70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. D. Acker/Bloomberg/Getty

Strach przed czarnym tulipanem

Od kiedy stosuje się modyfikacje genetyczne w rolnictwie na masową skalę, czyli mniej więcej od 30 lat, nie pojawiły się naukowe dowody szkodliwości organizmów zmodyfikowanych dla człowieka lub środowiska. Skoro tak, to właściwie dlaczego przyjęto za oczywiste informowanie konsumentów, że dany produkt „zawiera GMO”?

Panie Profesorze, co to jest żywność naturalna?

O to samo pytam studentów! I daję im następujące zadanie: przygotowanie kolacji, ale wyłącznie z takich produktów dostępnych w supermarkecie, które nasi przodkowie jadali kilka tysięcy lat temu, kiedy nie stosowano jeszcze żadnych, nie tylko transgenicznych, metod zmieniania organizmów, by uczynić je bardziej wydajnymi.

Posiłek byłby skromny. Bez pieczywa i artykułów mącznych, bo zboża, z których są wypiekane, mają zmieniony materiał genetyczny. Warzywa i owoce też odpadają, bo ich gatunki zmodyfikowano, by uzyskać egzemplarze większe i smaczniejsze. Dziczyzny w supermarkecie raczej nie znajdziemy. Może woda? O ile jest czerpana z odpowiednio głębokich źródeł.

Podpowiem, że można podać niektóre ryby oraz owoce morza i ślimaki. Pamięta Pani, czym jest pszenica durum, z której produkuje się większość makaronów?

Efektem krzyżówek dzikiej trawy o nazwie pszenica płaskurka, którą w poł. XX w. poddano mutagenezie radiacyjnej przy użyciu tzw. bomby kobaltowej (stosowanej do dziś w terapii antynowotworowej).

Czyli potraktowano ziarna siewne tej odmiany pszenicy promieniami gamma. Sadzonki, które przeżyły terapię, przeszły do kolejnego etapu w procesie pozyskiwania dużych ziaren. W taki sposób powstały też czarne tulipany – ar kwiatów poddano działaniu bomby naświetlającej, co przeżyły trzy z nich. Jeden był czarny – od niego wywodzi się nowa odmiana. Jakkolwiek trudno uznać za naturalne bombardowanie nasion czy sadzonek neutronami albo traktowanie ich substancjami chemicznymi (poza mutagenezą radiacyjną istnieje też chemiczna), wedle definicji takie właśnie są. Mimo że operacje tego rodzaju wywołują zmiany w DNA roślin, a przed ich rozpoczęciem naukowcy nie mogli wiedzieć, co uzyskają.

Jednym słowem: niespodzianka.

Ale na przełomie lat 50. i 60. ekscytowano się tym do tego stopnia, że w USA sprzedawano torebki podpisane: „Wysiej i zobacz, co wyrośnie. Nasiona naświetlone radiacyjnie”. Mogła wyrosnąć roślina-gigant albo karłowata, albo zupełnie nic. Tymczasem zmieniając genom z wykorzystaniem technik inżynierii genetycznej, naukowcy precyzyjnie ustalają, co na każdym z etapów chcą otrzymać. Jeżeli produkt jest niewłaściwy, a tak dzieje się w 99,9%, niszczy się go. W przypadku radiacji albo mutagenezy chemicznej nikt nie miał pojęcia, jakiej zmianie ulegał genom zmodyfikowanego organizmu.

Teraz kolejny paradoks: żywność wytwarzana z produktów zmodyfikowanych genetycznie, uznawana za „nienaturalną”, jest na cenzurowanym. Część konsumentów, nie mając po temu żadnych naukowych dowodów, obawia się jej do tego stopnia, że pod wpływem oczekiwań społecznych wprowadzono na terenie Unii Europejskiej zakaz wysiewania roślin genetycznie zmodyfikowanych, poza kukurydzą MON810. W Polsce poszliśmy jeszcze dalej – od 2013 r. nie można wysiewać nawet tego gatunku. Jednocześnie na rynku pojawiły się np. kosmetyki reklamowane zachętą: „Zawierają technologię DNA”. Skrót odsyła do nazwy kwasu deoksyrybonukleinowego, a zatem producent nie obawiał się skojarzeń z genetyką, biotechnologią czy modyfikacjami transgenicznymi. Nazwa technologii powstania kremu nie budziła niczyich obaw – wręcz poczytywano ją za atut produktu.

Wracając do kwestii „żywności naturalnej”: w dzisiejszym świecie takowa nie istnieje. To, co jemy, było udoskonalane, choć nie wszystko metodami inżynierii genetycznej.

Lecz jedynie żywność oparta na organizmach zmodyfikowanych genetycznie budzi protesty, które wymuszają na rządach zakazy i moratoria. W przypadku kosmetyków korzystanie z osiągnięć biotechnologii jest odbierane pozytywnie. Z kolei farmaceutyki w ogóle nie są oceniane pod kątem sposobu ich otrzymywania. Mimo że białkowe leki hormonalne powstają za sprawą technik inżynierii genetycznej. Podobnie prawie wszystkie przeciwciała, stosowane w diagnostyce chorób, bazują na mikroorganizmach zmodyfikowanych genetycznie.

Dlaczego to inżynieria genetyczna „tumani i przestrasza”, a nie wcześniejsze metody modyfikacji organizmów? To właśnie działań „na ślepo” powinniśmy się byli obawiać, bo siłą rzeczy niosły ze sobą większe niebezpieczeństwo niż precyzyjnie zaplanowane modyfikacje genetyczne.

Pytanie warte fortunę. Tym bardziej że mogło być zupełnie inaczej. Przecież dzięki żywności zmodyfikowanej genetycznie jest możliwe np. ograniczenie ryzyka wystąpienia plag głodu na świecie, produkowanie żywności wzbogaconej o pożądane składniki diety oraz ochrona środowiska przed substancjami chemicznymi używanymi do ochrony roślin przed chwastami i szkodnikami. Marcin Rotkiewicz w książce W królestwie Monszatana. GMO, gluten i szczepionki, gdzie zestawia mity, manipulacje i zwykłe kłamstwa rozpowszechniane na temat m.in. żywności transgenicznej, zauważa, że w propagandzie anty-GMO nie brakuje właściwie niczego. Są działania aktywistów bez wykształcenia biotechnologicznego, ale z poczuciem misji, publikacje nieuczciwych naukowców, którym marzy się sława „niepokornego uczonego”, w końcu łaknące sensacji media. Ale nie brakuje też błędów po stronie samych firm biotechnologicznych, które zamiast cierpliwie tłumaczyć, bywało, że ignorowały zarówno niepokoje i pytania, jak i zarzuty o monopolizowanie sprzedaży nasion czy wywieranie presji na rolników. Do tego zestawu dołączyłbym jeszcze jedną kwestię: czy na pewno należało informować o tym, że jakiś produkt zawiera materiał zmodyfikowany genetycznie?

Wtedy firmy naraziłyby się na zarzut ukrywania informacji ważnych dla konsumenta.

Jakie znaczenie ma dla niego fakt, że np. mączkę kukurydzianą wyprodukowano z kukurydzy Bt, która zawiera dodatkowy gen, pochodzący od pewnej bakterii, co pozwala roślinie samodzielnie produkować białko chroniące ją przed szkodnikami? Toksyna działa tylko na larwy omacnicy prosowianki, na człowieka – nigdy. Od kiedy stosuje się modyfikacje genetyczne w rolnictwie na masową skalę, czyli mniej więcej od 30 lat, nie pojawiły się naukowe dowody szkodliwości organizmów zmodyfikowanych dla człowieka lub środowiska. Skoro tak, to właściwie dlaczego przyjęto za oczywiste informowanie konsumentów, że dany produkt „zawiera GMO”? Przecież w przypadku innych metod uzyskiwania żywności nie podaje się informacji, jak powstały – liczy się jedynie fakt bezpieczeństwa produktu końcowego. Co więcej, sami ojcowie założyciele biotechnologii zgodzili się, że ich działania powinny być kontrolowane.

Zaapelował o to Paul Berg, który jako pierwszy uzyskał cząsteczkę DNA zmienioną narzędziami inżynierii genetycznej. W liście opublikowanym w „Science” w 1974 r. postulował wprowadzenie moratorium na tego rodzaju badania, dopóki nie zostanie przeprowadzona dyskusja w szerszym gronie specjalistów.

Moratorium było przestrzegane. Rok po ogłoszeniu listu odbyła się konferencja w Asilomar w Kalifornii z udziałem 140 naukowców, także spoza USA. Uczeni poważnie podeszli do ewentualnych zagrożeń, ale czy nie popełnili być może błędu tak mocno nagłaśniając sprawę? W umysłach wielu ludzi mogła bowiem pozostać tylko jedna informacja – żywność zmodyfikowana genetycznie to coś ryzykownego, na co nam to?

Taka dygresja: kiedyś uważano, że podgrzewanie jedzenia w kuchence mikrofalowej jest niezdrowe i niszczy jedzenie. To, oczywiście, nieprawda, ale mimo że taka opinia była powszechna, większość gospodarstw domowych i tak to urządzenie posiada. Długotrwałe używanie telefonu komórkowego jest na pewno szkodliwe i wiedza o tym jest powszechna. Czy wpływa to na długość naszych rozmów? Są więc produkty, które osiągnęły nieprawdopodobną popularność, chociaż wiemy, że mogą być szkodliwe. Nikt też nie domaga się np. moratorium na sprzedaż urządzeń elektroniki użytkowej, chociaż przebywanie w wirtualnym świecie może zakończyć się uzależnieniem i zerwaniem osobistych kontaktów z ludźmi.

Jest jednak coś jeszcze. Gdy byłem dzieckiem, idąc na podwórko, słyszałem: „Bądź z powrotem na kolację”. I mama nie kontrolowała mnie przez komórkę, gdzie jestem. Nie zawoziła też na urodziny kolegi mieszkającego dwie ulice od mojego domu. To się działo nieco ponad pół wieku temu, a widać, że żyjemy już w innej epoce, mamy inną mentalność. I obawy ludzi przed GMO to część strachu przed światem w ogóle. Znak czasu.

Co za paradoks. Biorąc pod uwagę, ile gatunek Homo sapiens zyskał dzięki postępowi w nauce, powinniśmy stać się silni i odważni.

Idziemy przez życie za szybko, żeby docenić to, co udało nam się osiągnąć. Nie dajemy też sobie czasu na dotarcie do sedna sprawy. Bierzemy wszystko powierzchownie i lecimy dalej, nawet jeśli płacimy za to cenę utraty poczucia osobistego bezpieczeństwa, bo nie potrafimy ocenić ryzyka zagrożenia. Pokażę to na banalnym przykładzie zakupów na targowisku. Przyznaję, że prawie nigdy nie kupuję żywności określanej jako „bio” czy „eko”, bo wiem, że to przede wszystkim chwyt marketingowy. Masowo produkowana żywność, po którą sięga 80% klientów, bo jest tania, jest równie zdrowa jak ta produkowana w gospodarstwach nazywanych ekologicznymi. Na targowisku zwróciłem uwagę na błyszczące, dorodne jabłka ze słodkim miąższem pod kruchą skórką oraz na leżące obok – mniejsze, też ładne, ale z parchem, wyraźnie droższe od tych błyszczących. Pytam sprzedawczynię, skąd taka różnica w cenie. „Bo to jest jabłko naturalne – niepryskane, bez toksyn. Widzi pan, nawet robak jest w środku…”. Owszem, pierwsze jabłka na pewno były traktowane chemią, ale jeżeli stosowano ją prawidłowo, jest nieszkodliwa dla jedzącego. Jeśli jednak w owocu jest szkodnik, jabłko na pewno zawiera toksyny – te, które produkuje jego nieproszony mieszkaniec.

Dalej: parę mleczarni zorganizowało kampanię produkcji mleka od krów karmionych paszą bez GMO. Polska jako jedyny kraj w Unii Europejskiej ustanowiła zakaz wytwarzania, wprowadzania do obrotu i stosowania w żywieniu zwierząt pasz genetycznie zmodyfikowanych, który dotyczy także wykorzystywania GMO w paszy. Zakaz miał obowiązywać od sierpnia 2008 r., ale sukcesywnie ogłaszane jest moratorium na jego wprowadzenie (obecnie ma wejść w życie w styczniu 2019 r.). Powód odwlekania zakazu jest prosty – pasza bez produktów GM jest droższa. Dyrektor jednej z mleczarni uczestniczących w kampanii ogłosił: „Według aktualnej wiedzy mleko nie zawiera GMO, nawet jeśli pochodzi od krów karmionych paszami zawierającymi genetycznie zmodyfikowane organizmy”, ale skoro klienci chcą produktów „bez GMO”, musimy im je zapewnić. To jest uczciwie powiedziane, co nie zmienia faktu, że takie stawianie sprawy daje do zrozumienia, iż coś jest lepsze, bo nie zawiera GMO.

Polska, korzystając z możliwości stworzonej przez Komisję Europejską, w 2015 r. dołączyła do tych krajów UE, które przyjęły opcję „opt-out” – zakazu wysiewu roślin GMO na ich terytorium. Status kraju „wolnego od GMO” we współczesnym świecie to iluzja. Dlaczego, zamiast rozpocząć kampanię informacyjną, władze wolały wprowadzić ustawodawstwo, które utwierdza ludzi w przekonaniu, że ich obawy przed produktami transgenicznymi są uzasadnione?

Bo tak jest łatwiej? 2/3 produkcji bawełny na świecie pochodzi z upraw zmodyfikowanych genetycznie, zatem większość bawełnianych ubrań powstała dzięki GMO. Organizmy zmodyfikowane genetycznie produkują enzymy wykorzystywane do produkcji serów twardych oraz do klarowania soków owocowych. Podstawą pasz dla bydła i drobiu jest w UE soja transgeniczna – Unia sprowadza jej rocznie ponad 20 mln ton, Polska 2 mln ton. Jak już mówiłem, od 10 lat sposobimy się do zakazu jej importowania, ale wciąż odsuwamy ten moment, bo czym ją zastąpić?  Upraw roślin motylkowatych (dzięki symbiozie z bakteriami brodawkowymi potrafią wiązać azot z atmosfery, przez co stają się cennym źródłem białka) jest za mało. Makuchy rzepakowe (odpady z produkcji oleju) są eksportowane, poza tym nie są tak kaloryczne jak śruta sojowa. Można importować soję nietransgeniczną, ale jest do 30% droższa od zmodyfikowanej. Jest jeszcze jedno rozwiązanie – odrzucone w imię nonsensu ekonomicznego wywołanego kolejną psychozą społeczną – podawać zwierzętom mączkę mięsno-kostną.

I wróci obawa przed tzw. chorobą szalonych krów, która nękała m.in. Francję i Wielką Brytanię w poł. lat 90.

Bingo! A teraz pytanie kontrolne: czy pamięta Pani, ile osób 20 lat temu zmarło na chorobę Creutzfeldta-Jakoba wywołaną przez białka zwane prionami, które zawarte w mięsie z chorego zwierzęcia niszczą ośrodkowy układ nerwowy człowieka?

A czy w ogóle ktokolwiek zmarł?

Mówi się o pięciu osobach – tyle stwierdzono w Wielkiej Brytanii. Natomiast wybito i spalono miliony krów, a mączka mięsno-kostna może być od tego czasu stosowana tylko w nawozach i karmie dla małych zwierząt domowych. Wracając do problemu ustawodawstwa, które odwołuje się do strachu i manipulacji informacją: Internet w kilka minut pozwala dotrzeć do tekstów, które przekonują, że „GMO powoduje nowotwory, raki, bezpłodność, raki piersi i macicy, niedorozwój płodu…” (zapis oryginalny). Taki przekaz przemawia silniej do wyobraźni niż mój spokojny wywód o nieszkodliwości organizmów zmodyfikowanych genetycznie zawartych w żywności czy paszach. Tradycyjne media też nie zawsze służą dobrej sprawie. Prowadziłem badania poświęcone treści artykułów prasowych na tematy biotechnologiczne. Konkluzja: 90% tekstów było merytorycznych i uczciwych, ale opatrzono je tytułami sensacyjno-alarmującymi, 70% z nich stwierdzało, że biotechnologia nie stanowi dla człowieka zagrożenia. Świetnie, ale co w sytuacji kiedy odbiorca zatrzyma się na przeczytaniu tytułu, co przy spadającym czytelnictwie prasy jest praktyką coraz bardziej powszechną?

Żyjemy w świecie rynkowym – w nauce też to widać. Redaktorzy czasopism naukowych szukają tekstów i tytułów, które przyciągną większą liczbę czytelników, bo to podwyższa liczbę cytowań, a w efekcie impact factor. Granty badawcze przyznaje się m.in. na trzy lata – to nieporozumienie, bo w tak krótkim czasie nie da się przeprowadzić wyczerpujących badań ani wdrożyć nowego osiągnięcia. Nie tylko w ten sposób premiuje się krótkoterminowe efekty, co siłą rzeczy sprzyja publikowaniu niesprawdzonych czy wręcz fałszywych wyników. Do tego dochodzi zwyczajna nieuczciwość, z jaką mieliśmy do czynienia np. w 2012 r., kiedy Gilles-Éric Séralini, profesor biologii molekularnej, ogłosił w piśmie „Food and Chemical Toxicology”, że szczury karmione mączką z kukurydzy GM i pojone wodą z herbicydem stały się m.in. bardziej podatne na choroby nowotworowe oraz zaburzenia równowagi hormonów płciowych. Publikacja była pełna błędów, autor nie był w stanie swoich twierdzeń udowodnić, ale ogłoszone tezy żyją do dziś.

Czytała pani Inferno Dana Browna?

Odpadłam po 20 stronach.

Szkoda, bo autor opowiada historię wirusa wyhodowanego technikami inżynierii genetycznej, który miałby ubezpłodnić 1/3 populacji. Dzięki temu w następnym pokoleniu liczba ludzi na świecie zostałaby odpowiednio zmniejszona. Wirus został wykradziony z laboratorium (to znany motyw – pamiętamy jeszcze, że wirus HIV miał w niekontrowalny sposób opuścić laboratoria wojskowe?) i bioterroryści grożą jego użyciem. Ta uwspółcześniona wersja XIX-wiecznej teorii Thomasa Malthusa, który dowodził, że epidemie i kataklizmy są czymś pożądanym, bo zdarzając się cyklicznie, regulują liczbę ludności (zasoby dóbr i energii są przecież ograniczone), sprzedała się w nakładzie 20 mln egzemplarzy na całym świecie. Czy taka teoria, świetnie przedstawiona, nie robi wrażenia?

Łatwo pomyśleć: coś w tym musi być…

To masowe media, filmy i książki kształtują poglądy na najważniejsze kwestie, a także wywołują strach przed możliwościami technologii. Wraz z dwojgiem współpracowników opublikowaliśmy w piśmie „Trends in Biotechnology” tekst, w którym analizujemy konkretne dzieła popkultury kształtujące poglądy opinii społecznej na temat biotechnologii. Teraz porównajmy siłę rażenia tego przekazu z wykładem popularnonaukowym o GMO. Jeśli na najlepszy mój wykład przyjdzie 300 osób, to sukces. Tymczasem z tego, nad czym pracują biotechnolodzy korzystają dosłownie wszyscy, nawet jeśli nie zdają sobie z tego sprawy i marzy im się „Polska bez GMO”.

Przez wiele lat byłem pracownikiem laboratoryjnym – takim od „pipetowania”. Dzięki temu mam chyba przyzwoity dorobek naukowy. Mimo to zastanawiam się, czy ważniejsza niż nauka nie jest moja praca na rzecz zmiany polskiej legislacji na temat GMO – batalia, biorąc pod uwagę, że 3/4 polskiego społeczeństwa jest przeciwna obecności modyfikacji transgenicznych w żywności, do tej pory przez biotechnologów przegrywana. W listopadzie 2017 r. opublikowałem, wraz z licznym gronem polskich naukowców, ekspertyzę Biogospodarka, biotechnologia i nowe techniki inżynierii genetycznej. To wyczerpujące podsumowanie obecności biotechnologii w Polsce, które jeśli zostanie poważnie potraktowane przez osoby podejmujące decyzje dotyczące tej dziedziny, może zmienić obecną sytuację.

Wierzy Pan jeszcze, że biotechnolodzy mogliby działać ramię w ramię z ekoaktywistami, przekonując niedowiarków, że zmodyfikowane transgenicznie rośliny, odporne na szkodniki czy glifosat, w większym stopniu czynią rolnictwo bezpiecznym dla środowiska niż stosowanie chemii?

Wierzę, że każdą kwestię można wytłumaczyć, np., jak to się dzieje, że mniej więcej taki sam areał ziemi uprawnej na planecie wykarmia coraz większą liczbę ludzi. Łatwo zauważyć skoki rewolucyjne w rolnictwie. W pierwszym etapie stosowano proste narzędzia, jak sochy, sierpy i kosy, które zastąpiły ręczne zbieranie zboża. Drugi etap to – umownie – mechanizacja. Trzeci – chemizacja, która rozpoczęła się po I wojnie światowej, kiedy fabryki materiałów wybuchowych musiały zagospodarować nadwyżki związków azotu. Opracowano zatem nawożenie azotowe, do którego po II wojnie światowej dołączyły środki chwasto- i owadobójcze, co prawda, nie zwiększając produktywności z hektara, ale zmniejszając straty. Czwarty etap to „zielona rewolucja”, rozpoczęta przez Normana Borlauga, który wyhodował odporną na pokładanie się, bardzo plenną pszenicę o dużym ziarnie, na krótkim kłosie. Obecny etap, dokonany dzięki inżynierii genetycznej, nie zwiększa produktywności roślin, ale znacząco zmniejsza straty i nakład pracy, obniża koszty produkcji. Nikt rozsądny nie powie jednak, że inżynieria genetyczna jest panaceum na wszystko (tym bardziej że nie wszędzie jest wskazana i opłacalna), ani że wie, jaki będzie następny rewolucyjny krok w rozwoju rolnictwa czy biotechnologii.

W pewnych sytuacjach inżynieria genetyczna jest jednak konieczna, co pokazuje historia tzw. złotego ryżu – transgeniczna odmiana rośliny ma wbudowany gen produkujący ß-karoten, czyli prowitaminę A. Składnik o zasadniczym znaczeniu w przeciwdziałaniu ślepocie zmierzchowej, na którą zapadają niedożywione dzieci w Trzecim Świecie. Kraje Afryki nie wysiewają jednak prawie w ogóle nasion GMO, w tym tej odmiany ryżu, bo, jako unijni importerzy produktów rolnych, muszą być „wolne od GMO”. Niemniej biotechnologia sięga do medycyny tradycyjnej m.in. plemion Afryki, nie zawsze dzieląc się z nimi wypracowanymi korzyściami. W biotechnologii często się pojawiają zachowania postkolonialne?

Trudne pytanie. Protokół z Nagoi o dostępie do zasobów genetycznych oraz uczciwym i sprawiedliwym podziale korzyści wynikających z wykorzystania tych zasobów, zawarty w 2010 r., próbuje przeciwdziałać takim nadużyciom. Najbardziej przekonuje mnie rozwiązanie zastosowane przez firmę, która bazując na informacjach medycyny ludowej, uzyskała ekstrakt z kory cisu, a następnie go zsyntetyzowała. Preparat mógł być stosowany na szereg schorzeń reumatycznych i zapalnych, a jego synteza pozwalała nie niszczyć drzew, które znajdują się pod ścisłą ochroną. Produkt syntezy zmodyfikowano, oznaczono jego dawkowanie – stał się zatem „indywiduum” chemicznym o ściśle określonej aktywności biologicznej. Firma, bez oddawania się małostkowym dociekaniom, ile w uzyskanym preparacie pozostało z wiedzy lokalnych szamanów, zaprosiła naukowców z tego kraju na staże w najlepszych instytucjach naukowych. Nie zaoferowała pieniędzy, ale wiedzę i umiejętności. To eleganckie i partnerskie rozwiązanie problemu, które opłaca się obu stronom, bo medycyna ludowa, jeśli tylko zachować kompleks czynników wpływających na skuteczność jej produktów, może być bogatym źródłem inspiracji dla biotechnologii.

Naukowcy będą więc zbierać świeże listki w nowiu księżyca albo przy wschodzącym słońcu?

Kiedy to wszystko ma sens! Biosynteza związków chemicznych zachodzi pod wpływem światła na powierzchni części zielonych, więc liczy się, przy jakim natężeniu światła i z której części rośliny liście są zbierane. Podobnie suszenie: czy suszymy zioła promieniami słonecznymi, których temperatura sięga 40°C, czy substancje chemiczne rozłożyły się pod wpływem palnika gazowego, gdzie dochodzi ona do 200°C? Biotechnologia sięga więc głęboko w dziedzinę, która w żaden sposób nie kojarzy się ze współczesną nauką, ale żeby z niej korzystać, naukowcy muszą przełożyć tę wiedzę na mechanizmy molekularne.

Dlaczego wybrał Pan naukowy sposób poznawania świata?

W ostatnich latach szkoły średniej i na początku studiów chemicznych robiłem coś, co polecałbym każdemu młodemu człowiekowi – podejmowałem różne prace. Zgłosiłem się na ochotnika do wojska, pracowałem na dwie zmiany w zakładzie pod Poznaniem, produkującym kwas siarkowy, praktykowałem w kancelarii adwokackiej, byłem wychowawcą na koloniach… Miałem przedsmak wielu potencjalnych zawodów, ale najbardziej spodobała mi się praca w laboratorium. Nie w sensie zdobywanych stopni i robienia kariery naukowej, bo o tym wówczas nie myślałem, ale szukania odpowiedzi na pytania. Podobała mi się przynależna do tego zawodu niezależność, swoboda działania, choćby w wyborze tematyki badawczej czy grona współpracowników.

Jest w nauce coś jeszcze, choć trudno to wyjaśnić. We wrześniu 2017 r. odbył się w Krakowie szósty Kongres Europejski Nauk o Życiu „Eurobiotech”, w którego zorganizowanie byłem mocno zaangażowany. Uczestniczyła w nim m.in. Ada Yonath, znakomita uczona z Izraela, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie chemii. Nie rozmawialiśmy wyłącznie o tzw. ważnych sprawach. Wręcz przeciwnie – w pewnym momencie roztrząsaliśmy kwestię sposobów przyrządzania jajecznicy… To zdarzenie nie zawiera żadnej wartości dodanej. Nie potrafiłbym nawet powiedzieć, co w kontaktach z takimi ludźmi jak Ada Yonath, ale też np. Severo Ochoa, inny noblista, z którym pracowałem w USA, sprawiało mi przyjemność. Po prostu wiem, że to było coś szczególnego. I co jakoś w odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego nauka?”, też się liczy.

 

Tomasz Twardowski

Prof., ukończył chemię, kierownik Zakładu Biosyntezy Białka w Instytucie Chemii Bioorganicznej PAN w Poznaniu i przewodniczący Komitetu Biotechnologii PAN. Pracował naukowo również w Roche Institute of Molecular Biology w Nutley w USA i w Max-Planck-Institut für Molekulare Genetik w Berlinie. Do jego zainteresowań badawczych należą, m.in. mechanizmy regulatorowe biosyntezy białka w układach eukariotycznych, zwłaszcza w roślinach, ale także zagadnienia legislacyjne dotyczące biotechnologii oraz od lat prowadzona działalność popularnonaukowa. Jest autorem blisko 100 prac eksperymentalnych, kilkuset komunikatów, prac przeglądowych i artykułów popularnych. Autor, współautor lub redaktor naukowy kilkudziesięciu książek


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter