SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
-
styczeń, nr 548
- luty, nr 549
Fundacja
Księga gości
Abyśmy lepiej mogli poznać Państwa oczekiwania, opinie i życzenia prosimy o wpisanie się do naszej
księgi gości.
Dziękujemy!
|
 |
PAMFLET NA MISTRZA
Adam Wiedemann
|
- Nie ukrywam, że lubię pisać.
To pewnego rodzaju kreacja.
Krystyna Janda
1. Trzeba zacząć od tego, że siedzimy z Izą w kawiarni i mamy dla siebie honoraria, bo oboje jesteśmy pracownikami tak zwanych instytucji kulturalnych, płacących tym, co dla nich piszą, a jednocześnie sami też coś tam na boku piszemy, i właśnie tak się zdarzyło, że napisaliśmy coś dla siebie nawzajem, to znaczy dla swoich instytucji, i Iza mówi, patrz, już za moje honorarium kupiłam koszulkę dla dziecka, na co ja, że za swoje kupiłem sobie listy Irzykowskiego, bo właśnie wyszły, na co Iza, że kiedyś, owszem, byłoby to dla niej wydarzenie, a nawet przeżycie, ale teraz to już sobie nie wyobraża, żeby tak siąść i czytać listy Irzykowskiego, już nie te czasy.
No rzeczywiście, ktoś w naszym wieku, nie będący studentem ani też wykładowcą na jakiejś humanistycznej uczelni i kupujący sobie w księgarni świeżo wydane listy Irzykowskiego to jednak jakiś wybryk natury, w moim przypadku częściowo uzasadniony przez długotrwałe niegdyś zajmowanie się Irzykowskim, z obowiązku co prawda i dla dyplomu, ale też nie bez głębokiej fascynacji, nie na tyle jednakże głębokiej, by trwała w niezmienionym stanie aż do dziś. Kupując zatem te listy, raczej się sentymentem do własnej przeszłości kierowałem niż autentyczną ciekawością czy jakąś tam inną potrzebą duchowych doznań. Irzykowski jest nieaktualny, zarówno dla mnie osobniczo, jak i dla całej naszej teraźniejszej kultury, ta kultura poszła w zupełnie innym kierunku, niż on chciał; jego projekt uczestniczenia w kulturze nie nadaje się do realizacji i nie jest to wina samego projektu, który (w sensie, powiedzmy, architektonicznym) nie przestaje zadziwiać śmiałością linii i prostotą rozwiązań - problem w podmokłym i niezmeliorowanym gruncie, na którym wznosi się i wciąż rośnie nasza "literacko-artystyczna giełda".
Spójrzmy na krytyków, zajętych "robieniem hałasu" wokół kolejnych bestsellerów i "przebojów dziesięciolecia" - i przypomnijmy sobie Irzykowskiego z jego koncepcją intelektualisty jako "wyspy atakującej", której cechą byłaby "nadneutralność", a zadaniem - "poprawianie i krytykowanie wszystkich"1. Stworzony przezeń typ recenzji, będącej drobiazgowym sprawdzaniem, jak funkcjonuje omawiany utwór "na wszystkich piętrach znaczeń", i jednocześnie konceptualnym stwarzaniem "wersji idealnej", przegrał w konkurencji ze zwykłym, pobieżnym omówieniem własnych "wrażeń". Świadectwem trywializacji idei "wyspy" jest ostatnia książka eseistyczna Czesława Miłosza2, w której noblista projektuje wizję "nowej bohemy", rozrzuconych po świecie i poukrywanych na uniwersyteckich campusach klerków, którzy kontaktują się ze sobą niczym członkowie klubu szachowego lub innej równie nieistotnej instytucji, a cała ich aktywność sprowadza się do "obrony swojej autonomii" przed "miazgą mass mediów"3. Współcześni intelektualiści nie biorą już udziału w życiu publicznym, a ich lokalne potyczki nikogo na dobrą sprawę nie obchodzą; świadom jest tego nawet tak popularny i aktywny intelektualista jak Miłosz, czyż więc opłaca się nam wołać o "nowych Irzykowskich", krytyków zadziornych i bezkompromisowych, nie uznających "uznanych wielkości" i uparcie wytykających każdemu każdą wypowiedzianą bzdurę? No oczywiście, choćby dla uatrakcyjnienia naszego smętnego "życia na wyspach" taki Irzykowski by się może przydał, byłby wszakże skazany na... bycie Irzykowskim, śmiesznym starszym panem z bródką, który się o byle co awanturuje, w związku z czym nikt nie ma siły, aby przyznać mu choć odrobinę racji.
2. Irzykowski był przede wszystkim strasznym pechowcem. W jednym z pierwszych znanych nam listów pisał: "Otóż co się tyczy sławy, to ja ją mieć będę jak 2 + 2 = 4, bo ludzie tacy jak ja wprawdzie nie uzyskują wielkiej sławy jak Tetmajer lub Sienkiewicz, odgadywacze drzemiących w ludzkich mózgownicach szablonów - ale zawsze zyskują uznanie" (s. 36). W zasadzie wszystko się zgadza, uznanie z czasem przyszło, czy jednak było ono na miarę oczekiwań i zasług tego obiecującego (sobie) dwudziestoparolatka? Jego debiutancka powieść, jakkolwiek genialna i prekursorska (o czym wiemy, bo nam powiedział prof. Wyka, ale samym raczej nie chce nam się sprawdzać, bo skądinąd dowiedzieliśmy się, że gruba i trudna), doczekała się jedynie paru negatywnych omówień, tak iż w końcu sam autor ją chyba znielubił i przez cały okres międzywojenny uparcie wzdragał się przed jej powtórnym wydaniem. Jego wiersze też się nikomu nie podobały, w końcu je jednak wydał, by zebrać powtórne baty (tym razem poniekąd słusznie, choć ciosy wymierzane były zazwyczaj na oślep). W międzyczasie został krytykiem, szybko zyskując niekwestionowany autorytet, o swoją karierę literacką dbał wszakże w sposób iście wariacki, o czym przekonuje nas historia z nagrodą PTWK. Otóż przyznanej mu w 1928 nagrody Irzykowski nie przyjął, tłumacząc, iż poprzedni laureat tejże, Ostap Ortwin (nb. stary lwowski przyjaciel, z którym razem walczyli o oczyszczenie Brzozowskiego z zarzutu szpiegostwa), "nie ma za sobą żadnej książki", który to "wynik" wydał mu się "skandaliczny" (s. 178). A oto jak tłumaczy ów postępek sześć lat później w liście do tegoż Ortwina: "Przed kilku laty nagroda wydawców przypadła po 2000 mnie, Borowemu i Boyowi. Ja odrzuciłem, wysuwając jako motyw, że poprzedniego roku udzielono nagrody Panu. Motyw ten był nieprawdziwy i fałszywy - przy czym zlekceważyłem to, że ogłoszenie go musi Pana zaboleć. Właściwie szło mi o to - zdawało mi się wówczas, że gdy dostanę tę nagrodę, będzie to na później pretekstem, aby mnie wykluczyć od nagród większych. Nie był to więc nawet hojny gest, lecz głupie obliczenie". Czyżbyśmy tu zabrnęli na jakiś Giewont idiotyzmu? Bynajmniej; Irzykowski zawsze bardzo lubił szczerość: "Na moje dobro mogę zapisać, że nie starałem się wcale o rozgłoszenie tego faktu, o reklamę. Z góry wiedziałem, że nikt się tym zbytnio nie rozczuli. I tak się też stało. Nikt nie oglądał się na »pokrzywdzonego« p. I.". Nie na tym jednak koniec: "Zapewniam jeszcze, że obraza wyrządzona Panu była większa w intencji niż w rzeczywistości" (s. 276-277). Dalej już zabrnąć nie można, nie dziw też, że Ortwin wymiękł i wszystko wybaczył. "Większe nagrody" dla Irzykowskiego już oczywiście nie przyszły; przyjemność z wejścia w szeregi członków Polskiej Akademii Literatury zepsuł sobie, angażując się niepotrzebnie w projekt zastąpienia Akademii przez trudną w użyciu Izbę (długo by opowiadać, zob. Listy, s. 131-175), po czym jeszcze zepsuł sobie reputację książką Beniaminek, która miała być manifestem krytycznego obiektywizmu wymierzonym w najniesłuszniej przecenionego literata polskiego, a stała się przez przypadek (bo za późno wyszła) "nieświadomą uczestniczką" antyboyowskiej nagonki zrobionej tymczasem przez naszych pożal się Boże nacjonalistów. Zresztą mimo deklarowanego obiektywizmu tyle w tej książce jadu i osobistej niechęci, że nawet w obliczu słuszności wielu zawartych w niej sądów (np. o zasadniczo nieliterackim charakterze twórczości Boya) trudno jej nawet i dziś nie nazwać "brzydką"4. Wiosną 1938 roku, w liście do Konińskiego, Irzykowski zadeklarował swą "życzliwość neutralną" wobec Adolfa Hitlera. Zostajemy z rozdziawionymi gębami, ale tylko do następnego listu, w którym pisarz wyjaśnia, iż "interesuje go i dotyka to, jak faszyzm został od razu zanotowany na giełdzie literacko-intelektualnej w Polsce", a że został zanotowany nisko, to on, kierując się "poczuciem sprawiedliwości" uznaje faszyzm jako "partnera" (s. 330-331). Taka po prostu zabawa w odwracanie kota ogonem i wsadzanie kija w mrowisko, i oczywiście w liście prywatnym można sobie na takie koziołki myślowe pozwolić, los jednak i tym razem postanowił być dla naszego bohatera bezlitosny, wszyscy znamy tę historię, pijany własowiec (poniekąd "partner") wrzuca zapałkę do kuferka, zawierającego najważniejsze w zamierzeniu dzieło, rękopis Mostów, i Mosty płoną na oczach swojego zrozpaczonego autora, który, jak wiemy, długo już potem nie pożyje.
Życie prywatne Irzykowskiego? - aż strach pomyśleć, że mogło się to komuś przydarzyć. Kariery uniwersyteckiej nie zrobił z powodu wady wymowy, nie mógłby po prostu wykładać, w związku z czym został stenografistą w sejmie, która to praca zajmowała mu większość czasu, a pieniędzy przynosiła tyle co kot napłakał. Emeryturę dostał niższą, bo się sprzeciwił wysłaniu jakiejś głupiej depeszy do Piłsudskiego ("My, literaci, wielbimy Cię", coś w tym stylu), a potem znów do roboty, no bo wojna, darzony "neutralną życzliwością" polityk najechał na Polskę, co zrobić. Jeśli chodzi o miłość, to Karol, młodzieńcem jeszcze będąc, ubzdurał sobie, że będzie na niej eksperymentował, zapis jednego z takich eksperymentów dotarł do nas w postaci korespondencji z Erną Brand i jest to, jak wszystko, w czym Karol maczał palce, rzecz absolutnie niebywała. Erna robi, co może, by zaspokoić dręczący go głód szczerości, on jednak wciąż podkręca gałkę potencjometru, żaden poziom szczerości (cudzej) go nie satysfakcjonuje, jeśli zaś chodzi o szczerość własną, to używa jej głównie celem wystawienia na próbę wytrzymałości Erny ("Jeżeli Pani zresztą koniecznie chce, żebym ją pocałował, to mogę służyć, ale zapewniam, że nie będzie smakowało, bo z ust mi śmierdzi jak z gnojówki" etc., s. 30). Toteż trudno się dziwić, że jako osoba słabsza psychicznie i zresztą nie potrzebująca aż tak ekstremalnych doświadczeń decyduje się ona w końcu na zerwanie tej fascynującej (nas dzisiaj) "wymiany wrażeń". (Historia z Erną nie poszła na marne, dostarczyła bowiem Irzykowskiemu sporo materiału do Pałuby). Kolejną miłością Karola została (ku swemu zaskoczeniu) sławna pisarka Zofia Nałkowska i była to, jak się zdaje, miłość z prawdziwego zdarzenia, skoro to właśnie Zofii pokazał Irzykowski swój ekshibicjonistyczny aż do bólu "Pamiętnik" (przeznaczony pierwotnie dla Erny), zaś pisanych do niej listów strasznie się później wstydził i różnymi sposobami5, w końcu też uciekając się do żałosnych gróźb, usiłował je odebrać. (Usiłowania nie odniosły skutku, niestety Zofia, powodowana jakąś niezrozumiałą dla nas dziś sumiennością, zniszczyła te listy przed śmiercią, no i kolejny pech, bo przecież właśnie one i tylko one mogłyby się teraz okazać sensacją literacką na skalę ogólnopolską). Kolejnym pechowym przedsięwzięciem był ślub Irzykowskiego z Marią Antoniną Gnoińską; związek ten, choć zawarty prawdopodobnie celem odsunięcia pokus "wielkiego szczęścia" typu Nałkowska, okazał się wyjątkowo dotkliwą próbą woli. Żona bez przerwy chorowała, pierwsza córeczka zmarła, co spowodowało u pisarza depresję nie pozwalającą mu przez dłuższy czas pokochać dwóch pozostałych córek; życie rodzinne Irzykowskiego, jeśli je sobie wyobrazić, napawa głębokim smutkiem, podobnie jak jego pozamałżeński romans z niezbyt urodziwą i niezbyt utalentowaną pisarką, o której karierę literacką dbał w sposób zaiste wzruszający: "Proszę Pana do Warszawy odpowiedzieć mi co do nowel Dąbrowolskiej, bo obawiam się, że autorka popełni samobójstwo, będzie się Panu śniła po nocach. Ale jeżeli Pan nie ma czasu, to proszę się nie krępować" (s. 108). Pechowa była nawet śmierć autora Pałuby: załatwioną dla niego penicylinę lekarz wolał przeznaczyć dla "młodych bohaterów" z powstania niż dla ranionego przypadkiem staruszka.
Po co ja o tym wszystkim piszę? Piszę, bo się złoszczę, bo Irzykowski był naprawdę znakomitym pisarzem i myślicielem, językowa werwa i intelektualna przenikliwość nie opuszczały go do późnej starości, przy innym układzie "gwiazd" (gdyby np. Pałuba została przetłumaczona na niemiecki, na co istniały w pewnym momencie widoki) mógłby i powinien zrobić zawrotną światową karierę (albo przynajmniej zrealizować wszystkie swoje pisarskie zamierzenia) - ale niestety pech, pech go zniszczył.
3. Irzykowski może i ważny jest, może i wybitny, ale przecież bez niego można się doskonale obejść. Czy kiedy Czesław Miłosz w 1990 roku i Jacek Podsiadło w 2000 wytaczali swoje armaty przeciw "poezji niezrozumiałej", nie powinni byli odwołać się do istniejących już tekstów Irzykowskiego na ten temat, zwłaszcza że zanalizował on ów problem nader dogłębnie i wiele z jego diagnoz nie straciło do dziś ważności? Może i powinni, a jednak nie uczynili tego, odwołanie takie obciążyłoby tylko niepotrzebnie ich wywód, nie mówiąc już o tym, iż trzeba by czytelnikom wytłumaczyć, że Irzykowski analizował poezję Młodej Polski i międzywojennej awangardy, która już dziś wydaje nam się (niemal) całkowicie zrozumiała, a my tu przecież bierzemy na warsztat poezję współczesną, która jest "obiektywnie rzecz biorąc" niezrozumiała, my jej po prostu nie rozumiemy, po co nam zatem jakieś stare teorie i klasyfikacje niezrozumiałości, skoro niezrozumiałość tego, o czym mowa, widoczna jest gołym okiem? Taka już dola krytyka, że zajmuje się tym, co aktualne, w związku z czym poszerzanie obszaru "nieaktualnego" jest mu jak najbardziej na rękę. Nic zaś się równie szybko nie dezaktualizuje jak inny krytyk. Irzykowski może nas fascynować, dopóki bawimy się w historyków literatury, potem jednak musimy o nim zapomnieć, o wszystkim musimy zapomnieć, bo inaczej nie stworzylibyśmy nic swojego. I nie słuchajmy tych, co nam mówią, że to już wszystko stworzone, świat przecież też już był, zanim Pan Bóg go stworzył.
Na zakończenie chciałbym przytoczyć aforyzm samego Irzykowskiego: "Kalafiory, ogórki! - krzyczy rano przekupka takim zrozpaczonym głosem, jakby wołała o ratunek. W głosie jej brzmi może trudność sprzedania, może pewność, że i tak za mało uzyska"6. Oto i los współczesnego intelektualisty, i poświadczenie jego niewzruszonej trwałości. Skądinąd nowe książki Irzykowskiego wciąż są dostępne na rynku, tyle że bardzo drogie.
ADAM WIEDEMANN, ur. 1967, poeta, prozaik, krytyk literacki i muzyczny. Członek redakcji "Studium". Wydał zbiory opowiadań: Wszędobylstwo porządku (1997), Sęk Pies Brew (1998) oraz tomy wierszy: Samczyk (1996), Rozrusznik (1998).
Przypisy
1 Wszyscy wiemy, że Irzykowski to klerk, a klerk to Irzykowski, on sam jednak pisze: "Klerk - ta nazwa wprowadzona przez Bendę przyjęła się, więc tego się będę trzymał, ale wolę: intelektualista (po prostu) albo: wyspiarz" (K. Irzykowski, Listy 1897-1944, Kraków 1999, s. 308-309. Dalsze cytaty z tej książki będę oznaczał już tylko numerem strony w nawiasie).
2 Cz. Miłosz, Życie na wyspach, Kraków 1997. Nb. nazwisko Irzykowskiego, mimo nawiązania w tytule do tytułu jego projektowanej rozprawy, w ogóle się w tej książce nie pojawia.
3 Zob. Miłosz, op. cit., s. 92. Irzykowski nie wiedział, co to mass media; jego zwykły pies szczekający przyprawiał o szaleństwo i ból głowy.
4 Tak ją nazwał sam Boy; skądinąd marzenie, aby znów któryś krytyk napisał grubą książkę o drugim, współczesnym sobie, krytyku, nie przestaje być przedmiotem mojej konceptualnej adoracji. Wyobraźmy sobie, że Błoński pisze książkę o Berezie albo Nowacki o Czaplińskim...
5 "Oto typowa rozmówka, jaka odbyła się raz w Akademii. Kiedy po posiedzeniu, przezwyciężywszy opór wewnętrzny, zbliżyłem się do P.[ani] i wznowiłem swoją prośbę, wskazując na to, że miałem parę ataków serca, Pani na to: a żeby Pan wiedział, jaka ja byłam strasznie chora" (Listy, s. 364).
6 K. Irzykowski, Słoń wśród porcelany. Lżejszy kaliber, Kraków 1976, s. 577.
|