70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Tam cud się raczej nie zdarzy

W okolicach tureckich miast Mardin czy Midyatu zostało może 3 tys. syriackich chrześcijan. Dla porównania, w szwedzkim Södertälje mieszka 35 tys. uchodźców przybyłych właśnie stamtąd, z regionu Tur Abdin na południu Turcji.

Katarzyna Kazimierowska: W książce Ziarno i krew. Śladami bliskowschodnich chrześcijan prowadzi Pan zapiski o znikającym na naszych oczach świecie, gdzie stale obecna w codziennym życiu religia nadal jest fundamentem tożsamości. Kiedy wszyscy mówią i piszą o islamie, Pan zdecydował się wydać książkę o bliskowschodnich chrześcijanach. Dlaczego?

Dariusz Rosiak: Zacznę od tego, że nie zajmuję się chrześcijaństwem, tylko ludźmi. A dlaczego akurat chrześcijanami? Nie mam racjonalnej, zero-jedynkowej odpowiedzi na to pytanie. Piszę o chrześcijanach, bo mnie to ciekawi, bo sam jestem chrześcijaninem, bo wszyscy jesteśmy częścią kultury opartej na chrześcijaństwie. A dlaczego chrześcijanie bliskowschodni? Bo tam chrześcijaństwo się zaczęło i dziś ten świat przeżywa dramatyczne chwile. Ale to też nie jest tak, że napisałem książkę z obywatelskiej troski o chrześcijan, tylko po pierwsze, opowieść o tym świecie to fascynujące zadanie dla reportera, a po drugie, wydarzenia, które tam mają miejsce, są na tyle ważne dla naszej cywilizacji i kultury, że warto o nich opowiedzieć.

Poza tym ten temat chodził za mną od kilkunastu lat. Pod koniec lat 90. przeczytałem, a potem kilkakrotnie wracałem do poruszającej książki Williama Dalrymple’a, From the Holy Mountain, zapisu jego podróży po bliskowschodnich wspólnotach chrześcijańskich w 1993 r. Kiedy zaczęła się wojna w Syrii, pomyślałem, że dobrze by było przyjrzeć się tym wspólnotom, które zostały, zobaczyć, co się z nimi dzieje. Książka Dalrymple’a towarzyszyła mi podczas podróży, niekiedy szedłem po śladach jej autora, nawet spotykałem tych samych ludzi.

 

Najpierw był pomysł na książkę czy poruszenie tym, co się dzieje na Bliskim Wschodzie?

Nie wiem. Z pomysłami jest tak, że każdy może być wspaniały albo nic niewart. Wszystko zależy od tego, czy uda się go zrealizować. To była kosztowna ekspedycja, trzeba było znaleźć pieniądze, wydawnictwo Czarne zainwestowało w coś, co wcale nie dawało gwarancji sukcesu. Wiem, że ta książka wydaje się teraz niezwykle aktualna, ale rok temu to nie było takie oczywiste. Wtedy nie było jeszcze kryzysu związanego z falami uchodźców, bo Europa się nie interesowała ani uchodźcami, ani Bliskim Wschodem.

 

Czy miał Pan jakieś założenia, związane z samą podróżą i książką?

Nie miałem żadnych założeń. W listopadzie 2014 r. leżała przede mną biała kartka, a raczej pusta strona w komputerze, którą trzeba zapełnić, a ja nie miałem pojęcia, co się na niej znajdzie. I to było fantastyczne uczucie – obawy plus ekscytacja.

Postanowiłem po prostu pojechać w konkretne miejsca i zobaczyć, jak żyją w nich chrześcijanie. Zresztą nie tylko oni, spotykałem ludzi różnych wyznań. Oczywiście musiałem to wszystko zaplanować i udokumentować, nie mogło być tak, że pojadę i na miejscu zacznę się rozglądać albo domyślać się kim są chaldejczycy lub maronici. Jednak praca reportera polega m.in. na tym, żeby pozbyć się wszystkich przyjętych wcześniej założeń i po prostu pójść za historią. Lubię dezorientację, ten stan, kiedy wszystko to, co sobie wymyśliłem, wali się w diabły i nagle staję wobec człowieka, który mówi, że jest zupełnie inaczej, niż mi się wydawało. Nie miałem np. takiego założenia, że jadę pokazać, jak bardzo chrześcijanie cierpią. Mam nadzieję, że czytelnik nie przyjmie tej książki jako opowieści o cierpieniu czy o śmierci. To jest książka o próbie przetrwania chrześcijan, ale przede wszystkim o normalnym życiu, o ludziach i ich dramatycznych dylematach.

To bardzo osobista książka, pojawia się w niej dużo z Pana jako obserwatora, ale uczestniczącego, obecnego w życiu swoich rozmówców.

Tak, sporo jest tam wątków osobistych. Nie wymyślam swoich książek, one rodzą się gdzieś po drodze i w tym przypadku po drodze zrozumiałem, że muszę w tej opowieści znaleźć się nie tylko jako bezosobowy narrator. Ziarno i krew ma formę dziennika, książki podróżniczej. Piszę o tym, co widzę, gdzie jadę, kogo spotykam. To nie jest spowiedź, literatura konfesyjna, nie dotyczy mojego stosunku do Boga i Kościoła. Jednak te wątki pojawiają się, bo musiały się pojawić, tak wyszło, również z powodu moich rozmówców. Jeśli rozmawiasz z drugim człowiekiem, to musisz mu dać coś w zamian, on oczekuje, że będziesz partnerem w tej rozmowie. Ludzie, którzy godzą się na rozmowę, chcą być potraktowani serio. Sytuacja reportera jest dwuznaczna, bo niby zaprasza rozmówcę na spotkanie, ale chce też je wykorzystać, przerobić na artykuł czy reportaż radiowy. Tyle że jakość tekstu zależy również od tego, na ile sam reporter otworzy się w rozmowie. Czy będzie po prostu słupem, który karmi się tym, co drugi człowiek mu daje, czy wyjdzie naprzeciw rozmówcy. To jest ważne zwłaszcza w sytuacjach, gdzie dotykamy spraw istotnych dla ludzi, ich tożsamości, życia osobistego, rzeczy fundamentalnych. W mojej książce zawarłem dramaty rodzinne, tragedie ludzkie, opowieści o rzeczach najważniejszych. Dziennikarzom często wydaje się, że wywiad nic nie znaczy, dziś jest ten, jutro następny, ale dla wielu ludzi taka rozmowa to jedyny wywiad w ich życiu. Jeśli reporter nie weźmie tego pod uwagę, jeśli nie będzie czuć empatii wobec rozmówcy, to nie wejdzie na poziom normalnej relacji. I stąd w książce mówię parę rzeczy o sobie, które nawet dla mnie okazują się zaskakujące, ale musiałem je włączyć w tekst, bo tak budowała się ta historia.

 

Z Pana książki odnosi się wrażenie, że religia jest żywa, fundamentalnie obecna w życiu tych ludzi.

Europa żyje w świecie postreligijnym, a oni nie. Nawet w Polsce, kraju, gdzie ludzie ciągle chodzą do kościoła, religia i życie z nią związane przybiera dziwaczne kształty, z ich punktu widzenia kompletnie abstrakcyjne. Włączanie religii do debat na temat in vitro, aborcji, nauki religii w szkołach to jest jakaś inna galaktyka. Dla wielu z nich religia to kwestia życia i śmierci, tlen, którym oddychają. Wśród Koptów czy Syriaków religia jest bez przerwy obecna w codziennym życiu. Zapewne wynika to z faktu, że są oni mniejszościami, więc religia stanowi dodatkowy czynnik silnie budujący ich tożsamość, pozwalający trwać. Chrześcijanie tu i tam to dwa kompletnie różne światy i jedyną cechą wspólną jest to, że w Europie religia chrześcijańska już realnie zniknęła, a tam dopiero znika, choć z diametralnie innych powodów. Musimy też pamiętać, że nie ma jednego Bliskiego Wschodu. Inna jest sytuacja chrześcijan w Izraelu, Egipcie i Iranie, inna w ogarniętych wojną Iraku i Syrii, z których jeśli chrześcijanie nie uciekną, to grozi im śmierć albo prześladowania. W Turcji już ich nie ma, bo zostali wyrżnięci przy licznych okazjach, zaczynając od 1915 r. Zresztą akty przemocy fizycznej i dyskryminacji chrześcijan trwały tam do niedawna. W okolicach tureckich miast Mardin czy Midyatu, gdzie powstawały swego czasu olbrzymie klasztory, syriackich chrześcijan zostało może 3 tys. Dla porównania, w szwedzkim Södertälje, gdzie zacząłem swoją podróż, mieszka 35 tys. uchodźców, przybyłych właśnie stamtąd, z regionu Tur Abdin na południu Turcji. Jedynym krajem na Bliskim Wschodzie, gdzie panuje pełna wolność wyznania, jest dziś Izrael, co nie znaczy, że chrześcijanie nie są tam dyskryminowani. Są, ale nie ze względu na wyznawaną wiarę, ale dlatego że są Palestyńczykami, Arabami, czyli dla Izraela obywatelami drugiej kategorii. Ale tylko w Izraelu istnieją takie miasta jak np. Abu Ghosh, gdzie nie ma ani jednego Żyda, mieszkają sami muzułmanie, a w środku jest mały klasztor Benedyktynów, nad miastem  góruje rzeźba Matki Boskiej z Dzieciątkiem, a nawoływanie muezina miesza się z dzwonami kościelnymi.

 

Zaskakująca dla czytelnika może być informacja, że chrześcijanie wspierali reżimy bliskowschodnie, w zamian otrzymując gwarancję swobody wyznania i pielęgnowania wiary. Po inwazji na Irak czy na Syrię to się skończyło, przestali być mniejszością chronioną.

Interwencje wojsk NATO, USA czy państw europejskich nie zrobiły nikomu dobrze. Sytuacja muzułmanów w tym rejonie jest gorsza niż przed 2003 r., czyli przed inwazją w Iraku. Nie ulega wątpliwości, że Saddam Husajn czy Hafiz al-Asad, ojciec Baszszara, byli przestępcami, ale tworzyli system, w którym ludzie, nie występując przeciwko władzom, mogli w miarę normalnie żyć. Oczywiście dyskryminowano mniejszości, czasem je zabijano w okrutny sposób: Husajn mordował Kurdów, Asad dokonywał rzezi w Hamie, dochodziło do krwawych rozliczeń z opozycją, a kto podnosił głowę przeciwko władzy, ten ją tracił. Ale jeśli ktoś żył po cichu, to mógł funkcjonować w miarę normalnie, i w tym sensie chrześcijanie mieli swobodę kultu w Iraku czy Syrii.

Bywa, że mniejszości potrafią lepiej się zorganizować, częściej kształcą swoje dzieci, nierzadko są to ludzie majętni. Chrześcijanie w Syrii czy Iraku byli lekarzami, aptekarzami, prawnikami.

Pamiętamy Tarika Aziza, wicepremiera, szefa irackiej dyplomacji za czasów Saddama Husajna w Iraku, chrześcijanina. To była jedna z twarzy reżimu, mówiono, że ta łagodna, ale on był jednak częścią systemu, tak jak zresztą byli nią chrześcijanie. Musieli nią być, żeby przetrwać, nie wiem, czy mieli inne wyjście. I do tej pory wielu z nich uważa, że prawowitą władzę w Syrii sprawuje Asad, mimo że 80–85 % wszystkich ofiar wojny, tych 250 tys. zabitych, to ofiary Asada. Przecież to nie Państwo Islamskie ich zabiło, tylko reżim Asada. Na tym polega cała komplikacja tej historii, że nic nie jest proste i oczywiste, i jeśli wygadujemy czasem różne mądre i mniej mądre opinie na temat tego, co się dzieje na Bliskim Wschodzie, to warto prześledzić fakty.

 

No właśnie, tymczasem mamy kryzys uchodźczy, coraz więcej ludzi z Bliskiego Wschodu dobija się do wrót Europy.

Trzeba pamiętać, że nie tylko chrześcijanie się dobijają, ale po prostu wszyscy uchodźcy z tego regionu, uchodźcy wojenni. Chrześcijanie nie mają najgorzej, bo w dużym stopniu znajdują się w kręgu pomocy kościelnej. Gdy byłem w Erbilu, stolicy irackiego Kurdystanu, poprosiłem swojego przewodnika, żeby zabrał mnie do obozów. Na co on odpowiedział, że możemy tam iść, ale nie znajdę w nich chrześcijan, bo mieszkają w mieście. Pomogły im kościoły, stawiając szereg kontenerów w miejscu, gdzie co prawda warunki są fatalne, ale przynajmniej otoczeni są opieką i troską. Tymczasem takimi jazydami nikt się nie zajmuje, poza Kurdami. Zresztą Kurdowie okazują wspaniałą postawę w czasie tej wojny, zarówno w sensie humanitarnym, jak i militarnym – to przecież głównie oni walczą w terenie z ISIS. Jazydzi nie mają szans nie tylko na emigrację, ale nawet na to, by trafić do normalnego obozu, bo nie ma w nich miejsc. Za to chrześcijanie są w stanie zapłacić 5–10 tys. euro za przerzut albo dzięki rodzinom w Europie zahaczyć o siatkę pomocy. Są oczywiście również tacy, którzy przybyli do Europy na tych nieszczęsnych pontonach, o czym również piszę.

 

Co te fale uchodźców oznaczają dla Europy i dla świata?

Jeden z moich rozmówców powiedział, że polityka Unii Europejskiej jest przedłużeniem tego co robi ISIS. „Państwo Islamskie wyrzuca nas z naszych domów, a Unia Europejska wręcza nam nowe paszporty” – tak brzmiało to zdanie. I za chwilę okaże się, że w miejscu, w którym rodziło się chrześcijaństwo, ale też przez lata istniał normalny, umiarkowany islam, będziemy mieli nową wersję Arabii Saudyjskiej, czyli puste połacie terenu z enklawami rządzonymi przez bandytów i kontrolowanymi z zewnątrz przez obce siły militarne. W tamtych miejscach nie będzie już normalnego życia, normalnych ludzi.

 

Nie będzie też historycznych świadectw obecności religii.

Oczywiście. Zabytki historyczne i religijne będą rozkradane lub niszczone, co już się stało w Palmirze czy Mosulu. Pytanie, w jaki sposób sobie z tym radzić i jak wspomóc ludzi na Bliskim Wschodzie. Mam wrażenie, że w Europie cała debata na ten temat coraz mniej dotyczy ofiar wojny. My rozmawiamy o sobie, jacy to my jesteśmy szlachetni, kiedy pomagamy, albo podli, kiedy pomocy odmawiamy. W całej tej dyskusji, zwłaszcza jeśli chodzi o Polskę, nie słyszałem, byśmy rozmawiali o tamtych ludziach, potrafili im współczuć, zrozumieć, o co im chodzi, co nimi powoduje, jakie są ich realne problemy i czego chcą. Czy naprawdę myślimy, że marzeniem lekarza albo prawnika z Mosulu jest znalezienie się w obozie w Niemczech albo w Polsce i życie z zapomogi? A skoro nie to jest jego marzeniem, tylko powrót do domu, to może na tym powinny koncentrować się nasze próby pomocy?

Tymczasem my patrzymy, jacy wspaniałomyślni są Niemcy, bo rozdają kanapki uchodźcom na dworcach, i uważamy, że też powinniśmy być tacy dobrzy i wspaniali. Nie ma rozmowy o tym, jak zachować ich świat, jak pomóc im tam zostać, jak wykazać empatię wobec tego, kim oni są i czego potrzebują.

 

Dyskusja krąży raczej wokół tego, że przyjmujemy potencjalnych terrorystów i krwiopijców.

I dlatego za chwilę okaże się, że w Szwecji wybory wygrają Szwedzcy Demokraci, czyli partia radykalnie prawicowa, we Francji już wzrosły szanse Marine Le Pen na prezydenturę za dwa lata, tymczasem będziemy mieli milion ludzi lub więcej, którzy tu przyjadą. Oczywiście pojawiają się skrajne opinie, wrogość wobec ofiar wojny, zaczyna się utożsamianie uchodźców z terrorystami, mówi się też, że chcą nas tylko finansowo wykorzystać. To są niemądre postawy.

Równie niemądre jest sugerowanie, byśmy np. przyjmowali wyłącznie chrześcijan. Tak mówią ludzie, którzy nie mają pojęcia, o kogo chodzi. Jeśli ktoś nie potrafi przyjąć muzułmanina, to nie zaakceptuje również Kopta, bo Koptom kulturowo z pewnością bliżej do islamu niż do rzymskiego katolicyzmu. Podobnie jest z wyznawcami Syriackiego Kościoła Ortodoksyjnego i innych odłamów wschodniochrześcijańskich. Oni w historii cierpieli prześladowania zarówno z rąk muzułmanów, jak i – często większe – z Bizancjum i Rzymu. A dziś na pewno lepiej rozumieją swoich islamskich sąsiadów niż zlaicyzowanych Europejczyków.

Mnie martwi to, że za parę lat ten milion ludzi, który przyjedzie na zaproszenie Merkel, oczekując, że Europa da im szansę na lepsze życie, zmieni się w armię sfrustrowanych bezrobotnych, którzy siedzą w obozach albo podmiejskich gettach. To będą bardzo zdenerwowani, zdesperowani ludzie. I będą mieli powody, bo ani nie zintegrują się w Europie, ani nie będą mieli dokąd wrócić. Nie zrobiliśmy dotąd nic, żeby zatrzymać ich na Bliskim Wschodzie i stworzyć im warunki do życia, a u nas dostaną szansę na wegetację. To im się nie spodoba, a my zaczniemy się zastanawiać, dlaczego są tacy niewdzięczni – przecież ich przyjęliśmy.

Praktyka pokazuje, że istnieją dwie drogi integracji imigrantów: przez edukację i przez pracę. Obie te rzeczy nie działają w Europie.

Nie wiem, jakie jest założenie europejskich polityków. Że ludzie, którzy byli biznesmenami, prawnikami, lekarzami i stracili dorobek życia, zgodzą się na wegetację na marginesie społeczeństwa? Pomijam już to, że w Polsce w ogóle nie ma mechanizmów integracji takich ludzi ze społeczeństwem, i to, że oni i tak tu nie chcą przyjechać, nawet nie wiedzą, gdzie leży Polska. Chcą dostać się do Niemiec i Szwecji, bo wierzą, że tam jest dla nich jakaś perspektywa i tam są ich rodziny.

 

Można powiedzieć, że na naszych oczach na Bliskim Wschodzie znika kolebka cywilizacji chrześcijańskiej.

Znikały już cywilizacje i ludy i to się teraz dzieje z chrześcijanami na ogromnych połaciach Bliskiego Wschodu. W Izraelu przetrwają, Liban jest miejscem bardzo wrażliwym na ruchy polityczne i trudno przewidzieć, co się tam wydarzy. W Egipcie silną ręką rządzi prezydent as-Sisi, więc chrześcijanie są tam w miarę bezpieczni, ale ceną za to jest zamordyzm reżimu, przy którym to, co robił Mubarak, wydaje się polityką umiarkowaną. Teraz dziesiątki tysięcy ludzi siedzą w egipskich więzieniach, a każda próba podniesienia głowy kończy się tej głowy urwaniem. To są skutki tego, co my wszyscy traktowaliśmy z nadzieją, czyli arabskiej wiosny, a przedtem interwencji w Iraku.

 

Chrześcijanie na Bliskim Wschodzie wierzą w cuda, ale cud się chyba nie zdarzy, jeśli chodzi o przyszłość ich cywilizacji, kultury, religii.

Wielu z tych ludzi, nie tylko duchownych, zadaje mi pytanie: a na co niby mamy liczyć, jeśli nie na cud? Czy na to, że np. Izrael wycofa się z Zachodniego Brzegu albo że Państwo Islamskie będzie mniej radykalne? Na to nie ma co liczyć. Dlatego szukają ratunku w tym, co znają, w modlitwie, w nadziei, że nastąpi jakaś interwencja boska, w naszym rozumieniu nazywana cudem, choć my w cuda nie wierzymy.

 

Czytając Pana książkę, dochodzi się do momentu, w którym wyraźnie pisze Pan, że kształt dzisiejszej wiary chrześcijańskiej powstał w wyniku wielu przypadków i zbiegów okoliczności. Myślę, że wiele osób nie zdaje sobie z tego sprawy.

Historia jest dziś niemodna. Została zmarginalizowana do tego stopnia, że liczy się tylko tu i teraz, tylko to, co warto zapisać na Facebooku; ewentualnie można nagrać śmieszny filmik i wypuścić na YouTube, wszystko trwa 15 sekund i jedziemy dalej. A przecież wyrastamy z jakichś korzeni. I dlatego historia jest w mojej książce ważna. Na Bliskim Wschodzie wszystko jest zanurzone w historii. To jest rzecz pierwsza. Poza tym oczywiście ci, którzy wierzą w Ducha Świętego, powiedzą, że historia Kościoła musiała się potoczyć tak, jak się potoczyła, ale przecież wcale nie musiało tak być. Koptowie powiedzą, że to oni są prawdziwym Kościołem i że to Kościół rzymski odłączył się od nich. Pomijam cały zestaw różnych sekt i wierzeń gnostyckich, które pojawiły się w czasach pierwszych chrześcijan, bo przecież na samo chrześcijaństwo można spojrzeć jak na oderwaną od judaizmu sektę, której liderzy zdecydowali, że otworzą się na Greków. W książce wspominam o różnicy zdań między Jakubem, bratem Jezusa, a Pawłem na temat tego, w którą stronę powinno rozwijać się chrześcijaństwo. Paweł poszedł do Greków, i to on został prawdziwym twórcą Kościoła i otworzył świat pogan na nową wiarę w Jezusa. My dziś myślimy, że tak zawsze było, ale na początku wszystko było możliwe. Jakub mógł wygrać z Pawłem, gnostycy, zamiast się dzielić, mogli się sprzymierzyć, zbudować jakąś atrakcyjną propozycję teologiczną i wchłonąć zbory chrześcijańskie. Stało się inaczej. To był pewien proces, który ciągle trwa.

 

Co ta podróż zmieniła w Panu, jeśli chodzi o spojrzenie na świat, na reguły, jakie nim, nami rządzą?

Po raz kolejny przekonałem się, że żyjemy w nieprawdopodobnie skomplikowanym świecie i zrozumienie tych komplikacji często wykracza poza nasze możliwości. Nie jestem pesymistą, nie wydaje mi się, że zmierzamy ku katastrofie. Jak pokazuje historia, ludzie często wieszczyli koniec świata, kryzys demograficzny, wyczerpanie surowców, a teraz – zmiany klimatyczne, które nas mają zabić, ale zwykle niedoszacowany jest jeden czynnik: zmyślność człowieka, jego umiejętności adaptacji, szybkiego dostosowywania się do zmieniających się warunków. Ta podróż pokazała mi także, jak trudno będzie nam wyplątać się z tego błędnego koła zwanego kryzysem bliskowschodnim, kryzysem uchodźców, wojną w Syrii. Przeraża mnie, że żyjemy na kontynencie, który jest pozbawiony tożsamości, zakorzenienia, a jedyne, co nas łączy w tej chwili, to chęć wygodnego życia. To jest chyba najbardziej dla mnie obezwładniające: myśl, że oto właśnie nam cały czas chodziło, żeby wygodnie żyć. Pewnie w takiej aspiracji nie ma nic złego, tylko czy naprawdę wyłącznie tym, co nas łączy, jest pragnienie, by więcej kupować i wydawać?

 

Zarówno podróż, jak i książkę zaczyna Pan w Szwecji, kończy w Izraelu. Ma Pan poczucie przebycia długiej i trudnej drogi? Pytam, bo pod koniec składa Pan podziękowania Bogu za to, że udało się ją ukończyć.

Nie wiedziałem, jak mi się to wszystko ułoży. To, że na sam koniec znalazłem się w Izraelu, w Bazylice Grobu Pańskiego, nazywanej przez Greków Bazyliką Zmartwychwstania – to pewnie jest dobre zakończenie. Nie jestem podróżnikiem XIX-wiecznym, który ma ten komfort, że podróżuje przez kilka lat i potem pisze książkę życia. Moje podróże trwały 10–14 dni, w czasie których często miałem jedną jedyną szansę na rozmowę z kimś, na kim mi zależało. Wymagało to ogromnej koncentracji i wysiłku fizycznego oraz psychicznego. Ale jestem wdzięczny wszystkim, których spotkałem po drodze. Mam niezwykłe szczęście, że nadal trafiam na ludzi otwartych, gotowych do opowiadania swoich historii.

 

_

Dariusz Rosiak – dziennikarz radiowy i prasowy. W Polskim Radiu Trójka prowadzi program Raport o stanie świata, współpracuje z redakcją publicystyki międzynarodowej Polskiego Radia. Przez wiele lat publikował w dodatku „Plus Minus” dziennika „Rzeczpospolita”, dziś jest wolnym strzelcem. Opublikował m.in.: Żar. Oddech Afryki, Wielką odmowę. Agent, filozof, antykomunista oraz Ziarno i krew. Śladami bliskowschodnich chrześcijan.

 
 

Dołącz do nas!

Prenumeratorzy zyskują więcej.

Zobacz ofertę!

Prenumerata