70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Uobecniona Zagłada

W kontekście kształtowania pamięci o żydowskiej społeczności warto rozpoznać sprawstwo materialności – jej wpływ na ludzkie reakcje – i dostrzec potencjał tego, co pozostaje schowane, niewidoczne, o czym w danym momencie niewiele wiemy oraz wobec czego nie podejmujemy działań.

Okrągła, haftowana, niewielkich rozmiarów serweta wygląda na niedokończoną. Z lewej strony brakuje lwa podtrzymującego umiejscowioną u góry koronę na Torę. Czy ktoś, najprawdopodobniej żydowska kobieta, zrezygnował z jej wyszywania, bo nie miał czasu i zapomniał ją dokończyć, czy może w trakcie pracy zastała go likwidacja miejscowego getta? O serwecie dowiedziałam się od pewnego mieszkańca Bobowej – naj­prawdopodobniej pochodzi z domu Holzerów, do dziś sto­jącego przy bobowskim rynku; przechowana przez matkę mężczyzny, należy do jego prywatnej kolekcji judaików. Przedmiot ten może przywodzić na myśl wiele znaczeń – od świadectwa brutalnie przerwanego zwykłego życia, przez symbol końca kultury i historii żydowskiej, po przypomnienie obecności Żydów w niewielkiej miejscowości, gdzie – choć dziś nie ma tam żadnych żydowskich mieszkańców – ślady tej obecności wciąż można dostrzec w odrestaurowanej i rededykowanej synagodze czy znajdującym się na wzgórzu cmentarzu. Serweta może służyć upamiętnieniu. To dzięki jej czytelnej symbolice i powojennej historii przekazanej następnemu pokoleniu jesteśmy w stanie rozszyfrować niektóre jej znaczenia. Nie wszystkie informacje pozostają jednak dostępne – nie wiemy, kim była osoba, która serwetę wyszywała, i z jakiego powodu matka bobowskiego miesz­kańca zachowała ją w nienaruszonym stanie, dlaczego np. nie dokończyła jej lub nie spruła żydowskich motywów. Michał Głowiński w opowiadaniu Carska filiżanka zastanawia się nad wyjątkowym statusem rzeczy odkrywanych po zamordowa­nych w Zagładzie przodkach: „Czy skromnie się prezentująca, wyprodukowana w Rosji filiżanka do nich należała, czy też znalazła się w tym pełnym szpargałów zakątku przez przy­padek? (…). Wydobywane z zakamarków na strychu przed­mioty najpierw są, a dopiero potem znaczą. Na pytanie: »Co znaczą?«, nie zawsze można odpowiedzieć, bo nie jest jasne, co mówią, jakim przekazem są ich dzieje”. W przypadku rzeczy żydowskich pewne jest samo ich bycie, trwanie po Zagładzie. Wiąże się z tym moim zdaniem niezwykle ważny w przypadku Polski potencjał wyzwalania różnego rodzaju działań pamięci, pozostających często w niezgodzie z domi­nującymi w danej zbiorowości regułami pamiętania i zapomi­­nania. Dlaczego zatem i dla kogo trwanie materii jest ważne? Dla następnych pokoleń? Ocalałych? Tych, którzy znaleźli się blisko Zagłady? Jaka jest rola przedmiotów w kształtowaniu pamięci? Do kogo dziś należą?

Odpowiedzi na te pytania stają się jeszcze trudniejsze w przypadku rzeczy znalezionych na terenie byłych nazistowskich niemieckich obozów zagłady, znajdujących się w gra­nicach Polski. W konflikt wchodzą tu ich różne role, zwykle trudne do pogodzenia – dowodu zbrodni, eksponatu lub oso­bistej (w przeszłości? współcześnie?) pamiątki rozpoznanej przez ocalałego lub kogoś z rodziny. Pokazują to losy mosiężnej płytki odnalezionej przez polsko-izraelski zespół archeologów w trakcie wykopalisk w 2013 r. na terenie byłego obozu zagłady w Sobiborze. Na płytce znajdują się wygrawerowane imię i nazwisko oraz amsterdamski adres zamieszkania Davida Jacoba Zaka – ośmioletniego holenderskiego żydowskiego chłopca. Widoczne na niej ślady ognia wskazują, że chłopiec mógł mieć płytkę przy sobie w chwili śmierci w komorze gazowej i że pozostała ona przy jego zwłokach w chwili kre­macji. Jak zauważają w rozmowie z Agnieszką Kłos Mar­grit Bormann i Andrzej Jastrzębiowski (z pracowni konser­watorskiej Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau), intymna natura tego przedmiotu polega na tym, że „wystę­puje w podwójnej roli: zaświadcza o życiu, ale przede wszystkim zaświadcza o czyjejś śmierci. (…) cały czas ten element ostatecznej wiadomości gdzieś w nim jest” („Rita Baum” 2014, nr 32). Krewna Davida, w czasie wojny kilkuletnia dziewczynka, której chłopczyk uratował życie, posta­nowiła tę ważną dla niej płytkę odzy­skać. Według polskiego prawa wszelkie znaleziska archeologiczne dokonane na terenie Polski są własnością państwa i nie mogą opuścić jego terenu. Kobieta otrzymała replikę odnalezionej płytki, a oryginał trafił do zbiorów nowego upamiętnienia powstającego na terenie byłego obozu w Sobiborze. Zastanawia jednak, czy charakter przedmiotu nie obliguje do zwrócenia go tym, którzy przeżyli. Czy nie powinien być czę­ścią życia, które toczy się dalej? Iwona Kurz w tekście buty trafnie ujęła sedno tej problematyki, zauważając: „Silne napięcie pomiędzy chęcią i nakazem upamiętnienia a potrzebą życia i powrotu do jakiegoś stanu sprzed katastrofy, czy raczej – poza nią, bez nakazu pamięci, z całą mocą aktuali­zuje się w przestrzeniach i rzeczach”. Jak zatem uchronić indywidualny cha­rakter tragicznej śmierci ośmioletniego żydowskiego chłopca, gdy zostaje ona upubliczniona, stając się częścią nar­racji upamiętnienia i reprezentantem wszystkich tych, których imion nie znamy? Czy można uniknąć utrwa­lenia następstw zbrodni, co dzieje się często mimo woli w przypadku potwierdzenia prawa własności do rzeczy po zamordowanych ofiarach, a równocześnie w sugestywny sposób przekazać wiedzę o Zagładzie następnym pokoleniom? Z miejscami po Zagładzie wiąże się też status prochów i szczątków żydowskich ofiar – element współczesnego ekosystemu m.in. byłych obozów zagłady. Niekiedy miejsca, gdzie tkwią, nie zostają objęte granicami upamiętnienia. Zdarza się, że wykopaliska archeologiczne nie respektują zasad postępowania ze szczątkami, które są charakterystyczne dla różnych kultur i religii – w przypadku obozów zagłady są to w przeważającej części wyznawcy judaizmu. W którym momencie prochy i kości tracą status rzeczy i zyskują status przynależący podmiotom ludzkim? Jak lokalna spo­łeczność postępowała wobec szczątków i prochów od momentu zakończenia funkcjonowania ośrodków śmierci?

Obecność traumy

Problematyka granicy między sferą życia a sferą śmierci, jak ją określa dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau Piotr Cywiński w publikowanym w tym numerze „Znaku” wywiadzie, dotyczy często prze­strzeni swojskich, których zwykle nie kojarzymy z Zagładą. W lesie w Błudnej w okolicach podkarpackiej Dukli ist­nieje masowa mogiła kilkuset ryma­nowskich i dukielskich Żydów zastrze­lonych w 1942 r. Pomnik stoi najpraw­dopodobniej w miejscu, gdzie znajduje się dół ze szczątkami ofiar. Ich potom­kowie, a także członkowie przyjeżdża­jących grup żydowskich bądź ci, którzy znają tradycję żydowską, zostawiają na pomniku niewielkie kamyki. Miejsce jest zatem pamiętane i wiązane ze śmiercią Żydów. Betonowy prostokątny postu­ment wokół pomnika wyznacza naj­prawdopodobniej granice mogiły. Tuż przy jego krawędzi przebiega droga wyjazdowa z prywatnej posesji znajdu­jącej się kilkaset metrów za pomnikiem, w głębi lasu. Interesujące są dla mnie praktyki i strategie członków społecz­ności lokalnej wobec tego typu miejsc, zarówno tych, gdzie znajduje się materialne upamiętnienie, jak i tysięcy innych, nieoznaczonych i nieczytelnych dla osób spoza miejscowej zbiorowości. Mam tu na myśli zarówno miejsca pochówku Żydów mordowanych przez Niemców i ich współpracowników na różnych etapach Zagłady, włą­czając w to tzw. trzecią fazę Zagłady, jak i tych, którzy stali się ofiarami zabójstw dokonywanych po zakończeniu wojny przez nieżydowskich mieszkańców. W niektórych wypadkach znajdują się one daleko od terenów użytkowych, czasem w niewielkiej od nich odległości, a w innych są po prostu użyt­kowane, jak w sytuacji gdy ktoś uprawia pole w miejscu, gdzie znajdują się ludzkie szczątki. W Polsce Komisja Rabiniczna ds. Cmentarzy prowadzi działania związane z dokumento­waniem i materialnym upamiętnieniem żydowskich grobów wojennych. Jedno z takich miejsc znajduje się w Radecznicy w województwie lubelskim. W leśnym wąwozie w 2016 r. zostały zabezpieczone i upamiętnione szczątki zamordo­wanych kilkunastu żydowskich mieszkańców Radecznicy i okolicznych wsi: Zaporza i Latyczyna, ukrywających się w leśnej ziemiance. O grobie członków Komisji poinfor­mował w liście jeden z mieszkańców Radecznicy. Jako mały chłopiec widział miejsce zakopywania zwłok, wśród których rozpoznał swoją sąsiadkę i koleżankę ze szkoły Raźlę. Nie­opodal wyciął w drzewie krzyż. On i jego żona przechowy­wali pamięć o znajdujących się w jego pobliżu szczątkach, po latach wskazując to miejsce członkom Komisji.

Roma Sendyka z Ośrodka Badań nad Kulturami Pamięci przy Wydziale Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego wraz z kilkunastoosobowym zespołem bada losy tego typu fizycz­nych przestrzeni rozproszonych po Polsce, które skrywają ciała ofiar pojedynczych i masowych mordów, m.in. wspo­mnianą Radecznicę. Przedmiotem jej zainteresowania są nie tylko miejsca związane z Zagładą. W rozmowie prze­prowadzonej dla potrzeb tego artykułu wyjaśnia: „Porzu­cone miejsca-po-ludobójstwie, na pierwszy rzut oka puste i nieupamiętnione, jak się okazało, są jednak często ozna­czane. Nie ma na nich wprawdzie pomników, ale członkowie lokalnych społeczności rozpoznają, że w danym miejscu inny jest kolor trawy, pamiętają, że zakopano kogoś pod »tą gruszą«, świadkowie na wszelki wypadek zostawiają znaki. To skromne wskaźniki: działające tak, by podtrzymywać pamięć.

Podobny efekt dają gesty zaśmiecania miejsc, w któ­rych złożono zamordowanych ludzi – wyrzucanie śmieci jest bez wątpienia aktem desakralizacji, ale też działaniem magicznym: ustanowieniem bariery między żywymi a nie­-do-końca martwymi, skoro zostali zasypani ziemią bez koniecznego rytuału.

To również praktyczne zabezpieczenia: powstrzymujące przed wejściem w naznaczony teren. Oczy­wiście takie gesty są dwuznaczne: jakby działały jednocześnie impulsy wymazania, wyparcia i te, które każą jednak – mimo wszystko – wiedzieć, pamiętać, wskazywać”. W przypadku pamięci o Zagładzie jej materialny wymiar kieruje uwagę ku temu, co lokalne, osadzone w indywidualnych losach i posta­wach, w konkretnych przestrzeniach fizycznych. Zmiana optyki odsłania charakter zbrodni znacznie odbiegający od tego, który często jest reprodukowany, a zatem zbiurokratyzowanego i co często podkreślane: sprawnie przez Niemców zorganizowanego, przemysłowego mordowania, kojarzonego przede wszystkim z Auschwitz-Birkenau. Lokalna perspek­tywa odsłania procesualność zbrodni: od pozbawienia Żydów ekonomicznych podstaw egzystencji, przez terror, masowe egzekucje i transporty do ośrodków zagłady, po urządzanie polowań na ukrywających się Żydów już po likwidacji gett. Z perspektywy swojskich przestrzeni wyłania się zbrodnia przeprowadzona w sposób barbarzyński, wymagający bez­pośrednich (ofiara–sprawca) metod zabijania, angażująca i oddziałująca także na tych, którzy znaleźli się blisko tragicz­nych wydarzeń. Tak określam pozycję nieżydowskich Polaków wobec Zagłady, która prowadziła do skrajnie różnych postaw: od mordowania Żydów po udzielanie im pomocy. Lokalne przestrzenie, takie jak byłe sztetle, pozwalają uświadomić nam, jak bliska i widoczna była w nich Zagłada.

 

Pustka i zapominanie?

Miejsca to przestrzenie wypełnione ludźmi, prakty­kami, przedmiotami i reprezentacjami, zauważa socjolog Thomas F. Gieryn, to sieć relacji między ludźmi a środowi­skiem fizycznym. Pozostając w lokalnym kontekście, warto przyjrzeć się miejscom, skąd społeczność żydowska zniknęła, w przypadku których zastanawiać musi, co nieżydowscy mieszkańcy robili po wojnie z trudną pamięcią. Roma Sen­dyka w cytowanej powyżej wypowiedzi zwraca uwagę na dwuznaczne gesty – ukrywania i oznaczania „miejsc-po-ludo­bójstwie”. Wobec różnego rodzaju praktyk lokalnych kształ­tujących pamięć o Żydach i Zagładzie ujmuję ten fenomen inaczej, mianowicie jako rozdwojenie pamięci – milczenie i zapominanie zbiorowe na poziomie publicznego przekazu (brak materialnego upamiętnienia, pomijanie losu żydow­skich mieszkańców w różnego typu publikacjach, użytko­wanie zachowanych elementów dziedzictwa żydowskiego bez wskazania ich pochodzenia i znaczenia) i jednoczesne prze­kazywanie wiedzy na poziomie pamięci potocznej na temat tego, co, gdzie i z czyim udziałem wydarzyło się w czasie wojny i w okresie tuż po wojnie (rozmowy w rodzinie czy wśród sąsiadów, kroniki, prywatne zapiski). Twierdzę, że materialność, którą można definiować jako to, co po Żydach pozostało – m.in. przedmioty codziennego użytku, domy, niekiedy całe dzielnice miast, synagogi, pojedyncze i masowe groby wojenne, znajdujące się w obrębie bądź w pobliżu kon­kretnych miejscowości – może być postrzegana zarówno jako nośnik pamięci, uobecnienie tego, co wydarzyło się w prze­szłości, jak i rama pamięci określająca i wyzwalająca działania wobec przeszłości członków lokalnych społeczności. Często w kontekście byłych sztetli mówi się o pustce, wymazaniu, zapomnieniu o Żydach i Zagładzie. Bez wątpienia można wskazać na tego typu intencje. Nie zawsze udaje się je jednak w pełni zrealizować. Trzeba mieć na uwadze inne podmioty działające na rzecz pamięci o Żydach i Zagła­dzie, ale też kontrpamięciowy (wobec dominujących reguł i zasad) potencjał rzeczy, materii. Przykładem tego ostat­niego są cmentarze żydowskie, w hierarchii świętości judaizmu miejsca najważniejsze, o istnieniu których decyduje nienaruszalność szczątków, zatem to, co znajduje się w ziemi, a nie na powierzchni miejsca pochówku. Z tej perspektywy nie ma sensu pojęcie „miejsca po cmentarzu” bądź „byłego cmentarza”. W ostatnich latach w Polsce staraniem róż­nych podmiotów, takich jak Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego, cmentarze zaczęły być ponownie ogradzane, rededykowane, na niektóre z nich wracają nagrobki, inne wciąż wydają się puste. W efekcie zmieniają się też działania lokalnej ludności – cmentarze zaczynają być ponownie włą­czane w sferę sacrum. Innym przykładem kontrpamięciowego potencjału materii jest fakt, że kilkadziesiąt lat po wojnie świa­domość społeczną mieszkańców byłych sztetli wciąż zaprząta to, co ukryte w ziemi czy budynkach – przedmioty lub sym­boliczne żydowskie złoto – nie wspominając o różnego typu ruchomościach i nieruchomościach, których posiadaczami po wojnie stali się nieżydowscy mieszkańcy. W kontekście kształtowania pamięci o żydowskiej społeczności warto roz­poznać zatem sprawstwo materialności – jej wpływ na ludzkie reakcje – i dostrzec potencjał tego, co pozostaje schowane, niewidoczne, o czym w danym momencie niewiele wiemy oraz wobec czego nie podejmujemy działań.

Archeolożka Caroline Sturdy Colls, prowadząc kilku­letnie badania terenu byłego obozu zagłady w Treblince, udowadnia, jak mylne jest rozpowszechnione wyobrażenie o tym, że na terenie obozów akcji „Reinhardt” – Bełżca, Sobi­boru i Treblinki – niewiele pozostało, o czym miała zadecy­dować sprawna organizacja nazistów. Posługując się meto­dami nieinwazyjnymi, respektując zasady judaizmu doty­czące ludzkich prochów i szczątków, badaczka potwierdza, że po kilkudziesięciu latach dowody popełnionej zbrodni trwają w miejscu, w którym do niej doszło. Dzięki prowa­dzonym pracom można dziś więcej powiedzieć na temat cierpienia ofiar, w niektórych przypadkach poznać ich per­sonalia, ale też lepiej poznać postępowanie sprawców, także próby ukrycia zbrodni.

W ostatnich latach prace archeologiczne różnych zespołów, prowadzone nie tylko na terenie Treblinki, przynoszą nowe informacje m.in. na temat lokali­zacji komór gazowych czy dołów ze szczątkami i prochami ofiar.

Kilka lat temu na terenie Sobiboru archeolodzy Isaac Gilead, Yoram Haimi i Wojciech Mazurek odnaleźli korytarz Himmelfahrtstrasse („drogę do nieba”), jak nazwali go SS-mani, po którym pozostał ślad w ziemi. Przetransportowani do obozu Żydzi zmuszeni byli przejść korytarzem w kierunku komór, a jego położenie zostało pomyślane tak, by zarówno przechodzący nim, jak i czekający przy stacji Żydzi do ostat­niej chwili nie wiedzieli, co ich czeka na końcu drogi. Tuż przed śmiercią ofiary Treblinki odcisnęły swoją obecność – w ziemi. Roma Sendyka w rozmowie dla „Znaku” mówi o zna­czeniu tego faktu: „Ślad stóp to ślad indeksalny – ktoś musiał długo czekać na polanie pod lasem przy stacji. Tych osób było wiele. Stały stłoczone. Efekt nacisku ciała nadal jest tu obecny. »Udeptaniska« nie da się przenieść, na zawsze jest powią­zane z miejscem, w którym zginęły ofiary. Z tego powodu jest reliktem, szczególnym aktem trwającej nadal »obec­ności przez kontakt«, o której pisał Georges Didi-Huberman”.

W swojej pracy Sendyka zwraca uwagę na dokonu­jący się obecnie w badaniach nad Zagładą i ludobójstwem tzw. zwrot forensyczny – poniekąd z powodu odchodzenia świadków coraz większego znaczenia nabiera wiedza, jakiej mogą nam dostarczyć obiekty i przestrzenie fizyczne. Z trendem tym koresponduje zarówno rozwój nauki, która dostarcza nowych technologii, jak i coraz bardziej wyraźna potrzeba ukonkretnienia doświadczenia wobec ekspansji wirtualnej rzeczywistości. Problematyce forensyki poświęciła swoje badania m.in. Susan Schuppli z University of London, jedna z uczestniczek wystawy zatytułowanej Rzeczowy świadek, przygotowanej przez Kolektyw Kuratorski na Cracow Gallery Weekend KRAKERS 2017. Na wystawie artyści pod­jęli temat wzajemnych relacji ludzi i przedmiotów. Schuppli zauważa, że obiekt potrzebuje przedstawiciela, który w jego imieniu wypowie swoje świadectwo. Trudno postrzegać zatem materialność Zagłady w izolacji od podmiotów ludz­kich (i vice versa): świadków, badaczy oraz odwiedzających tereny byłych obozów zagłady, którzy poddają interpretacji to, czego doświadczają. Caroline Sturdy Colls podczas oglę­dzin terenu w Treblince odnalazła przedmioty, których cha­rakter nie pozwala jednoznacznie określić, czy należały do ofiar, sprawców czy okolicznych mieszkańców oraz jak się tam znalazły. W związku z tym archeolożka zaprosiła siedmioro artystów, których prace na temat odnalezionych obiektów zostały zaprezentowane na tymczasowej ekspozycji Treblinka okiem artysty otwartej w 72. rocznicę buntu i ucieczki Żydów z obozu. Jedna z prac pokazywała cztery możliwe interpre­tacje losów konkretnego przedmiotu, które odsłaniały się przed odwiedzającym. Roma Sendyka w rozmowie dla „Znaku” komentuje tego typu strategię pracy z artefaktami: „Dzisiejszy odbiorca złapany jest w pułapkę niepewności: z jednej strony mamy fantazmat »chemiczno-fizycznego wiążącego dowodu«, z drugiej: ogromną niestabilność i ambiwalencję obiektów, które chcielibyśmy zrozumieć. Odwiedzający porzucone miejsca Zagłady znajduje się nagle wewnątrz historycznego »muzeum krytycznego«, które zadaje nam pytania i nie daje żadnej odpowiedzi – każe za to myśleć”.

 

Sprawstwo materii

Jak zauważa Colls, miejsca po obozach zagłady odsła­niają historię, która „nie skończyła się wraz z opuszczeniem obozu czy też upadkiem reżimu narodowosocjalistycznego”. Kierują one uwagę ku postawom różnego typu podmiotów wobec przestrzeni fizycznych odmienionych na skutek trau­matycznych wydarzeń oraz ku zmianom dokonanym na ich terenie po wojnie. Zwrócę tu jedynie uwagę na problematykę postępowania ze szczątkami i prochami ofiar na terenach byłych obozów zagłady, czym zajmują się w swoich badaniach m.in. Marta Zawodna i Zuzanna Dziuban. Losy terenów po Auschwitz-Birkenau i po obozach akcji „Reinhardt” od chwili opuszczenia ich przez Niemców pozostają w dużym stopniu odmienne, co dobrze pokazała na przykładzie okresu tuż po wojnie Zofia Wóycicka w swojej książce Przerwana żałoba. Polskie spory wokół pamięci nazistowskich obozów koncentracyjnych i zagłady, 1944–1950. Różni je choćby okres szabrowania, który część społeczności lokalnych mieszka­jących w bliskiej odległości od obozów prowadziła pośród ciał zgładzonych tam ofiar – m.in. wykopując szczątki znaj­dujące się w masowych grobach bądź przesiewając zgro­madzone tam prochy. Co ważne, Zawodna, badając Bir­kenau, a Dziuban – terytorium Bełżca, dochodzą do tego samego wniosku: mimo że nie wszyscy członkowie społecz­ności brali wówczas udział w szabrze i go akceptowali, to rabowanie żydowskich szczątków trzeba określić nie jako przedsięwzięcie indywidualne, lecz zbiorowe, na co zwró­cili też uwagę w Złotych żniwach Jan Tomasz Gross i Irena Grudzińska-Gross. Fakt ten, choć przemilczany w historii upamiętnień powstających na terenach byłych obozów, od tego czasu oddziałuje na społeczności, których członkowie brali w szabrze udział. Zuzanna Dziuban zauważa, że ciała żydowskich ofiar, postrzegane wówczas jako towar, depozyt „żydowskiego złota”, „nawiedzają” i nie dają o sobie zapo­mnieć, czego przykładem są opowieści członków miejscowej populacji o nagłej śmierci bądź szaleństwie, w jakie popadli ci, którzy brali w rabunku udział, oraz o klątwie dosięgającej ich potomstwo, a nawet zwierzęta zakupione dzięki „żydow­skiemu złotu”. Socjolog Marek Krajewski zwraca uwagę na znaczenie genealogii przedmiotów w ich relacji z nowymi właścicielami. Sposób, w jaki weszły one do konkretnej zbiorowości, w dużym stopniu określa zarówno dalszą bio­grafię rzeczy, jak i kondycję samej grupy – te przedmioty, „które zostały zdobyte nielegalną drogą, często komunikują w sposób, którego ich posiadacz nie jest świadomy, najczę­ściej nie w jego imieniu, ale przeciwko niemu”. Rzeczy prze­stają być zatem przezroczyste (w niektórych przypadkach nigdy takie nie były), utrudniając milczenie i zapominanie o tym, co wydarzyło się w czasie wojny i po jej zakończeniu.

W ostatnich latach popularność zyskały, również wśród badaczy Zagłady i innych ludobójstw, wyrażenia, takie jak „skrwawione ziemie”, „pejzaże metropolii śmierci” czy „miasta śmierci”. Jakkolwiek są one nieraz, moim zdaniem, zbyt bli­skie fascynacji przemocą i śmiercią, to zmieniają sposób patrzenia na miejsce po traumatycznych wydarzeniach – kierują uwagę ku jego przeobrażeniom. Za jaskrawy przykład przenikania się w nich sfery śmierci i sfery życia można uznać dom leśniczego zbudowany w latach 60. XX w. na terenie byłego obozu w Bełżcu. Jak pokazały badania archeologiczne przeprowadzone w późnych latach 90., dom został zlokali­zowany w bliskiej odległości jednego z masowych grobów, w związku z czym woda ze studni, z której korzystali miesz­kańcy, zawierała związki pochodzące z ciał podlegających dekompozycji. Anna Dziewit-Meller w książce pt. Góra Tajget pisze: „Te wszystkie malownicze sosenki, te brzózki białe, sym­bole polskości, te cholerne wierzby nad brzegami polskich rzek, one wszystkie rosną na nawozie ludzkim, na trupie, na wsiąkniętej w piasek krwi. Wejdź do polskiego lasu po zmroku (…) i nadstaw uszu. Wycie, usłyszysz wycie, bo one siedzą tam w ziemi i wyją. Do mnie, do ciebie, do siebie”. Ślady minionej przemocy rezonują z ziemią, przyrodą, także z zachowaniem zwierząt (często omijają tego typu miejsca).

Czy dostrzeżenie innych wymiarów Zagłady, zapisanych w swojskiej przestrzeni, odkrycie jej brutalnego oblicza, anga­żującego tych, którzy znaleźli się blisko niej, stworzy szansę, by wyzwolić się z powtarzania się postaw z przeszłości? Iwona Kurz w tekście Obrazy Zagłady – obrazy uchodźców przywołuje działanie mieszkańców Budapesztu z września 2015 r., gdy w związku z Dniem Solidarności z Uchodźcami przynieśli oni na dworzec Keleti buty dla uchodźców, two­rząc coś na kształt instalacji. Jak zauważyła Kurz, symbolika butów, „przedmiot intymny, mający bliski, metonimiczny kontakt z ciałem, a jednocześnie metaforyzujący ludzki los (wędrówkę)”, i konkretne miejsce powiązały ze sobą kryzys uchodźczy z zagładą węgierskich Żydów. Stało się tak, po pierwsze, poprzez odwołanie do stosu butów z ekspozycji w Auschwitz-Birkenau (węgierscy Żydzi należeli do najlicz­niejszej grupy ofiar), po drugie, przez nawiązanie do masakry żydowskich mieszkańców na Węgrzech w styczniu 1945 r., podczas której członkowie nacjonalistycznej partii kazali mordowanym na brzegu rzeki zdejmować swoje buty.

_

Korzystałam m.in. z:

  • Caroline Sturdy Colls, O tym, co minęło, lecz nie zostało zapomniane. Badania archeologiczne na terenie byłego obozu zagłady w Treblince, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 2012, nr 8, s. 83–118.
  • Zuzanna Dziuban, (Re)politicising the Dead in post-Hol­ocaust Poland: the Afterlives of Human Remains at the Bełżec Extermination Camp, w: Humans Remains in Society. Curation and Exhibition in the Aftermath of Gen­ocide and Mass-violence, red. Jean-Marc Dreyfus, Élisabeth Anstett, Manchester 2016, s. 38–65.
  • Thomas F. Gieryn, A Space for Place in Sociology, „Annual Review of Sociology” 2000, nr 26, s. 463–496.
  • Killing Sites. Research and Remembrance, seria Interna­tional Holocaust Remembrance Alliance, Berlin 2015, https://www.holocaustremembrance.com/sites/default/ files/ihra_publication_killing_sites_web_1.pdf (dostęp: 30 kwietnia 2017 r.).
  • Marek Krajewski, Style życia przedmiotów. Zarys kon­cepcji, w: Style życia, wartości, obyczaje. Stare tematy, nowe spojrzenia, red. Aldona Jawłowska, Wojciech Pawlik, Barbara Fatyga, Warszawa 2012, s. 49–70.
  • Iwona Kurz, Obrazy Zagłady – obrazy uchodźców, „Dialog” 2016, nr 3, s. 38–63.
  • Iwona Kurz, buty, w: Ślady Holokaustu w imaginarium kultury polskiej, red. Iwona Kurz, Justyna Kowalska-Leder, Małgorzata Szpakowska, Paweł Dobrosielski, Warszawa 2017, s. 57–80.
  • Roma Sendyka, Posthuman Memorializations: Memorials After the Forensic Turn, w: Mapping the ‘Forensic Turn’: The Engagements with Materialities of Mass Death in Holocaust Studies and Beyond, red. Zuzanna Dziuban, Wiedeń (w przygotowaniu).
  • Zofia Wóycicka, Przerwana żałoba. Polskie spory wokół pamięci nazistowskich obozów koncentracyjnych i zagłady 1944–1950, Warszawa 2009.
  • Marta Zawodna, O porządkowaniu poobozowego świata. Sposoby postępowania ze szczątkami ludzkimi na tere­nach byłego KL Auschwitz-Birkenau od momentu ostatec­znej ewakuacji obozu do powstania muzeum, „Zagłada Żydów. Studia i Materiały” 2012, nr 8, s. 145–175.

Korzystałam też z własnych badań przeprowadzonych m.in. w ramach projektu Upamiętnianie przedwojennych społeczności żydowskich we współczesnej Polsce jako przejaw kulturowej traumy Zagłady, który został sfinansowany ze środków Narodowego Centrum Nauki przyznanych na pod­stawie decyzji nr DEC-2013/09/N/HS6/00422.


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter