70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Jakub Kaczmarczyk/PAP

Umiejętność łatwego wybaczania

„Troska o naturę” powinna dziś oznaczać „troskę o wszystkich”, nie – wedle modnej narracji – o siebie, o swój komfort. To wymaga jednak odwagi i pewnych wyrzeczeń.

Urszula Pieczek: Jest Pani botaniczką, a w swoich badaniach zajmuje się m.in. regeneracją stuletnich sosen, tworzeniem tkanek przyrannych u wierzby, obserwacją za pomocą kamer bezdotykowych odkształcenia ciał roślin. W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że „nie ma we wszechświecie niczego innego niż natura”. Czym jest dla Pani troska o naturę i środowisko?

Urszula Zajączkowska: Niech Pani popatrzy, jakie to smutne, że pytamy, jak „troszczyć się o naturę”. Dziś rzeczywiście trzeba to robić. Zaczęłabym od małej skali: od tego, by nie napędzać w sobie pragnienia posiadania coraz to większych dóbr i areałów, od budowania w sobie wdzięczności dla natury przez bezpośredni kontakt z nią i jej poznanie. Dodawałabym odwagi, by reagować, gdy ktoś naturę niszczy, zaśmieca Ziemię czy zanieczyszcza powietrze. Namawiałabym do sadzenia drzew, a potem przyglądania się im, do wspierania rolników ekologicznych. Zachęcałabym też do łagodności dla drugiego człowieka i łatwego wybaczania.

 

Jak „łatwe wybaczanie” pomoże dbać o naturę?

Brak wewnętrznego gniewu otwiera oczy. Ludzie, którzy nie wybaczają, są zamknięci. Sama zauważyłam, że kiedy ktoś mnie zrani i idę do lasu z tym bólem, traktuję las jak zlew dla moich wewnętrznych fermentów. I wtedy nie widzę w nim roślin ani owadów. Widzę tylko siebie i swój ból. Im więcej wybaczania i prośby o wybaczenie – tym więcej otwarcia, empatii dla wszystkiego, co żyje.

 

Myśli Pani, że troska o naturę jest nową postawą?

Pojęcie troski nabrało innego znaczenia z powodu poszerzającej się wciąż świadomości tego, co się dzieje prawie na całej kuli ziemskiej. Starsze pokolenia nie miały takiego dostępu do wiadomości, jaki mamy teraz. Wiemy, że topnieją lodowce, że w Brazylii wycina się lasy tropikalne pod uprawę soi, że wczoraj wywrócił się tankowiec, że jest więcej metanu w powietrzu. Rodzi się też pewna bezradność i lęk, co z tym wszystkim zrobić. Co mogę zrobić przy tak wielkiej skali? Ludzie odpowiadają w rozmaity sposób, budują nowe relacje ze środowiskiem. Widzą, że pierwotne założenia kolonizacji Ziemi przez homo sapiens i budowania ludzkiego ładu opartego na przemocy prowadzą do zniszczenia. Sądzę, że nasze myślenie o naturze – w znaczeniu relacji ze wszystkim, co jest dalej niż mój nos – powinno ulec zmianie, oczywiście wraz z polityką i formami gospodarki. Egotyzm, niezdolność do kompromisów, zawziętość są jednak czymś trudnym do wygaszenia. „Troska o naturę” powinna znaczyć dziś „troskę o wszystkich”, nie – wedle modnej dziś narracji – o siebie, o swój komfort. Taka postawa wymaga jednak odwagi i pewnych wyrzeczeń. A to dla wielu zbyt trudne.

 

Symbolem fatalnego stanu Ziemi stało się zdjęcie konika morskiego trzymającego patyczek higieniczny. Jako ludzie doprowadziliśmy do wielkich, zapewne nieodwracalnych, zniszczeń. Szukanie odpowiedzi na pytanie, które Pani stawia: „Co ja mogę zrobić?”, może frustrować. Segreguję śmieci, stawiam na lokalne produkty, wystrzegam się jednorazowych opakowań, ale nie sprawię, że połacie plastiku na oceanach znikną, wycinka drzew w puszczy zostanie wstrzymana itd. Ta świadomość potęguje poczucie bezsilność. Przypomina mi się cytat z eseju dotyczącego katastrofy w Czarnobylu Oksany Zabużko: „ludzie to rak planety”. Jak sobie radzić z takim rodzajem bezradności?

Ciężkie oskarżenie ludzkości. Ciężkie, bo dotyczy, rozumiem, wszystkich ludzi, także tych całkiem niewinnych. Dlatego się z nim nie zgadzam. Oczywiście skala niszczenia środowiska przez człowieka jest ogromna, ale podobnie wielka jest jego moc twórcza. W nią wierzę. Wciąż możemy zacząć działać. Jedno jednak trzeba powiedzieć jasno: bez dogłębnego przemodelowania polityki globalnej, bez porządnej nauki przyrody (pojętej bardzo szeroko, a nie w wersji pop) i bez pracy każdego z nas nie za wiele się zmieni. Rozumiem Pani smutek. Może przyjdzie Pani do mnie do laboratorium, pokażę Pani piękne rysunki z wnętrza roślin? Niektóre łodygi w środku przypominają gotyckie rozety!

 

Dziękuję! Wyobrażam sobie, że praca z roślinami może dodawać otuchy. Mogłaby Pani w skrócie opowiedzieć, na czym polegają prowadzone przez Panią badania?

Najogólniej mówiąc, opisuję życie roślin, mieszając botanikę z fizyką. Fascynują mnie wiatr, anatomia roślin, ruchy pędów, otwieranie stokrotek, geometrie korzeni, opad wody na liście i to, jak rośliny umierają. Generalnie wszystko to dynamika – zmiany ich ciał w przebiegu czasu.

 

O czym świadczą te zmiany?

Z dezaprobatą wobec siebie użyję teraz antropomorfizmu: kiedy patrzę na zmiany ciał roślin, widzę, że one bardzo ciężko pracują, bez przerwy odnoszą się do otoczenia, bez ustanku adaptują się do zmian i nigdy się nie poddają. A gdy w końcu to robią, umierają. Widzę w nich też jedność geometrii, wzorów, jakie odnajduję w naturze: w liściach, skałach, rzekach i łukach fal. Te linie, kąty i ich zmiany są w jakimś sensie wspólne.

 

A w jaki sposób regenerują się stuletnie sosny?

Wszystko zależy, o jakich ranach Pani myśli. Badałam pnie roztrzaskane i przetarte przez ciężarówki, które rozjeżdżały las podczas budowania ośrodka wypoczynkowego. Takie rany są trudną sprawą dla drzew, bo zarówno transport wody, jak i główny rozkład naprężeń mechanicznych występuje w obwodowych częściach pnia, a nie w środku. To inaczej niż u ludzi. Można zabić młode drzewo, uszkadzając pień na głębokość centymetra, rysując nożem dookoła niego obrączkę. Jak więc regenerują się sosny? Najpierw z porwanych przewodów żywicznych leje się żywica, a potem następuje żmudne zarastanie przez nowe warstwy drewna. Kilka milimetrów na rok. Dziesiątkami lat przyrosty oblewają ranę, tak jakby był to kamień. Taka jest geometria tych przyrannych przyrostów. Swoje wyschnięte wnętrze drzewa traktują jak martwą materię i w istocie można tak o niej myśleć.

 

Kiedy troska o naturę, przyrodę, środowisko przeradza się w ingerencję?

Od samego początku pewnie nią jest – jeśli myślimy romantycznie, albo nie jest nią nigdy, jeśli założymy, że człowiek to też organizm funkcjonujący w ramach biosfery. Z faktu, że człowiek jest tak bardzo inteligentny, ma mózg, bierze się to, że z jednej strony tworzy piękno, jest zdolny do empatii, a z drugiej – z taką samą kreatywnością i siłą niszczy własny gatunek i środowisko, od którego zależy.

Niech Pani popatrzy na ścieżki w lesie i rosnącą przy nich babkę zwyczajną albo wiechlinę roczną. To rośliny, które są bliskie człowiekowi, synantropijne, nie leśne. Patrząc na nie, widzę więc echo człowieka. Ale im głębiej w las, tym większe jest oddziaływanie samego lasu, jego siły przemian i całego tego niepojętego ducha. Idę tam, patrzę pod nogi i widzę, kiedy dla lasu przestajemy się liczyć. To moment, gdy już nie widzę babki ani wiechliny.

 

A co wtedy Pani widzi?

Widzę, że docieram do miejsca, gdzie świat się ustanowił i zarysował w kształcie. Las w naszej strefie geograficznej i na większości terenów w Polsce jest ekosystemem klimaksowym, czyli niejako: skończonym. Jego plecionka szlaków przepływów energii ulega pulsom i metamorfozom, ale ciągle to będzie tylko las.

 

O rośliny troszczy się Pani nie tylko w pracy badawczej, odnoszę wrażenie, że próbuje Pani ocalić naturę, przenosząc ją także do języka poetyckiego. Czy delikatność świata roślin najlepiej odnajduje się w poezji, której charakterystyczną cechą jest uważność?

A jak rozumie Pani „delikatność roślin”? Bardzo mnie to ciekawi.

 

To właśnie „romantyczna” optyka, o której wspominała Pani wcześniej: rośliny, natura, zwłaszcza kwiaty, kojarzą się z delikatnością i wrażliwością. To przecież motyw obecny w sztuce. Wzrastamy w przekonaniu, że kontakt z naturą uwrażliwia, rośliny mają działanie kojące. Jednak wszystko to wskazuje na jej podporządkowanie człowiekowi, który tę delikatność często myli ze słabością – wpadamy więc w pułapkę myślenia, że natura nam służy, a przecież wiemy, że świetnie radzi sobie sama.

Dla mnie natura to też światło i skała, grawitacja, promieniowanie ciepła, kolory i przemiany materii. A najlepsze, że wszystko to jest ważne i wzajemnie na siebie wpływa.

Rośliny są z innej kategorii istnień – to autotrofy. Poza niektórymi tylko wyjątkami rebelki ze szlaków ewolucji nie muszą nikogo ani niczego zabijać, by żyć. My jak na razie musimy zabijać. Ale jest też środowisko, w którym wszyscy żyjemy. I tu bywamy podobni. Bo w nim rośliny ścigają się do światła i wody na śmierć i życie. Istnieje konkurencja, a wygrywa zwykle ta roślina, która nie tylko dostosowuje się do zmian, ale też ciągle wzrasta.

 

Jakie miejsce w tych wzajemnych wpływach zajmuje, a jakie powinien zajmować człowiek?

Człowiek ma w naturze takie samo miejsce i prawa jak żaba, komosa czy brzoza. Tylko że nie każdy chce w to wierzyć. Nie jesteśmy tu sami i wszyscy chcemy żyć, ale i tak wszyscy umrzemy.

I nawet żaden transhumanista pokroju Mikołaja Fiodorowa wtedy nie pomoże!

 

Często wraca do mnie wspomnienie babci rozmawiającej ze swoimi roślinami: podlewanie kwiatów, pielenie ogródka, malowanie wapnem drzew wiśni to była przestrzeń na dialog. Wiem, że nie tylko moja babcia tak robiła! Jako dziecko wierzyłam, że ta rozmowa rzeczywiście pomaga roślinom. Zapytam przekornie: czy myśli Pani, że to możliwe?

Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć, mimo całej fizyki, którą się posiłkuję w badaniach. Wchodzimy bowiem w strefę emocji, które są właściwie niemierzalne, a często nawet nieuchwytne w swej różnorodności i tymczasowości. Sądzę, że kiedy babcia mówiła np. do swojej pelargonii, to – poza całą teorią, czym jest dźwięk, czym są słowa nacechowane emocją – na pewno też nawiązywała z rośliną swoistą więź. Niekoniecznie odbywało się to w drugą stronę. Ważne jest to, że kiedy zwiążemy się z czymś lub kimś i będzie to relacja przyjazna, naturalnie wyzwoli w nas ona pokłady troski i dobra dla tej drugiej strony. Babcia będzie więc podlewała pelargonię, ucinała jej suche listki i dbała, by miała tyle światła, ile jej potrzeba. Zauważy jej potrzeby, właśnie dlatego, że do niej mówiła, że się z nią szczerze dzieliła swoimi myślami. I nie ma znaczenia, że całkiem po ludzku i że doznawała głuchej ciszy między swoimi zdaniami – ona była z nią cała. A roślina była wciąż rośliną.

 

Jest Pani autorką filmu Mów do mnie Polsko, mów z 2017 r. dotyczącego mowy nienawiści w przestrzeni publicznej. Wydaje się, że od tego czasu nastąpiła eskalacja agresji i nienawiści. Jak reaguje Pani dziś na mowę nienawiści?

Czuję się często jak na polu bitwy, w której nie ma wygranych. Te wzajemne oskarżenia są aż do poziomu wymiotów przesadne… Nikt nie odpuszcza. Media to ciągną dalej i podgrzewają atmosferę, bo sensacja ma być głośna. Wtedy oglądalność wzrośnie, firmy będą zamawiać reklamy w tych stacjach, będzie więcej pieniędzy na lepsze nadajniki i samochody prezesów. Ale wiem, że w bliższym kontakcie z człowiekiem naprawdę bywa inaczej.

Rozmawiam teraz z rozmaitymi ludźmi w moim mieście, bo dzięki tytanicznej pracy wielu z nas, otwartości pięknych ludzi, których spotykam, jest realna szansa, by powstał Gaj Pamięci Wołomińskich Żydów. W Wołominie było getto, gdzie 3 tys. ludzi czekało na śmierć. Kilkuset z nich zostało pochowanych na terenie obecnego stadionu miejskiego. Bez znaku o ich istnieniu i losie, jaki ich spotkał. Nie mogłam w to uwierzyć. Nikt nam o tym nie mówił. Stąd ta inicjatywa. Ze wstydu. Planujemy prosty cokół z piaskowca, drzewa, ławki. By człowiek, który tam przyjdzie, mógł też odpocząć. By ta przestrzeń była otwarta i mimo wszystko łagodna. Takie utrwalone, zmaterializowane miejsce pamięci. Rozmawiam też z ludźmi, którzy łatwo rzucają antysemickie komentarze, i zaraz okazuje się, że kiedy zejdzie się z poziomu idei, kiedy przypomnimy sobie, że przecież mówimy o naszych niewinnie pomordowanych sąsiadach, bardzo często odpuszczają i pytają, jak mogą pomóc. I nie muszę ich namawiać. Chcą coś zrobić i robią, a to wszystko jest bardzo dobre. Źródłem demontażu nienawiści i lęków są więc własne serce, własne podwórko i dalekie patrzenie. A potem już tylko ciężka praca. Kto jest gotów?

_

Urszula Zajączkowska – Poetka, artystka wizualna, dr hab. w specjalności botanika. Autorka tomów Atomy oraz minimum uhonorowanego Nagrodą Kościelskich w roku 2017. Jej film Metamorphosis of Plants wygrał Scinema Festival w Australii, a w 2017 r. Festiwal Art – Science w USA.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter