70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Wizjer

W następnym roku znów zabiła karpia, ulepiła pierogi, nakryła stół. Znów się spóźniali. Znów podbiegała do wizjera. Kroki wyraźne, głośne. Nie ich.

Patrzę na panią Stasię, jak krząta się po kuchni. Zmiata okruszki ze stołu, coś tam miesza w garnku. Czasem się uśmiecha, ale zwykle nie. Ma 79 lat. Mieszka samotnie, w czteropiętrowym bloku z widokiem na Odrę. Wiem już, że lubi zapach zalanego mlekiem maku i cynamonu. Wiem, że potrafi zrobić obrus na szydełku, zabić karpia, obrazić się na Boga. Wiem też, że od 12 lat Wigilię spędza, siedząc na taborecie przy drzwiach. I że czeka.

Gdy rozmawiałyśmy pierwszy raz, jakieś siedem lat temu (wcześniej widywałyśmy się tylko czasem w osiedlowym sklepie), stała przed drzwiami do mieszkania i mocowała się z zamkiem. Była sobota, Wigilia, tuż po siedemnastej. O tej porze w zimie jest już ciemno. „Pomóc?”. „Nie, nie trzeba”. „Pani też się dziwi?”– zapytała jeszcze. Zdziwiłam się. Ale nie od razu. Z daleka trudno dojrzeć, że wizjer w drzwiach zamontowano na wysokości pasa.

Zaprosiła mnie do siebie po świętach. Usiadłyśmy w pokoju. Tapczan, szafa, przedwojenne tremo. Skromnie i czysto. Telewizor przesłonięty serwetą. Dużo książek. Przy ścianie niewysoki taboret. Dziś już wiem, że idealnie pasuje do wizjera.

Mówiła dużo. Najwięcej o Wigilii 2004 r.

O tym, że tamtego dnia nakryła stół. Sześć talerzy. Z Londynu – mieszkali tam od trzech lat – miała przylecieć córka, zięć i dwoje wnuków. Piąty talerz dla niej, szósty dla nieoczekiwanego gościa. Pod obrus wsunęła siano, wygładziła rogi. Spóźniali się. A ona za każdym razem gdy słyszała kroki na korytarzu, podbiegała do wizjera.

Zadzwonił telefon.

Krótka rozmowa. Trzy może pięć minut, dobrze nie pamięta. W milczeniu odłożyła słuchawkę. „Mama wie, taka okazja, dłuższy urlop, przyjaciele, pierwsze święta w ciepłych krajach. Nie wiedziałam, jak powiedzieć wcześniej. Mama sobie poradzi?”

Poradzi sobie, „co ma sobie nie poradzić”. Pocztą przyszedł prezent. Nie otworzyła. Do dziś leży w szafie.

Taki był początek.

W następnym roku znów zabiła karpia, ulepiła pierogi, nakryła stół. Znów się spóźniali. Znów podbiegała do wizjera. Kroki wyraźne, głośne. Nie ich. Znów zadzwonił telefon. Trzy lata później zamontowała nowy wizjer, nisko, bo trudno stać tyle godzin przy drzwiach. Mosiężny, „panorama, kąt widzenia 200 stopni, z nowoczesnym czterosoczewkowym układem opytycznym o dużej średnicy, gwarantującym duży wyraźny obraz”. Ulotkę ma do dziś.

„To może głupie – przyznaje – ale gdy siedzę i patrzę, jak ludzie idą do innych na wigilię, czuję się mniej samotna”.

Wie, że mówią o niej „ta wariatka od wizjera”. Tym się nie przejmuje. Boi się tylko, że zobaczy w ich spojrzeniach politowanie. Często mówi o Bogu. Obraziła się na Niego już dawno, kiedy zabrał jej Bronka, męża. Nocą, jednym charczącym oddechem. Ale czasem z Bogiem rozmawia. Gdy „żal z niej wyłazi”. Pyta: nie „dlaczego” (mówi, że wie gdzie zawiniła), ale „jak żyć dalej”.

Dwanaście lat. Tyle minie w grudniu. Bez uścisku dłoni, bez krótkiego uśmiechu, życzliwego spojrzenia. Dwanaście prezentów. Dwanaście kartek z obietnicą. Zapraszam panią Stasię na wigilię każdego roku. I każdego roku odmawia. „Proszę o mnie myśleć”, mówi tylko. Będę.

Wiem, że kupi choinkę, zabije karpia, ugotuje barszcz, znów obrazi się na Boga. Nakryje stół, pod obrus wsunie siano, wygładzi rogi, popatrzy przez okno. Taboret ustawi przy drzwiach. Zgasi światło.

„Bóg się rodzi, moc truchleje”.

 
 

Prenumerata edukacyjna

Jesteś studentem, doktorantem, nauczycielem? Skorzystaj z nowej oferty!
Numer z darmową dostawą za jedyne 9 zł

Zamów teraz!

Prenumerata