70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Usiąść przy jednym stole

Dla Izraelitów Egipt był ziemią dwuznaczną: ziemią, która ich uratowała, a następnie stała się miejscem niewoli. Ten kraj wiąże się z trudnymi wspomnieniami, ale za każdym razem gdy Żydzi są w stanie zagrożenia politycznego lub egzystencjalnego, ich pierwszą reakcją jest myśl o ponownej do niego ucieczce. Egipt to symbol świata, w którym żyjemy, i znak, że nawet w doświadczeniu wygnania można spotkać Boga

Dlaczego Jezus wraz z rozpoczęciem publicznej działalności wybrał życie wędrowca, nigdy nie założył domu, ale mieszkał kątem u przyjaciela i ucznia?

Jezus wszedł w kondycję ludzką, jaką Bóg przewidział dla człowieka: stał się wędrowcem. Jeśli Bóg daje człowiekowi miejsce do życia, to z nadzieją, że człowiek się na tym miejscu nie zasiedzi. Najlepiej widać to na przykładzie Abrahama, który otrzymał od Boga obietnicę ziemi, a kiedy do niej dotarł, nadal żył jak nomada. Nie wybudował domu, a kawałek ziemi kupił dopiero wtedy, gdy zmarła jego żona. Nie przeznaczył jej na mieszkanie, tylko na grób dla Sary. Abraham postępował tak nie dlatego, że wierzył, iż nie doszedł jeszcze do właściwej ojczyzny. Św. Jan w Prologu do Ewangelii poddaje to głębszej refleksji. Zdanie: „Słowo stało się ciałem” (J 1, 14) w dosłownym tłumaczeniu brzmi: „Słowo rozbiło namiot”. Jan wyjaśnia więc, dlaczego Chrystus również żyje jak wędrowiec. Z kolei w Drugim Liście św. Piotra czytamy, że także i my mamy na ziemi rozbity namiot i czekamy, aż nadejdzie pora, aby go zwinąć i przeprowadzić się na inne miejsce (2 P 2, 13–14). Człowiek żyje w namiocie, nawet jeśli jest to wygodne M-5.

 

Po co nam to doświadczenie, skoro ostatecznie punktem dojścia jest zadomowienie?

Zadomowienie tak, ale nie tu. W Liście do Diogneta z II w. n.e. odnajdujemy piękny fragment o tym, że chrześcijanin wszędzie jest u siebie i równocześnie żadna ziemia nie jest mu ojczyzną. Niezależnie od tego, czy ktoś gorszy się tymi słowami czy nie, to zostały one wpisane w chrześcijaństwo. I nic się z tym nie zrobi. Czasem zarzucano chrześcijaństwu, że odrywa człowieka od tego, co jest tu i teraz, że łudzi go, jak mówił Lenin, „duchową gorzałką”, którą jest obietnica nieba. W istocie dzieje się dokładnie odwrotnie: skoro chrześcijanin wszędzie ma się czuć jak u siebie, to znaczy, że nie może czuć się wyalienowany ani zwolniony z odpowiedzialności za tę ziemię. Przetwarzając ją, pracując nad nią, przygotowuje także nowe niebo.

 

Jezus chciał przyjąć ludzką postać.Czy oznacza to, że pragnął także doznać uczucia odtrącenia, zranienia, może nawet rozgoryczenia ludzką niegościnnością, jak podczas narodzin w Betlejem?

W czasie rozesłania uczniów Jezus mówi: „Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą słuchać, wychodząc stamtąd, strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich!” (Mk 6, 11). Strząśnięcie prochu z nóg nie jest aktem zemsty i odpowiedzią: „Nie chcemy mieć z wami nic do czynienia”. Tu chodzi o inny przekaz: „Przyszliśmy bezinteresownie i niczego od was nie chcieliśmy brać. Niczego się nie spodziewaliśmy, więc nawet proch z butów wam zostawiamy”. W ostatniej drodze do Jerozolimy Jezus wraz z uczniami przechodzili przez samarytańską wioskę. Kiedy odmówiono im gościny, Jan i Jakub zareagowali nerwowo. Mówili w Eliaszowy sposób: „Panie, czy chcesz, a powiemy, żeby ogień spadł z nieba i zniszczył ich?” (Łk 9, 54). On jednak, odwróciwszy się, zabronił im tego. Nie ma aktu zemsty ani zgorzknienia, lecz szacunek dla decyzji Samarytan. I ta scena z Ewangelii najbardziej przybliża nas do odpowiedzi na Wasze pytanie.

 

Frapuje również szereg ewangelicznych scen, kiedy Jezus przychodzi do kogoś w gości i jest tam przyjmowany. Często okazuje się bardzo trudnym gościem. Niejednokrotnie Jego wizyta kończy się skandalem, zamiast uszanować reguły domu, przeprowadza bardzo ostrą krytykę postawy gospodarza. W Ewangelii św. Łukasza czytamy nawet, że jeden z uczonych w piśmie mówi: „Nauczycielu, tymi słowami nam ubliżasz” (Łk 11, 45).

To prawda, że Jezus kochał chodzić do domów innych ludzi. Najdobitniej pokazuje to właśnie Ewangelia św. Łukasza. Widziałbym to jednak trochę inaczej. Jezus chce kogoś odwiedzić nawet wtedy, gdy to gospodarz jest bardzo trudny.

Popatrzmy na to tak: Jezus na co dzień mieszkał nie w Nazarecie, gdzie się wychował, ale w Kafarnaum, kątem u Piotra. Być może dla Piotra Jezus był problematycznym gościem, ale nie ze względu na swój charakter, tylko misję.

Kiedy Piotr wpuścił Jezusa do domu, skończyło się dla niego życie prywatne. Jego dom stał się miejscem publicznym. Ale to zupełnie inna trudność niż ta, której dotyczy pytanie. Jezus kochał chodzić do domu Łazarza, Marii i Marty i oni nie mieli z nim żadnego problemu, choć np. Marta, o czym pisze Łukasz w 10. rozdziale Ewangelii, usłyszała od Jezusa mocne słowa. Po tym jednak, czytamy z kolei w 11. rozdziale Ewangelii św. Jana, opisującym wskrzeszenie Łazarza, Marta się zmieniła. Owszem, pozostała osobą aktywną, liderką domu, ale jednocześnie nabrała umiejętności modlitwy. Ta Marta potrafi wypowiedzieć najgłębsze wyznanie wiary. Gdy Jezus przyjmował zaproszenia od faryzeuszy, zdawał sobie sprawę z dwuznaczności sytuacji. Zaproszenie nieraz wynikało z chęci sprawdzenia Go. Mówiąc żartem, odbywało się to na zasadzie „i chciałabym, i się boję”. U Łukasza pojawia się fragment, gdy faryzeusz zaprasza Jezusa do siebie, ale od razu na progu daje Mu odczuć chłód, nie okazując gestów życzliwości, które przystoją gospodarzowi. Nie podaje wody do nóg. Nie wita pocałunkiem. Niby Go zaprosił, ale od razu chce pokazać, żeby nie traktował tego gestu poważnie. To nie jest tak naprawdę otwarcie na jakąś głębszą relację czy spotkanie. A jednak Jezus przyjmuje te zaproszenia, nawet jeśli czasami okazuje się, że łatwiej jest Mu się dogadać z kobietą oskarżaną o wszelkie możliwe grzechy niż z szanowanym, zdawałoby się, gospodarzem. Jezus idzie do ludzi, którzy są dla Niego trudnymi gospodarzami, i myślę, że ma to najlepsze przedłużenie w komunii św.

Wyszliśmy od gościnności, ale dzieciństwo Jezusa naznaczone jest także doświadczeniem uchodźstwa – ucieczki do Egiptu.

Trzeba tu oczywiście podkreślić, że wygnanie jest zawsze nieszczęściem, ale św. Mateusz objaśnia to wydarzenie przede wszystkim w świetle starotestamentalnej Księgi Ozeasza: „z Egiptu wezwałem syna mojego” (Oz 11, 1). Jezus powiela doświadczenia narodu wybranego: wszak również Izrael był na wygnaniu w Egipcie i z Egiptu został wezwany z powrotem do domu – Ziemi Obiecanej. Tę samą drogę przechodzi Jezus.

Dla Izraelitów Egipt był ziemią dwuznaczną: ziemią, która ich uratowała, a następnie stała się miejscem niewoli. I ta dwuznaczność wciąż powraca w Starym Testamencie, bo mimo że kraj ten wiąże się z trudnymi wspomnieniami, za każdym razem gdy Żydzi są w stanie wojny, zagrożenia politycznego albo egzystencjalnego, ich pierwszą reakcją jest myśl o ucieczce do Egiptu. Egipt jest symbolem świata, w którym żyjemy, i znakiem, że nawet w doświadczeniu wygnania można spotkać Boga.

Skoro jesteśmy na ziemi gośćmi, jaka powinna być nasza postawa? W Nowym Testamencie odnajdujemy sporo wątków: musimy być czujni, mieć czyste serce, czego znakami są m.in. przygotowana oliwa do lampy, szata godowa.

Przede wszystkim jest to postawa nadziei. Bardzo mądrze to ujęto na II Soborze Watykańskim: przyszłość należy do tych, którzy „potrafią podać następnym pokoleniom motywy życia i nadziei” (Gaudium et spes, 31). Nadzieja chrześcijańska nie jest spodziewaniem się byle czego. My chcemy wszystko! A „wszystko” jest w Bogu. Kłopot polega na tym, że choć teoretycznie wiemy, że cel znajduje się poza tym, co tu i teraz, ta teoretyczna wiedza nie ma przełożenia na życie. Ucieczka z Egiptu nie przyszła Izraelitom z łatwością. Chociaż wzywał ich do tego Mojżesz i sam Bóg – zsyłając kolejne plagi. Można powiedzieć, że Bóg wyrwał Izraelitów z niewoli egipskiej mimo ich nieprzygotowania. Ufajmy, że tak będzie z nami.

Horyzont nadziei to ciągłe wychylenie ku przyszłości. Żadnej z rzeczy, które w życiu osiągnąłem, nie traktuję jako pełni, bo wiem, że to tylko pewien etap. I tak jest w życiu ze wszystkim: z poznaniem prawdy, z poznaniem Boga, z miłością do ludzi. Zygmunt Stary postanowił, że w kaplicy Zygmuntowskiej każdego dnia w roku śpiewana będzie msza roratnia. Z perspektywy liturgicznej – rzecz trudna do pojęcia, ale od strony duchowej była to genialna intuicja.

Mówił Ksiądz Biskup o postawie roratniej: postawie oczekiwania, wychylenia w przyszłość. W Nowym Testamencie Jezus daje uczniom misję. Jest ona oparta na żydowskiej tradycji szaliach. Jezus wysyła apostołów, aby ci sprawdzali, czy w danym miejscu będą przyjęci i czy w ten sam sposób zostanie przyjęty także sam Nauczyciel. Na tej zasadzie funkcjonuje pierwotny Kościół. Jak rozumieć ten model współcześnie?

On nie jest zarezerwowany jedynie dla czasów apostolskich. Na szczęście zostało to wyryte w świadomości Kościoła. Ale musimy też pamiętać, że apostolstwo jest modelem, a zatem czymś, do czego należy się odnosić i stale wracać. Duchowość mnichów irlandzkich, którzy po epoce wędrówki ludów na nowo stworzyli Kościół, była oparta na tym właśnie apostolstwie – peregrinari pro Christo („wędrować dla Chrystusa”). Wędrówka ta była przerywana tylko na czas modlitwy pozwalającej na zebranie sił duchowych. Podobny model odżywa w Kościele na przełomie wieków XI i XII. Na progu XIII w. ubóstwo i apostolstwo praktykują św. Franciszek i św. Dominik. Trzeba w tym miejscu wypowiedzieć słowo, które mocno podkreśla papież Franciszek: „ubóstwo”. Ubóstwo i apostolstwo zawsze idą w parze. Nawet jeśli my, ludzie Kościoła, jesteśmy dziś zasiedzeni, nawet jeśli nieraz grzeszymy przeciwko tym cnotom, na szczęście nikt nie kwestionuje ich fundamentalnego znaczenia.

Dlaczego, mimo tak dobrych i skutecznych wzorców, Kościół jest tak silnie zadomowiony i przywiązany zarówno do miejsca, jak i zajmowanej pozycji?

Przede wszystkim to wynik napięcia pomiędzy tym, co skuteczne po myśli Bożej, a tym, co skuteczne według nas. Bardzo dobrze pokazuje to reforma gregoriańska. Zaczęła się od haseł ubóstwa i apostolstwa, a skończyła – wezwaniem do budowania niezależności Kościoła opartej na stabilizacji finansowej. Przywódcy duchowi uważali, że w Europie feudalnej Kościół bez ziemi i majątku nie będzie miał autorytetu. Być może obawiali się, że jeśli Kościół będzie radykalnie inni niż współczesna kultura, nie zostanie przez ludzi przyjęty.

Również dziś spotykamy osoby, które rezygnują z posiadania stałego domu i wyruszają na misje. I wcale nie mówimy o księżach czy zakonnicach. Znam rodzinę z dziećmi, najmłodsze trzeba jeszcze nosić na rękach, która na drodze neokatechumenalnej wyjechała z misją ad gentes z Polski do Chin. Nie powiecie mi, że to jest ludzki projekt!

Ale czy to model uniwersalny dla Kościoła?

To nie jest model uniwersalny, ale z pewnością to model radykalny. A tylko takie pozwalają dostrzec, o co ostatecznie chodzi. Przenieść się z siedmiorgiem dzieci z Polski do Chin to z pewnością niełatwa decyzja. Trudnością nie jest jedynie zostawienie domu, rozumianego jako przysłowiowe cztery ściany, chodzi o świat, w którym wyrośliśmy, o kulturę, o język.

Mówi Ksiądz Biskup o ludziach, którzy decydują się na wyruszenie w drogę i życie pielgrzyma. Mamy tu awers i rewers tego samego zjawiska. Jeden musi pielgrzymować, aby drugi mógł go ugościć. Gdzie znajduje się klucz do odczytania tej postawy, która charakteryzowała pierwszych chrześcijan?

Jeśli tworzę dom, to z definicji nie robię tego tylko dla siebie. W celebracji sakramentu małżeństwa najbardziej kocham błogosławieństwo: „Wśród świata bądźcie świadkami, że Bóg jest miłością, aby stroskani i ubodzy, doznawszy waszej pomocy, przyjęli was kiedyś z wdzięcznością do wiekuistego domu Boga”. Błogosławieństwo to modlitwa, w której bardzo dobrze życzymy tym, nad którymi się modlimy. To jest też modlitwa, która niesie w sobie jakąś mądrość. I to przesłanie brzmi: „Nie budujcie domu wyłącznie dla siebie, bo staniecie się ludźmi nieszczęśliwymi”. Przez wieki było to oczywiste, ale dziś stało się problemem. Kiedyś pojechałem na Islandię odwiedzić człowieka z mojej wspólnoty, który przebywał tam na stypendium. Jeszcze kilka lat temu, gdy ktoś wyruszał tam w drogę, a musimy pamiętać, że ta droga nie zawsze musi być asfaltowa, i natrafiał na jakiś dom, jeden na 100 km, to mógł mieć pewność, że drzwi będą otwarte. To się, niestety, obecnie zmienia. Również dlatego że Islandia przeżyła napływ imigrantów z różnych stron świata i drzwi zaczęto zamykać. Podobnie było na polskich wsiach jeszcze jakieś pół wieku temu.

Mam bardzo piękne doświadczenie pielgrzymki krakowskiej. W śródmiejskiej grupie idzie nawet 8 tys. osób. Są takie miejsca, jak np. Sułoszowa, gdzie mieszka mniej niż tysiąc ludzi. A tymczasem noclegu szuka 2 tys. osób. Gościnność tych, którzy przyjmują pielgrzymów, jest niewyobrażalna. Pewnego razu w byliśmy w kościele w Sułoszowej, przyszło oberwanie chmury. W jednej chwili drogą zaczęły spływać potoki błota i wody. Mieszkańcy natychmiast wybiegli z grabiami, z miotłami, co kto miał pod ręką, i zamiast ratować zalewane domy i piwnice, ratowali tę drogę i nasz dobytek. Obiecałem, że nie zapomnę o tym do końca życia. To było coś, co odebrało mi mowę. Skąd- inąd są też takie rejony, gdzie jedynym miejscem, w którym udaje nam się przenocować, jest szkoła. A czasami nawet i o tę szkołę trudno, bo właśnie ją wyremontowano i pojawia się obawa, że pielgrzymi ją zniszczą.

Na gospodarzu ciąży odpowiedzialność za to, co pozostaje pod jego opieką. A co z odpowiedzialnością gościa?

Odwołam się raz jeszcze do doświadczenia pielgrzymki. Ilekroć zbliżamy się do miejsca noclegu, wygłaszam do pielgrzymów długą egzortę, jak mają się zachować w domach, w których są przyjmowani: „Jeśli ktoś otwiera przed tobą drzwi, nie wolno ci się niczego domagać. Nawet jeśli jesteś pielgrzymem, nikt nie powiedział, że należy ci się ciepła woda, a potem rosół i kompot. Za wszystko, co otrzymujesz, powinieneś być wdzięczny”. Bycie gościem rodzi w człowieku konkretne zobowiązania. Krążymy wokół słów „gość” i „gospodarz”, ale ostatecznie mówimy przecież o spotkaniu, o czymś, co dokonuje się między ludźmi w przestrzeni domu. A tego nie należy mylić z niezobowiązującą wymianą zdań. Górale nieraz pytają przechodnia: „Kaj idziesz?”. Oczywiście takie zagadnięcie też ma wartość, pokazuje, że nie jesteśmy dla siebie wrogami. Ale ugościć to znaczy siąść z kimś przy stole i dać sobie wzajemne prawo do siebie.

Wywodzi Ksiądz Biskup postawę gościnności z rozpoznania faktu, że człowiek sam jest gościem na ziemi. Tak, jak pisze psalmista w Psalmie 119: „jestem gościem na ziemi”.

Ten, kto wie, że jest gościem, ten jest gościnny.

Pamiętacie tę piękną scenę, w której Abraham przyjął Boga, wcale nie wiedząc, że Go przyjmuje. Dzień wcześniej poddał się obrzezaniu – to nie jest przygoda dla mężczyzny sporo po dziewięćdziesiątce. Następnego dnia Abraham był więc obolały. W środku dnia, w największy upał nagle pojawili się trzej goście. W Abrahamie jednak nie było ani chwili wahania. Zerwał się na równe nogi, pobiegł do namiotu, słudze polecił zabić cielę, Sarze – przygotować posiłek. Sam przyniósł gościom wodę do umycia nóg. Ale pamiętajmy – tak reaguje człowiek, który sam wie, że jest gościem u Boga na ziemi.

Z jednej strony istnieje zagrożenie, że człowiek utożsami się w pełni z tym horyzontem, który wyznacza świat. Z drugiej – bywa, że ciąży ku postawie gnostyckiej. Gnoza, którą chrześcijaństwo u swych początków odrzuciło, uznawała, że świat jest zły. Co jest tu nicią, która prowadzi i chroni człowieka, aby w żadną z tych przepaści się nie ześlizgnął?

Tego napięcia nie przełamiemy. I w duchowości chrześcijańskiej wciąż to wraca: albo fuga mundi, czyli ucieczka od świata, albo consecratio mundi, czyli uświęcenie świata. Wprawdzie ten świat nie jest boski, ale przecież jest miejscem, gdzie Bóg się objawia. Obydwa kierunki są potrzebne, aby zachować równowagę. Dobrym przykładem jest św. Jadwiga, król Polski. Źródła pokazują ją jako osobę, która kształtowała politykę państwa, a jednocześnie żyła pełną piersią. I właśnie ta kobieta potrafiła trzasnąć drzwiami na Wawelu i wyprowadzić się na czas adwentu czy postu do Niepołomic, by oddać się modlitwie. Jadwiga godzi więc w sobie Marię z Martą. To oczywiście wymaga niesamowitej dyscypliny wewnętrznej. Gdy jest się królem, trudno trzasnąć drzwiami i przez chwilę zająć się wyłącznie Bogiem i sobą.

Skąd papież czerpie pewność, że wspólnota Kościoła powinna bez dyskusji przyjmować wszystkich uchodźców?

Papież nie argumentuje politycznie ani nawet nie humanitarnie, tylko stricte religijnie. Mówi: „byłem przybyszem, a przyjęliście mnie” (Mt 25, 35), i koniec. To kolejny raz, kiedy Franciszek bierze Ewangelię taką, jaka jest, nie dodając do niej komentarzy łagodzących sens czytanych zdań. Oczywiście, że to prowokuje. Otrzymałem niedawno od ks. Godnarskiego, który prowadzi Dom Wspólnoty  św. Tymoteusza w Gubinie, wiadomość: „Wreszcie ich mamy!”. I była w tym ogromna radość, że mógł do domu przyjąć rodzinę z Syrii.

Biblia hebrajska mówi o opiece nad cudzoziemcem, sierotą i wdową. Doświadczenie doznania gościnności ma też każdy, kto podróżował na Bliski Wschód i spotykał się z rodzinami muzułmańskimi.

Papież Franciszek napisał w bulli Misericordiae vultus, że doświadczenie miłosiernego Boga jest wspólne dla chrześcijan, żydów i muzułmanów. Być może takie miłosierdzie jest właśnie tym, co nazywa się Objawieniem pierwotnym. Słowiańska wersja pogaństwa praktykowała gościnność w formie, która nas dziś szokuje. Śladem tego jest legenda o Popielu i Piaście. Gościnność wyniosła Piasta do miana protoplasty Polski.

Lubimy o sobie myśleć jako o narodzie gościnnym. Powtarzamy: „gość w dom, Bóg w dom”. Niezależnie od stopnia religijności dbamy o dodatkowe nakrycie przy  wigilijnym stole.

I chwała Bogu! Dopóki się te gesty pielęgnuje, nadal na człowieka oddziałują.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata