70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

il. Patrycja Podkościelny

Teatr mój

Wstaję rano. Zapisuję w punktach, co powinnam zrobić. To, tamto i owamto. Ustalam priorytety. Dzielę według ważności i czasu, który zamierzam poświęcić każdemu zadaniu.

Poprzeczkę ustawiłam wysoko.

Czas, start, choć najpierw bez pośpiechu.

Jakbym pozazdrościła Oldze Boznańskiej (kończę pracę nad jej biografią), która farbę kładła powoli, delikatnymi pociągnięciami pędzla. Powtarzała: „Farb nie należy mieszać, brać pędzlem jak łopatą i kłaść łopatą, a położonej nie ruszać, póki nie podeschnie”. Słowem: wszystko musi mieć swój czas. Malowała więc portrety latami. Według Zofii Stryjeńskiej, która bywała w pracowni Boznańskiej: „Model się zestarzał, wyłysiał, ożenił, schudł, musiał pozować, chciał czy nie chciał, chyba że umarł”.

W połowie dnia zaczynam się niepokoić. Już wiem, że niektórych punktów z kartki nie zrealizuję.

Zawsze mi się wydawało, że wielozadaniowość opanowałam perfekcyjnie. I że jest to bardzo przydatna umiejętność. Potrafię więc dokumentować kilka tematów jednocześnie, rozmawiać przez telefon, pisząc tekst. Umiem już nawet jednym okiem czytać książkę, a drugim oglądać turniej tenisowy w Paryżu. A co najważniejsze: naprawdę doskonale wiem, o co w tym wszystkim chodzi.

Teraz zaczynam jednak czuć, że przez cały dzień głupio pracowałam.

Postanowiłam więc posłuchać rady Davida Rocka, autora książki Twój mózg w działaniu (Podtytuł: Strategie pokazujące, jak walczyć z rozproszeniem, odzyskiwać koncentrację i pracować mądrzej przez cały dzień). Już sobie to wszystko wyobrażam. Mój mózg (ściśle mówiąc: kora przedczołowa) to scena. Autor sugeruje, żeby mieściła się raczej w niewielkim teatrze. Ale – jak mawiał Einstein – „wyobraźnia znaczy więcej niż wiedza”.

Zatem: „teatr mój widzę ogromny”.

Reżyserka: ja (teoretycznie). Teoretycznie, ponieważ na scenę włażą mi osoby z widowni.

Aktorzy: różne informacje, na których się koncentrujemy.

Scena: uwaga skupiona na tu i teraz.

Widownia: myśli, wspomnienia, obrazy. Nasz „wewnętrzny świat”.

Dobrze, gdy aktorzy wchodzą na scenę, tak jak powinni, czyli zza kulis. Gorzej, gdy bez zaproszenia włażą na nią z widowni. A my wtedy, zamiast koncentrować się na tu i teraz, dryfujemy w stronę wspomnień.

Aby zrozumieć jakąś nową myśl, umieszczamy na scenie nowych aktorów i obserwujemy, jak łączą się z osobami z widowni, czyli z informacją już obecną w mózgu. Podejmując decyzję, każemy aktorom pozostać na scenie i porównujemy ich ze sobą, dokonując oceny wartościującej. Aby wydobyć z umysłu jakieś wspomnienie z przeszłości, zapraszamy na scenę osobę z widowni.  Jeśli jest to bardzo odległe wspomnienie, ta osoba siedzi najpewniej gdzieś w głębi, w ciemnościach. Odnalezienie jej wymaga wysiłku i czasu i może rozproszyć naszą uwagę. Żeby coś zapamiętać, musimy przenieść aktorów ze sceny na widownię” – pisze Rock.

Przeczytałam połowę książki. Jestem zmęczona („niedopuszczenie pewnych aktorów na scenę wiążę się z dużym wysiłkiem”), ale nie poddam się. Już umiem „nie koncentrować się na aktorze i nie wpuszczać go na scenę”. Wlewając więc mleko do kawy (scena), nie urządzam wędrówek w stronę dzieciństwa, kiedy na wakacjach spędzałam krowy z pastwiska (widownia).

Pod koniec dnia patrzę na kartkę. Punkty niezrealizowane przepisuję na kolejny dzień.

Pukam się przy tym w głowę. Bo może wystarczy – jak radził prof. Wiktor Osiatyński – „wstać rano, zrobić przedziałek i się odpieprzyć od siebie”?


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter