70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wokół jubileuszu 1050-lecia chrztu Polski

Czym jest naród? I kto jest jego członkiem? Czy – jeśli przyjmiemy, że Polacy są „narodem ochrzczonym” – znajdzie się w nim miejsce dla polskich Żydów i muzułmanów? I dla niewierzących?

Obchody tysiąclecia chrztu Polski (1966) przypadły w momencie szczególnego nasilenia wojny ideologicznej, wypowiedzianej katolikom przez władze PRL. Kościół miał wówczas pełne prawo czuć się „oblężoną twierdzą”, zwierał zatem szeregi i podkreślał związek tego, co Polskę stanowi, z katolicyzmem. Trudno było to podważać czy też się od tego dystansować – każda taka próba mogła być przecież wykorzystana przez antykościelną propagandę.

Dziś, w warunkach wolności – w pełni doceniając rolę Kościoła w dziejach naszej ojczyzny – możemy pokusić się o zainicjowanie w samym Kościele (a nie poza nim) debaty, której celem byłoby postawienie pytania, co sprawia, że w umysłach niektórych katolików ewangeliczne chrześcijaństwo, ta uniwersalna religia miłości, zamienia się nieraz w „ksenofobiczną religię plemienną” – jak tę wciąż nam zagrażającą „herezję” nazwał niegdyś na łamach „Znaku” Stefan Wilkanowicz. Dobrą ku temu okazję stanowi kolejna „okrągła” rocznica przyjęcia przez Polskę chrześcijaństwa.

W debacie tej nie da się, oczywiście, pominąć rzetelnej analizy mesjanizmu oraz teologii narodu, uprawianej przez duchowych ojców XX-wiecznego Kościoła w Polsce: kard. Stefana Wyszyńskiego i papieża Jana Pawła II. Poniższy artykuł nie rości sobie pretensji do tego, by taką analizę przeprowadzić. Jest raczej skromną próbą wskazania kilku tropów, które – według mnie − trzeba by w owej debacie uwzględnić.

 

Trop pierwszy: Budowanie Wielkiej Polski jako realizacja przykazania miłości

Ogromną popularność w mediach zyskał ostatnio ks. Jacek Międlar, młody zakonnik ze Zgromadzenia Księży Misjonarzy. Mówi on o sobie, że czuje się zaproszony przez papieża Franciszka do „wyjścia na peryferie wiary” − w jego wypadku są to środowiska młodych narodowców. I trzeba uczciwie przyznać, że w swoich przemówieniach i homiliach ks. Międlar cytuje Ewangelię, wzywa do opowiedzenia się po stronie Chrystusa („Wodza Kościoła Walczącego”) oraz – za św. Pawłem – apeluje, by „nie dać się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężać”. Miałby zatem rację Paweł Lisicki, mówiąc, że w wypowiedziach młodego księdza narodowca „trudno się dopatrzyć jakiegoś zerwania czy naruszenia tego, czego naucza Kościół”?

Teologicznym problemem ks. Międlara jest, moim zdaniem, zastąpienie przezeń przykazania miłości bliźniego (które jest „drugie” i stoi tuż za przykazaniem miłości Boga) wezwaniem do miłowania „Wielkiej Polski”.

W czasie spotkania z działaczami ONR, zorganizowanego z okazji świąt Bożego Narodzenia, mówił (cytując przedwojennego działacza „Falangi” Wojciecha Kwasieborskiego): „Naszym priorytetem jest uczestniczenie w Bogu, a w drugiej kolejności budowanie Wielkiej Polski” (podkreśl. moje – J.P.). Śmiem wątpić, czy rzeczywiście na tym polega chrześcijaństwo.

Międlar dał się poznać opinii publicznej dzięki swej obecności na wrocławskim marszu przeciwko imigrantom, a potem wtedy gdy wygłosił słynną już mowę podczas stołecznego Marszu Niepodległości (2015). Charakterystyczne, że w tym, co wówczas powiedział, nie było najmniejszej choćby próby zwrócenia uwagi na dramat uchodźców, ginących w odmętach Morza Śródziemnego. Nie było tam również słów współczucia ani prośby o modlitwę w ich intencji. Ks. Jacek Międlar, mówiąc o imigrantach, odwoływał się natomiast do lęku, jaki się w niektórych z nas budzi na samą myśl o muzułmanach – przedstawiał ich zatem jako wrogów i agresorów: „Historia po raz kolejny zatacza koło. W 1944 wmawiano nam, że Sowieci to są wyczekiwani goście, a w 2015 wmawia się nam i chce się nam wcisnąć islamski fundamentalizm”.

Przeciwnicy przyjmowania w Polsce uchodźców powołują się często na ordo caritatis (porządek miłości – i odpowiedzialności), wedle którego najpierw trzeba zatroszczyć się o tych, którzy są nam najbliżsi: o rodzinę, sąsiadów, wspólnotę, w której żyjemy (naród). To prawda, czy wolno nam jednak zapomnieć o słowach Chrystusa: „Jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? (…) I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?”.

Szkoda, że ks. Międlar, tak chętnie cytując słowa Jezusa na temat bezkompromisowości mowy („Niech mowa wasza będzie: tak – tak, nie − nie”), nie uznał za stosowne odciąć się od ogromnego transparentu niesionego przez uczestników wrześniowego marszu narodowców, a wymierzonego przeciwko premier Ewie Kopacz: „Za zdradę narodu spotka cię kara, zawiśniesz na sznurzE, ty, k..Wo starA”. Milczał też, gdy w „jego” Wrocławiu płonęła kukła Żyda. Może o czymś nie wiem, ale o takich jego wypowiedziach – krytycznych wobec własnego środowiska – nigdy nie słyszałem.

Ze zdumieniem odkrywam, że Międlar nie jest jedynym w Polsce księdzem popierającym nacjonalizm, że wśród części katolików jego postawa cieszy się zrozumieniem i akceptacją.

Że – po tylu pielgrzymkach Jana Pawła II do Polski i tak jasno przeprowadzonym przezeń rozróżnieniu pomiędzy „chorym” nacjonalizmem a patriotyzmem – tak wielu katolików uważa, że rację ma jednak ks. Jacek Międlar („Nie można być polskim patriotą, wpierw nie będąc polskim nacjonalistą”).

 

Trop drugi: Narodowa sakramentologia

Zdaniem kard. Wyszyńskiego – referuje jego poglądy ks. Jerzy Buczek – „naród jest jedną z podstawowych struktur stworzenia. Można w nim, tak jak w człowieku, odnaleźć podobieństwo i obraz Trójcy Świętej. Ma wymiar doczesny i nadprzyrodzony oraz niejako »ciało« i »duszę«. (…) Tak jak jednostka jest on przez Boga stworzony, prowadzony, obdarowany wieloma łaskami, kierowany ku wyższym celom i otoczony szczególną Opatrznością Bożą”. I dalej: „W nauczaniu Prymasa występuje nie tylko kategoria »narodu ochrzczonych Polaków«, ale coś więcej – »chrzest Narodu«, »Naród ochrzczony«. (…) Można powiedzieć, że w życiu narodu realizuje się swoista sakramentologia narodowa”.

O narodzie jako społeczności naturalnej, radykalnie odmiennej od tzw. społeczeństwa demokratycznego, mówił również Jan Paweł II. Papież (na ile znam jego teksty na ten temat) nie szedł wprawdzie tak daleko jak prymas Wyszyński, choć i on – zastanawiając się nad kwestiami eschatologicznymi – pisał: „[To] ludzie, a nie narody staną przed sądem Boga, ale przecież w tym sądzie nad poszczególnymi narodami jakoś sądzone są również narody”. Użycie tu słówka „jakoś” – komentuje ks. Dorian Llywelyn, autor świetnej monografii na temat teologii narodu – doskonale wyraża dylemat katolickiej nauki społecznej, od dawna spekulującej, „czy naród jest czymś więcej niż jedynie sumą swoich członków”.

No właśnie: czym jest naród? I kto jest jego członkiem? Czy – jeśli przyjmiemy, że Polacy są „narodem ochrzczonym” – znajdzie się w nim miejsce dla polskich Żydów i muzułmanów? I dla niewierzących?

 

Trop trzeci: Człowieka (i narodu) nie można zrozumieć bez Chrystusa

Jedna z najważniejszych − i zapadających głęboko w pamięć − myśli Jana Pawła II, wypowiedzianych w czerwcu 1979 r. w Warszawie, w czasie jego pierwszej pielgrzymki do ojczyzny (wyraźnie odwołującej się do milenijnych obchodów), mówiła, że „nie można bez Chrystusa zrozumieć dziejów Polski”. „Nie sposób zrozumieć dziejów narodu polskiego, tej wielkiej tysiącletniej wspólnoty, która tak głęboko stanowi o mnie, o każdym z nas, bez Chrystusa – powiedział wówczas papież. − Jeślibyśmy odrzucili ten klucz dla zrozumienia naszego narodu, narazilibyśmy się na zasadnicze nieporozumienie. Nie rozumielibyśmy samych siebie. Nie sposób zrozumieć tego narodu, który miał przeszłość tak wspaniałą, ale zarazem tak straszliwie trudną − bez Chrystusa. (…) Nie sposób zrozumieć dziejów Polski od Stanisława na Skałce do Maksymiliana Kolbego w Oświęcimiu, jeśli się nie przyłoży do nich tego (…) podstawowego kryterium, któremu na imię Jezus Chrystus”.

Istnieją co najmniej dwie interpretacje tych słów. Ta pierwsza odwołuje się do historii, pokazując, że początkiem polskiej państwowości i korzeniem narodowej tożsamości jest chrzest udzielony księciu Mieszkowi i jego drużynie. Chrzest pojęty nie tylko jako jednorazowe wydarzenie, dzięki któremu my, Polacy, znaleźliśmy się w kręgu kultury europejskiej, ale jako powolne przyjmowanie – i uwewnętrznianie – kształtującego nas orędzia Ewangelii[1].

Nie ma chyba sporu co do tego, iż takie rozumienie słów papieża jest dla wszystkich (no, może prawie wszystkich) możliwe do przyjęcia − pod warunkiem że domagając się uznania wyjątkowej roli chrześcijaństwa w historii Polski, nikogo nie będziemy przymuszać do osobistego opowiedzenia się za Jezusem. O wiele trudniej natomiast zaakceptować interpretację „węższą” i ekskluzywną, postrzegającą chrześcijaństwo (czy wręcz rzymski katolicyzm) jako kryterium sine qua non bycia Polakiem.

Ci, którzy znają teksty Wojtyły, dobrze wiedzą, że Jan Paweł II tak nie myślał; wystarczy przeczytać choćby taki oto fragment jego książki Pamięć i tożsamość: „Polskość to w gruncie rzeczy wielość i pluralizm, a nie ciasnota i zamknięcie. Wydaje się jednak, że ten »jagielloński« wymiar polskości (…) przestał być, niestety, w naszych czasach czymś oczywistym” (podkreśl. moje – J.P.).

Jednocześnie jednak nie da się zaprzeczyć, że niektóre obrazy i metafory, obecne w papieskich homiliach, mają czasem charakter nieostry i pozwalają na rozmaitą ich interpretację. Papież bywał mało precyzyjny, co stwarzało nieraz kłopoty teologom.

I tak, moim zdaniem, problematyczne jest np. porównywanie jakiegokolwiek (!) narodu z biblijnym ludem wybranym i sugerowanie, że mamy tu do czynienia z „nowym Izraelem” (tytuł ten przysługuje przecież wyłącznie uniwersalnemu Kościołowi). A tak właśnie można by zrozumieć słowa wypowiedziane w 1979 r. w Gębarzewie koło Gniezna: „Wszyscy razem jesteśmy »królewskim kapłaństwem« i rodzajem wybranym, ludem Bożym”. Papieżowi chodzi tu zapewne o Kościół w Polsce, jednak – w świetle kolejnego zdania − nie jest to wcale oczywiste: „Wszyscy też razem stanowimy »królewski szczep Piastowy«, jak głosi nasza ojczysta pieśń. Wszystkich witam i nikogo nie pomijam. Również przedstawicieli władz terenowych, przedstawicieli służby porządkowej i milicji. Wszystkich! Królewski szczep Piastowy!”.

Jak pisze cytowany tu już Dorian Llywelyn, „w tych aluzjach kryje się niezwykła moc oddziaływania: Kościół katolicki jest uprawnionym spadkobiercą władzy królewskiej nad całym narodem. To Kościół (…) mówi w imieniu narodu i jest odpowiedzialny za autentyczną tożsamość narodową”. I dalej: „Trudno takie twierdzenia oceniać teologicznie, gdyż stosowany w nich rejestr językowy nie posiada należytej precyzji. Są to raczej twierdzenia metaforyczne, płynne i otwarte na manipulację”.

 

Trop czwarty: Polak-katolik A.D. 2016

Jubileusz chrztu Polski stawia przed nami również pytanie, na ile jest to wspólne (tzn.: nie tylko rzymskokatolickie) święto polskiego chrześcijaństwa. Nie mieli co do tego wątpliwości autorzy ogłoszonego jesienią ubiegłego roku listu pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski: „Czy Jezus Chrystus nie wzywa nas do tego, byśmy chcieli nie tylko przeżyć, ale – w takiej mierze, w jakiej to jest możliwe – również przygotować wspólny obchód 1050-lecia tamtego wydarzenia? Czy możemy śpiewać Bogu radosne Te Deum za wydarzenie chrztu inaczej, niż w postawie głębokiego pojednania?”. Brzmi pięknie, ale… „Z faktami się nie dyskutuje: w komitecie organizacyjnym [obchodów] wciąż nie ma przedstawicieli innych Kościołów. To mnie osobiście dotyka i boli” – mówi (w wydanej właśnie książce Na początku był Chrystus) bp Grzegorz Ryś, autor myśli, którą w kontekście tej rocznicy warto by (i trzeba) na nowo przemyśleć: „Na co dzień ważniejsze dla nas jest to, w jakiej jesteśmy konfesji, niż to, że należymy do jednego Kościoła Chrystusowego. To wymaga od nas wszystkich radykalnej zmiany myślenia”.

Fatalną zbitkę „Polak-katolik” powinniśmy już dawno odłożyć do lamusa historii, nie wylewając przy tym, rzecz jasna, dziecka z kąpielą. Bo przecież swą polskość (i katolicyzm) można przeżywać w sposób pozytywny, nikogo niewykluczający.

Oto kolejne wyzwanie dla Kościoła: żeby myślał, rozróżniał i z bogatego skarbca polskiej tradycji wybierał to, do czego chce nawiązywać.

*

Tropów, za którymi warto pójść i je przemyśleć, jest oczywiście w tym jubileuszowym kontekście dużo więcej. Dla mnie jednak coraz bardziej palące staje się pytanie o to, jaki ma być cel tego świętowania. Czy chodzi przede wszystkim o obudzenie w nas poczucia dumy z tysiącletniej tradycji czy raczej o rachunek sumienia, który musi się pojawić, kiedy powtórzymy przyrzeczenia chrzcielne i skonfrontujemy je z rzeczywistością? Chrzest jest sakramentem, dzięki któremu stajemy się wspólnotą. Ale czy my – dziś, w 2016 r. – potrafimy jeszcze myśleć o sobie w takich kategoriach?

 

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter