70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Każdy palec z blizną

W poezji Emily Dickinson znalazłem idealne motto dla nauki, którą chcę uprawiać. W moim tłumaczeniu wersy te brzmią następująco: „Jeśli choć jednej istocie w cierpieniu ulżyć zdołam / Choć jeden ból ukoję / (…) Nie żyłem na darmo”.

Anna Mateja: Syntetyczna krew w kolorze rozrzedzonej bieli, stenty wieńcowe wydzielające leki, nanocząstki odnajdujące komórki nowotworowe, pokrycia przeciwzakrzepowe do protez serca… Można by wymieniać i wymieniać. Skąd pomysły, które doprowadzają do tak różnorodnych wynalazków i odkryć?

Tomasz Ciach: W języku potocznym używamy słów „wynalazek”, „odkrycie” czy „innowacja” prawie jak synonimów, a to nie to samo. Bo jeśli niemal wszyscy naukowcy dokonali odkryć, to tylko niektórzy są zainteresowani wprowadzeniem ich w życie, czyli pracą nad wynalazkiem czy innowacją, które pozwolą zdobytą wiedzę wykorzystać.

Niels Bohr, uhonorowany Nagrodą Nobla za opisanie struktury atomu, czy inny laureat Nobla z fizyki Max Planck, którego prace stworzyły podwaliny mechaniki kwantowej, zapewniali, że interesuje ich wyłącznie nauka czysta. I nie zajmowali się zagadnieniami, które byłyby podyktowane konkretnymi potrzebami ludzi. Na drugim biegunie znajduje się np. Thomas Alva Edison, założyciel Edison Electric (potem General Electric), którego nie zajmowały odkrycia, ale wyłącznie praktyczna strona nowo pozyskanej wiedzy. W dorobku założonych przez niego laboratoriów jest blisko tysiąc patentów, w tym te najbardziej znane: udoskonalenie telefonu i żarówka elektryczna. Pomiędzy tymi biegunami są tacy uczeni jak Maria Skłodowska-Curie czy Ludwik Pasteur, którzy dokonywali znaczących odkryć naukowych, ale ich wykorzystanie też nie było im obojętne.

 

Dlatego Skłodowska-Curie działała na rzecz zastosowania pierwiastków radioaktywnych w medycynie, a z aparatem rentgenowskim znalazła się nawet w przyfrontowych szpitalach polowych podczas I wojny światowej. Z kolei Pasteurowi zależało na upowszechnieniu szczepień przeciwko wściekliźnie.

Oba akty są potrzebne: i odkrycie, i wprowadzenie go w życie.

Nauka prawdziwa, ale niewykorzystana, pozostanie jedynie niespełnioną obietnicą, np. przedłużenia życia, znalezienia pozakopalnych źródeł energii czy likwidacji przyczyn występowania głodu na świecie.

Sam zająłem się nauką dlatego, że nie potrafiłem sobie poradzić z rzeczywistością szpitala, gdzie trafiłem jako licealista, by wykonywać najprostsze prace. Chciałem studiować medycynę, więc moja mama, lekarz, której się ten pomysł nie podobał, wysłała mnie tam, żebym poznał „medycynę w akcji”. Zobaczyłem ciężko chorych ludzi, nieraz z odleżynami, umierających na zbiorowych salach, przepracowanych lekarzy. I przeszło mi. Tak źle znosiłem cierpienie pacjentów, a przede wszystkim własną bezradność wobec ich stanu, że zająłem się chemią i elektroniką.

 

Studiował Pan inżynierię chemiczną na Politechnice Warszawskiej, ale też biologię na Uniwersytecie Warszawskim.

Niemniej na początku nie zajmowałem się organizmami żywymi, ale lutowaniem i konstruowaniem przyrządów. Moja praca doktorska dotyczyła technologii otrzymywania nanowłókien i mikrowłókien polimerowych, które można wykorzystać w produkcji materiałów do filtracji gazów i cieczy. Filtry do powietrza i wody intrygowały mnie też podczas stażu podoktorskiego na uniwersytecie w Delft w Holandii. Ale, zgodnie z przysłowiem: co ma wisieć, nie utonie – medycyna do mnie wróciła, bo w Delft pracowaliśmy też nad stworzeniem technologii otrzymywania mikrocząstek do inhalacyjnego podawania leków. Odkryłem, że jako inżynier z krwi i kości też mogę pomóc chorym, nawet jeśli nie zajmuję się nimi osobiście.

W 2002 r., po powrocie z Holandii, zaangażowałem się w międzynarodowy projekt opracowania implantu dozębowego. Urządzenie, które zajmowało miejsce dwóch zębów trzonowych, dozując leki zgodnie z posiadanym programem albo stymulowane sygnałem z telefonu komórkowego, było mocno zaawansowane technologicznie. Pobierało wodę ze śliny, samo przygotowywało roztwór leku, który wnikał w błony śluzowe policzka, a następnie do włosowatych naczyń krwionośnych. Proszę pomyśleć, jaka wygoda: nie trzeba pamiętać o zażywaniu leków ani o dawkach, nie połyka się ich, więc nie podrażniają żołądka czy innych narządów. W pierwszych testach podawaliśmy leki-inhibitory opiatów, wykorzystywane w terapii leczenia uzależnień narkotykowych. Tą drogą można byłoby podawać także leki na cukrzycę, choroby Parkinsona czy Alzheimera.

 

Mimo to wynalazku do dzisiaj nie wdrożono, m.in. dlatego, że był „zbyt nowatorski”.

Prace zakończyliśmy w 2007 r., czyli w przededniu kryzysu ekonomicznego. Rozwiązanie było przeznaczone dla osób przewlekle chorych, ponieważ wiązało się z usuwaniem zębów trzonowych (u takich pacjentów braki w uzębieniu występują dość często). W Izraelu przeprowadziliśmy badania na świniach domowych – wyszły bardzo dobrze. Potem na dość ograniczonej próbce 12 ochotników (urządzenie zainstalowano im na uzębieniu, by nie usuwać trzonowców) – wyniki również były znakomite. Co do awangardowości tego rozwiązania: proszę popatrzeć na przedsięwzięcie oczami szefów koncernu farmaceutycznego, którego głównym celem jest nie tyle leczenie ludzi, ile zarabianie.

 

Ale jednak na leczeniu ludzi.

Zgadza się. Tyle że wprowadzenie naszej innowacji okazało się dla koncernów zbyt kosztowne, mimo że cena urządzenia w masowej produkcji nie była wygórowana, bo szacowaliśmy ją na 30 dolarów. Raczej już nie liczę na zmianę tej sytuacji – ochrona patentowa kończy się za 10 lat. To za krótki czas, by przeprowadzić badania przedkliniczne i kliniczne, wdrożyć produkcję, rozpocząć sprzedaż i – na końcu – osiągnąć zwrot inwestycji. Chęć wypracowania zysku mnie nie dziwi ani nie oburza, bo koszty wprowadzenia nowego leku czy urządzenia pochłaniają miliardy dolarów. Tym bardziej że konkurencja nie zasypia gruszek w popiele i rychło po wprowadzeniu nowego produktu próbuje odebrać część klienteli własnym rozwiązaniem lub obejść patent. Jeżeli firma chce zarobić, musi tego dokonać przed wygaśnięciem patentu.

Wracając do pierwszego pytania o inspiracje, które prowadzą mnie i mój zespół do kolejnych wynalazków: nasze miejsce widzę pomiędzy biegunami wiedzy czystej i stosowanej. Owszem, prowadzimy badania podstawowe, ale wszystkie są od początku skupione wokół jednego pytania: co z tego wyniknie?

 

Pomysł, by zająć się cewnikiem, czyli rurką, którą wprowadza się do narządów i jam ciała, by coś pobrać, odprowadzić albo dokonać pomiaru, podsunęła Pana zespołowi mama kilkuletniej dziewczynki, regularnie korzystającej z cewnika moczowego. Było to bolesne, często prowadziło do zakażeń. Problem jest powszechny i zna go każdy szpital. Ale gdyby nie ta kobieta…

To byśmy nie wiedzieli, że w ogóle istnieje jakiś problem. To dowód, że nie da się świata zmieniać na lepszy zza biurka czy stołu laboratoryjnego, czerpiąc inspiracje wyłącznie z dorobku, który nauka już posiada. Spotkanie z tą panią miało miejsce podczas pikniku naukowego, zorganizowanego na warszawskim Podzamczu. Politechnika miała się tam pochwalić osiągnięciami, więc zdecydowaliśmy się pokazać coś ładnego, co by przykuło oko. Wybraliśmy świecącą plazmę próżniową. I potem przychodzi taka nauczka: „Zajmijcie się cewnikiem, to jest potrzebne. Zróbcie coś, by moje dziecko nie cierpiało”.

Opracowaliśmy nowy rodzaj cewnika, który nie wywołuje zakażeń, a jego zakładanie nie sprawia bólu. Na dodatek udało się rozpocząć jego produkcję w Polsce, w zakładzie w Bydgoszczy. I, co dla mnie najważniejsze: spotkałem się z pacjentami, którzy go stosowali. Rozmowy z nimi zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Nasze prace trwają z reguły wiele lat, więc szansa, że poznamy osobiście kogoś, komu pomogliśmy, jest niewielka. Być może kiedyś o tym przeczytamy, ale to nie to samo, co usłyszeć od pacjenta: „Wreszcie nie boli”.

Innym tematem dla uczonych, z którym coraz powszechniej borykają się szpitale, są lekooporne szczepy bakterii. Badania posiewów z nosogardzieli personelu medycznego doprowadziły do wniosku, że ugryzienie przez chirurga może być równie groźne jak pokąsanie przez smoka z Komodo.

 

Największej żyjącej jaszczurki.

To efekt stałego kontaktu lekarzy z bakteriami i antybiotykami. Superbakteria New Delhi – inaczej Klebsiella pneumoniae NMD – odporna na wszystkie znane rodzaje antybiotyków powstała w warunkach szpitalnych, gdzie podaje się chorym różne rodzaje antybiotyków. A że bakterie posiadają umiejętność przekazywania sobie informacji o sposobach przeżycia kontaktu z trucizną, wytworzyła się i taka jej odmiana, jak wymieniona, która może wywołać m.in. zapalenie płuc i opon mózgowo-rdzeniowych oraz sepsę.

Wiele lekoopornych odmian bakterii powstaje w ściekach rolniczych, które zawierają olbrzymie ilości antybiotyków wykorzystywanych w produkcji zwierzęcej (podaje się je np. prosiętom wcześnie odłączanym od maciory, którym antybiotyki pozwalają rozwinąć przewód pokarmowy). Ścieki działają więc jak mikser genetyczny, umożliwiając spotkanie się w jednym roztworze różnych bakterii i wymianę informacji pomiędzy nimi, np. na temat sposobów radzenia sobie z antybiotykiem (wypompowywania go poza organizm bakterii czy zmianę szlaków enzymatycznych w jednokomórkowcu tak, by antybiotyk nie mógł ich zablokować).

 

Idą czasy bez antybiotyków czy też pracuje się nad ich zamiennikami?

Coraz trudniej o nowe antybiotyki, ale powstania nowych ich generacji – może np. syntetycznych? – bym nie wykluczał.

Antybiotyki i szczepionki to największe osiągnięcia medycyny. I nic tego nie zmieni, nawet histeria ruchów antyszczepionkowych, które wbrew nauce i zdrowemu rozsądkowi apelują o nieszczepienie dzieci przeciwko chorobom zakaźnym.

Tak jakby np. epidemia dżumy, która zmniejszyła populację XIV-wiecznej Europy o połowę, była bajką o żelaznym wilku. Nie trzeba zresztą cofać się do tak dawnych czasów: w Niemczech już zdarzają się ogniska odry, a w krajach islamu, gdzie zabroniono szczepień na polio, coraz liczniej pojawiają się dzieci dotknięte tą chorobą.

 

Nim ostatecznie gatunek Homo sapiens wyginie – albo dlatego, że antybiotyki przestaną być skuteczne, albo na własne życzenie w wyniku chorób, z którymi medycyna od dawna sobie radzi – może przynajmniej niektórzy z nas zdecydują się oddać narządy do transplantacji. I wtedy się okaże, że istnieje substancja, która pozwala je przechowywać nawet przez kilka tygodni.

Pomysł na syntetyczną krew, która faktycznie ma takie właściwości, pojawił się przy okazji naszych prac związanych z zamykaniem komórek niektórych ludzkich narządów w kapsułkach, chroniących je przed działaniem układu immunologicznego. Na przykład cukrzyca często pojawia się dlatego, że układ odpornościowy chorego atakuje komórki trzustki wytwarzające insulinę. Możemy jednak wprowadzić obce komórki, np. innego człowieka lub świni, produkujące ten hormon, zamknięte w otoczce, która, izolując je od układu odpornościowego, pozwoli im żyć.

Próby stworzenia sztucznej krwi polegają na tym, żeby w takich właśnie kapsułkach zamknąć syntetyczne nośniki tlenu. A następnie, jak w transfuzji, podać ludziom. Żeby była jasność: krew jest złożoną tkanką, która pełni w organizmie wiele funkcji, naszą ambicją nie jest zastąpienie jej w pełni. Chcemy jedynie wspomóc jedną z funkcji krwi – przenoszenia tlenu, co ma duże znaczenie, np. przy znacznych jej ubytkach podczas operacji, w wypadkach, ale też w transplantologii. Obecnie pobrane narządy są przechowywane w warunkach obniżonej temperatury przez kilka–kilkanaście godzin. Potem narząd nie nadaje się do przeszczepienia, a i sami transplantolodzy, obawiając się odrzucenia obcego narządu przez organizm, wolą, by ten jak najkrócej przebywał poza organizmem. Sztuczna krew pozwoliłaby pobrane narządy perfundować, tzn. że przed operacją byłyby one stale natleniane, dzięki krążącej w niej syntetycznej krwi. I wtedy faktycznie narządy mogłyby być przeszczepiane nawet kilka tygodni po pobraniu. Byłby czas na spokojne sprowadzenie pacjenta do szpitala, przygotowanie go do operacji.

 

W transplantologii to byłaby rewolucja.

Tak, tym bardziej że w Polsce ustawodawca mądrze uchwalił, że o ile ktoś za życia nie zgłosił sprzeciwu, obowiązuje domniemanie zgody na pobranie narządów. Ideałem byłaby sytuacja, że kiedy umiera człowiek i jest możliwe pobranie narządów, możemy je przechowywać albo bez nadmiernego pośpiechu transportować do klinik, w których są potrzebne. Także sama operacja miałaby większe szanse powodzenia. Jest też inny problem, który poznałem, współpracując  ze Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu.

 

To ośrodek, gdzie po raz pierwszy w Polsce wykonano operację transplantacji serca wraz z płucami i samych płuc.

No właśnie, ale operację przeszczepienia płuc przeprowadza się bardzo rzadko, bo raz, jest ona trudna technicznie, dwa – nie ma możliwości sprawdzenia, czy nie doszło do zapadnięcia się pęcherzyków płucnych, a narząd po operacji będzie w stanie podjąć pracę. Gdyby jednak pobrane do przeszczepienia płuca natleniała sztuczna krew, w ogóle nie byłoby tego problemu.

Pobrane narządy można byłoby też wykorzystać w inny sposób. Pracując z prof. Zbigniewem Religą nad pokryciami przeciwzakrzepowymi do protezy serca, poznałem dwudziestoparoletniego chłopaka, u którego grypa poważnie osłabiła mięsień sercowy i konieczne było podłączenie go do tzw. sztucznego serca. Dla jego własnego narządu okazało się to tak regeneracyjne, że po jakimś czasie serce z powrotem podjęło miarową pracę i wsparcie protezy nie było już potrzebne. A gdyby w taki sposób pomóc np. wątrobie po ciężkim zatruciu? Wsparta lekami, odciążona dodatkowym narządem od normalnego funkcjonowania, może też miałaby szansę się odbudować? Taki „warsztat naprawczy” to jednak na razie science fiction.

 

Kiedy zdarza się Panu pomyśleć: „Przecież to jest niemożliwe”?

Thomas Edison twierdził, że wynalazca to człowiek, który nie zdaje sobie sprawy, że coś jest niemożliwe do zrobienia, i po prostu to robi.

 

Niewiedza staje się błogosławieństwem.

Bo nie blokuje działania. Coś jednak trzeba wiedzieć, choćby tyle, że istnieje problem. Tylko onkolog i sami pacjenci mogą mi powiedzieć, iloma skutkami ubocznymi wciąż jest obciążona terapia antynowotworowa. Tymczasem w trakcie niektórych z nich aplikuje się pacjentom połowę dawki śmiertelnej leków cytostatycznych. To balansowanie na granicy zatrucia, obliczone na to, że prędzej zginą komórki nowotworowe niż człowiek. Dlatego każde, nawet nieznaczne, zmniejszenie stężenia dawki leku to zysk, bo oznacza zwiększenie skuteczności, ale nie za cenę nowych efektów ubocznych.

Wymyśliliśmy do tego działania nanocząstki polisacharydowe, które wyciekają do nowotworu, kiedy ten, chcąc zaspokoić głód, czyli pobrać tlen i glukozę, łączy się z naczyniem krwionośnym. Wcześniej wysyła białka sygnałowe, dzięki którym z najbliższego naczynia krwionośnego wyrasta nowe, które ma nakarmić komórki nowotworowe. Tyle że jest ono niedojrzałe, a przerwy między komórkami śródbłonka tak duże, że mogą przez nie przenikać nasze nanocząstki. Polisacharydowa otulina im pomaga, bo nowotwór jest właściwie ustawicznie głodny, a zapotrzebowanie na cukier ma nieograniczone, ponieważ funkcjonuje w oparciu o mało wydajny energetycznie metabolizm beztlenowy. Potrzebuje więc blisko 200 razy więcej pożywienia niż zdrowe komórki, korzystające z metabolizmu tlenowego. Nasze nanocząstki dostarczają komórkom nowotworowym cukier, ale wraz z trucizną, która działa dokładnie w punkt – zabija je od środka. Nie wszystkie nanocząstki z podanej pacjentowi dawki będą w stanie znaleźć się w nowotworze. Prawdopodobnie to będzie tylko kilka procent. Jednak nawet tyle jest warte starań, bo dokładnie o te kilka procent wzrośnie skuteczność chemioterapii. I szanse chorego na przeżycie.

 

Długa droga przed Wami.

Bardzo – jesteśmy dopiero w trakcie badań na zwierzętach. Prace są, oczywiście, kosztowne, a pozyskanie kolejnych środków łatwe nie jest, co prace jeszcze bardziej spowalnia. Jestem jednak dobrej myśli. Chyba dlatego, że pracuję z fantastycznym zespołem – to 18 bardzo twórczych doktorantów i doktorów. Żadnemu z nich nie wyznaczałem kierunku pracy doktorskiej, zawsze zachęcałem: „Spróbuj, zobacz, sprawdź, co cię zainspiruje”. Ten sposób działania dobrze mi się sprawdza.

Teraz wracamy do badań nad sztuczną skórą, którą chcemy wyhodować, wysiewając keratynocyty, czyli żywe komórki naskórka, na cienkiej błonie powstałej z syntetycznego materiału o składzie chemicznym zbliżonym do ludzkiego włosa. To rozwiązanie pomyślane dla osób z rozległymi oparzeniami, a impuls do rozpoczęcia badań wyszedł od dziewczyny dopiero przygotowującej się do obrony pracy magisterskiej! Tyle że na początku wykorzystywaliśmy w badaniach prawdziwe ludzkie włosy, zbierane u fryzjera, a teraz pracujemy na materiale syntetycznym, bardziej przewidywalnym w reakcjach.

 

„(…) niezbędna jest pewna atmosfera, ażeby się mogli zjawiać ludzie nauki” – pisał w 1895 r. Napoleon Cybulski, fizjolog, odkrywca adrenaliny i wychowawca wielu znakomitych uczonych. Pisze o konieczności podwyższenia nakładów na naukę i nauczaniu przedmiotów przyrodniczych w szkole, ale też o nieodzowności jednostek, które „dają możność urzeczywistnienia się” pomysłom i ludziom. Kiedy Pan wie, że z młodego człowieka będzie naukowiec?

Kiedy widzę, że jest pracowity i błyskotliwy. Inteligencja pomoże mu wpaść na dobry pomysł, ale także zrealizować go rozsądnym nakładem sił. Niemniej 90% sukcesu to pracowitość – skupienie się na robocie i dociekliwość. Nim jednak zacznę wyłuskiwać młodych ludzi, którzy jako naukowcy i wynalazcy będą pchać świat do przodu, musimy uczyć nauk przyrodniczych i matematyki w szkole. Trzeba tylko wykładać te przedmioty w taki sposób, by uczniowie przekonali się, jaki można zrobić z nich użytek. Bez tego nie wytrąci się masa krytyczna ludzi zainteresowanych tymi dziedzinami. Choćby taka zmiana: klasy powinny być najwyżej 15-osobowe, bo tylko wtedy byłoby możliwe np. przeprowadzanie eksperymentów, a nauczyciele zyskaliby szansę zainteresowania uczniów przedmiotem. Zapewniam, że gdyby tylko im na to pozwolić, uczniowie w pracowni chemicznej lub fizycznej zobaczyliby zjawiska dużo ciekawsze niż te opisywane na portalach społecznościowych. To byłaby zmiana zasadnicza, bo jeżeli dziecko nie połknie bakcyla nauk przyrodniczych w szkole podstawowej, druga taka okazja już się nie powtórzy.

 

A kiedy Pan wiedział, że będzie naukowcem?

Proszę popatrzeć na moje palce – każdy z blizną, w jednym nie mam czucia. W wieku pięciu czy sześciu lat przeprowadziłem chyba pierwszy w swoim mniemaniu eksperyment: topiłem plastelinę nad palnikiem gazowym w kuchni i jej kropla kapnęła mi na gołą stopę. Zapału poznawczego to we mnie nie osłabiło, ale na pewno nie narażałem siebie na oparzenia z powodu sprecyzowanych planów na przyszłość. Napędzała mnie czysta ciekawość. Budowałem rakiety i konstruowałem generatory wysokiego napięcia. Postawiłem nawet mały piec hutniczy na balkonie, który pękł pewnego dnia i płynna stal wylała się z czwartego piętra. Dzisiaj współczuję rodzicom, którzy musieli jakoś sobie radzić z moimi pomysłami… Kiedy podrosłem, namiętnie lutowałem różne układy elektroniczne, bo to pozwalało stworzyć mi coś, co działa. W pewnym sensie – powołać do istnienia nowy byt. Dużo czytałem. Książki Stanisława Lema czy Janusza A. Zajdla wyrywaliśmy sobie z tatą z rąk. Inspirację znajdywałem też w dziełach Philipa K. Dicka.

 

I już wtedy zastanawiał się Pan, co z tą wiedzę można zrobić?

Chyba tak – wiedza była dla mnie cenna tylko pod warunkiem, że możliwe było jej praktyczne wykorzystanie. Kiedy przez kilka lat pracowałem naukowo w Holandii, nie mieliśmy z żoną dostępu do polskiej literatury, więc sięgnęliśmy po angielską. Tak poznaliśmy poezję Emily Dickinson, a ja znalazłem strofę, która idealnie przylega do moich wyobrażeń o tym, jaka jest nauka, którą chcę uprawiać. W moim tłumaczeniu oddałem te wersy, jak następuje: „(…) Jeśli choć jednej istocie w cierpieniu ulżyć zdołam / Choć jeden ból ukoję / (…) Nie żyłem na darmo”.

 

Musiały powstać trzy firmy biotechnologiczne, by zapewnić kontynuację Pana pracom. Właśnie wchodzą na giełdę,  więc biurokracja z tym związana pochłania mnóstwo czasu.  Jak często pyta Pan siebie:  po to jestem? 

Bez tego ruchu zdobyta przez mój zespół wiedza pozostałaby, jak już wspominałem, obietnicą. Nic by z tego dla ludzi nie wynikło. Ale, rzecz jasna, frustruje mnie sytuacja, kiedy w każdej z tych spółek, zatrudniających po zaledwie kilka osób, połowa z nich nie zajmuje się nauką, ale rozliczaniem grantów, pisaniem wniosków, prowadzeniem korespondencji z urzędem skarbowym. Utworzenie spółek było jednak koniecznością, bo to nie uczelnia powinna szukać środków finansowych na badania czy pilnować procedury patentowej. I trudno, żeby było inaczej – uczelnia na wynalazkach czy innowacjach nie zarabia. Nawet Uniwersytet Harvarda czy Massachusetts Institute of Technology, gdzie jest najwięcej wdrożeń i sprzedanych patentów, a na ich terenie powstaje sporo spółek typu spin-off, czerpią z tej działalności zyski na poziomie 1–1,5% ich wydatków na badania. Resztę zapewnia państwo i tak powinno być. To ono zarabia przecież na komercjalizacji wynalazków czy wdrożeniach innowacji, bo nowe technologie tworzą miejsca pracy, z których spływają podatki. Uczelnia ma z tego dobre imię, dzięki czemu pozyskuje najzdolniejszych studentów.

Na naukowców zainteresowanych komercjalizacją wiedzy przez lata patrzono zresztą na polskich uczelniach krzywym okiem, bo „zaprzedali się mamonie”. Sam przez to przechodziłem, wielokrotnie wysłuchując zarzutów, że za bardzo interesuje mnie strona praktyczna moich prac, tymczasem po politechnice powinienem pisać równania i wzory.

 

Nie miał Pan kompleksów, gdy spekulowano, co z Pana za naukowiec?

Ależ skąd! Mówiłem, że jestem inżynierem, więc muszę się zajmować konkretami. Najważniejsze, że udało mi się to przetrwać, i teraz mam olbrzymią satysfakcję, że uczelnia czy wydział nawet się mną czasami chwali. Zmieniła się też atmosfera, bo na uczelniach powstaje wiele firm typu spin-off czy start-up, by wprowadzać innowacje na rynek. Takie jest założenie, tymczasem… Gdy patrzę na start-up związany np. z aplikacją na telefon komórkowy, która robi „pip” inaczej niż pozostałe aplikacje, zastanawiam się, po co to. Za często założenie start-upu staje się celem samym w sobie, bez ambicji zmierzenia się z realiami wolnego rynku.

 

Jakie pomysły chodzą teraz Panu po głowie?

Nowe generacje nanocząstek wykorzystywane w celowanej terapii antynowotworowej. Głowa kręci mi się też wokół kolejnych radiouczulaczy, które uczulałyby nowotwory na promieniowanie, co ułatwiałoby leczenie. Wraca też temat membran do oczyszczania wody. Nie mam problemów z przedstawianiem nowych pomysłów. Moi studenci zawiesili mi nawet na tablicy taki mały rysunek… Proszę się odwrócić, jest za Pani plecami.

 

„Mam pomysł!” – krzyczy mówca, najpewniej przywódca, do tłumu ludzi, którzy odpowiadają: „Przeczekamy”.

 

No właśnie. Ale odstawiając złośliwości na bok: cokolwiek by jeszcze przyszło mi do głowy, jestem pewny, że oni poprowadzą to  dalej.

 

Tomasz Ciach

Prof., inż., chemik, nanotechnolog, biolog. Wykładowca na Wydziale Inżynierii Chemicznej i Procesowej Politechniki Warszawskiej. Założyciel Laboratorium Inżynierii Biomedycznej oraz firm NanoVelos, NanoThea i NanoSanguis. Autor szeregu publikacji naukowych i patentów.

 


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter