SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579
Konkurs na esej
Księga gości
Fundacja
|
 |
Ryzyko wojny sprawiedliwej
Adam Workowski
|
Wojna w Iraku powoli przechodzi do historii. Powiedziano o niej prawie wszystko. Jednak miliony słów nie rozwiązały głównych problemów, a wydaje się raczej, że wzmogły szum informacyjny i w tumanach kurzu coraz mniej udaje się nam zobaczyć. Dlatego chciałbym powrócić do pytania, czy wojna z Irakiem była sprawiedliwa.
Odczuwam moralne wahania przed pisaniem, co świadczy chyba o moim nieczystym sumieniu. Muszę sobie najpierw odpowiedzieć na pytanie: Jakie mam prawo, żeby oceniać tę wojnę? Są trzy powody, które zdają się odbierać mi to prawo. Po pierwsze, nie mam bezpośredniego doświadczenia wojny. Po drugie, jako laik znam tę wojnę tylko z telewizji. Po trzecie wreszcie, jestem stronniczy - już na wstępie żywię przekonanie, że wojna była sprawiedliwa.
Ocenianie z wygodnego fotela
Czy mam prawo wypowiadać się o czymś, czego nigdy nie doświadczyłem? Nigdy nie czułem grozy, strachu i nienawiści, jakie rodzi wojna. Pociski nie spadały mi na głowę. Zatem - wydawałoby się - nic nie wiem o wojnie i nie mam prawa oceniać wydarzeń, w których nie uczestniczę. Moje moralizowanie z wygodnego miejsca przed telewizorem zdaje się godne politowania.
Ten, kto poczuł gorzki smak wojny, przestaje się wahać - opowiada się za nią albo przeciw niej. Paradoksalnie więc - wątpliwości i rozważania o etyce wojny wymagają spokoju i dystansu, trudno osiągalnego wśród padających pocisków i ekstremalnych przeżyć ludzi, którzy doświadczają wojennej apokalipsy. Poznanie prawdy o wojnie wymaga połączenia spokojnego dystansu i pamięci o potwornościach wojny. Być może właśnie na ludziach patrzących z oddali spoczywa obowiązek dokonania rozważnej oceny wojny. Jeśli nasze przekonania etyczne potrafią wytrzymać próbę cynizmu, kłamstwa, w jakie obfituje wojna, a z drugiej strony nagiego cierpienia niewinnych, wtedy dopiero możemy uznać, że nasza ocena jest dojrzała i przemyślana.
Oczywiście, oglądanie wojny z dystansu nie gwarantuje zachowania obiektywności. Często postępujemy jak kibice miotani gwałtownymi, ale przypadkowymi emocjami. Oceniamy wówczas walczące kraje przez pryzmat zachowań ich przywódców, żołnierzy i komentatorów politycznych. Drobne incydenty nabierają w naszych oczach pierwszorzędnego znaczenia. Trudno wyzbyć się ideologicznego zacietrzewienia i nauczyć odcedzania rzeczy istotnych z powodzi szczegółów.
Mam zatem prawo oceniać wojnę z dystansu, gdy stale uprzytamniam sobie znaną z książek i wspomnień innych ludzi wojenną grozę. Co więcej, wraz z milionami innych ludzi, którzy znajdują się w podobnej sytuacji, mam obowiązek zająć rzetelne stanowisko wobec wojny. To właśnie my, zwykli obserwatorzy, budujemy światową opinię publiczną.
Ignorancja
Zdaję sobie sprawę z tego, że jestem laikiem w sprawach wojny, a w sprawach wojny w Iraku w szczególności. Słabo znam kulturę i historię tego regionu. Nie mam też dostępu do tajnych informacji wywiadów i do kręgów decyzyjnych. Mój obraz wojny jest ugniatany ze wszystkich stron przez środki masowego przekazu. W jaki sposób mam wyrobić sobie obiektywny obraz wojny i oceniać ją moralnie?
Z drugiej strony jednak moralna ocena wojny nie może pozostać w rękach strategów i dowódców. Wiele milionów ludzi z napięciem śledzi ekrany telewizorów. Statystycznie prawie wszyscy z nich są również laikami: nie znają się na wojnie i oglądają ją z oddali. Ale czy naprawdę muszę uczestniczyć w obradach sztabu generalnego którejś ze stron? Przecież także fachowcy mogą się mylić. Czy wobec tego obiektywna ocena dobra lub zła wojny wymaga przyjęcia boskiej perspektywy? Wtedy nikt nie miałby prawa do oceny. Muszę więc wierzyć, że osiągnięcie prawdy o dobru lub złu wojny nie wymaga koniecznie bogatej wiedzy wojskowej i historyczno-ekonomicznej.
Stronniczość
Nie ukrywam, że mam swoje zdanie na temat wojny z Irakiem. Miałem je już wówczas, gdy zaczynałem rozważać argumenty. Po pierwsze, czy moja stronniczość wyklucza obiektywizm oceny? A po drugie, czy nie jest tak, że argumenty rozumowe pozostają u mnie w służbie emocji? Potrafię ocenić wojnę na poziomie emocji, ale na poziomie myślenia zachowuję wątpliwości. Czy wobec tego próba klarownej oceny wojny nie jest podporządkowaniem rozumu emocjom, obłudnym ubieraniem uczuć w myślowe sylogizmy? Sumując: brak obiektywności i obłuda odbierają mi prawo do oceny tej wojny.
Także ten podwójny zarzut niczego nie dowodzi. Myślenie nigdy nie jest pozbawione namiętności - chodzi jednak o to, żeby emocje nim nie rządziły. Zatem nie ma mowy o obłudzie, gdy rozum spełnia dobrze swoją funkcję. Poza tym stronniczość wcale nie musi niszczyć obiektywności, jeśli tylko oceniamy zjawiska z perspektywy ogólnych zasad. W powyższym zarzucie jest jednak ukryte ziarno prawdy. Prowadzimy ostre i nerwowe dyskusje na temat wojny. Nasze stanowiska mocno się polaryzują, stajemy się coraz bardziej hałaśliwi. Tak jakbyśmy chcieli zagłuszyć własne zastrzeżenia i nie zwracać uwagi na to, że nasi przeciwnicy wygłaszają myśli, które współgrają z naszymi wątpliwościami. Wydaje się, że rozum nie nadąża za przyjętym przez nas stanowiskiem, które zawdzięczamy emocjom. Dlatego mamy nieczyste sumienie - wiemy, że wojna jest sprawiedliwa, ale pytani o argumenty nie unikniemy wątpliwości.
Jaka wojna jest sprawiedliwa?
Operacja w Iraku była kolejnym etapem wojny z terroryzmem, rozpoczętej od ataku na wieże World Trade Center w Nowym Jorku. Wielu ludzi ma wątpliwości, czy USA i Wielka Brytania powinny były rozpocząć operację iracką wbrew obiekcjom i mocnym sprzeciwom wielu krajów i tysięcy ludzi na całym świecie. Szczególnie katolicy zadają sobie pytanie: czy właśnie oni nie powinni zawsze nawoływać do pokoju i wykorzystywać każdą szansę uniknięcia wojny? Dla katolików wojna była zawsze próbą ich sumienia. Czy można w ogóle popierać wojnę, podczas której giną niewinni ludzie i rośnie góra nienawiści?
Moje zadanie jest jasne. Chciałbym rozstrzygnąć, czy konflikt z Irakiem spełniał warunki wojny sprawiedliwej. Pierwszym krokiem uczynić muszę zatem analizę tych warunków. Historia ujawnia trzy stanowiska dotyczące etyki wojny. Realiści wykluczają mówienie o wojnie w kategoriach moralnych. Pacyfiści traktują wszystkie wojny jako niesprawiedliwe. Natomiast zwolennicy teorii wojny sprawiedliwej uznają, że konflikty zbrojne w określonych warunkach mogą być sprawiedliwe. W dyskusjach ostatnich miesięcy najgłośniej słychać było zdeklarowanych przeciwników i zwolenników wojny w Iraku.
Teoria wojny sprawiedliwej powstała w średniowiecznym chrześcijaństwie i rozwijała się przez wiele wieków. Nie będę wchodzić w szczegóły jej bogatej historii. Chcę jedynie wyliczyć najczęściej pojawiające się konieczne warunki, które powinna spełniać wojna sprawiedliwa.
Po pierwsze, wojnę można prowadzić z krajem, który popełnił rażącą niesprawiedliwość. Zakłada się, że wina leży tylko po jednej stronie i jest oczywista do wykazania.
Po drugie, wojna może nastąpić po wyczerpaniu wszystkich środków pokojowego rozwiązania konfliktu.
Po trzecie, kraj atakujący musi mieć dobre intencje - przede wszystkim wolę przywrócenia sprawiedliwości.
Po czwarte, wojna ma przynieść w ogólnym rozrachunku więcej dobra niż zła. W tym celu należy minimalizować zniszczenia przeciwnika, nie atakować ludności cywilnej itd.
Wreszcie po piąte, wojnę wypowiada i prowadzi jedynie uprawniony autorytet - państwo albo organizacja międzynarodowa.
Czy nowa wojna jest sprawiedliwa?
Stajemy obecnie przed zasadniczym pytaniem naszych rozważań: czy owe tradycyjne warunki wojny sprawiedliwej dają się zastosować do wojny, z jaką mamy dziś do czynienia? Znajdujemy się bowiem w dość specyficznej sytuacji - groźba terroryzmu spowodowała zmianę sensu i charakteru współczesnej wojny. Może więc powinniśmy także dookreślić kryteria jej sprawiedliwości?
Ważniejsze wojny ostatnich lat pozostają pod znakiem terroryzmu. Wojna z terroryzmem w porównaniu z wojnami znanymi z historii ma dość szczególny charakter. Przede wszystkim nie wiadomo, kto z kim ją prowadzi. Pojawił się nowy typ wroga: przeciwnik jest nieuchwytny. Są nim organizacje terrorystyczne używające różnych rodzajów broni. Wrogiem mogą być również państwa, które zapewniają azyl i szkolenie terrorystom. Przede wszystkim zaś przeciwnikami stają się państwa będące potencjalnymi agresorami, produkujące broń masowego rażenia, dostarczające ją organizacjom terrorystycznym. Broń przydatna terroryzmowi może być łatwo wyprodukowana i ukryta. Mocodawcy kryją się w cieniu. Trudno wskazać jednoznacznie państwo grożące terrorem. Dlatego precyzyjne określenie wroga okazuje się ryzykowne. Mało prawdopodobny jest atak terrorystyczny dokonany przez ludzi w koszulkach z napisem "Drużyna Saddama" i wyposażonych w probówki z wąglikiem oznaczone "made in Iraq". Nadzieje pokładane w inspektorach rozbrojeniowych zabawnie brzmią w uszach ludzi, którzy pamiętają czasy okupacji, kiedy Niemcy mimo usilnych starań nie potrafili odnaleźć w Warszawie całych arsenałów ukrytej broni. Inspektorzy w Iraku przeszukiwali nie mieszkania, ale kraj półtora raza większy od Polski.
Nowe cechy wojny z terroryzmem wpływają istotnie na zasady wojny sprawiedliwej. W efekcie nie da się wobec niej zastosować kryterium sprawiedliwości. Przyjrzyjmy się szczegółom.
Ewidentna wina nie pojawia się w wypadku wojny z terroryzmem. Trudno wykryć terrorystów, a jeszcze trudniej wykazać ich powiązania z jakimś krajem. Po drugie, właściwie nie da się udowodnić, że dany kraj w ogóle posiada broń masowego rażenia i jest gotów jej użyć. Niemożność podania ewidentnego dowodu winy zdaniem niektórych odbiera Stanom Zjednoczonym prawo do prowadzenia wojny, zdaniem innych - skłania do osłabienia wymagań, jeśli chodzi o dowody winy. Patrząc z innej strony, łatwość produkcji i przenoszenia broni używanej przez terrorystów (biologicznej czy chemicznej) wytwarza stan zagrożenia, w którym uzasadnione podejrzenie winy zdaje się stanowić wystarczający powód do zbrojnej interwencji. Groźba terroryzmu stała się bowiem łatwiejsza do zrealizowania - skróciła się droga od możliwości wytworzenia broni do jej użycia.
Wydaje się, że obie argumentacje są prawidłowe. Zatem albo wymagamy podania ewidentnego dowodu winy, co w przypadku wojny z terroryzmem jest nieprawdopodobne (czyli żadna wojna nie będzie sprawiedliwa), albo wystarczy nam uzasadnione podejrzenie winy, co sprawi, że każda wojna z krajami "wysokiego ryzyka" może być nazwana sprawiedliwą.
Podobnej metamorfozie ulega warunek wyczerpania możliwości negocjacji. Negocjacje z krajem oskarżonym o sprzyjanie terroryzmowi mogą trwać dowolnie długo, skoro nie wiemy, do czego mają doprowadzić (podejrzenia mogą być sprawdzane w nieskończoność), można zatem uznać ten warunek za niemożliwy do spełnienia. Skoro wina jest niejasna, to zapewne trudno wyegzekwować od podejrzanego państwa jakieś zmiany, liczyć na likwidowanie czegoś, co grozi terrorem.
Z drugiej strony jest taki moment, w którym trzeba przerwać przedłużane bez końca negocjacje. W wypadku terroryzmu bowiem nie sprawdza się reguła, że lepsze są rozmowy niż wojna. Przedłużanie pokoju stanowi korzyść dla terroryzmu i zwiększa groźbę wiszącą nad światem.
Kraj atakujący powinien mieć dobre intencje. Kto zna historię wojen, pamięta, że niemal każda była prowadzona w imię szczytnych celów, które stanowiły przykrywkę dla ekonomicznych albo politycznych motywów agresji. Amerykanie mówią o świecie bez terroryzmu, o obronie praw człowieka i walce o wolność. Inni dostrzegają amerykańskie interesy przemysłu paliwowego, zbrojeniowego, wreszcie walkę o dominację nad światem. Zauważmy, że współcześnie istnieje ścisły związek między ekonomią a wojną. Ta ostatnia jest po prostu niesłychanie droga - korzyści ekonomiczne albo polityczne muszą zrekompensować miliardy dolarów wydane na wojnę. Warunek czystych intencji staje się nieprzydatny. Można zawsze utrzymywać, że walka z terroryzmem jest bezinteresownym dążeniem do pokoju w świecie, ale z drugiej strony sprzyja rozlicznym interesom USA.
Czy wojna może przynieść więcej dobra niż zła? Niewątpliwie dzisiejsza wojna staje się "czystsza" pod względem technicznym, broń skierowana jest na cele militarne i - o ile to możliwe - wyrządza jak najmniejsze szkody ludności cywilnej. Stany Zjednoczone dążą do minimalizacji zniszczeń kraju przeciwnika także przez wzgląd na środki masowego przekazu. Można powiedzieć cynicznie, że nie opłaca się - na oczach miliardów telewidzów - zabijać niewinnych cywili. Jednak z drugiej strony wojna zawsze przynosi okrucieństwo, nienawiść i śmierć niewinnych ofiar. "Czystość" techniczna wojny wcale tego okrucieństwa nie zmniejsza. Przeciwnie - złożoność precyzyjnej broni zwiększa możliwość tragicznych pomyłek. Wreszcie logika wojny sprawia, że nawet dobre intencje jednej strony mogą być wykorzystywane przez drugą. Jeśli jedna strona nie chce atakować cywilów, druga może ich traktować jako żywe tarcze albo używać w atakach samobójczych.
Stoimy po raz kolejny przed nierozwiązywalnym dylematem. Nie wiemy, czy wojna przyniesie więcej dobra niż zła. Jedni wskazują na groźbę wojny i terroru, które usprawiedliwiają ograniczone użycie przemocy. Inni przypominają, że marzenia o czystej wojnie są tylko mrzonkami: zawsze będą ginęli niewinni ludzie.
Rzadko kiedy wszystkie ważne państwa świata decydują się na prowadzenie wojny. Dlatego społeczność światowa z reguły bywa podzielona. Supermocarstwo traci wówczas swój autorytet. Z drugiej strony: czy wtedy nie staje się zakładnikiem państw o gorszym standardzie demokratycznym? Nie jest jasne, kto prowadzi wojnę. Kto zatem powinien ją wypowiadać - Stany Zjednoczone czy wspólnota międzynarodowa? Kto ma podejmować decyzję o wojnie w wypadku rozbicia wspólnoty? Czy pojedynczy stały członek Rady Bezpieczeństwa powinien mieć prawo zablokować każdą wojnę z terroryzmem, a zatem narzucać własne zdanie?
Prawda i nieprawda pacyfizmu
Jak oceniać wojnę, skoro nie da się do niej zastosować tradycyjnego kryterium sprawiedliwości? Jedno jest pewne - wątpliwości pozostają. A w sytuacji niejednoznacznej upada koronny warunek wojny sprawiedliwej - oczywistość winy. Jeśli walka z terroryzmem jest zawsze etycznie nieprzejrzysta, stanowi to koronny dowód niesprawiedliwości wojny. W ten sposób przechodzimy na pozycje pacyfistów.
Łatwo atakować pacyfizm za błędy przeszłości, naiwność i chowanie głowy w piasek. Nie chciałbym jednak ułatwiać sobie zadania. Można być pacyfistą "lokalnym", to znaczy uznawać, że istnieją wojny sprawiedliwe na przykład w obronie ojczyzny, ale wszystkie prewencyjne wojny z krajami, które mogą chronić albo produkować terroryzm, są niesprawiedliwe. Argument jest prosty: w obliczu niejasnej winy i nieuchwytnego wroga zawsze lepszy jest pokój, ponieważ nigdy nie wiemy, czy groźby były uzasadnione. Chrońmy się przed terrorystami i likwidujmy Al-Kaidę, ale wojna z całymi narodami jest niedopuszczalna. Podczas wojny giną niewinni ludzie i żadne domniemane korzyści płynące z wojny nie mogą tej tragedii okupić. Wydaje się, że nawet Jan Paweł II używał argumentów pacyfizmu "lokalnego". Nie wykluczając walki zbrojnej w obronie ojczyzny i swoich bliskich, w kontekście wojny w Iraku głosił, że wojna jest tragedią ludzkości i nie rozwiązuje żadnego problemu.
Jednak argumenty "pacyfisty lokalnego" są mocno podejrzane. Argument z wątpliwości zakłada bowiem, że żaden atak prewencyjny nie jest sprawiedliwy: bo po jednej stronie są realne ofiary, a po drugiej tylko niejasne groźby. Otóż wyobraźmy sobie, że na pokładzie samolotu znalazł się człowiek będący w posiadaniu podejrzanej substancji i grożący jej użyciem. Czy powinno się go zaatakować, czy pozostawić w spokoju? Jeśli mamy wątpliwości, to z innej strony możemy zapytać - czy pozostawienie w spokoju wszystkich podejrzanych krajów osłabi terroryzm światowy czy go wzmocni?
Trudniejszy do odrzucenia jest argument ze śmierci niewinnych. Trzeba przyjąć, że precyzja techniczna nie sprawi automatycznie, że wojna będzie cywilizowana. Proponuję przyjrzeć się bliżej pojęciu "czystości" wojny. Można powiedzieć, że jedna ze stron prowadzi wojnę sprawiedliwą, jeśli używa precyzyjnej broni, by zminimalizować zniszczenia i straty wśród ludności cywilnej. Jeśli tak prowadzi się walkę, to nie bierze się na swoje sumienie działań drugiej strony, "armii w żłobkach", czyli używania cywilów jako tarcz albo ładunków wybuchowych. Połączenie precyzyjnej broni i wszechobecności "czwartej władzy" wymusza na USA prowadzenie maksymalnie "czystej" wojny. Wiadomo, że sprawie Ameryki więcej szkodzą obrazy rannych dzieci w szpitalach niż strata kilku czołgów czy samolotów. Częste obrazy ofiar cywilnych pokazywane w telewizji irackiej, a wcześniej także serbskiej, służą jako materiał propagandowy. Podkreślanie, że giną niewinni ludzie, ma wśród współplemieńców wzbudzić nienawiść do najeźdźcy. Nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzy, by Amerykanie umyślnie atakowali cele cywilne. Zatem jeśli iracka propaganda podkreśla właśnie straty cywilne, to logika każe przyjąć, że Amerykanom służą wyłącznie "czyste" metody walki. Ten wniosek nie wynika z sentymentu do Stanów Zjednoczonych. Po prostu realia wojny z terroryzmem wymuszają czystość walki po stronie Ameryki.
Zarówno teoria wojny sprawiedliwej, jak i pacyfizm nie wydają się dobrze opisywać wojny z terroryzmem. Z jednej strony kryterium wojny sprawiedliwej nie działa, z drugiej nie przekonują również argumenty pacyfizmu lokalnego. W takiej sytuacji nie wiemy, czy potępienie wojen z terroryzmem nie stanowi wody na młyn dla terrorystów. Taki lokalny pacyfizm okazałby się równie groźny dla świata jak niesławny pacyfizm przed drugą wojną światową.
Być może jednak trzeba wrócić do teorii wojny sprawiedliwej. Skoro potoczne rozumienie kryterium sprawiedliwości nie jest dobrym narzędziem do opisu wojny z terroryzmem, może należałoby je nieco zmodyfikować i unowocześnić?
Modyfikacja warunków wojny sprawiedliwej
Proponuję przeformułować zasady wojny sprawiedliwej. Od razu zastosuję je w praktyce do oceny wojny z Irakiem.
Warunek winy. Wojna z terroryzmem musi być prewencyjna i zawierać element ryzyka. Groźby terroryzmu kryją się w mroku i nie wiadomo, czego należy się spodziewać i jakie niebezpieczeństwa niszczyć. Zatem regułą powinno być opieranie się na dowodach pośrednich i poszlakach winy. Wojna jest sprawiedliwa, jeśli istnieje uzasadnione domniemanie, że jakiś kraj wspiera terroryzm, produkuje broń potrzebną do akcji terrorystycznych, w szczególności broń masowego rażenia, i jest gotów jej użyć.
Irak pod rządami Husajna spełniał wszystkie wymienione warunki. Po pierwsze, nie rozliczył się wobec świata ze zniszczenia broni masowego rażenia, zatem istnieje uzasadnione podejrzenie, że ją nadal posiada. Po drugie, popierał palestyńskich terrorystów - naturalne jest więc domniemanie, że mógłby służyć swoimi wielkimi zasobami terroryzmowi na całym świecie. Po trzecie, Husajn użył broni chemicznej przeciw własnym obywatelom, co jest najlepszym argumentem za gotowością wykorzystania tej broni do innego celu. Przytaczam tu fakty niepodważalne, które bardzo silnie obciążają władze Iraku. W wypadku wojny z terroryzmem takie uzasadnione domniemanie pełni funkcję dowodu winy. W sądzie trzeba dowieść winy, dyktator stanowiący realne zagrożenie dla świata powinien dowieść swojej niewinności. Trzeba zachować obiektywność, ale nie ma tu mowy o bezstronności. Nie można postawić na równych prawach prezydenta demokratycznego i wolnego kraju z krwawym despotą. W takiej sytuacji liczą się nie tylko słowa, ale i przeszłe czyny.
W wielu wypowiedziach powtarza się jeszcze jeden kuriozalny argument. Oto co prawda jakiś kraj ponosi winę, ale inne kraje mają na swym sumieniu znacznie więcej grzechów, więc wypowiadanie wojny temu krajowi jest niesprawiedliwe. Spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, w której protestujemy przeciw ściganiu kieszonkowców, zanim złapiemy wielkich aferzystów. Podobnej klasy są argumenty głoszące, że nie ma prawa prowadzić wojny kraj, który sam wcześniej popierał albo tolerował terrorystyczne reżimy. Przypominają się tu słowa Chrystusa: "kto jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem". Niestety obie wersje argumentu są nie do utrzymania. W ocenie sprawiedliwości wojny nie bierzemy pod uwagę całej historii krajów zaangażowanych, ale ich etyczne kwalifikacje w konkretnej sytuacji groźby terroryzmu. To, czy istnieją kraje bardziej winne, nie wpływa na ocenę wojny.
Wyczerpanie możliwości negocjacji. Należy kontynuować negocjacje pokojowe dopóty, dopóki dają możliwość rozstrzygnięcia. Jednak negocjacje przestają mieć sens, gdy strona podejrzana nie wykazuje dobrej woli, kiedy chodzi jej tylko o przedłużanie rozmów. Nie wiadomo, czego wymagać od kraju podejrzanego, skoro dysponuje się tylko domniemaniem winy. Czy jednak zła wola nie służy dobremu celowi - uniknięciu wojny? Twierdzę, że w razie zagrożenia przedłużanie negocjacji wzmacnia poczucie bezkarności i jest korzystne dla terrorystów. Zatem w tym wypadku nie zawsze pokój jest lepszy od ewentualnej wojny.
Na brak dobrej woli reżimu w Bagdadzie uskarżali się wszyscy, od ONZ po Jana Pawła II. Mnie przekonuje choćby drobny przykład: minister rządu Iraku kilka dni przed wybuchem wojny ogłosił, że posiada na piśmie dowody zniszczenia broni chemicznej, ale na ich zebranie potrzeba mu kilku tygodni. Trudno nazwać dobrą wolą dwanaście lat zwlekania z przedstawieniem rzekomych dokumentów.
Autorytet. Prawo do wypowiedzenia wojny ma przede wszystkim wspólnota międzynarodowa. Jednak w razie głębokich podziałów w jej łonie pojawia się nierównowaga: zwolennicy nieinterwencji zawsze mogą zablokować wojnę. Proponuję zatem następującą regułę - jeśli wspólnota międzynarodowa jest podzielona, decyzję o rozpoczęciu wojny podejmuje państwo, które ponosi główny ciężar walki z terroryzmem: Stany Zjednoczone. Ich obowiązkiem jest jednak wykazanie dobrej woli, a więc uczynienie wszelkich rozsądnych kroków w celu przekonania innych państw do swoich racji.
Wojna sprawiedliwa powinna być "czysta". "Czystość" wojny jest gwarantowana przez dwa czynniki: rozwój precyzyjnej broni i wszechobecność reporterów i dziennikarzy. W sytuacji kiedy mocarstwo deklaruje walkę o szczytne wartości, połączenie obecności telewizji, konkurencyjnych źródeł informacji i głosu opinii publicznej w krajach całego świata stanowi porękę czystości wojny widzianej od strony atakującego.
W świetle takiej interpretacji warunków sprawiedliwej wojny z terroryzmem wydaje się niewątpliwe, że wojna w Iraku była wojną sprawiedliwą. Oczywiście taka ocena jest obarczona ryzykiem, ale wojna z terroryzmem ze swojej natury wymusza ryzykowne decyzje. Obiektywna analiza warunków wojny pozwala oddzielić czynniki istotne od nieistotnych. O rzetelnej ocenie wojny nie mogą decydować arogancja, obłuda, demagogia polityków ani nawet ucisk w gardle na widok zniszczeń i rannych dzieci.
Czy przyszłość rzetelnie oceni wojnę w Iraku?
Dość powszechnie mówi się dzisiaj, że za wcześnie jeszcze na ocenę wojny z Irakiem. Dopiero przyszłość rozstrzygnie, czy wojna była sprawiedliwa. Czy jeśli okaże się, że Irak nie miał zakazanej przez rezolucję ONZ broni masowego rażenia, będzie to oznaczało, że Stany Zjednoczone wywołały niesprawiedliwą wojnę z niewinnym krajem? W tej sytuacji zwolennicy wojny w Iraku stosują pewien wybieg. Mówią mianowicie, że wojna obaliła dyktaturę i przywróciła wolność w Iraku. Jednak oficjalnym powodem wojny była groźba terroryzmu, a nie konieczność obalenia dyktatora. Radość wyzwolonych Irakijczyków nie zmienia naszego osądu, wojna nie przestaje bowiem być niesprawiedliwa, gdy w czasie jej trwania pojawi się dodatkowe (nawet duże) dobro.
Wydaje się zatem, że zmuszeni jesteśmy odrzucić zaproponowane przeze mnie kryterium, nawet bowiem spełnienie wszystkich warunków nie wystarcza do uczynienia wojny sprawiedliwą. Ostateczna ocena wojny zależy od przyszłych faktów: znalezienia bądź nieznalezienia broni chemicznej.
Jednak takie rozumowanie jest błędne. Decyzja o wojnie z terroryzmem wymaga myślenia w kategoriach ryzyka - nasza wiedza jest z założenia zbyt mała, żeby można było uzyskać pewność. Zatem również wtedy, gdyby okazało się, że potęga broni Iraku była tylko straszakiem dla Zachodu, nie osłabi to argumentów za słusznością wojny. Komandosi zabijający terrorystę grożącego wysadzeniem samolotu nie działają bezprawnie nawet wtedy, gdyby okazało się, że terrorysta groził jedynie atrapami granatów. Istniało dobrze potwierdzone domniemanie, że Irak miał broń masowego rażenia. W sytuacji zagrożenia terroryzmem sama groźba posiadania broni może stanowić wystarczający powód do rozpoczęcia wojny.
Świat ryzyka
Wypowiadanie wojny jest obarczone ryzykiem, ale pamiętajmy, że źródłem tego ryzyka jest przede wszystkim zagrożenie terroryzmem. Poprzednie pokolenia żyły na krawędzi wojny jądrowej, kiedy zagrożenie było jasne i przerażające. Dziś zagrożenie nieco się zmniejszyło, ale jest nieokreślone i ukryte w mroku. Trudno je poznać i trafnie ocenić. Paradoksalnie, natłok sprzecznych informacji powiększa naszą niepewność. Otaczający świat coraz bardziej traci przejrzystość. Zamiast jednak biadać, powinniśmy nauczyć się żyć z wątpliwościami. Naszym zadaniem jest nie tracić jasności myślenia w niejasnej sytuacji.
Wojna uderza w centrum wrażliwości milionów ludzi. Trudno stanąć z boku i zachować obojętność. Sumienie każe nam podejmować stanowczą decyzję o dobru i złu wojny. Z drugiej strony rozum zachowuje wątpliwości poznawcze i wydaje się zalecać powstrzymanie się od decyzji. Wydaje się zatem przesądem myśleć, że decyzje są racjonalne tylko wtedy, gdy dają pewność i gwarancję słuszności. Sądzę, że można pogodzić wymogi sumienia i rozumu. Proponowane kryterium wojny sprawiedliwej jest próbą racjonalizacji decyzji moralnej w sytuacji, w której trzeba oceniać i działać pomimo wątpliwości.
Wartościowanie świata wedle stałych i niezmiennych kryteriów dobra i zła ma dla mnie ogromne znaczenie, gdyż kształtuje mnie samego. Wydaje się, że im mniej potrafię dzielić wydarzenia na dobre, złe czy obojętne - tym trudniej mi powiedzieć, kim jestem i co robię w świecie. Ja, telewidz, szary człowiek z daleka, podejmuję decyzję moralną. Być może potrafię przekonać innych do moich argumentów. Ale prawdopodobnie ma to mizerne znaczenie dla przyszłości świata (choć przecież przez miliony takich drobnych sądów buduje się jakaś podskórna światowa opinia publiczna, mająca niekiedy spory wpływ na politykę międzynarodową). Ma to jednak znaczenie dla mnie samego, bo przyczynia się do zbudowania mojej tożsamości, dla której ważne jest to, co oceniam jako dobre lub złe. I chociaż wiem, że dzięki decyzjom moralnym nie będę ani pewniejszy, ani spokojniejszy, to jednak pozwolą mi one jasno określić własny obraz świata i moje w nim miejsce.
ADAM WORKOWSKI, ur. 1962, dr filozofii, adiunkt w Katedrze Metafizyki PAT, wykładowca Collegium Civitas w Warszawie, publikował m. in. w "Logosie i Ethosie".
|