70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

fot. Adam Stępień/ Agencja Gazeta

Nowa idea uniwersytetu

Władza, która nie chce obyczajowo i intelektualnie wolnych i samodzielnych jednostek, nigdy nie będzie tolerowała prawdziwego uniwersytetu. Dotyczy to współcześnie zarówno władzy politycznej, jak również władzy mediów oraz pieniądza i rynku.

Uniwersytet jako system wartości jest w swoim codziennym funkcjonowaniu niemal niewidzialny dla akademików. Trudno się dziwić, że jego etos jest tym bardziej nieuchwytny dla aktorów społecznych, którzy dostrzegają jego funkcjonowanie jedynie incydentalnie i z zewnątrz. Muszę dodać, że to, o czym piszę, istniało zwykle tylko wyspowo, a ja z doświadczenia mogę mówić wyłącznie o fakultetach nauk humanistycznych i społecznych ostatnich trzech dekad, więc mój opis nie pretenduje do poprawności socjologicznej. Nie umiem jednak porzucić przekonania, że humanitas bez względu na wszelkie zmiany w zakresie jej pojmowania (albo właśnie poprzez wrażliwość na te zmiany) mówi bardzo wiele o tym, co należy do istoty uniwersytetu.

Uniwersytet jako forma życia

Kiedy rozpoczynałem studia na początku lat 90. minionego wieku, wciąż mogłem spotkać grono osób, które przechowało tradycje humanistyki polskiej z lat 60. i 70., i to im zawdzięczam swoje wykształcenie. Przy czym chodzi nie tylko o samą wiedzę i kompetencje zawodowe, ale przede wszystkim o „smak” pewnej formy życia. Polega ona na otwartości na niekończące się dyskusje, na towarzyskości, na innej mierze czasu stawiającej opór pragmatycznej zadyszce znanej nazbyt dobrze ze świata codziennego.

Tamten uniwersytet był relatywnie ubogi w sensie materialnym i nadal bogaty w czas, dlatego stanowił ciekawą enklawę w zbrutalizowanej rzeczywistości polskiej transformacji. Nie było jeszcze wówczas w nas samych miejsca na wyobrażenie o wiedzy jako „produkcie” poszukiwanym, zamawianym i nabywanym ani o studencie jako „kliencie”, którego należy bezwzględnie odbić „konkurencji” na rynku usług edukacyjnych – słowem, kategorie rodem z marketingu nie przeniknęły jeszcze do naszego doświadczenia uniwersytetu. Nie byłem świadomy, że wiedza, którą zdobywam przez obycie z uniwersytetem, to „kapitał”, którym można zyskownie obracać, pragnąłem jedynie w tym środowisku pozostać, pracować naukowo, i rozwijać poprzez to moje własne zainteresowania i moje własne człowieczeństwo (jakkolwiek naiwnie to brzmi). Niestety, szybko miało się to zmienić, a dezorientacja humanistycznego środowiska wynikająca ze zderzenia systemów wartości nie została wówczas jasno – jako konflikt aksjologii, celów uniwersytetu – wyartykułowana. Mam wrażenie, że stało się to niedawno, tak jakby akademicka refleksyjność i „kondycja opóźnienia” pozwoliły nazwać ów konflikt wartości dopiero przy okazji Ustawy 2.0. Niedawne protesty pozwoliły także ponownie posmakować wspólnoty uniwersytetu, doświadczyć więzi łączącej nas bez względu na akademickie szarże. Źródła tego sprzeciwu mają zaś coś wspólnego z opisywanym etosem. Gdy bowiem, jak stwierdza Hannah Arendt, „każdy podąża bezmyślnie za tym, co robią i w co wierzą wszyscy, to ci, co myślą, są wyciągani ze swoich kryjówek, gdyż ich odmowa uczestnictwa w powszechności staje się rodzajem działania”[1]. W ten sposób przywiązanie do myślenia i publicznie okazywana przekora wobec „rozsądnych racji” okazują się pełne implikacji politycznych.

Pociągająca na tamtym uniwersytecie z początku lat 90. była – niestety, już zanikająca: najpierw powoli, potem lawinowo – atmosfera jednostkowej wolności, poszanowania dla odrębności, dziwactw, feblików, niezatartego piętna osobowości naszych wykładowców, z których nie tylko zdawaliśmy sobie sprawę (i uczyliśmy się je szanować), ale które stanowiły nieusuwalną część wykładowego oraz seminaryjnego widowiska transmisji zawodowych kompetencji. „Profesją” profesora, jak trafnie pisał Derrida[2], było niegdyś głoszenie własnego credo, czegoś, o czym samym sobą poświadczał, bo nie chodziło o schłodzony profesjonalizm rozumiany czysto „zadaniowo”. Wokół performowanej przez profesora idei żywej i poruszającej jego lub ją prawdy tworzyła się komunikująca wspólnota, niekoniecznie wyznawców, bo byli tam także adepci innych teorii, innych prawd. Częścią tej akademickiej gry było także odnajdywanie w sobie stopniowo smaku do dobrze podanych argumentów, które wspierały tezy całkowicie sprzeczne z naszymi przekonaniami. I budowanie subtelniej skonstruowanych uzasadnień, które zawierały już „dialektycznie” wiedzę o tamtym argumencie, dla którego wbrew sobie poczuliśmy jednak niekłamane uznanie. Do ramy tamtej sytuacji należało także odkrywanie, że dla tego, jak nasze myślenie przejawia się publicznie, nie ma w pierwszym rzędzie znaczenia, skąd (w sensie rodzinnym, społecznym) przychodzimy. Warunek był jeden: winniśmy brać na serio „bezdomność jako charakterystykę myślenia” (Hannah Arendt) i jako postulat akademickiej rozmowy, która nas wykorzenia z naszej wspólnoty, religii, tradycji, bo każe o nie zapytywać, problematyzować ich pewniki, a nie jedynie apologetycznie się do nich odnosić. Rozwiązywanie naukowych problemów, falsyfikacja hipotez to tylko efekty uboczne tej postawy, która oznacza również zawieszenie codziennych pobudek i interesów w ramach akademickiej debaty. Jak zauważyła Arendt w polemice z Karlem Mannheimem i jego koncepcją „socjologii wiedzy”[3], nie jest tak, że nasza pozycja i kultura do końca determinują całe poznanie, bo myślenie – jako mikrotranscendencja – pozwala o nie pytać i „znaturalizowane” w naszym społecznym świecie (w „naszej bańce informacyjnej”) przekonania zakwestionować.— pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter