70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Umiera personalizm, powraca osoba…

Ten krótki wykład uzasadniony jest troską o właściwe zrozumienie zastrzeżeń, a czasami wręcz niechęci, jaką odczuwają przedstawiciele pokolenia młodszego niż moje w stosowaniu pojęcia „personalizm”, ale jednocześnie przyświeca mi pragnienie zachowania krytycznej życzliwości w ocenie dzieła Emmanuela Mouniera.

Moją myśl można ująć w jednym zdaniu: umiera personalizm, powraca osoba (mógłbym także powiedzieć: umiera personalizm, przez co należałoby rozumieć: niech umiera, nawet jeśli…, być może byłoby lepiej, gdyby umarł po to, by…).

Wytłumaczę się najpierw ze zwrotu „umiera personalizm”, nadając mu w trybie oznajmującym wartość zapisu pewnego faktu kulturowego. Ogólnie rzecz biorąc, żałuję nieszczęśliwego wyboru, jakiego dokonał założyciel ruchu Esprit, decydując się na termin z końcówką „-izm” i stając do rywalizacji z innymi „-izmami”, które dzisiaj wydają się nam w ogromnej mierze najzwyklejszymi pojęciowymi fantomami. Rozwinę może moją myśl.

Otóż przede wszystkim uważam, że inne „-izmy” przedstawiały takie wzorce myślenia, które były znacznie lepiej wyartykułowane pojęciowo. Wystarczy przypomnieć, jak złożona praca konceptualna kryje się za pojęciem egzystencjalizmu w Bycie i nicości u Jeana Paula Sartre’a albo u Maurice’a Merleau-Ponty’ego w Fenomenologii percepcji lub Les Aventures de la dialectique (Przygodach dialektyki). Wydaje się zbędne rozwodzić się nad potężnym aparatem konceptualnym marksistów czy też nad niespotykaną złożonością myśli takich filozofów jak Antonio Gramsci czy Louis Althusser. Jednym słowem, personalizm nie był wystarczająco konkurencyjny, żeby wygrać bitwę pojęć. Nieco dalej zobaczymy, że to, co wydaje się w tym miejscu zarzutem, nabierze nowego znaczenia, kiedy będę się starał określić osobę jako swoisty fundament pewnej postawy, perspektywy, aspiracji, dokładnie tak samo jak Mounier, który nigdy nie przestał o niej mówić inaczej, co skądinąd powinno było go odwieść od zmagania się z innymi „-izmami”, takimi jak materializm, spirytualizm czy kolektywizm, będącymi mglistymi i niejasnymi ideami. Chcąc jeszcze bardziej zaakcentować mój argument, przypomnę, że w tym samym czasie zarówno wcześniej wymienieni przeze mnie autorzy, jak i inni – Raymond Aron, Eric Weil itd. – przystąpili pod kierunkiem subtelnego Alexandre’a Kojeve’a do szkoły heglowskiej.

Drugi argument: cała konstelacja najróżniejszych „-izmów”, w którą personalizm dał się wtłoczyć lub w którą się dobrowolnie wpisał, porwana została w całości w latach 60. przez inną potężną falę, a mianowicie falę strukturalizmów. W ten sposób, idea swoistej trójwładzy – personalizm–egzystencjalizm–marksizm – postrzegana przez Mouniera jako istotny wyznacznik tamtego czasu dzisiaj okazałą się iluzją. Poza tym, że ów podział nie był zbyt jednorodny, to jeszcze pozostawał czymś specyficznie francuskim: personalizm, egzystencjalizm i marksizm, co zadziwiające, stanowiły specyficznie francuski trójnóg! Tymczasem zdaje się, że ci „trzej zwaśnieni bracia” zostali przesunięci na inne miejsce przez inne jeszcze zjawisko, tak samo typowe dla Francji, ukazujące te trzy wymiary (w każdym razie odnosiło się to do marksizmu w wydaniu młodego Marksa, egzystencjalizmu z jego pierwszego okresu oraz personalizmu Mouniera, który, niestety, przerwany został w 1950 r.) jako mutacje jednego humanizmu (słowo znienawidzone przez wszystkich). Istotnie bowiem, tym, co wnosił strukturalizm, był sposób myślenia oparty na idei systemu, a nie historii, na ustanowieniu zbiorów wyartykułowanych różnic, ale przede wszystkim na „myśleniu operacyjnym”, które nie pozwalało odwoływać się do jakiegokolwiek podmiotu przy nadawaniu jakiegoś sensu. Tak rozpoczęła się dziwna przygoda personalizmu, któremu z tak wielkimi kłopotami przyszło oderwać się od egzystencjalizmu i który jednocześnie zadał sobie tak wiele trudu, żeby zbliżyć się do młodego Marksa z Rękopisów ekonomiczno-filozoficznych z 1844 r. oraz Ideologii niemieckiej, jednym słowem, do Marksa piszącego o alienacji i o pracy żywej. Personalizm naznaczony został w ten sposób tym samym hańbiącym piętnem co jego dwaj zwaśnieni bracia.

Wszystko to razem zalała jednak kolejna, tym razem nietzscheańska w swej istocie, fala. Personalizm został oderwany od swego świadomie chrześcijańskiego podłoża (nie zapominajmy bowiem o ogromnym znaczeniu kulturowym trynitarnego myślenia w procesie budowania zachodniego pojęcia osoby); ponadto fala ta atakowała silne i nigdy do końca niewyjaśnione przekonanie odziedziczone po Maritainie i Schelerze, że poza wszelkimi historycznymi zmiennymi kolejami losu zaskoczenie wydarzeniem i pełna inwencji riposta na sytuacje osoby stale odnoszą się do nienaruszalnego nieba wartości (w Manifeste au service du personnalisme [Manifeście w służbie personalizmu] czytamy: „Osoba to duchowy byt ustanowiony jako taki poprzez pewien sposób istnienia i suwerenności w swoim jestestwie. Podtrzymuje ona to istnienie poprzez zgodę na hierarchię wartości przyjętą dobrowolnie, przyswojoną i przeżywaną na sposób odpowiedzialnego zaangażowania i nieustannego nawrócenia; tym samym scala ona każde swe działanie w wolności i, co więcej, rozwija – siłą twórczych czynów – osobliwość swego powołania”[1]).— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak

 
 

Zapisz się do newslettera!

Otrzymasz 35% kod rabatowy na dowolny numer miesięcznika oraz informacje o promocjach, wydarzeniach i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter