70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Danuta B. Łomaczewska/East News

Sens tradycji

Ogólna moja teza jest prosta. Są dwie okoliczności, o których pamiętać nam trzeba jednocześnie. Po pierwsze, gdyby nowe pokolenia nie buntowały się nieustannie przeciw odziedziczonej tradycji, żylibyśmy nadal w jaskiniach; po wtóre, jeśli bunt przeciw odziedziczonej tradycji stanie się kiedykolwiek uniwersalny, znajdziemy się w jaskiniach z powrotem.

Kult tradycji i opór przeciw tradycji są równie nieodzowne dla życia społecznego – społeczeństwo, w którym kult tradycji panuje wszechwładnie, skazane jest na stagnację, społeczeństwo, w którym bunt przeciw tradycji stanie się uniwersalny, skazane jest na zagładę. Społeczeństwa produkowały zawsze zarówno ducha konserwatyzmu, jak ducha rewolty, oba są potrzebne, ale mogą współistnieć tylko w konflikcie. Ów żywiołowy podział pracy przebiega często – lecz nie zawsze – wedle granicy pokoleń. Ale kiedy tempo przemian staje się tak gwałtowne jak dziś, samo pojęcie pokolenia staje się mgliste.

Od wielu wieków dorastające pokolenia czynią – każde na własną rękę – te same odkrycia: autorytet nie ma wartości, niczemu nie wolno wierzyć z tej racji, że domniemane autorytety owo coś do wierzenia podają, żadna prawda i żadna wartość nie zasługują na uznanie z tej racji, że są długotrwałe lub powszechnie uznane itd. Uznawać wartość tradycji – wedle tego rozumowania – to uznawać wartość autorytetu, a więc poddawać myśl własną irracjonalnej sile społecznego bezwładu, a więc wyzbywać się dobrowolnie krytycyzmu i rozumu, czyli tego, co człowieka człowiekiem czyni.

Ale oto pytanie: czy zdolność do użycia rozumu czyni nas ludźmi czy raczej zdolność do przechowywania tradycji? A jeśli jedno i drugie – to w jakim znaczeniu?

Rozum jest umiejętnością zbierania, selekcjonowania i praktycznego wykorzystywania informacji o świecie. Tradycja jest sposobem przechowywania i przekazywania wartości. Umiejętność nabywania nowych informacji o świecie oraz praktycznego ich zastosowania nie jest cechą swoiście ludzką, ale cechą wszelkiego systemu nerwowego. Swoiście ludzka jest natomiast zdolność do wielopokoleniowego kumulowania nowych informacji, zdolność do przekazywania ich następnym generacjom. Zwierzęta nie potrafią nabytej indywidualnie wiedzy przekazać swoim potomkom lub innym osobnikom. Mowa i pismo sprawiają, że wiedza może się kumulować i że każde pokolenie oszczędza sobie wysiłku, gdyż może przyswoić sobie nabytki informacyjne pokolenia poprzedniego w formie skróconej. Rozum w tym znaczeniu jest rzeczą ludzką, iż wyniki jego pracy tylko w ludzkim gatunku podlegają kapitalizacji. Nie sama zdolność produkowania wiedzy i nie same umiejętności technologiczne są swoiście ludzkie, ale fakt, że wiedza i technologia mogą przyrastać dzięki istnieniu mowy i pisma.

*

Zdolność do przechowywania i przekazywania wartości nieinformacyjnych i nietechnologicznych, czyli tradycja właśnie, jest osobliwością ludzką w bardziej istotnym znaczeniu. Od dawna powtarzają nam przyrodnicy prawdę, która zresztą wydaje się całkiem zdroworozsądkowa: zasoby instynktowe gatunku ludzkiego, tj. całość dziedziczonych biologicznie odruchów, nie są wystarczająco silne, aby mogły zapobiec wewnątrzgatunkowej agresji i wzajemnemu niszczeniu się członków gatunku. Nie mamy na tyle silnych hamulców wrodzonych, byśmy powstrzymywali się od wzajemnego niszczenia. Tym, co przeciwdziała samozagładzie gatunku w powszechnej wojnie wszystkich przeciwko wszystkim, nie jest instynkt i nie jest racjonalna kalkulacja, ponieważ racjonalna kalkulacja nie może mi wykazać, że mój własny interes jest najlepiej zabezpieczony wtedy, kiedy troszczę się głównie o interesy innych – konflikty między moim interesem prywatnym i interesami drugich są permanentne i wszystkie doświadczenia ludzkości skłaniać nas muszą do przekonania, że mogę się troszczyć o interesy innych – a w szczególności o interes całego gatunku ludzkiego, tylko z uszczerbkiem dla interesu własnego.

Zarówno solidarność plemienna, jak solidarność ogólnogatunkowa wymagają środków, których ani instynkt, ani wiedza o świecie nie mogą dostarczyć. Jedynym zasobnikiem tych środków jest tradycja, to znaczy zbiór wartości, które przyswajamy sobie nie dlatego, że nas racjonalnie ktoś skłonił do ich przyjęcia, ale dlatego, że wierzymy w nie mocą przekazu pokoleń minionych.

Innymi słowy: tradycja jest jedynym narzędziem, które pozwala nam przyswajać sobie wartości nietechnologiczne. Wartości tych nie mogę przyswoić sobie jako „prawdy” na podobieństwo prawdy naukowej. Tylko dzięki autorytetowi tradycji mogę uwierzyć, że cokolwiek jest dobre lub złe, nikczemne albo szlachetne, godne lub niegodne wysiłku. Jeśli buntuję się przeciw tradycji – buntuję się bądź przeciw części mojego dziedzictwa w imię innej części, bądź przeciw jednej tradycji w imię innej. Walka z tradycją była zawsze walką w imię innej tradycji, choćby uczestnicy tej walki łudzili się, że tym, co przeciwstawiają tradycji, jest swobodny rozum. Rewolucje lubią stroić się w kostiumy przeszłości – jak rewolucja francuska, która tak chętnie przywdziewała rzymskie szaty. Ale również te rewolucje, które – jak październikowa rewolucja w Rosji – odrzucały programowo więzy przeszłości, czerpały siłę z wartości i z haseł, które im tradycja przekazała i znikądinąd nie mogły były tej siły zaczerpnąć.

*

To prawda, znamy próby totalnego buntu przeciw tradycji. Próby te są ważne i godne badania, ponieważ pouczają nas, jakie konsekwencje musi przyjąć ten, kto chciałby wartości tradycji globalnie odrzucić. Nie było chyba pisarza, który by lepiej dał wyraz pragnieniu totalnego buntu przeciw tradycji aniżeli Max Stirner. Nawet Nietzsche w zestawieniu z nim wydaje się słaby i niekonsekwentny. Stirner odważył się wypowiedzieć wszystkie wnioski, jakie wynikają z zadania, by tradycję totalnie odepchnąć. Jeżeli mamy własną sprawą się zająć – powiada – muszę odrzucić wszystkie sprawy cudze: sprawę Boga, sprawę ludzkości, sprawę Człowieka, sprawę Prawdy, sprawę wolności i równości, sprawę narodu i sprawę dobra powszechnego. Kiedy uznam się za „Jedynego”, nie mam żadnego powodu, by cokolwiek poza moim własnym interesem mogło mnie jakkolwiek krępować. Cała kultura ludzka musi mi się przedstawiać jako różne formy zniewolenia, które obce mi siły usiłują mnie – Jedynemu – narzucić jako moją sprawę, chociaż nie moja to sprawa, lecz cudza. Zrywam z tradycją, to znaczy zrywam z kulturą, zrywam z ciągłością przekazywanych mi dziedzicznie wartości, bo nie są to wartości ekskluzywnie do mnie przywiązane, mojemu interesowi służące.

Racja Stirnera jest nieodparta. Jeśli domagam się od tradycji, aby podała mi swoje racje, usprawiedliwiła się przede mną, skazuję ją na zagładę. Jakież mam powody, w istocie, by sądzić, że mój prywatny interes ma być skrępowany czymkolwiek? Jakie inne powody poza tym, że uwierzyłem w potrzebę takiego skrępowania mocą tradycji? Można, być może, racjonalnie wykazać, że pewne wartości są korzystne dla ludzkiego gatunku, inne zaś są mu przeciwne – chociaż i taki dowód trudno sobie w wielu przypadkach wyobrazić. Ale co właściwie miałoby mnie skłonić do tego, bym dbał o interes gatunku ludzkiego, jeśli naocznie widzę, że mój interes prywatny jest skłócony z interesami innych? Co więcej – dlaczego miałbym w ogóle wierzyć, że jest coś takiego jak interes powszechny człowieczeństwa, skoro widzę równie naocznie, że interesy cząstkowych zbiorowości gatunku – narodów czy plemion – są skłócone ze sobą? Obierając solidarność z jedną zbiorowością, obieram ją przeciwko innym zbiorowościom – a jaki racjonalny namysł może mnie przekonać, że mam wiązać własny interes z taką właśnie zbiorowością przypadkową, a nie inną? Ale gdyby nawet udało się określić, co jest rzeczywistym interesem całej ludzkości w długiej skali czasowej – dlaczego ja, człowiek skończony i śmiertelny, miałbym poświęcać swój doraźny i skończony interes interesom trwania gatunku? Dlaczego nie mam się ogłosić za Jedynego Stirnera? Dlaczego nie mam powtórzyć rozumowania Raskolnikowa?

Na te pytania nie ma odpowiedzi, które by odwoływały się do racjonalnych względów. Osobnik ludzki nie może być racjonalnie przekonany o tym, że jest jego powinnością zachowywać solidarność z innymi również wtedy, kiedy solidarność ta wymaga jakiejkolwiek rezygnacji z jego własnego interesu. Jeśli może być do tej solidarności skłoniony, to ani siłą instynktu – bo ten nie wystarcza – ani siłą rozumowania – bo takie rozumowanie nie istnieje – ale wyłącznie dlatego, iż wierzy, że tak jest dobrze, a wierzy dlatego, że skłoniła go do tej wiary tradycja społecznie dziedziczonych wartości.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter