70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tuż po wojnie

W moim wyobrażeniu o historii okres zaraz po wojnie był jednym z momentów założycielskich naszego społeczeństwa (innym była rewolucja Solidarności). Nie urodziłbym się, gdyby nie II wojna światowa i jej konsekwencje.

Jakub Muchowski: Kiedy skończyła się II wojna światowa?

Marcin Zaremba: Ona nigdy się nie skończyła i nadal trwa w umysłach Polaków. Jej życie po życiu manifestuje się w najróżniejszy sposób. W latach 60. na dźwięk języka niemieckiego na ulicy ludzie reagowali nerwowo. Na Ziemiach Zachodnich lęk przed powrotem Niemców utrzymywał się do końca komunizmu. Wielu ludzi potraciło narzeczonych lub narzeczone, całe rodziny, potem nie założyli nowych i w ten sposób wojna nieodwracalnie zmieniła ich życie. Zmiany w strukturze społecznej, zagłada Żydów, przesunięcie granic – to wszystko są konsekwencje wojny, które odczuwamy do dziś. Nieprzypadkowo książka Tony’ego Judta o okresie od 1945 r. do upadku komunizmu nosi tytuł Powojnie.

Innym rezultatem przedłużonego trwania wojny były wybuchy paniki wojennej, które zdarzały się bardzo często w latach 50. i 60., np. w czasie budowy muru berlińskiego czy kryzysu kubańskiego. Ostatnie takie zjawisko miało miejsce zimą 1980 r., kiedy po wkroczeniu wojsk radzieckich do Afganistanu Amerykanie instalowali rakiety Pershing i Cruise w Europie. Znam relację z Suwalszczyzny z tego okresu mówiącą o kupowaniu „na wypadek wojny” dużych ilości soli, mąki i innych produktów spożywczych, które łatwo przechowywać.

II wojna światowa bardzo długo zajmowała ważne miejsce w myśleniu Polaków, tym bardziej że przez cały okres powojenny pamięć o niej, szczególnie po 1956 r., była stale wzmacniana i utrwalana. Ostatnio ukazała się świetna książka Krzysztofa Zajączkowskiego Westerplatte jako miejsce pamięci 1945–1989, pokazująca, jak było ono instrumentalnie wykorzystywane w procesie legitymizacji władzy. Rządzący podkreślali, że to oni w sojuszu ze Związkiem Radzieckim wyzwolili Polskę spod okupacji niemieckiej i to oni są zdolni do odparcia kolejnych ataków ze strony agresywnego sąsiada. Również w dzisiejszej kulturze znajdziemy wiele odniesień do II wojny światowej. Są obecne w upamiętnieniach, filmie, literaturze i publicystyce.

 

Jak doświadczenie II wojny światowej było przekazywane i oddziaływało na ludzi urodzonych już po formalnym zakończeniu wojny?

Często przytaczam anegdotę o mojej znajomej historyczce, która miała kilkanaście lat w momencie wybuchu stanu wojennego, i pierwszą rzeczą, jaką zrobiła po jego ogłoszeniu, było przygotowanie w domu sucharów suszonych na kaloryferze. Babcia powiedziała jej, że jak wybucha wojna, to tak należy postępować. Badania socjologów – m.in. Barbary Szackiej, Piotra Kwiatkowskiego czy Andrzeja Szpocińskiego – pokazują „długie trwanie” wojny w pamięci zbiorowej społeczeństwa polskiego. Jonathan Littell miał rację, pisząc w książce Łaskawe, że wojna skończy się, gdy umrze ostatnie dziecko urodzone w ostatnim dniu walk, ale nawet wtedy trwać będzie w głowach jego dzieci, a potem dzieci tych dzieci.

Przez pierwsze powojenne lata wojnę upamiętniano w ograniczonym stopniu, przecież nadal była obecna w krajobrazie zrujnowanych miast, w żywym i bolesnym doświadczeniu jej uczestników – nie było potrzeby jej przywoływać.

Fala pamięci uderzyła w 1956 r. publikacją książek i wspomnień. Później na pewien czas cofnęła się i znowu napłynęła pod koniec lat. 60. i w następnej dekadzie.

Nastąpił – jak pisze Pierre Nora – „czas pamięci”, przeżycia okresu wojny zaczęto intensywnie rekonstruować, utrwalać i otaczać czcią. Ludzie pokolenia wojennego doszli w swoim życiu do etapu, gdy ich doświadczenie konfliktu nie było już tak przytłaczające, a zarazem odczuwali silną potrzebę opowiedzenia o tym, co przeżyli. Wówczas weterani zaczęli spotykać się z harcerzami, organizowane były msze za ojczyznę, spontaniczne i oddolnie realizowano obchody rocznic oraz tworzono miejsca pamięci.

 

Wróćmy do okresu zaraz po wojnie. Co zwykli ludzie uznawali za koniec wojny – przejście frontu wojennego w latach 1944–1945 czy formalne zakończenie wojny kapitulacją armii III Rzeszy?

Przede wszystkim byli zmęczeni okupacją niemiecką i wyczekiwali zakończenia wojny. Społeczeństwo polskie żyło w warunkach ciągłego stresu psychologicznego. Bez wątpienia chciało normalności: kontynuowania zarzuconej pracy i nauki, powrotu rozsianych po świecie członków rodziny, odbudowy życia. Dlatego Polacy wypatrywali nadejścia Rosjan jak kania dżdżu. I w 1944, i 1945 r. naprawdę witano ich chlebem i solą, jednocześnie się ich obawiając, nikt bowiem nie wiedział, co ze sobą przyniosą: XVII republikę? Kolektywizację rolnictwa? Nowy Sybir? Dominowało jednak przekonanie, że z dwojga złego: niemieckiej cholery i sowieckiej grypy, ta ostatnia choroba jest mimo wszystko lepsza. Zakończenie wojny w maju 1945 r. przyjęto z radością i krótkotrwałym przerażeniem, ponieważ żołnierze sowieccy nagle zaczęli strzelać w powietrze, a nikt nie wiedział dlaczego. W kraju odbywały się wiece i demonstracje. Polska roku 1945 to kraj ludzi manifestujących swoją tożsamość narodową, a także religijną. Ludzie potrzebowali uroczystości, podczas których mogli doświadczyć i zamanifestować swoje uczestnictwo we wspólnocie narodowej. Radość trwała jednak krótko. Wypito może więcej wódki…

 

W 2012 r. opublikował Pan książkę używającą formuły „wielka trwoga” do opisania powojennych nastrojów społecznych. Wielka trwoga to w pewnym uproszczeniu zbiorowe stany lękowe prowadzące do wybuchów paniki i zachowań przemocowych, które występują z powodu wywołanego dużą katastrofą (np. wojną) załamania ładu społecznego. Czego bano się w tamtym okresie?

Ludźmi nadal powodowały emocje z czasów okupacji. Odczuwali strach, brak stabilności i byli rozedrgani emocjonalnie, na co zwracano uwagę także w ówczesnej prasie. „Wielką trwogę” napędzały z jednej strony zagrożenia towarzyszące życiu powojennemu, z drugiej zaś, lęki przeniesione z okresu wojny. „Wielka trwoga” to sytuacja „po”, w tym wypadku po wielkiej wojnie, i „przed” nową Wielką Zmianą, rewolucją odgórną.

Paleta lęków doświadczanych przez mieszkańców powojennej Polski była bardzo bogata. Najwięcej miejsca, zwłaszcza w pierwszym okresie, zajmował strach przed Armią Czerwoną. Bowiem wkrótce, po pierwszych „Hurra!” i „Niech żyją!”, przyszły gwałty i grabieże. Ten strach był najbardziej intensywny na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Tam liczba aktów przemocy była największa. Ludzie barykadowali domy, starali się – zwłaszcza kobiety – pojedynczo nie wychodzić na ulice, plotki o powrocie Armii Czerwonej z Niemiec powodowały wybuchy paniki. Jej obecność na ziemiach polskich potęgowała poczucie tymczasowości, ponieważ ciągle sprawa polska wydawała się nierozstrzygnięta.

Duży strach związany był ze zmianą granic, niepewnością, jaki kształt w końcu przyjmie terytorium Polski. Przecież ich przesunięcie na zachód oznaczało migrację milionów ludzi, zagładę małych ojczyzn, gehennę podróży. I jakby tego było mało, nawet jak ktoś się osiedlił pod Zgorzelcem, Szczecinem czy Jelenią Górą, nie miał pewności, czy to „na zawsze”. Podobne obawy przed zmianą granic Polacy żywili również na południu i wschodzie. Ludzie bardzo długo żyli na walizkach.

Nastroje związane z władzą falowały. Gdy do kraju wrócił Stanisław Mikołajczyk, wydawało się, że jest dobrze. Dla niemałej części społeczeństwa przedstawiciele nowej władzy przypominali sowiecki desant, nikt ich nie znał, np. premiera Edwarda Osóbki-Morawskiego. Niższe stanowiska w wojsku, milicji, biurokracji objęły osoby zupełnie nieprzygotowane do pełnienia jakichkolwiek urzędów czy stanowisk. Najgorsze, że nikt nie wiedział, do czego komuniści zmierzają. Pośpieszna, nieprzygotowana wymiana pieniądza, która na kilka miesięcy zabiła normalny obieg gospodarczy, nie nastrajała optymistycznie. Duża część chłopów z radością przyjęła reformę rolną, bodaj wszyscy jednak obawiali się, że jest to przygotowanie do kolektywizacji. Nacjonalizację wielkiego przemysłu społeczeństwo oceniało pozytywnie, robotnicy często sami, bez udziału partii, tworzyli rady zakładowe i przejmowali przedsiębiorstwa, w których pracowali. Ale jednocześnie obawiano się „bolszewizacji gospodarki”, całościowej walki z prywatną inicjatywą, likwidacji prywatnego handlu i drobnej wytwórczości. Co rzeczywiście nastąpiło po tym, jak 1 maja 1947 r. Hilary Minc ogłosił „bitwę o handel”.

Po kraju krążyły najróżniejsze plotki i pogłoski, nosicielki strachu. Bardziej religijna część społeczeństwa przejawiała również strach eschatologiczny. Czytelnicy przedwojennej prasy pamiętali jej relacje z ogarniętego rewolucją Meksyku czy informację o niszczonej przez bolszewików Cerkwi. Wśród kleru strach przed uderzeniem w Kościół instytucjonalny był autentyczny i uzasadniony.

Społeczeństwo przeżywało też lęki dotyczące życia codziennego. Polacy byli zmęczeni, chorzy, głodni i wielu nie miało schronienia. Panował tyfus, a liczba osób cierpiących na gruźlicę sięgała ponad milion. Jesienią 1945 r. w całym kraju brakowało chleba. Na przednówku 1946 r. i rok później powszechnie mówiło się o nadciągającym głodzie. We wtorki, środy i czwartki obowiązywały dni bezmięsne. W związku z niedoborem mąki pszennej odgórnie wprowadzono też „dni bezciastkowe”.

 

Do jakiego stopnia Kościół w czasie powojennej „wielkiej trwogi” stabilizował sytuację i łagodził społeczne napięcia?

Wojna spowodowała wzrost religijności Polaków. Kościół stał się oazą duchowego i psychicznego wytchnienia. Po wojnie księża w kazaniach często piętnowali ówczesne „zmory”: pijaństwo, aborcję, rozwiązłość. W jednej z gazet przeczytałem, że w krakowskich kościołach ustawiały się kolejki do spowiedzi, gdy w marcu 1946 r. przez kraj przeszła panika w związku z rzekomym wybuchem III wojny światowej. W raportach z Jasnej Góry Służba Bezpieczeństwa skarżyła się, że kazania księży są „reakcyjne”, porównujące sytuację bieżącą do szwedzkiego potopu. Słowem, z jednej strony Kościół starał się stabilizować nastroje, z drugiej, je podgrzewał.

 

Czy zatem społeczeństwo wiązało z okresem powojennym jakieś nadzieje?

Zapominamy, że moment zakończenia okupacji wzbudził w Polakach nie tylko obawy, ale też wielkie nadzieje. Często mówimy o nowym zniewoleniu czy kolejnej okupacji, tymczasem ówczesna rzeczywistość społeczna była bardziej skomplikowana, niż głosi to dziś nowa polityka historyczna. Chłopi po pierwszych niepokojach związanych z reformą rolną, gdy z obawami przyjmowali ziemie parcelowane przez władze, z czasem z zadowoleniem zaczęli odnosić się do przeprowadzonych zmian. Podobnie było z robotnikami, którzy z aprobatą obserwowali antykapitalistyczną politykę nowego reżimu. Robotnicy mieli poczucie, że spełniają się ich nadzieje o rządach socjalizmu, który zapewni im pracę i godne wynagrodzenie. W Łodzi niektórzy robotnicy pozdrawiali się zaciśniętą pięścią, tak jak w republikańskiej Hiszpanii. Wielu spośród tych, którzy wyjechali w czasach II RP i wcześniej do Francji i Belgii, np. górników takich jak Edward Gierek, wracało do Polski po 1945 r., gdyż mieli nadzieję, że nowa Polska będzie socjalistyczna. Wśród części chłopów i robotników, a także ludzi o przekonaniach lewicowych nowa Polska wzbudzała entuzjazm. Nie oznacza to, że wymienione grupy nie wchodziły w spór z władzą, czego wyrazem były liczne strajki w województwie łódzkim w okresie tużpowojennym.

Na nową Polskę liczyli również polscy Żydzi. Większość z nich wyjechała z kraju, zwłaszcza po pogromie kieleckim, ale część widziała w nastającym porządku obietnicę tego, że nikt nie będzie ich prześladował za to, że są Żydami.

Takie oczekiwania wobec okresu powojennego mieli nie tylko Polacy. Nadzieję, że nowy świat powojenny będzie bardziej sprawiedliwy, podzielali też Włosi, Francuzi czy Brytyjczycy.

 

Nadzieje społeczeństwa związane z nową Polską napędzane były również przez doświadczenie życia w II RP. Wiele grup krytycznie odnosiło się do przedwojennej Polski – chłopi i robotnicy, socjaliści i liberałowie, ale też mniejszości narodowe, w tym przede wszystkim Żydzi i Ukraińcy.

Doświadczenie sanacji, upadek państwa i ucieczka elit we wrześniu 1939 r. wzbudziły złość. Wpłynęło to na poparcie powojennych zmian społecznych i gospodarczych. Same władze komunistyczne uprawomocniały prowadzoną politykę, odwołując się do okresu przedwojennego. Ta argumentacja trafiała do polskiego społeczeństwa w latach 40. i 50., aby następnie słabnąć wraz z zacieraniem się doświadczenia sanacyjnego w pamięci.

 

Jak silne były więzi społeczne tuż po wojnie?

Nie mamy dobrej miary, żeby to sprawdzić. W mojej ocenie po wojnie nie istniało coś takiego jak społeczeństwo, była to raczej magma społeczna bądź kasza: masa rodzinnych wspólnot i grup. Z pewnością w czasie wojny uległy wzmocnieniu więzi narodowe. Wojna zmuszała do integracji w tym zakresie, a na znaczeniu traciły więzi klasowe. Zmuszeni do opuszczenia swojego miasta warszawiacy nie dzielili się na lepiej czy gorzej sytuowanych. Wszyscy byli uchodźcami.

Rzecz jasna, procesy te uruchomiła polityka okupanta. W czasie wojny początkowo stosunek do Niemców był zróżnicowany – Kazimierz Wyka pisał o dobrowolnym zgłaszaniu się ludzi na roboty do Rzeszy. Gdyby sami Niemcy chcieli, to znaleźliby kolaborantów skłonnych w imię realizmu budować jakąś formę polskiej państwowości. Skala polskiego donosicielstwa była olbrzymia. Mówił o tym Władysław Bartoszewski. Ale postawa polskiego społeczeństwa zmieniła się wraz z nasileniem polityki represji i rabunkowej gospodarki kraju, w tym narzucaniem wsi kontyngentów.

Wzmocnienie świadomości narodowej Polaków miało też negatywne konsekwencje w postaci wzrostu ksenofobii.

Wojna nastrajała do myślenia w kategoriach narodowych oraz wykluczania poza społeczeństwo osób i grup obcych etnicznie.

 

Czy zaraz po wojnie, gdy większość społeczeństwa nie mogła zaspokoić podstawowych potrzeb egzystencjalnych, ludzie współpracowali ze sobą w ramach lokalnych grup społecznych, angażowali się w działania dla dobra wspólnego i aktywność polityczną?

To oczywiste, że w sytuacji głodu ludzie myślą o chlebie, a nie o sprawach wspólnoty. Dla przesiedleńców ze Lwowa czy z Wilna fundamentalną sprawą było znalezienie domu na Ziemiach Odzyskanych i bezpieczne dostarczenie tam członków swojej rodziny. Dla większości nie było ważne, czy Mikołajczyk, czy ktoś inny będzie rządził Polską, ale czy będą mieli czym nakarmić dzieci zimą. Inna sprawa, że było to społeczeństwo bez elit. Osób z wyższym i średnim wykształceniem było bardzo mało. Większość ludzi mieszkała na wsi i miała ukończone kilka klas szkoły powszechnej. Nie wszyscy oni potrafili trafnie ująć i opisać rzeczywistość, w której żyli. Znamy z tego okresu wiele przykładów posługiwania się myśleniem magicznym, w tym liczne zgłoszenia cudów. W zagrożonym brakiem środków do życia, straumatyzowanym i pozbawionym elit narodzie trudno o postawy społecznikowskie i propaństwowe.

 

Jaki był stosunek Polaków do nowej władzy?

Nowy reżim w latach 1944–1945 przed przyjazdem Mikołajczyka miał nikłe poparcie. PKWN miał długo trudności ze znalezieniem potrzebnych pracowników. Brano wszystkich chętnych. Przyjazd Mikołajczyka pod koniec czerwca 1945 r. do pewnego stopnia poprawił notowania nowej władzy. Ale gdybyśmy przeprowadzili wówczas sondaż opinii publicznej i pytali o zaufanie do władz, to – jestem o tym przekonany – okazałoby się, że było ono bardzo niskie. Zresztą pokazały to wyniki referendum z czerwca 1946 r. Świadczyły o tym również dezercje z regularnych oddziałów wojska polskiego oraz sporządzone przez służby bezpieczeństwa zapisy rozmów zwykłych ludzi na ulicy czy w pociągach, w których nieprzychylnie wypowiadano się o rządzie i PPR.

 

A jak Polacy odnosili się do państwa i prawa?

Dobrym wskaźnikiem braku zaufania do państwa i poczucia tymczasowości była historia wahań cen dolara w okresie powojennym. Zwykli ludzie nie dostrzegali w ówczesnym państwie pewnego gwaranta wartości złotówki, wobec czego cena dolara dochodziła do 500 zł, czyli tyle, ile wynosiła wówczas pensja milicjanta. Z czasem cena spadła do 350 zł, przy czym nadal była to bardzo duża kwota.

Wojna osłabiła poczucie praworządności. Obydwaj okupanci lekceważyli prawo, kierując się zasadą, że jest ono po ich stronie. Wzmacniało to wśród Polaków niechęć do podporządkowywania się regułom i procedurom, która była silna również po wojnie.

Należy dodać, że aparat sądowy i skarbowy były w okresie tuż po wojnie bardzo słabe, bo brakowało sędziów, prawników i urzędników. Zorganizowano przyspieszone kursy, które pozwoliły władzom obsadzić nowymi ludźmi wakaty w tych instytucjach. Wynoszenie na niekiedy wysokie stanowiska ludzi pochodzących z niższych klas społecznych było spowodowane nie tylko „polityką afirmatywną” władz wobec tych klas czy strategią wytworzenia lojalnych kadr urzędniczych, ale i potrzebą chwili.

 

W jakim stopniu niechętny stosunek do nowych władz obejmował również jej lokalnych reprezentantów i funkcjonariuszy Milicji Obywatelskiej, członków podstawowych struktur partyjnych, urzędników administracji lokalnej?

Ludzie odnosili się do władzy pragmatycznie. W miastach, takich jak Olsztyn, Elbląg czy Wrocław, nowo utworzona administracja zapewniała zaopatrzenie i schronienie osiedleńcom oraz przydzielała im lokale i pracę. Na tych terenach była w zasadzie jedyną instancją, do której mogli się zwrócić o pomoc i ochronę. Choć na innych obszarach nie była tak nieodzowna, to jednak w całym kraju to ona uruchamiała wodociągi i kanalizację, zapewniała transport publiczny oraz organizowała szkoły i instytucje ochrony zdrowia. Była to władza skorumpowana, w wielu przypadkach niekompetentna, działająca na granicy prawa lub poza prawem, ale w ówczesnych warunkach jedyna i do pewnego stopnia skuteczna. Współtworzyli ją niekiedy ludzie nieobeznani z procedurami biurokratycznymi, często nieumiejący przygotować zwykłego podania, którzy jednak potrafili negocjować z radzieckimi komisarzami wojennymi czy przekupywać lekarzy, aby skłonić ich do przyjazdu na tereny, gdzie ludność była pozbawiona podstawowej opieki medycznej. Zarazem jej funkcjonariusze dbali również o własne indywidualne interesy, wykorzystując stanowiska np. do przejęcia niemieckich czy żydowskich majątków.

 

Co się stało zaraz po wojnie z ludźmi zaangażowanymi w budowę państwa podziemnego, zarówno w jego jednostki zbrojne, jak i struktury cywilne?

W 1945 r. Aleksander Gieysztor, który pracował w Biurze Informacji i Propagandy AK, uznał, że czas walki się skończył, i zaangażował się w odbudowę Instytutu Historycznego na Uniwersytecie Warszawskim. Takich osób jak on było wiele. Dla większości mieszkańców Warszawy zburzenie miasta i życie w ruinach może nie tyle podważało sens dalszej walki, ile skłaniało do myślenia, że „myśmy swoje już zrobili, swoją krew już przelali”. Teraz przyszedł czas odbudowy własnego życia, miasta i państwa, walka o zachowanie substancji.

Ale wiele osób, które wzięły udział w konspiracji, trafiło do więzień, jak np. Kazimierz Moczarski. Część uciekała z kraju lub próbowała ukryć się na Ziemiach Odzyskanych. Istniały nadal siatki przerzutowe i niektórzy jeszcze dysponowali środkami, które pozwalały sfinansować operację przedostania się za granicę. Ziemie Zachodnie i Północne zaś oferowały możliwość przeniesienia się w nowe środowisko i czasową lub trwałą zmianę tożsamości. Byli też tacy, którzy kontynuowali działalność w konspiracji.

 

Dla wielu Polaków lata 1946 i 1947 to kolejne lata wojny, także dlatego że po zakończeniu walk z Niemcami w Polsce trwał konflikt zbrojny pomiędzy antykomunistycznym podziemiem a nowym reżimem. Jaka była skala wojny domowej?

Jan Józef Szczepański, ważna postać podziemia akowskiego w czasie wojny, odnotował w swoim dzienniku na początku 1946 r., że znowu był na balu karnawałowym w Krakowie. Tylko część społeczeństwa angażowała się bowiem w działania antykomunistycznego podziemia. Rafał Wnuk ocenia, że przez jego formacje przeszło ok. 100 tys. ludzi. Możemy wskazać kilka istotnych zjawisk określających granice tego konfliktu. Po pierwsze, konspiracja powojenna przeniosła się na prowincję. W czasie okupacji rozwijała się przede wszystkim w dużych miastach, a po akcji „Burza” działała głównie na wsi. Po drugie, funkcjonowała głównie we wschodniej Polsce i na północnym Mazowszu. Gdy Armia Czerwona stanęła na linii Wisły latem 1944 r., struktury konspiracyjne na prawym brzegu rzeki zostały zamrożone, w związku z czym w mniejszym stopniu oddziaływał na nie rozkaz Leopolda Okulickiego ze stycznia 1945 r. o rozwiązaniu Armii Krajowej. W rezultacie na lewym brzegu Wisły konspiracja poakowska była słabsza. Wyjątkiem od tego podziału była Kielecczyzna, gdzie działały narodowe jednostki podziemia, które nie podporządkowały się dowództwu AK.

 

Jak duża część społeczeństwa była zaangażowana w ten konflikt?

W połowie 1945 r. władze komunistyczne miały bardzo niskie poparcie społeczne. Dominowało poczucie tymczasowości i ludzie nie wiedzieli, jak trwałe będą nowe rządy. Oczekiwali, że w najbliższym czasie podpisane zostanie odpowiednie porozumienie na szczeblu międzynarodowym i do Polski wróci rząd londyński. Sytuacja ta wpływała na poparcie dla władz i stosunek do konspiracji.

Ludzie jednak, zwłaszcza na wsi, byli już zmęczeni i bali się. W czasie okupacji relacje między partyzantami a cywilami były poprawne: gdy przychodzili ludzie z lasu, pomagano im. Po 1945 r. sens walki prowadzonej przez podziemie przestał być czytelny dla mieszkańców wsi, tym bardziej że partyzanci stawali się coraz bardziej brutalni. Z wielu relacji możemy wywnioskować, że konspiracja traciła kontakt z życiem społecznym, z nieufnością odnosiła się do niepodejmującej walki ludności cywilnej, a poszczególne oddziały często po prostu dokonywały rabunku na mieszkańcach terenów, na których operowały. To spowodowało odwrócenie się części ludności od podziemia.

 

Czy w okresie 1939–1956, zgodnie z propozycją Andrzeja Ledera z książki Prześniona rewolucja, możemy mówić o rewolucji społecznej realizowanej w Polsce przez nazistowskie Niemcy i radziecką Rosję?

Eksterminacja ludności żydowskiej i polskiej inteligencji pozostawiła lukę w strukturze społecznej, która otwierała przed dużą częścią społeczeństwa możliwość awansu. Członkowie niższych warstw podzielili się majątkiem i stanowiskami pracy w rzemiośle, przemyśle, handlu, wolnych zawodach i administracji państwowej, które pozostały po ludziach pozbawionych własności, przesiedlonych i wymordowanych przez III Rzeszę i Rosję Radziecką. Na przykład warsztaty krawieckie centralnej i wschodniej Polski, które przed wojną w większości należały do Żydów, zostały zajęte przez nowych  właścicieli i dalej świadczyły usługi dla ludności. Polskie społeczeństwo przejęło również majątki pozostawione przez Niemców zmuszonych do opuszczenia Ziem Zachodnich i Północnych. Ponadto władze komunistyczne przeprowadziły reformę rolną, która powiększyła gospodarstwa milionów chłopów i zamykała historię polskiego ziemiaństwa.

Pozostaje jednak pytanie, czy zgodnie z twierdzeniem Ledera Polacy prześnili tę rewolucję i wciąż jest ona nieuświadomiona. Jeżeli chodzi o reformę rolną, to ziemianie i chłopi zdawali sobie sprawę, w czym uczestniczyli. Wspomnienia tych pierwszych wskazują, że w odbieraniu im majątków i zakazie zbliżania się do nich rozpoznawali oni rewolucję. Podobnie chłopi, którzy otrzymali ziemię, mieli poczucie, że biorą udział w gwałtownych zmianach społecznych.

Natomiast jeśli chodzi o zajęcie majątków i pozycji społecznych wymordowanych Żydów przez ludzi z niższych warstw społecznych, zgodzę się z Lederem. Ci, którzy weszli w miejsce Żydów i tym samym wspięli się po drabinie społecznej, nie postrzegali tej zmiany jako rewolucji. Jednak rozpoznanie, że Polska po wojnie stała się jednonarodowa, od samego początku funkcjonowało w świadomości społecznej. Istniało silne poczucie, że z wojny wyłoniła się jako inny kraj i nie chodziło tylko o to, że nie było sanacji, budowano socjalizm i znacznie przesunięto granice, ale również o dostrzeżenie, że na naszej ulicy nie ma już Żydów.

 

Ponadto władze komunistyczne w Polsce przed 1956 r. głosiły wprost, że przeprowadzają rewolucję, oraz wiele uwagi poświęcały mobilizacji społeczeństwa wokół rewolucyjnych haseł.

Tak, choć to nie było wówczas nadużywane słowo. Na początku władze unikały tego terminu lub głosiły „łagodną” rewolucję, gdyż zdawały sobie sprawę z lęków i niechęci społeczeństwa polskiego do gwałtownych zmian i samego określenia „rewolucja”. Retoryka rewolucyjna w przekazie władz wybrzmiewała głośno dopiero po 1948 r.

 

Czy ta świadomość była trwała i czy ludzie w latach 60. i 70. postrzegali rzeczywistość swojego życia jako konsekwencję rewolucji lat 1939–1956?

Trudno powiedzieć, choć ówcześni Polacy uznawali swoją współczesność za odmienną od czasów przedwojennych. Wielu 40- i 50-latków w tym okresie myślało o sobie jako o ludziach powojennego awansu, którym się w życiu udało, zwłaszcza że im to wypominano, mówiąc, że „wystaje im słoma z butów”. W olbrzymich zbiorach pozostałych po konkursach pamiętnikarskich z lat 60. i 70. znajdujemy mnóstwo relacji o awansie społecznym autorów wspomnień i ich rodzin. Opowiadali oni o zdobywaniu wykształcenia, robieniu kariery zawodowej, stawaniu się inżynierami, lekarzami, nauczycielami. Okres powojenny społeczeństwo polskie postrzegało jako czas rewolucji.

Kiedy zatem pozostawała ona poza świadomością społeczeństwa? Czy po 1989 r.? Jeszcze później? Owszem, gdy książka Ledera ukazała się w 2014 r., ta świadomość mogła być słabsza, ale wcześniej, a szczególnie w okresie tuż po wojnie, pozostawała silna.

 

We współczesnej debacie publicznej i historiografii nie mówi się jednak o latach 1939–1956 jako o rewolucji społecznej. W wyobraźni zbiorowej dominują inne narracje opowiadające o wojnie domowej, przejęciu władzy przez komunistów, kolejnej okupacji, początku zimnej wojny. Czy Pańskim zdaniem współcześnie, wbrew historiom skoncentrowanym na działaniach zbrojnych, walce o władzę i geopolityce, powinniśmy postrzegać okres zaraz po wojnie jako okres fundacyjny, początek dzisiejszego społeczeństwa polskiego?

W moim wyobrażeniu o historii okres zaraz po wojnie był jednym z momentów założycielskich naszego społeczeństwa (innym była rewolucja Solidarności). Nie urodziłbym się, gdyby nie II wojna światowa i jej konsekwencje. Mój ojciec był synem robotnika sezonowego, moja matka ziemianką i gdyby przedwojenne status quo przetrwało, nie mogliby wspólnie założyć rodziny. Pamiętajmy, że przedwojenne społeczeństwo polskie było silnie poststanowe. Oczywiście zdarzały się wówczas błyskawiczne kariery, np. Wincentego Witosa czy Tomasza Arciszewskiego, kolejno chłopa i robotnika bez wykształcenia, którzy zostali premierami polskiego rządu.

Dopiero II wojna światowa i okres powojenny zrównały polskie społeczeństwo i zniosły podziały. To jest pozytywna konsekwencja tego czasu.

Współcześnie ta zmiana nie jest postrzegana jako ważna. Przykrywają ją inne mity i tak jak wcześniej krążyła opowieść, że „cały naród buduje swoją stolicę”, tak obecnie „cały naród walczył z komunizmem”. Tak jednak nie było. Większość Polaków nie chciała komunistycznej Polski, ale temu przekonaniu nie podporządkowywali swojego myślenia i działania. Łukasz Kamiński w książkach o oporze społecznym pisze o aktywnym sprzeciwie Polaków wobec nowej władzy wyrażającym się w masowym udziale w strajkach w latach 1945–1947. W moim przekonaniu nietrafne jest traktowanie tych wystąpień jako formy walki z systemem komunistycznym, gdyż ich celem było wymuszenie na pracodawcy stworzenia lepszych warunków pracy i podwyższenia wynagrodzeń.

 

Dzieje PRL przedstawiane są często jako „anomalia” wobec „normalnej” trajektorii życia społeczeństwa polskiego, którą podążałoby ono, pozostając po 1945 r. w obozie zachodnim, albo stan zawieszenia, zatrzymania jego „naturalnego” rozwoju. Czy PRL to zboczenie z kursu dziejowego, na który trafiliśmy ponownie dopiero w 1989 r.?

Chyba mało kto ma wątpliwości co do tego, że „skok do królestwa wolności” okazał się utopią. Z pewnością Polskę objęłyby procesy modernizacyjne na modłę zachodnią, gdyby kraj nie znalazł się po „złej” stronie żelaznej kurtyny. Moim zdaniem jednak dziś walka z komunizmem polegająca na mówieniu, że wszystko było złe, jest anachroniczna. Powinniśmy raczej zrozumieć procesy społeczne, niż im zaprzeczać.

 

Obecnie wysoką pozycję wśród opowieści o powojniu zyskała historia żołnierzy wyklętych. Do czego współczesne społeczeństwo potrzebuje narracji o tym okresie skoncentrowanej na walce z komunizmem i stawianiu zbrojnego oporu wrogowi? Jakie wartości i wzorce osobowe czerpie z tych dziejów?

Nie wiem, do czego społeczeństwo potrzebuje tej opowieści, wiem, do czego potrzebuje jej nowa władza. Nie chcę dezawuować ofiar tamtego konfliktu, ludzi torturowanych i rozstrzeliwanych w więzieniach. Pochowanym bezimiennie w masowych mogiłach należy się pogrzeb i grób. Podobnie ważnym upamiętnieniem cierpień powstańców, mieszkańców i miasta jest Muzeum Powstania Warszawskiego.

Polska prawica, jak większość prawicowych stronnictw na świecie, potrzebuje historycznego uzasadnienia. Wielka przeszłość i jej bohaterowie tworzą z polityków strażników pamięci, nadając im splendor oraz budując ich charyzmę. Polska prawica ma jednak problem, bo poza prymasem Wyszyńskim nie znajduje w przeszłości postaci, które mogłaby wskazać jako swoich bohaterów oporu społecznego w PRL. Nie posiada bowiem swojego Jacka Kuronia, Tadeusza Mazowieckiego czy Bronisława Geremka. Ma deficyt własnej heroicznej pamięci, stąd być może wybór żołnierzy wyklętych.

 _

Marcin ZarembaDr hab., historyk najnowszych dziejów Polski, pracownik Instytutu Historii UW i Instytutu Studiów Politycznych PAN. Autor Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm: nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce (2001) i Wielka trwoga (2012). Laureat Nagrody im. Jerzego Turowicza.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata