70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Edyta Dufaj

Witaj w pięknych stronach

O ile ziny, alternatywne druki ulotne w Polsce lat 90. i dwutysięcznych, były tworzone głównie przez zbuntowanych chłopaków, o tyle dziś przestrzeń wydawanych własnym sumptem publikacji jest tubą, przez którą wyraźnie słychać kobiecy głos. Świat publikacji niezależnych, nienastawionych na zysk jest różnorodny, często zaskakujący formalnie, miłujący swobodę twórczą jak Wydawnictwo Latające Oko stworzone z dziewczęcej przyjaźni

W 2016 r. założyłyście oficynę Latające Oko, która wydaje ziny, artbooki, wkrótce książki. Skąd wziął się pomysł na stworzenie wydawnictwa?

Alicja Pismenko: To poniekąd rezultat długoletniej przyjaźni. Gdy studiowałyśmy w Krakowie, ja grafikę na Akademii Sztuk Pięknych, a Michalina – historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim, obie miałyśmy podobne spostrzeżenia na temat książek ilustrowanych i szeroko rozumianej ilustracji, choć patrzyłyśmy na to siłą rzeczy z różnych perspektyw. Kilkakrotnie próbowałam swoich sił w dużych wydawnictwach, składałam prace na konkursy, ale często spotykałam się z niezrozumieniem.

Stwierdziłam, że skoro ktoś nie chce przygarnąć mojego świata, przecież nie jest problemem, by założyć własne wydawnictwo i być niezależną. Jeśli czegoś nie ma, należy to stworzyć!

Na podjęcie decyzji o Latającym Oku wpłynęło kilka elementów. Pierwszym z nich był KIOOSK – Międzynarodowe Targi Publikacji Niezależnych w Krakowie, które zorganizowali nasi przyjaciele. Wymyślili, że chcą coś zrobić, i to po prostu zrobili! Spotkania, prezentacje, publikacje okazały się niezwykle inspirujące. Kolejnym elementem było unikatowe miejsce – założona już w 1976 r. księgarnia Printed Matter w Nowym Jorku. Jej misją jest docenianie oraz rozpowszechnianie książek artystów oraz pokrewnych publikacji. Takiej różnorodności nie znajdziesz nigdzie indziej – od mikroksiążeczek powielanych na ksero po kapitalne wydania albumowe. Wreszcie wyznacznik jakości – brytyjskie wydawnictwo Nobrow Press (określane mianem mistrza kultury DIY – ang. do it yourself – „zrób to sam”). Specjalizuje się w bogato ilustrowanych publikacjach, które – jak mówią założyciele – „zasługują na to, by zostać wydrukowane”. Poza tym – po prostu lubimy razem pracować! W działaniach fotograficznych i filmowych wspiera nas krakowska fotografka Edyta Dufaj.

Michalina Zawadka: Poruszając się w świecie artystów, zauważyłam, że bardzo wiele pięknych i wartościowych dzieł schowanych jest w „szufladzie”, niedostępnych dla szerszej publiczności. Chciałam to zmienić i pokazać, że ilustracja również jest sztuką. Alicja od wielu lat tworzy rysunki, które uwielbiam. Naturalnym pomysłem była więc chęć wydania w pierwszej kolejności książek z jej ilustracjami.

Czego one dotyczą?

A.P.: Od dłuższego czasu pracuję nad ilustracjami do Bajki o górze. W szkicowniku może wydawać się nieczytelna. Kiedy w nim rysuję, kieruję się zasadą, żeby nie zaczynać od początku, bo mam wtedy wrażenie, że praca skończy się niepowodzeniem. Trzeba zaczynać od środka, od końca, by uniknąć „przekleństwa pierwszej strony”.

M.Z.: Zależy nam na tym, by ta książka została wydana jako pierwsza w wysokim nakładzie.

Czyli?

M.Z.: Tysiąc egzemplarzy. Zdajemy sobie sprawę, że nie jest to bardzo dużo, ale na publikację niezależną wystarczy. Z jednej strony książka utrzymana jest w poetyce baśniowej dzięki bardzo bogatym w szczegóły ilustracjom, z drugiej, odwołuje się do konkretnych faktów naukowych. By wyłuskać wszystkie detale, wydrukujemy ją w technice offsetowej. Publikacja będzie czarno-czarna, chcemy oddać takie niuanse jak różnice w kolorze między czarnym cienkopisem a czarnym długopisem, którymi są rysowane ilustracje.

Kolejną książką, którą przygotowuje Alicja, jest kontynuacja jej Wpływu księżyca na rośliny. Jej oś stanowi proste spostrzeżenie dotyczące hodowli roślin wieloletnich i kierowania się kalendarzem księżycowym. Podpowiada, kiedy rośliny będą rosły najszybciej i w jakim momencie zaprzestać jakichkolwiek działań, by im nie zaszkodzić. To opowieść nie tylko o naturze, ale także o charakterze, emocjach i energii ludzi, którzy często przypominają przecież rośliny.

Michalina wspomniała o „szufladach” pełnych wartościowych publikacji artystycznych. Jakie są kryteria doboru twórców, których wydajecie?

A.P.: Fascynacja! Ona zupełnie nam wystarcza. Chciałabym, by świat usłyszał o osobach, które niezależnie tworzą piękne publikacje. Cieszę się, że mogę pracować nad nimi z artystami, których szczerze podziwiam – jeśli są w stanie poświęcić czas, energię i pomysły, to co stoi na przeszkodzie, by połączyć siły? Ziny, artbooki, książki będą nas przecież cieszyć wspólnie.

Właśnie! Wydawnictwo zostało stworzone, by Alicja mogła opublikować niezależnie własne książki, ale w Waszym portfolio znajdują się także inne druki.

A.P.: W związku z tym, że dzielę swój czas na pracę komercyjną i twórczość artystyczną, ukończenie książek nie przychodzi tak szybko, jak zakładałam. Są to pozycje wymagające koncentracji. Zależało nam, aby równolegle z powstawaniem bardziej rozbudowanych, czasochłonnych publikacji wydawać mniej obszerne książki niskonakładowe. Stąd też pomysł na cykliczne wydawanie magazynów, zinów czy artbooków również z innymi artystami.

M.Z.: Do tej pory przygotowaliśmy trzy artbooki z serii „Trzystadziewięćdziesiątcoś”. Pierwszy malarki Katarzyny Kukuły nosi tytuł „392/ Słowo o miłości” dotyczy – jak wskazuje tytuł – tematu miłości i erotyki. To wrażliwa opowieść o relacjach męskie-kobiece i zewnętrzne-ukryte powstałych na styku biologii, metafizyki i psychologii. Zin „393/Maszyna” Alicji jest publikacją dotyczącą rytuałów obiektów, których funkcji do końca nie poznaliśmy, powtarzalności historii i ślepego podążania za technologią. Natomiast ostatni artbook Wojciecha Ireneusza Sobczyka „394/Ruch ciał niebieskich” omawia względność funkcji czasu.

Publikacje, które wydajecie, są numerowane. Zaczynają się od liczby 392. Dlaczego?

A.P.: W latach 1917–1924 jeden z czołowych dadaistów francuskich, poeta i typograf Francis Picabia, wydawał w Barcelonie artystyczno-literacki magazyn „391” (zapożyczył tę nazwę od periodyku „291” amerykańskiego fotografa Alfreda Stieglitza). Picabia w manifestach tłumaczył, że zestawienie tych trzech cyfr jest w zasadzie niedorzeczne, zwłaszcza że nie ma żadnego związku z treścią pisma. Wydało nam się to genialnie! Tak jak ten magazyn, który widziałam na żywo i wywarł na mnie olbrzymie wrażenie. „Brak elementu wspólnego”, o którym pisał Picabia, okazuje się właśnie „idealnym elementem wspólnym”. Uniwersalny, pasujący do każdego artysty, do każdej techniki i treści. W związku z tym, że chciałyśmy pójść krok dalej, zaczęłyśmy od numeru „392”,  a później kolejno „393”, „394”.

Wasze publikacje są przygotowane pieczołowicie, czuć pod palcami szorstkość druku, dominują imponujące ilustracje. Jaką technikę wykorzystujecie przy wydawaniu artbooków  czy zinów?

M.Z.: Drukujemy je ręcznie metodą sitodruku, zawsze przy udziale artystów – wychodzimy z założenia, że ma to być wspólny proces, a nie odtworzenie zamysłu. Jest w tym coś bardzo intymnego – każda z zaangażowanych osób oddaje część siebie.

A.P.: Pracownia sitodruku, stół, suszarka półkowa, farby, rakle, papiery, własnoręcznie zrobiona naświetlarka, wszystko to znajduje się w moim mieszkaniu. Wydaje mi się czasami dość niesamowite, że tworzymy książki w miejscu, w którym żyję na co dzień, śpię, pracuję… Granica między przestrzenią osobistą, prywatną a wydawniczą jest zatarta, te obszary się nakładają.

Wydaje mi się, że to także bardzo ważne dla artystów, którzy czuwają nad projektem od początku do końca.

M.Z: Katarzyna Kukuła jest malarką i przy tworzeniu swojej publikacji po raz pierwszy drukowała na sicie. Założyła, że chce wyrazić w niej swoją profesję, sprawić, by była ona „malarska”, więc bawiła się kolorem i drukiem. Wojciech Ireneusz Sobczyk z kolei posiada olbrzymie doświadczenie w technikach graficznych, dlatego stworzył niesamowitą grafikę w miedziorycie i wydrukował ją na bibule japońskiej. To majstersztyk!

A.P.: Każdy artysta oddaje do swojej książki tyle, ile chce. To jest wolność, o którą nam chodzi. Jedyne, co my narzucamy, to format okładki – musi to być prostokąt, bliski formatowi A4. I stempelek – każda publikacja jest sygnowana przez autora. Te publikacje mają numer ISBN i choć wydawane są w nakładzie do stu egzemplarzy, to można je znaleźć w bibliotekach, do których wysyłamy egzemplarze obowiązkowe. Właśnie pracujemy nad stroną internetową ze sklepem (www.lataoko.com), wtedy publikacje będą dostępne dla szerszej publiczności. Póki co dystrybuowaliśmy je przy okazji wydarzeń związanych z promocją artbooków lub zainteresowane osoby zgłaszały się do nas przez portale społecznościowe czy maila.

Wasze projekty wychodzą poza druk – każdą publikację uzupełnia szereg dodatków. To zabieg promocyjny czy też sam druk po prostu nie wystarcza?

A.P.: Artbooki, książki są bardzo ważne, ale one nie są jedyną częścią naszej działalności. Dodatki to oczywiście jest sposób na promocję, rozpowszechnienie wiedzy o wydawnictwie, ale nas interesuje przede wszystkim dopełnianie publikacji, kreowanie świata wokół niej. Działanie „na pograniczu” najbardziej nam odpowiada – osobiście bardzo lubię łączyć wiele aktywności, zależy mi na dodaniu do publikacji innych bodźców: zapachu czy dźwięku. To ją wzbogaca.

M.Z.: W przypadku zina „393/ Maszyna” Alicji zorganizowaliśmy wydarzenie podobne do wernisażu, podczas którego zostały zaprezentowane instalacje, obiekty w postindustrialnych wnętrzach jednej z krakowskich fabryk. Te wydawnictwa też odnajdują się w przestrzeni dzieł sztuki. Artbook Katarzyny Kukuły pojawił się na jej indywidualnej ekspozycji „Wiosność” w Galerii M we Wrocławiu. W prezentowanych na wystawie pracach artystka eksplorowała tematy natury, witalności, seksualności w kontekście wiosennego odrodzenia. Z kolei publikacja Wojciecha Ireneusza Sobczyka towarzyszyła wystawie artysty „Jarden Brun” w willi Kadenówka w Rabce-Zdroju. Uzupełniała się z innymi prezentowanymi tam pracami.

A.P.: Każdej edycji zina towarzyszy film promujący, który jest naszą, wydawniczą, interpretacją publikacji. Przy okazji powstaje też jeden dodatkowy przedmiot – w przypadku zina Katarzyny był to plakat, u Wojtka– grafika na sicie. Do mojego dodałyśmy tzw. Bubel – jest to częściowo zadrukowany zeszyt, który ma pobudzić odbiorcę do działania.

Do kogo przede wszystkim kierujecie swoje książki?

A.P.: Gdy postanowiłyśmy założyć Latające Oko, na rynku dopiero kiełkowały piękne, bogato ilustrowane książki dla dzieci. Ta stylistyka była nam bardzo bliska, jednak szybko uznałyśmy, że chcemy wydawać to, co nam się podoba i w co wierzymy – może to być zarówno ilustrowana książka dla dzieci, piękna opowieść dla dorosłych, jak i zin czy artbook. Dlaczego mamy się zamykać na jedną grupę odbiorców? A nuż będzie tak, że książka, która w zamyśle dedykowana została dzieciom, zostanie lepiej przyjęta przez dorosłych – w taki sposób myślę np. o swojej Bajce o górze. 

Oczywiście słyszymy argumenty: „To się będzie dobrze sprzedawać”, „Na to jest moda”. Myślę o tym jednak inaczej.

Reguły, zasady, wytyczne mam na co dzień. Gdy robię coś z pasji, chcę, by było to tworzone z niczym nieograniczonej wyobraźni, chcę się dać ponieść intuicji, zabawie, przypadkowi.

Latające Oko to synonim wolności?

A.P.: Oko zawsze podąża za historią, jest niezbędne, by odczytać ilustrację. Nigdy jednak nie jest statyczne – oko wędruje, poszukuje, wychwytuje detale. Poniekąd masz rację – chodzi o to, by się nie ograniczać, nie zatrzymywać. Na początku wspólnej działalności stworzyłyśmy krótkie video Konik, w którym zawiera się idea naszego wydawnictwa. W pracy twórczej, w życiu chodzi o to, by czasem dać się ponieść – pędzić przed siebie, zatracić się tak, by nic innego prócz wolności się nie liczyło.

 

Alicja Pismenko

Wizjonerka w Wydawnictwie Latające Oko. Ukończyła grafikę na ASP w Krakowie. Urodzona w nowiu. Wielbicielka siłowni zewnętrznych. Rysuje, projektuje, podśpiewuje, trochę rzeźbi

 

Michalina Zawadka

„Ogarniaczka” w Wydawnictwie Latające Oko. Absolwentka historii sztuki UJ. Miłośniczka buldożków francuskich ze szczególnym uwzględnieniem Bombaliny. Obecnie mieszka i pracuje nad rzeką Zawadką


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter