70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

CC-BY

Więcej, szybciej, lepiej

Czas to rywal, czas to wróg. Starożytni Grecy wierzyli w Chronosa, boga nieubłaganego czasu, i Ananke, boginię losu, ustalającą definitywny bieg zdarzeń. Dzisiejszy spadkobierca kultury antyku zapewne nie sądzi już, że warto spieszyć się powoli (festina lente) ani że na wszystko przychodzi właściwa pora. Nie może – uczestniczy w wielkim, nieustającym wyścigu z czasem, w walce o produktywność i efektywność

W 1930 r. John Maynard Keynes napisał słynny esej o przyszłości pracy. Nie tak wiele czasu minęło od przełomowej zdobyczy ruchów robotniczych – trzy razy osiem (osiem godzin pracy, osiem godzin odpoczynku, osiem godzin snu), a brytyjski ekonomista przewidywał już optymistycznie, że kwestią kilku dekad jest skrócenie tygodnia pracy do 15 godzin; tyle miało wystarczać,  by osiągnąć satysfakcjonujący poziom życia, a pozostały czas można byłoby poświęcać na odpoczynek. Umożliwić to miały zdobycze technologii, której tempo rozwoju w czasach Keynesa musiało oszałamiać i napawać nadzieją. Przeciętny pracownik miał więc żyć w przyszłości jak Indianin z plemienia Janomami (ten amazoński lud potrzebuje dziennie dwóch do trzech godzin, aby zapewnić sobie pożywienie i inne konieczne do życia rzeczy). Jednak ewolucja pracy potoczyła się tak, że pomimo nieustającego rozwoju technologicznego miliony ludzi znalazły się w realiach bardziej przypominających początek XX w.: z oficjalnie lub nie wydłużanymi godzinami pracy i pozbawieni innych buforów bezpieczeństwa, które w epoce powszechnej pracy etatowej wydawały się oczywistą zdobyczą.

 

Produktywnie i użytecznie

Większość pracowników znalazła się zapewne w takiej sytuacji z prozaicznej materialnej konieczności, nie mając zwyczajnie szans na lepszy los. Nieustający pośpiech nie jest też wynalazkiem współczesności – reportaże Małgorzaty Szejnert czy fragmenty pamiętników zebrane przez Małgorzatę Szpakowską w antologii Chcieć i mieć udowadniają, że zabieganie i przeładowanie obowiązkami było powszechnym zjawiskiem również w czasach PRL, uchodzących często za okres niespieszny i monotonny. System gospodarczy, w którym aktualnie żyjemy, oferuje jednak całą paletę sposobów, aby zachęcić tych, którzy już mają i robią wystarczająco dużo, by chcieli jeszcze więcej, szybciej i lepiej. Niektórzy współcześni ekonomiści, próbując wyjaśnić, dlaczego Keynes pomylił się tak spektakularnie, sugerują, że nie wziął pod uwagę konsumpcyjnych ambicji i chęci wykupienia sobie lepszego statusu, a czasem zwykłego konformizmu, każącego robić to co reszta grupy stanowiącej punkt odniesienia. Poczucie nieprzystosowania, niezadowolenie z siebie, poczucie winy to potężne siły, które można skutecznie zmonetyzować, oferując narzędzia do zmniejszania dyskomfortu.

Coraz szerzej rozrastająca się branża doradztwa zawodowego i osobistego proponuje wiele technik mających uczynić człowieka bardziej produktywnym  i użytecznym. To nienowa tendencja, obecna w kulturze europejskiej co najmniej od epoki rozpowszechnienia zegarów (renesansu). Ujednolicony czas dla wszystkich – już nie umowny, oparty na porach dnia – sprzyjał sztywniejszej organizacji pracy i przyczynił się do popularności przekonania, że czas to pieniądz, nie można go marnotrawić, a człowiek bez zajęcia to łatwy kąsek dla diabła. Dzisiaj segment usług rozwoju osobistego pozwala wcielać te ideały w życie za pomocą wyspecjalizowanych urządzeń pomiarowych, aplikacji na smartfona, podręczników i trenerów. Rozrost rynku tych usług ujawnił przy okazji ciekawe zjawisko: mrzeczy, które wydawały się umiejętnością może nie naturalną, ale przynajmniej powszechną i podstawową, jak organizowanie sobie czasu, okazały się trudne i wymagające wsparcia ze strony fachowców.

Pułapki slow life

Standardowe pomoce w rodzaju kalendarzy i organizerów zastąpiły więc rozbudowane systemy, kojarzące się bardziej z logistyką niż z podatnym na przypadek biegiem życia. Codzienność staje się w tej perspektywie przedsięwzięciem, projektem do zaplanowania i wykonania. Stąd popularność wszelkiego rodzaju „lifehacków”, rozwiązań usprawniających zwykłe, powszednie aktywności, i patentów na zostanie „władcą czasu”, tym różniącym się od antycznego Chronosa, że może wpływać przynajmniej na tempo wydarzeń. Najbardziej chyba znana metoda, Getting Things Done (Doprowadzenie spraw do końca) opracowana przez Davida Allena, zakłada monitorowanie, analizę i organizowanie wszelkich zadań na bieżąco, co pozwala pracować płynnie i nie dać się zaskoczyć niespodziewanym zmianom w planie. Metoda, którą poświęcony nowym technologiom magazyn „Wired” nazwał „nowym kultem epoki informacyjnej”, każe zarządzać sobą samym jak przedsiębiorstwem. Samodyscyplinujący się pracownik to skarb dla firmy, więc szkolenia z organizacji czasu i pracy nad świadomością przemawiają do menadżerów korporacji. Paradoksalnie, nawet idea mindfulness (uważności), czyli nauki koncentrowania się na konkretnym działaniu i na obecnej chwili, która miała stanowić antidotum na presję, pośpiech i stres, została wprzęgnięta w tryby systemu produktywności. Największe przedsiębiorstwa organizują dla swoich pracowników warsztaty uważności w nadziei, że czerpiąca z medytacji praktyka zwiększy ich moce przerobowe. To znamienne – wytchnienie, odpoczynek są włączone w program zarządzania jako etap „ostrzenia piły”. Relaks powinien być zaplanowany, wpisany w harmonogram dnia: może być to tzw. power nap – energetyczna drzemka, która nie powinna trwać dłużej niż 15 min, albo zorganizowany aktywny wypoczynek. W dyskusjach o współczesnym tempie życia często pada argument ruchu slow life, bazującego na smakowaniu przeżyć czy to turystycznych, czy kulinarnych. Wydaje się jednak, że jest to raczej element łagodzący oblicze systemu niż antidotum na jego zawłaszczające życie mechanizmy: przyjemności w stylu slow mają na ogół koneserski, ekskluzywny charakter (podróże w poszukiwaniu egzotycznych smaków, testowanie wina, wyprawy do spa…), co czyni je kosztownymi. Konieczność zarobienia na nie zawraca nas więc do punktu wyjścia. O tej pułapce pisał już zresztą Zygmunt Bauman: „Każdy by chciał pracować 500 metrów od domu. Chodzić do pracy pieszo, wpadać do domu na drugie śniadanie, po pracy uprawiać z dziećmi ogródek i razem gotować kolację. Ale z punktu widzenia PKB lepiej jest, jeżeli pracuje pan 50 kilometrów od domu. Wtedy masę czasu i pieniędzy pochłaniają dojazdy. Żywi się pan oczywiście na mieście. (…) Z dziećmi siedzi płatna opiekunka, ogródkiem musi się zajmować ogrodnik. A w dodatku chętnie bierze pan nadgodziny albo drugą pracę, bo wciąż brakuje panu na to wszystko pieniędzy. (…) A przecież kiedy (…) całe nasze życie zostanie sprowadzone do zarabiania i wydawania pieniędzy, staniemy się najbardziej nieszczęśliwymi, najbardziej samotnymi i absurdalnymi stworzeniami na świecie”.

 

Pauza twórczej pracy

Za ideą zarządzania czasem kryje się marzenie o zaprogramowaniu biologicznego komputera, o tym, aby ludzkie zachowania, przyzwyczajenia i reakcje były mierzalne i przewidywalne. To dalekie echo XIX-wiecznego tayloryzmu – wiary, że robotnik w fabryce może działać jak maszyna, a najlepsze wyniki osiąga przy wyśrubowanych normach. Przekonanie o konkretnych reakcjach powodowanych przez dane akcje kojarzy się też nieuchronnie z behawioryzmem – zresztą sam Burrhus Skinner przeprowadzał eksperymenty na sobie, monitorując i zapisując obserwacje z własnego sposobu pracy – pisał ze stoperem pod ręką, mierząc swoją wydajność intelektualną. Obecnie kontrola czasu i kult produktywności często idą w parze z fitnessowym stylem życia, ale też zjawiskami takimi jak self-tracking (przeprowadzana na sobie samym obserwacje biometryczne) czy suplementacja farmaceutyczna. Można zaryzykować twierdzenie, że to łagodna,

miniaturowa odmiana transhumanizmu, chodzi tu bowiem o przezwyciężanie ograniczeń narzucanych przez ludzki organizm. Jonathan Crary w książce 24 / 7 ukazuje destrukcyjny, wampirzy wymiar przymusu aktywności i produktywności. W dawnym powiedzeniu ten, kto spał, nie grzeszył; w opisywanym przez Crary’ego „całodobowym” późnym kapitalizmie sen jest karygodnym przewinieniem, bo śpiący nie wytwarza, nie zarabia, a przede wszystkim nie konsumuje. Branża coachingowa oczywiście podsuwa remedium i na to (Napoleon miał spać cztery godziny na dobę, więc ty, śpiąc tyle samo, możesz być niczym Napoleon – sugerują), oferując metody zrzucenia szkodliwego garba w postaci konieczności wypoczynku. Proponuje metodę podpatrzoną podobno u Leonarda da Vinci – krótkie, regularne drzemki rozrzucone na długości całej doby. Polscy projektanci, którzy opracowali maskę NeuroOn, umożliwiającą sen polifazowy dzięki manipulacji światłem (wynalazca maski Kamil Adamczyk mówi o „architekturze snu”), powoływali się na Leonarda właśnie, jakby kontrola snu miała wyzwalać geniusz. Inni podsuwają pomysły na powrót do zwyczajów przednowoczesnych, kiedy to dzielono nocny odpoczynek na dwa etapy – z przerwą ok. północy na modlitwę, czytanie albo obowiązki małżeńskie: dzisiaj ta pauza ma sprzyjać twórczej pracy. Można jednak zastanawiać się, na ile proponowane strategie przynoszą rezultaty: etap planowania i zarządzania projektem jest bowiem często tak rozbudowany, że staje się sztuką dla sztuki, a lifehacking – działaniem pozornym, rozwiązującym nieistniejący problem.

Niedawno opublikowana w polskim przekładzie książka Codzienne rytuały Masona Curreya to zbiór wspomnień o nawykach pisarzy, artystów oraz filozofów. Miała ona, jako drukowane przedłużenie bloga, stanowić kolekcję inspiracji dla lifehackerów, którzy chcieliby uczyć się od najlepszych. Przy okazji pokazała, że nie ma gwarantowanego klucza do twórczej płodności i pomysłowości. Owszem, wielu znakomitych twórców potrzebowało rutyny, żeby móc się skoncentrować – Tomasz Mann od dziewiątej do południa kategorycznie zabraniał swoim dzieciom hałasować, a Ingmar Bergman codziennie jadał na śniadanie tłustą śmietanę z truskawkami. Ale już William Faulkner pracował z pewną dezynwolturą, a Patricia Highsmith „unikała jakiegokolwiek zdyscyplinowania, starała się akt pisania uczynić jak najprzyjemniejszym”. Co najciekawsze jednak, to uchodzący za wzorzec ładu, umiaru i oszczędności Benjamin Franklin miał największe problemy z przystosowaniem się do wymyślonego przez siebie planu dnia.

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter