70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

„Tu i tam – zawsze wasz”

„Pozostawiając Pana Jezusa i idąc służyć potrzebującym, tak naprawdę wracasz do Jezusa”. Taki był rdzeń duchowości Kardynała Franciszka. „Jeśli się nie klęknie przed człowiekiem jak przed Bogiem, to nic z tego nie będzie” – mówił.

Długi, bez mała 27-letni, pontyfikat kard. Franciszka Macharskiego nie należał do łatwych. Jego nominację w grudniu 1978 r. w wielu środowiskach przyjęto bez entuzjazmu. Był wtedy człowiekiem stosunkowo młodym; dla niektórych za młodym: dopiero co stuknęła mu pięćdziesiątka. Nie posiadał żadnego doświadczenia w rządzeniu Kościołem: pełnił wprawdzie funkcję rektora seminarium duchownego, ale wcześniej nie był biskupem pomocniczym ani nawet proboszczem. A czasy były dla Kościoła trudne. Zasadne wydawało się pytanie: czy da sobie radę? Lękał się o to ponoć sam prymas Wyszyński. Macharskiego nagminnie porównywano wówczas z jego poprzednikami: Karolem Wojtyłą, którego wielkość dostrzegł – i docenił – Kościół powszechny w trakcie październikowego konklawe, i z otoczonym legendą Adamem Sapiehą. A on chciał być sobą. Jego elastyczność i umiejętność zawierania kompromisów przydała się Kościołowi już w trakcie przygotowań do pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Władze komunistyczne nie chciały się zgodzić, aby odbyła się ona w maju 1979 r., w uroczystość św. Stanisława – biskupa, który zginął z rąk króla. Gdy negocjacje utknęły w martwym punkcie, Macharski zaproponował przesunięcie wizyty papieża o miesiąc. A ponieważ właśnie w czerwcu przypadały Zielone Świątki, możemy dziś powiedzieć, że to w pewnym sensie Kardynałowi zawdzięczamy papieską modlitwę o nowe zstąpienie Ducha i „odnowienie tej ziemi” oraz pamiętne „bierzmowanie dziejów”.

Swoistym egzaminem dojrzałości okazało się dlań wprowadzenie stanu wojennego (grudzień 1981). I choć część opinii publicznej miała mu za złe zbytnią „miękkość” w kontaktach z komunistami, konsekwentnie robił to, co uważał za swoją powinność: otaczał opieką duszpasterską, materialną i prawną uwięzionych i internowanych – i osobiście ich odwiedzał. Apelował do społeczeństwa o rozwagę, a do władz o podjęcie dialogu z Solidarnością. Na forum Komisji Wspólnej Rządu i Episkopatu, ale także w bezpośrednich rozmowach z rządzącymi Polską generałami (o czym dowiedzieliśmy się dopiero po latach) piętnował łamanie praw człowieka i dopominał się o złagodzenie rygorów stanu wojennego. Próbowano go uciszać. Już 6 stycznia 1982 r. publicznie cytował otrzymany właśnie anonim: „Pamiętaj, co spotkało twego poprzednika, Stanisława Szczepanowskiego, i arcybiskupa Romero z San Salwadoru!”. Nadawcy owego listu odpowiadał: „Pamiętam, ze czcią pamiętam…”. Za wroga Polski Ludowej uznawał go ponoć sam gen. Jaruzelski.

 

***

Macharski nie był jednak typem opozycjonisty. Jak wspominał niegdyś ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski, „nie krył swej dezaprobaty dla zaangażowania księży w Solidarność, ale też nie torpedował [ich] działań. (…) Po prostu miał dystans do angażowania się w sprawy stricte polityczne, ale nie miał nic przeciwko naszej posłudze wśród strajkujących”. Mimo nieuniknionego na tym stanowisku uwikłania w politykę – przed czym się przez całe życie bronił – kard. Macharski patrzył na historię jak człowiek wiary. To właśnie dlatego na wieść o stanie wojennym zwrócił się do papieża z prośbą o szybką kanonizację o. Maksymiliana Kolbego, symbolu zwycięstwa miłości nad nienawiścią, oraz o beatyfikację br. Alberta Chmielowskiego, „patrona heroizmu w wyrzeczeniu się rewolucyjnego gwałtu (…) i wyboru miłości jako większej wolności”. Zdaniem ks. Grzegorza Rysia chodziło mu wtedy o jasny znak: „o pokazanie ludzi, którzy zachowali swe człowieczeństwo w zderzeniu z przemocą i niesprawiedliwością, nie ulegając pokusie zemsty i agresji. Komunizm musiał przegrać, ale istotne pytanie brzmiało: kim będą ludzie, którzy go przeżyją?”.

Jego aktywność w dziedzinie szeroko pojętej polityki cechowała dyskrecja. I dystans. Kardynał działał raczej w kuluarach niż w blasku fleszy.

Jak zauważają historycy, w książkach dokumentujących relacje Kościół–państwo po 1989 r. jego nazwisko pojawia się rzadko albo nie pojawia się wcale. „Może to oznaka jego dystansu do poziomu dyskusji, najłatwiej znajdującego odbicie w mediach? Do argumentów o doraźnym najczęściej charakterze, łatwiej wkomponowujących się w schematy polityki niż w dyscyplinę Ewangelii?” – zastanawiał się ks. Ryś w tekście opublikowanym z okazji 25-lecia święceń biskupich Franciszka Macharskiego. Rzecznik prasowy archidiecezji krakowskiej ks. Robert Nęcek pamięta, że przyszli kiedyś do kurii przedstawiciele pewnej opcji politycznej z prośbą o poparcie. Kardynał odmówił słowami: „Kościół nie jest do popierania jakiejkolwiek frakcji, bo (…) jest mostem”. I temu stanowisku w rozpolitykowanych czasach starał się być wierny.

Pontyfikat Kardynała Franciszka naznaczyło cierpienie związane z: ciężkimi chorobami (w latach 90. XX w. przeszedł chorobę nowotworową; ostatnio złamał kręgosłup i nie odzyskawszy przytomności, zmarł 50 dni później); lekceważeniem ze strony niektórych środowisk utrzymujących bezpośredni kontakt z papieżem Janem Pawłem II i nienawiązujących z tego powodu bliższych relacji ze swym metropolitą; niezrozumieniem przez tzw. ultrakatolików traktujących go nieraz jak… zdrajcę. Tak było np. przy okazji oprotestowanego przez środowiska związane z „Naszym Dziennikiem” pochówku Czesława Miłosza w Krypcie Zasłużonych na Skałce. Wielokrotnie próbowano wywierać na niego rozmaite naciski: a to, żeby uciszył wreszcie ks. Tischnera, a to, żeby odebrał „Tygodnikowi Powszechnemu” prawo do nazywania się pismem katolickim… Z reguły stawiał na swoim, choć jego stanowisko często trudno było nazwać jednoznacznym. „W sprawach kontrowersyjnych nigdy nie zabierał głosu od razu – wspomina kard. Kazimierz Nycz, dawny biskup pomocniczy archidiecezji krakowskiej. – To pozwalało mu uniknąć wielu błędów”.

Dla kard. Macharskiego wyzwaniem najtrudniejszym stał się konflikt o oświęcimski klasztor Sióstr Karmelitanek. Po latach wyznał, że „nigdy wcześniej i nigdy później nie był tak samotny”. I dodał: „Do takich decyzji dojrzewa się całe życie albo… nigdy”. Był chyba już wtedy świadom, że to nie jest tylko sprawa polska, ale problem całego Kościoła (chodziło przecież także o wiarygodność Kościoła powszechnego, którego przedstawiciele zawarli ze stroną żydowską tzw. porozumienie genewskie). „To była lekcja – mówił w wywiadzie dla »Tygodnika Powszechnego« – że Kościół nie może dać się wodzić za nos nacjonalizmom”. Od rozwiązania tego konfliktu zależała przyszłość dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Tamtą rozmowę kończą słowa znamienne, podkreślające wagę tego, co udało się w końcu przy okazji kryzysu oświęcimskiego osiągnąć: „Pan Bóg łaskaw, że wytrzymałem: Papież pojechał [stało się to możliwe – J.P.] do Ziemi Świętej!”.

 

***

Trwałym dziedzictwem, które pozostanie w archidiecezji krakowskiej po kard. Franciszku Macharskim, jest jego wizja miłosierdzia. Zarówno Miłosierdzia Bożego, które czczone jest w wybudowanej przezeń bazylice w Łagiewnikach (a warto pamiętać, że Kardynał na długo przed beatyfikacją s. Faustyny uczynił jej słowa: „Jezu, ufam Tobie!”, swoim zawołaniem biskupim), jak i miłosierdzia okazywanego bliźnim, które wcielał w życie Brat Albert.

To nie przypadek, że po odejściu na emeryturę kard. Macharski zamieszkał przy klasztorze Sióstr Albertynek. Ze swego okna patrzył na kościół, w którym pochowany został św. Brat Albert.

Ogromne wrażenie robi lista dzieł dobroczynnych i instytucji charytatywnych, które inicjował lub wspierał Kardynał Franciszek. Księżom, członkom zakonów i świeckim powtarzał, że „pozostawiając Pana Jezusa i idąc służyć potrzebującym, tak naprawdę wracają do Jezusa”. To stanowiło rdzeń jego duchowości. „Jeśli się nie klęknie przed człowiekiem jak przed Bogiem, to nic z tego nie będzie” – mówił. Jak mistyk. Kraków powoli przekonywał się do Kardynała. Ostatnim aktem długiego procesu tego wzajemnego oswajania się stały się dni agonii i śmierć Jana Pawła II. Widok kard. Macharskiego w czarnej sutannie, klęczącego wraz z innymi pod oknem przy Franciszkańskiej, zjednał mu szacunek i sympatię wielu krakowian. A potem, w przeddzień pogrzebu papieża, był SMS wysłany z Rzymu do wiernych, tak licznie zebranych na Błoniach: „Jestem z wami u św. Piotra. Tu i tam – zawsze wasz”.

Odtąd był już nasz.

 

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata