że ubóstwem relatywnym zagrożonych jest aż 37% rodzin wielodzietnych (czyli takich, w których jest minimum troje dzieci) i blisko 30% osób (najczęściej matek) samotnie wychowujących dzieci. A przecież, tu zgadzam się z Dariuszem Karłowiczem, nie można pomijać faktu, że część obywateli, która zdecydowała się na emigrację zarobkową, uciekała z Polski przed brakiem pracy i marnymi perspektywami na przyszłość. O dewastujących społecznych skutkach emigracji zarobkowej wielu polskich matek pisał niedawno na łamach „Znaku” Krzysztof Wołodźko w recenzji ważnej książki Sylwii Urbańskiej Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989–2010.

Nie jest jednak słuszne wciąż żywe w Polsce przekonanie, że konieczny warunek budowy sprawiedliwego państwa stanowi odsunięcie od spraw związanych ze wspólnym dobrem niesprawiedliwych. Troska o lepszy ład zamieniać się wówczas musi na walkę z układami i siłami zła. Łatwo przy tym o pomieszanie porządków. Domeną polityki, zwłaszcza w sprawach dotyczących społeczeństwa, jest przyszłość. Odpowiedzialność polityków, szczególnie chrześcijańska odpowiedzialność, o której tak często przy różnych okazjach słyszymy, wyraża się w dobrym prawodawstwie i egzekutywie, przyczyniających się do zmniejszenia szkodliwych nierówności. Osądzanie zaś tych, którzy dopuścili się niesprawiedliwości, pozostawić należy sądom (w sytuacjach gdy doszło do złamania prawa) lub Bogu, historii i ludzkim sumieniom (gdy mówimy o postawach etycznych). W zapalczywości szukania niesprawiedliwych łatwo zapomnieć o cennej wskazówce płynącej z nauczania społecznego Kościoła: „Żadne prawodawstwo nie jest w stanie samo przez się usunąć niepokojów, uprzedzeń oraz postaw egoizmu i pychy, stojących na przeszkodzie ustanowieniu prawdziwie braterskich społeczności. Postawy te przezwycięża jedynie miłość, która w każdym człowieku dostrzega »bliźniego«, brata” (KKK, 1931). Wskazania te nie są wyrazem niewiary w skuteczność politycznych narzędzi walki z nierównościami, mają natomiast pokazać, w którym miejscu polityka musi oddać pole dla oddolnego zaangażowania obywatelskiego.

Z pewnością aktywność polityczna powinna się koncentrować na wyrównywaniu szans tych grup społecznych, które czy to z racji miejsca urodzenia, czy trudnej sytuacji rodzinnej, czy choroby nie mają podobnych co inni możliwości rozwoju. Prostą, lecz wnikliwą definicję sprawiedliwości społecznej sformułował Paweł VI, który zwracał uwagę, że sprawiedliwy porządek to taki, w jakim środki polityczne i oddolne działania tworzą warunki do rozwoju każdego człowieka w każdym jego wymiarze. To jednak oznacza, że nie ma sprawiedliwości bez wolności, przede wszystkim wolności wyboru własnej drogi życia. Dlatego nie można zapominać, że rozwój człowieka zależy nie tylko od zaspokojenia podstawowych życiowych potrzeb, ale i od możliwości zbudowania szerszego kapitału wiedzy i zasobów kulturowych.

To jednak rodzi kolejne niebezpieczeństwo wynikające z przekonania, że budowa sprawiedliwego ładu możliwa jest jedynie na gruncie wspólnego doświadczenia etycznego i historycznego, a nie na drodze dialogu. „Bez wspólnego doświadczenia etycznego, bez zgody co do elementarnych wartości debata równych i wolnych jednostek nigdy nie będzie przyjacielską rozmową, zaś wypowiadane w niej słowa okażą się po prostu orężem w bezwzględnej walce o panowanie. (…) w świecie polityki otaczają nas nie tylko przyjaciele, ale również i ci, którzy patrzą na nas jak na wrogów” (Zbigniew Stawrowski). Wspólna wizja nie jest czymś, z czym ludzie przychodzą na świat, co dziedziczą po swych przodkach, lecz zazwyczaj bywa owocem wspólnych wysiłków. Tym, co ludzi może połączyć, jest współpraca przy osiąganiu dobrych celów.

Akceptacja dla pluralizmu kulturowego nie musi skutkować przekonaniem o braku możliwości budowania wspólnoty czy jednej wizji przyszłości. Tradycja i przeszłość, jak pisał Jacek Woźniakowski, „to nie jedynie kopalne złoża cudzych dokonań, lecz świadomy aktywny nasz stosunek do tych złóż”. Tym bardziej potrzebna jest przestrzeń publiczna do tego, aby konkretne kierunki politycznych działań mogły wykuwać się w wyniku debaty, a nie były narzucane odgórnie przez aktualnie rządzącą „większość”, podpierającą się argumentem „decyzji suwerena, którym jest naród”. Co więcej, zbyt żywa jest dziś również i historyczna świadomość zagrożeń wynikających z promowania jednolitej wizji organizacji społecznej i kulturowej, nieuznającej prymatu wolności i indywidualnego sumienia. „Nacjonalizm prowadzi do wojny!” – powiedział François Mitterrand w mowie pożegnalnej w Parlamencie Europejskim. O zagrożeniach wynikających z „chorego nacjonalizmu” mówił ostatnio także i abp Stanisław Gądecki, potępiając przy tym ataki na cudzoziemców oraz spalenie kukły Żyda; a zatem akty, do których doszło ostatnio w Polsce pod wpływem antyuchodźczych nastrojów podsycanych nie tylko przez radykalne środowiska narodowców, ale także i intelektualistów, publicystów i polityków głównego nurtu.

„Do władzy zaś publicznej – czytamy w soborowej konstytucji Gaudium et spes – nie należy określanie właściwego charakteru form kultury ludzkiej, lecz dbanie o warunki i środki potrzebne dla podnoszenia kultury wśród wszystkich, w tym także wśród mniejszości narodowych. Trzeba więc przede wszystkim nalegać, by nie naginano kultury do służenia władzom politycznym czy ekonomicznym, odwracając ją od właściwego jej celu”.

Sprawiedliwy porządek społeczny nie jest jedynie owocem dobrych praw przyczyniających się do faktycznego wyrównywania szans obywateli. Rodzi się on także dzięki wspólnemu zaangażowaniu i pracy na rzecz jakiegoś dobra.

Sprawiedliwy ład urzeczywistnia się zatem nie tylko dzięki działaniom odgórnym – sprawne rządy prawa są tu warunkiem koniecznym, lecz niewystarczającym. Dobro wspólne jest tym, co powstaje w wyniku pracy i przy zaangażowaniu wielu ludzi.

Przebudzenie obywatelskie

Po kilku latach, kiedy zdawało się, że na dobre wkroczyliśmy w epokę postpolityki, w której rola władz ograniczać się będzie do sprawnego zarządzania państwem w celu osiągania wzrostu gospodarczego, mamy do czynienia z kolejnym momentem politycznym: na scenie pojawiły się nowe partie i ruchy obywatelskie. Przestrzeń publiczna zaczęła odzyskiwać swoje znaczenie, stając się areną ideowych sporów o liberalizm i etatyzm, równość, sprawiedliwość, rządy prawa, rolę narodu i tradycji. Wielu obserwatorów życia publicznego dostrzega dobre strony obecnych debat ideowych, światopoglądowych i ustrojowych: coraz wyraźniejsze przebudzenie polityczne i obywatelskie pozwala żywić nadzieję, że sprawa nie rozegra się jedynie na poziomie elit, lecz, angażując szersze grupy społeczne, stanie się lekcją obywatelskiego dojrzewania. Ożywienie to pokazuje, że obserwowany dziś powrót do znanego z lat 90. zarządzania poprzez konflikt nie jest jedyną możliwą alternatywą dla postpolityki. Wysiłek polityków powinien skupiać się na kreowaniu przestrzeni dla wypracowania wspólnej wizji przyszłości, mierzonej konkretnymi zadaniami, projektami, które wymagają odgórnego wsparcia. Tam zaś gdzie to możliwe, osiąganie owych celów pozostawić należy samorządom i obywatelom.

Kolejne Diagnozy Społeczne i badania CBOS pokazują, że ci z nas, którzy odczuwają zadowolenie z poziomu życia i mają poczucie spełnionych aspiracji, jednocześnie uważają, że dobrostan ich rodziny jest wyłącznie wynikiem własnych zasług i ciężkiej pracy. Nie mamy poczucia, że zawdzięczamy coś sprawnemu państwu, innym ludziom, wsparciu ze strony lokalnej społeczności, a często nawet i wspólnoty religijnej.

Z jednej strony mamy potężny głos papieża Franciszka, który w kolejnych dokumentach, a w szczególności w ostatniej encyklice Laudato si’ podkreśla, że dążenie do większej sprawiedliwości szczególnie w dostępie do dóbr i zasobów, bez których nie jest możliwy rozwój człowieka, musi przybrać dziś formę globalnego zaangażowania. Nie możemy żądać dla siebie sprawiedliwego ładu, nie biorąc pod uwagę, w jaki sposób nasz dobrostan wpływa na kondycję innych ludzi, zwłaszcza mieszkańców krajów rozwijających się.

Również i w polskim Kościele dostrzegamy jednak pewne oznaki dojrzewania świadomości roli narzędzi politycznych i ewangelizacyjnych w realizacji misji Kościoła. A przecież sprawiedliwość jest jedną z czterech chrześcijańskich cnót kardynalnych. Dwukrotnie pojawia się w Ośmiu Błogosławieństwach.

Tylko jeden sposób uprawiania polityki wzmacnia autorytet Kościoła, mianowicie zaangażowanie na rzecz pokoju i dialogu, działania w obronie wolności i sprawiedliwości dla wszystkich, a nie przywilejów dla wybranych, troska o respektowanie praw człowieka, a nie jedynie praw wierzących.

Głos polskich biskupów w kwestii przyjęcia uchodźców jest z pewnością ważnym świadectwem. Doświadczenia ostatniego ćwierćwiecza pozwoliły nabyć pewności, że oczekiwanie, aby biskupi pełniący w Kościele funkcje kierownicze trzymali się od polityki z daleka, jest nierealistyczne i nierozsądne. Biskupi powinni interesować się polityką, umieć myśleć w kategoriach politycznych i rozumieć politykę. W przeciwnym razie zostaną w politykę wplątani nieświadomie, a przez to narażą Kościół na nieobliczalne szkody. „Trzeba uprawiać rozumną politykę po to, by Kościół w istocie wywikłać z polityki” – przestrzegał w 1967 r. Jacek Woźniakowski. Kościół ma w swych rękach narzędzia wspierające człowieka w formowaniu jego sumienia. Ważne, aby nie zostały one użyte do osiągania innych niż ewangeliczne celów. W Katechizmie Kościoła Katolickiego w rozdziale dotyczącym sprawiedliwości znajdują się słowa inspirowane myślą św. Katarzyny Sieneńskiej: „[Rzeczy doczesne rozdzieliłem] w wielkiej rozmaitości; nie chciałem, by każdy posiadał wszystko, co mu jest potrzebne, ażeby ludzie mieli możliwość świadczyć sobie miłość… Chciałem, by jedni potrzebowali drugich i by byli mymi sługami w udzielaniu łask i darów, które otrzymali ode Mnie”.

„Polska będzie inna, jeśli zechcą tego wszyscy” – tymi słowami premier Tadeusz Mazowiecki zakończył słynne przemówienie, wygłoszone w Sejmie 24 sierpnia 1989 r. Najcenniejszy wkład w budowę lepszego ładu społecznego wniesie dziś ten, kto obudzi w Polakach pragnienie współpracy i wspólnego zaangażowania w zmierzaniu do dobrych społecznie celów.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata