70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wspólnota przemocy

Dokładna rekonstrukcja pogromu z 4 lipca 1946 r. w Kielcach skazana jest na niepowodzenie, przekonuje w najnowszej książce Joanna Tokarska-Bakir. Obfite źródła przedstawiają nierozstrzygalnie sprzeczne relacje.

Autorka z dostępnych dokumentów robi inny użytek: tworzy portret społeczny pogromu kieleckiego. Pokazuje, który scenariusz wydarzeń był prawdopodobny, a który – jak ten o prowokacji ubeckiej – trzeba wykluczyć. Wielogłosowość, uzyskana m.in. dzięki przywołaniu relacji ofiar, sprawców czy świadków, daje złożony, ale jednak zaskakująco spójny obraz mordowania Żydów w Kielcach po wojnie. Znacznie odbiega on od wyobrażenia o chwilowym wybuchu zbiorowej nienawiści, nagromadzonej przez wojenne i powojenne doświadczenia strachu, biedy i cierpienia. Antropolożka przekonuje, że o antyżydowskiej przemocy zadecydowało podłoże społeczne – coś trwalszego niż skutki wyniszczającej okupacji. To był ten „społeczny dynamit”, o którym w kontekście pogromu kieleckiego pisała Krystyna Kersten. Mieszankę wybuchową, jak dowodzi Tokarska-Bakir, tworzyły: „antysemityzm tradycyjny, którego trzon stanowiły legendy o krwi, łatwy do mobilizacji zasób doświadczenia, jakim było powszechne wojenne mordowanie Żydów, a także dwa zasoby lęku: strach przed powrotem właścicieli »pożydowskich« kamienic i obawa związana z »panoszeniem się Żydów«” (s. 415), jak postrzegano równouprawnienie żydowskich Polaków i ich obecność na wysokich stanowiskach administracji państwowej.

Tego dnia w mieście panował upał. Stefan Sędek, przedwojenny organizator kieleckiego ONR-u (!), ówczesny pracownik milicji, po przyjęciu zgłoszenia o porwaniu chrześcijańskiego dziecka wysłał pierwsze patrole na Planty. Zabijanie Żydów rozpoczęło się rano i trwało długie godziny. Po południu do mordujących kielczan i współdziałających z nimi przedstawicieli służb mundurowych („dwutakt munduru i tłumu”) dołączyli robotnicy kieleckich fabryk, przemaszerowując przez całe miasto z żeberkami od kaloryferów, młotkami, kluczami francuskimi w ręku – późniejszymi narzędziami zbrodni. „Masakra low-tech” – jak określi wydarzenia autorka. Przemocy na Plantach 7, Sienkiewicza 72, Piotrkowskiej 72, Leonarda 15 towarzyszył tłum ludzi, który zmobilizowało wyobrażenie o „żydowskim kidnaperze”. Wznoszono okrzyki: „Bić Żyda, mamy rząd żydowsko-rosyjski, a polskiego nie mamy!”, „Precz z Żydami! Na pohybel im!”. Słychać było oklaski. Na ulicach dało się odczuć piknikową, sielską atmosferę, „jak po jakimś wielkim wstrząsie”. Spośród sprawców wyrył się w pamięci obraz niskiej, tęgiej 40-letniej kobiety, która w sukni w kwiaty zaciekle biła żydowskiego mężczyznę. W tym samym czasie życie innych nieżydowskich mieszkańców toczyło się jakby nigdy nic – obok pogromu.  Tego dnia zginęły 42 osoby, a ponad 80 zostało rannych. Atmosfera pogromowa nie znikła po 4 lipca. Ocalali Żydzi musieli zostać przewiezieni do szpitala w Łodzi, bo w Kielcach narażeni byli na dalsze cierpienie. Lektura tej książki nie daje spokoju: na ile pogromowe Kielce to mikrokosmos (po) wojennej Polski?

 

Z bliska i od dołu
Podczas spotkania autorskiego w Krakowie Tokarska-Bakir zgodziła się z sugestią, że zestawiając razem Legendy o krwi, Okrzyki pogromowePod klątwą, można powiedzieć, że pisze wciąż tę samą książkę. Jej lejtmotyw to antyżydowska przemoc. Wspólny jest też poziom mikrohistorycznego szczegółu, opracowany dzięki materiałom z badań etnograficznych i kwerend historycznych: pojedyncze okupacyjne historie wraz z ich (anty)bohaterami, odkrywane krok po kroku w kolejnych książkach. To podążając za losami Antoniego Jarosza z Przewłoki, odpowiedzialnego za śmierć wielu sandomierskich Żydów, autorka trafia na pogrom w Kielcach. Dzieje się to za sprawą relacji Zelmana Bauma (w zbiorach Żydowskiego Instytutu Historycznego), gdzie mężczyzna mówi o zbrodniach Jarosza i jego brata i wspomina, że obaj wstąpili po wojnie do milicji. Tokarska-Bakir odnajduje Jarosza na stanowisku kwatermistrza Wydziału Administracyjno-Gospodarczego Komendy Wojewódzkiej MO w pogromowych Kielcach. Dość łatwo go zidentyfikować, bo stracił rękę pomyłkowo postrzelony przez kolegów z Batalionów Chłopskich, gdy wracał z napadu na Żydów. W Pod klątwą badaczka opisuje pozycję Jarosza jako jedną z wielu w polu władzy powojennego regionu, „mafii milicyjno-ubecko-wojskowej”, jak ją określi, zajmującej się m.in. szabrem i przejmowaniem żydowskich nieruchomości. Zjawisko to rzuca nowe światło na przyczyny, przebieg i następstwa przemocy antyżydowskiej w Kielcach. Aktorzy i to, co się wydarza między nimi, jest – za Bruno Latourem – głównym przedmiotem uwagi książki oraz jej największym osiągnięciem.

Odkrycie gęstej sieci transakcji społecznych między kluczowymi postaciami stało się możliwe dzięki szeroko zakrojonym kwerendom w Instytucie Pamięci Narodowej oraz w innych lokalnych i zagranicznych archiwach. Cenne pozostają relacje żydowskie. Tokarska-Bakir pisze, że odnalazła niemal 100 świadectw, które pokazują wydarzenia od wewnątrz zaatakowanego przez milicjantów i wojskowych domu na Plantach 7/9. Wśród nich wymienia: zeznania złożone przez ocalałych w 1946 r., zapisy przesłuchań świadków w Izraelu z drugiego śledztwa kieleckiego, rozmowy z ocalałymi zdeponowane w IPN przez reżysera Andrzeja Miłosza oraz inne wspomnienia. Bożena Szaynok, badająca pogrom na początku lat 90., dysponowała jedynie kilkoma takimi świadectwami. Podobnie rozległy materiał dotyczy nieżydowskich kielczan, w tym niewykorzystane nagrania do filmu Świadkowie Marcela Łozińskiego. Z tych i innych licznych źródeł dostajemy obraz mentalności, dyspozycji kulturowych i emocji zbiorowych pogromowych Kielc. Chyba to ma na myśli autorka, gdy pisze o „historii niezdarzeniowej” tego szczególnego okresu w Polsce.

 

Wyjęci spod prawa
Na portret pogromu spoglądamy wpierw z perspektywy Żydów. Autorka dołożyła starań, by odzyskać imiona i nazwiska ofiar oraz ocalałych z pogromu, poznać stojące za nimi historie – przywrócić im podmiotowość. Większość Żydów pochodziła z Kielc bądź z pobliskich miejscowości. Przeżyła Zagładę w obozach lub w ukryciu. Część była repatriantami ze Związku Radzieckiego. Niektórzy przygotowywali się do wyjazdu z Polski. Tokarska-Bakir „rekonstruuje przedwojenną żydowską obecność” w Kielcach przed II wojną światową na przykładzie ul. Sienkiewicza, głównej ulicy miasta. Pod numerem 32 przywołuje Hotel Polski, budynek w pewnym sensie symboliczny dla opowiadanej historii. Krótki opis miejsca mieści zarówno tragedię ofiar pogromu kieleckiego, jak i niezwykły splot biografii znanych z wcześniejszych książek autorki. Czytamy: „Teatr Ludwika i Hotel Polski (…). Przed wojną część udziałów odkupił od rodziny Winnickich Szlomo Zelinger, syjonista, w czasie wojny w AK, zginął w powstaniu warszawskim, ojciec dwudziestoletniej Danusi, zabitej przez partyzantów »Barabasza« wiosną 1944 roku. (…) Resztę udziałów zachowała rodzina Prajsów, którzy w 1942 roku zginęli w getcie kieleckim. Ich syna Icchaka Prajsa, (…) zabito w trakcie pogromu niedaleko stąd, na Sienkiewicza 72” (s. 283–284).

Książka pokazuje, jak osamotnieni i bezbronni – wbrew powszechnemu wyobrażeniu – byli po wojnie żydowscy Polacy. Na kieleckiej prowincji Żydzi pozostawali wyjęci spod prawa – „zachowanie legitymujących polskich żołnierzy nie różni ich od ich niemieckich poprzedników” (s. 146), mocno stwierdza autorka (a przecież daleko im było od organizowania Zagłady). Gdy zwraca uwagę na trwałość okupacyjnej rzeczywistości, cytuje słowa Henryka Pawelca, dowódcy grupy podziemnej w 1945 r.: „przyszli Sowieci, ale w powietrzu odczuwało się ciągłość. Na ulicach Kielc, w kolejkach, w urzędach nieustannie wpadałem na kolegów. Mówiło się, że wkrótce będzie kolejna wojna. Ale ponieważ ta wojna nie następowała, stawało się jasne, że poprzednia wcale się nie skończyła” (s. 318). Zarówno nowa władza, jak i organizacje żydowskie były świadome licznych przypadków przemocy antyżydowskiej (autorka zebrała odkryte przez nią przypadki w Apendyksie 4), których sprawcami byli też członkowie lokalnych służb mundurowych. Mordercy w większości pozostawali bezkarni, a wokół powojennego antysemityzmu uformowała się zmowa milczenia, którą potwierdzą oficjalne reakcje na pogrom w Kielcach. Milczy, a w niektórych przypadkach dementuje doniesienia o antysemityzmie Centralny Komitet Żydów Polskich, najprawdopodobniej z powodu słabej pozycji organizacji w polu władzy oraz doraźnych interesów jego członków. O klimacie społecznym panującym przed pogromem mówią przywołane w książce relacje żydowskie. Rafael Blumenfeld, wspominając życie w kibucu Ichudu przy Plantach 7, przyznaje, że jedynie w murach kamienicy czuli się bezpiecznie. Wtargnięcie do środka milicjantów i wojskowych 4 lipca 1946 r. musiało brutalnie zburzyć to poczucie. Okazało się, że nikt nie jest w stanie (lub nie chce) zapewnić im ochrony.

 

Śmiercionośna plotka
Pod klątwą osobny głos stanowi materiał ikonograficzny, pozostawiony niemal bez komentarza. Widzimy twarze kieleckich Żydów, jak te na fotografii zbiorowej żydowskich mieszkańców domu przy Plantach 7/9 przed pogromem. Są też zdjęcia Julii Pirotte, która przyjechała do miasta tuż po tragedii, dokumentując miejsce zbrodni, ofiary, pogrzeb oraz kielczan. Dwa kadry z tego cyklu są szczególnie wymowne – na jednym małe dzieci bawią się przed budynkiem, gdzie niedawno kielczanie mordowali Żydów. Nie widać żadnego z dorosłych. Drugi kadr ukazuje dzień pogrzebu. Marian Fisz stoi na platformie ciężarówki sam obok dwóch trumien: żony Rywki Fisz i kilkutygodniowego syna Abrama. Konduktowi przypatrują się mężczyźni. Może byli wśród ludzi na ulicy, gdy milicjant Stefan Mazur i inni wyprowadzali z mieszkania Rywkę trzymającą na rękach Abrama?

4 lipca 1946 r. tłum mordował kobiety w ciąży, ludzi starych, nastoletnie dzieci. Protokoły z obdukcji pokazują skalę przemocy – to, jak sprawcy musieli się napracować, by pozbawić ofiary życia. Na fotografiach z kostnicy, w książce jedynie opisanych przez autorkę, a zapamiętanych ze Strachu Jana Tomasza Grossa, widać plątaninę zwłok i odarte z ubrań ciała pozostawione na gołej posadzce. Co było w głowach tych, którzy znanych z codziennych relacji społecznych Żydów mordowali własnymi rękami, do ocalałych w szpitalu podchodzili z nienawiścią, nie mieli szacunku dla ich okaleczonych ciał? Tokarska-Bakir odpowiada, przywołując m.in. jej ulubioną Mary Douglas: „W Kielcach zaistniał (…) formalny proces obwiniania (legenda o krwi), dokumentowania (powtarzające się wieści o zaginionych dzieciach), potwierdzania (reakcji milicjanta Stefana Sędka na zgłoszenie Walentego Błaszczyka: wysłanie patrolu na Planty). Wszystkie jego elementy skupiły się wokół wyobrażenia o kidnaperskiej dewiacji Żydów. Formą przeciwdziałania stał się pogrom kielecki” (s. 246). Masakra jawi się w ten sposób nie jako wstydliwa anomalia, raczej jako coś, co zyskuje zbiorowe uznanie. Dla wielu kielczan niedorzeczne oskarżenie o mordowanie chrześcijańskich dzieci to była rzeczywistość, wobec której zareagowali. Antropolożka zwraca uwagę na polityczność idei żydowskiego kidnapera, ów mobilizacyjny aspekt antysemityzmu (o którym w kontekście przedwojennego etnonacjonalizmu pisała Joanna Beata Michlic). Ciekawie pisze też o projekcyjnym charakterze antysemityzmu, który umożliwiał przerzucenie winy na „Innego” za brak zainteresowania własnymi dziećmi czy za budowę komunizmu w powojennej Polsce.

Wśród pogromszczyków były kobiety, dzieci, nastoletni harcerze, ale głównie „ludzie przeciętni – jak skazani w pierwszym procesie kieleckim piekarz, stolarz, brukarz, fryzjer, goniec, muzyk, gospodyni domowa, ślusarz, szewc, woźny, dwaj milicjanci” (s. 297). Tokarską-Bakir od hipotezy o mordującym motłochu, do której skłaniali się Gross i Marcin Zaremba, bardziej przekonuje ta o przekroju społecznym, „wyprowadzająca pogrom także z grupy szanowanych obywateli, dążących przemocą do zmiany” – ukrócenia mitycznego „panoszenia się” Żydów w powojennej Polsce. Na materiał ikonograficzny składają się też fotografie nie tylko sprawców skazanych w pierwszym procesie kieleckim, ale i osób, które, jak możemy podejrzewać, znalazły się tego dnia w pogromowym tłumie. Swoją drogą, ciekawym materiałem byłyby rozmowy z rodzinami sprawców o tym, co pamiętają i co z wiedzą o pogromie robią.

 

Niewizerunkowy (anty)komunizm
Jedną z najciekawszych części Pod klątwą˛ jest ta, w której autorka dekonstruuje wyobrażenie o powojennej władzy komunistycznej jako wszechwładnej, obcej i żydowskiej. Realizuje tym samym postawiony sobie cel i udowadnia, „że prowokacja, którą jeszcze dwie dekady temu dopuszczała nawet Krystyna Kersten, wcale nie była potrzebna” (s. 409). Zagadkowe zachowanie służb mundurowych tego dnia, trudności w prowadzonym śledztwie nabierają nowego znaczenia, gdy przestudiować, kto w nich służy. Autorka znajduje tam członków wszystkich oddziałów partyzanckich, wśród nich wielu morderców Żydów. Rekonstrukcja biografii milicjantów, ubeków i wojskowych związanych z pogromem prowadzi ją do odkrycia „swojskiego komunizmu” na Kielecczyźnie, rozmywającego granice między formującą się nową władzą a antykomunistycznym podziemiem. Jego przyczółkami stały się tamtejsze instytucje – Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego, Milicja Obywatelska, Urząd Wojewódzki, 2. Dywizja Piechoty, lokalny Korpus Bezpieczeństwa Wewnętrznego; zapleczem społecznym nowa klasa średnia, m.in. właściciele i dozorcy żydowskiego majątku (zapewne określeni tak za Andrzejem Lederem). Struktury swojskiego komunizmu dawały poczucie bezpieczeństwa, ale też możliwość korzystania z szabru.

Tokarska-Bakir pokazuje, jak w warunkach umacniania się władzy komunistycznej w Polsce na kieleckiej prowincji walka o utrzymanie monopolu na stosowanie przemocy toczyła się w istocie między trzema mężczyznami: Władysławem Sobczyńskim, szefem WUBP w tamtym czasie, Wiktorem Kuźnickim, stojącym na czele KG MO, i wojewodą kieleckim Eugeniuszem Wiśliczem-Iwańczykiem, zwanym „małym Tito”.

Dzięki przywołanym źródłom dowiadujemy się, co robili w czasie wojny, z kim wchodzili w relacje społeczne, co mówili o pogromie. I tak widzimy przykładowo „quasi-przedwojenną formację Komendy Wojewódzkiej MO”, gdzie „(…) komendanta Kuźnickiego otaczali nie tylko oficerowie AK, BCh, NSZ, ale też granatowi policjanci, folksdojcze, agenci Gestapo, funkcjonariusze Schutz- oraz Hilfspolizei, a nawet, całkiem wysoko, pewien szmalcownik. Najrzadsi byli komuniści” (s. 343), podsumowuje autorka. Żydzi byli jedyną grupą, która nie miała w ówczesnej komendzie swojego przedstawiciela. W przypadku stereotypowego „żydowskiego bezpieczeństwa” autorka odnalazła kilkoro Żydów na ok. 400 etatów w lokalnym UB. Musi przekonywać zatem teza autorki, że figura „Innego” staje się wygodna „jako »pojemnik« na aspekty nas samych, do których posiadania trudno nam się przyznać” (s. 85).

 

Opowiedzieć pogrom
Pod klątwą onieśmiela zarówno ilością szczegółów faktograficznych, pokazanych często z kilku punktów widzenia, jak i wielością teoretycznych podejść do problematyki przemocy antyżydowskiej. W dwóch obszernych tomach, z czego jeden stanowi w całości wybór źródeł, widać tytaniczną pracę autorki – dopasowywania do siebie części niekompletnej układanki i zademonstrowania tego procesu czytelnikom i czytelniczkom. Układ książki jest przemyślany. Autorka podsumowuje odkrycia archiwalne w apendyksach i biogramach aktorów związanych z pogromem. Brakuje jednak jakiejś formy wizualizacji danych, m.in. przedstawienia sieci powiązań między aktorami społecznymi i analizowanymi instytucjami. Książka jest przykładem „starej szkoły” w humanistyce – opasły tom, z 2766 przypisami końcowymi, co dla tych, którzy podążają za odwołaniami i biogramami, czyni lekturę fizycznie trudną. Jednocześnie Pod klątwą w nowatorski sposób podchodzi do opowiadania o traumatycznej historii. Autorka przeważnie wycofuje się z pozycji wszechwiedzącej narratorki, oddając pierwszoplanową rolę temu, co mówią źródła. Odmiennie niż w klasycznych studiach historycznych i społecznych, wprowadza relacje świadków bez cudzysłowu bądź parafrazując świadectwa. Możliwe, że w ten sposób daje czytelniczkom i czytelnikom szansę zaangażowania się w opowiadane historie. Realizuje wielogłosowość m.in. poprzez ukazanie wydarzeń z różnych perspektyw. Trudno, niestety, w książce znaleźć wyjaśnienie stosowanej metodologii. Tokarska-Bakir niekiedy zbyt skrótowo pisze o koncepcjach teoretycznych ważnych dla zrozumienia portretu, jak w przypadku kategorii historii niezdarzeniowej, którą wprowadza w przypisie. Są w książce momenty, gdy interesujący wątek nieoczekiwanie się urywa, np., gdy autorka analizuje udział kobiet w pogromie i społeczne postrzeganie morderczyń, stawiając ciekawy problem dotyczący „gender zabijania”: „(…) zapytajmy, jakie rozmiary przemoc pogromowa osiągnęłaby bez udziału mężczyzn” (s. 257) – nie udziela potem odpowiedzi. Niekiedy pozostawia duży niedosyt w przypadku informacji zawartych w przypisach, gdy podaje sygnaturę zasobu archiwalnego bądź odsyła do swoich wcześniejszych prac, a narracja wymagałyby choć krótkiego streszczenia tych historii. Trudna jest to lektura – zarówno w treści, jak i w formie, na pewno do czytania wiele razy i dyskutowania nad kolejnymi fragmentami, najlepiej z autorką. Tym bardziej że jej tematyka staje się coraz aktualniejsza – choćby ze względu na mechanizmy obwiniania, dokumentowania, potwierdzania i przeciwdziałania wyobrażonym wrogom.

_

Joanna Tokarska-Bakir

Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego

Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2018, t. 1, s. 767; t. 2 s. 806


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter