fot. Włodzimierz Wasyluk/East News
Magdalena Kicińska listopad 2018

Taka

Teresa Torańska mówiła: „Piszę o tym, co samej sobie chcę wyjaśnić, sama dla siebie ogarnąć”.

Artykuł z numeru

Polskie Mistrzynie

Polskie Mistrzynie

Płaszcz był pstrokaty. Rudy, w żółte i czerwone łaty. A może żółte, czerwone i niebieskie? I nie płaszcz, ale kożuch chyba. Chociaż to był styczeń, deszcz mocno zacinał – nie, śnieg. Omijała kałuże, skacząc nad nimi jak mała dziewczynka. Przy barze zamówiła mocną kawę. Bezpośrednia, zwracała się do nas, studentów Polskiej Szkoły Reportażu, na „ty”, wchodząc w rozmowie od razu do dużego pokoju.

Kilka dni wcześniej „Gazeta Wyborcza” opublikowała jej rozmowę z Jerzym Bahrem, który w kwietniu 2010 r. pełnił funkcję ambasadora Polski w Rosji. Tamtego zimowego dnia opowiadała o układaniu sobie tego wywiadu w głowie. O montażu, dramaturgii („Niezbędna!”). „O, tu musi być pauza, tu, widzicie, trochę za bardzo ciąży, trzeba przełamać pytaniem”. „Widzisz?” – zwróciła się wprost do dziewczyny w ostatnim rzędzie. Słuchała odpowiedzi, którą ta dukała cicho. „O, a na to bym nie wpadła, dziękuję”.

To od tej, zatytułowanej Startujemy, zaczęła się seria jej rozmów smoleńskich. Miała stworzyć z nich opowieść o katastrofie, ale przede wszystkim o współczesnej Polsce, równie ważną, ważniejszą może od Onych.

Nie zdążyła. Zmarła dwa lata później, w styczniu 2013 r. Smoleńsk, ostatnią książkę, nad którą pracowała, złożono już bez niej. Posłowie napisała reporterka Lidia Ostałowska, zmarła w styczniu, pięć lat po Torańskiej.

*

Notatki z tamtego spotkania sprzed lat trochę wyblakły. Kartka wygląda jak karbowana bibuła, to po tuszu żółtego flamastra, którym zakreślałam najważniejsze zdania (zaznaczony jest wers po wersie). Nie chciała nam wtedy radzić, mówiła tylko o swojej pracy. Konkrety zamiast wodolejstwa i teorii.

Najważniejsze, podkreślała to kilka razy: mieć przed spotkaniem przemyślane pytania, ale nie przygotowany zestaw tez. A przed nimi ciekawość. Warsztatu można się nauczyć, trzeba nad nim pracować, ale bez ciekawości drugiego człowieka, bez tego głodu, który pcha na zewnątrz, na spotkanie, naprzeciw, nic z tego, mówiła, nie będzie.

Zaglądam do notatek:

„Piszę o tym, co samej sobie chcę wyjaśnić, sama dla siebie ogarnąć”.

„Detal, trzeba mieć do niego oko. Bez detalu nie namaluje się sceny, a bez scen nie będzie dramaturgii”.

„Wszystko zawsze trzeba dokładnie sprawdzić”. Niby oczywistość, dla reporterów pierwsze przykazanie, ale powtarzała je nam wielokrotnie. Ze stanowczością i bez pozostawienia najmniejszych wątpliwości, jak bardzo ważna jest dla niej rzetelność i wierność tej podstawowej zasadzie.

„Nie ma pytania, którego nie można zadać. Tyle że niektóre: jedynie po cichu. Bo to tak jak w małżeństwie – to, co wykrzyczane, zawiśnie już na zawsze między dwojgiem ludzi. Nie można tego cofnąć, a i zapomnieć się raczej nie da. Kiedy jest najtrudniej, kiedy się dotyka jakiejś tajemnicy, bólu, cudzego wstydu, zmieniajcie tych pytań ton”.

„Nie przychodzę z zestawem pytań, które muszą paść. Ale zawsze mam plan: przede wszystkim chcę poznać człowieka, który przede mną siedzi. Oczywiście dużo o nim wcześniej czytam, zbieram »wywiad środowiskowy«, nie wyobrażam sobie przyjść nieprzygotowana. Po to, żeby nie dać się wyprowadzić w pole. Ale i tak wolę to wszystko usłyszeć od rozmówcy. Prawda o nim i jego prawda o sobie samym – to mnie szalenie interesuje! Gdzie one się pokrywają, a co się rozchodzi i w jakim punkcie? Czego mi o sobie nie mówi?”

*

Może to dopytywanie samej siebie, swego rodzaju intuicja – do wyboru rozmówcy, a potem do wyboru osi, wokół której zbuduje w rozmowie jego portret – sprawiają, że czyta się te teksty jak reportaże rozpisane na głosy. Sama zresztą traktowała tekst jak zapis melodii. Rozmowa staje się portretem, rozmówca – bohaterem, a forma to u Torańskiej rygor, szkielet, do którego przyczepia wątki, balansując przy tym między empatią wobec człowieka i jego życia (oraz wyborów i motywacji) a bezwzględnością w służbie faktom. Przy czym bezwzględności tej nie można stawiać jako zarzutu, nie znaczy ona tu bowiem okrucieństwa, lecz jedynie (i aż!) surowość narzuconą sobie jako strażniczce-akuszerce raportowania o tym, co się wydarzyło. Prawda jako zbiór faktów nie musi tu być – i w rozmowach Torańskiej bardzo często nie jest – w sprzeczności z prawdą bohatera, subiektywnym zapisem tego, co mu się wydarzyło, czego był świadkiem i uczestnikiem w jego własnej pamięci i emocjach. Dowodem zresztą na współgranie obu tych – trzymając się terminologii muzycznej – ścieżek są autoryzacje. Nie broniła się przed nimi, a rozmówcy podkreślali potem, że choć na etapie montażu zmieniała się nierzadko kolejność wypowiadanych kwestii, to nie uległa zaciemnieniu ani manipulacji ich intencja. Odnajdywali siebie w zapisach tych rozmów.

I to również dzięki takiemu rozumieniu swojej roli dziennikarskiej i pojmowaniu struktury tekstu jako złożonego mechanizmu, który należy od podszewki poznać i misternie konstruować, udawało jej się, zamykając emocje w formie, uciec od rozchwiania i przytłoczenia tekstu jestestwem autorki, właściwym (lub przynajmniej bardzo powszechnym) w publicystyce i szerzej – we współczesnym dziennikarstwie w ogóle. Na fundament rzetelności dziennikarskiej: oddzielenia informacji od opinii, wtedy kiedy Torańska zaczynała pisać, na początku lat 80., ograniczenia nakładał niedemokratyczny system polityczny Polski Ludowej. Po 1989 r. wraz z wolnością słowa i środków przekazu pojawiły się jednak innego rodzaju wyzwania, takie jak np. coraz większe przechylenie mediów w stronę rozrywki (wraz z ewolucją dziennikarzy-informatorów, prezenterów, reporterów w celebrytów) miast pogłębionych analiz. Ponadto: komercjalizacja skutkująca pogorszeniem jakości przekazu, cięcia w budżetach redakcyjnych, cyfryzacja i jej następstwa dla rynków medialnych czy wreszcie postępujący deficyt zaufania do mediów i dziennikarzy. Nie ma odbicia tych procesów w jej tekstach (czy raczej: jej pisarstwie non fiction). Chronił ją może właśnie narzucony sobie samej reżim warsztatu.

Ostatnie lata życia Torańskiej to też jeszcze większy podział społeczeństwa na dwa, okopane na swoich pozycjach, obozy i służące im media, określane niekiedy jako „tożsamościowe”, tj. takie, które za swój cel nie stawiają informowania, ale pogłębianie tożsamości odbierającej je grupie społecznej. Taki przekaz wychodzi naprzeciw ich oczekiwaniom, sądom o rzeczywistości, wzmacnia i tak silne poczucie więzi wewnątrz owej grupy, antagonizując ją zarazem z tymi wszystkimi, którzy tych poglądów i postaw nie podzielają. Tak rozumiane media nie są przekaźnikiem informacji i treści, które pomagają zrozumieć całokształt społecznych przemian, ich naturę, emocje społeczne. Nie inspirują do trudnych, ale – w długim okresie – ważnych i niezbędnych dla dialogu społecznego i ładu we wspólnocie politycznej rozumianej jako całość, zbiór różnych, lecz koegzystujących w porozumieniu grup, pytań i rozważań. Nie podważają granicy owych podziałów.

*

Żeby to zrobić, trzeba z rzeczywistą ciekawością tę granicę rozpoznać i odważyć się – często nie wobec „tamtych”, lecz wbrew grupie, z którą się identyfikuje – ją przekroczyć. Spojrzeć na człowieka, z którym – naprawdę lub w wyobrażeniu – nie ma się wiele wspólnego, jak na takiego samego. Nie demonizować, tylko zadać pytania, te najprostsze, jak: „dlaczego?”.

Torańska, czerpiąc ze swojej ciekawości, to właśnie robiła. Kiedy w czasie pierwszej Solidarności i potem w stanie wojennym nie mogła pracować, zaczęła chodzić do prominentnych niegdyś dygnitarzy i twórców komunistycznego ładu – i pytać. Przekonana, że oto, wraz z dekretem z 12 grudnia 1981 r. kończy się czas ich wielkiego projektu, totalnej wizji rzeczywistości. Niekiedy idei, której poświęcili życie. Chciała wiedzieć – mówiła o tym w wywiadzie rzece udzielonym Małgorzacie Purzyńskiej – „jak się czuje człowiek, kiedy zawala mu się cały system wartości, wszystko, w co wierzył?”.

Po Onych przyszedł czas na przyjrzenie się sobie („nasza strona”, „my” – język ten sam co i dzisiaj). Dowiedziawszy się, jak na człowieka wpływa władza, kiedy ją dzierży (i potem, gdy ją utracił), przygląda się tym, którzy najpierw byli jej poddani, a potem w wyniku transformacji stali się jej wykonawcami. Wtedy podział wydawał się prosty, bo świeżo odzyskana wolność wymagała klarownych dystynkcji. Szybko jednak okazało się, że ci, którzy przyszli po „onych”, mieli dla transformującej się Polski różne odpowiedzi, a solidarność, choć nadal przywoływana, stała się w dużej mierze rekwizytem, a nie wartością, kluczową wskazówką projektowania rzeczywistości. Już w 2012 r., we wstępie do drugiego wydania My, pisała: „Nasze społeczeństwo jest chore, MY jesteśmy chorzy. Polska jest chora. MY nawet staliśmy się do ONYCH podobni. MY broniliśmy się przed ONYMI, ale do końca się nie obroniliśmy. Od nich przejęliśmy formy uprawiania polityki, definiowania, czym jest polityka, sposoby traktowania społeczeństwa. MY przejęliśmy od ONYCH zajadłość w dochodzeniu swego, łatwość w nienawidzeniu niedawnych przyjaciół i sojuszników. Niczym nieuzasadnioną wiarę, że wyłącznie MY mamy patent na rację, mądrość, uczciwość, i jeśli ktokolwiek tego nie rozumie, to nie warto mu tłumaczyć, bo głupi i nie dorósł do demokracji. ONI zarazili nas podejrzliwością i potrzebą szukania wszędzie wroga (…). Od ONYCH przejęliśmy przeświadczenie, że obraz świata malowany jest w dwóch tylko kolorach. NAS jako przeciwieństwo ONYCH już nie ma. Pozostaje pytanie, kim jako społeczeństwo jesteśmy”. Gdyby poszczególne zdania rozdzielić, można byłoby nimi – dowolnie wybierając – ilustrować kolejne odsłony polsko-polskiej wojny toczącej się przez kolejne kadencje do dziś (kiedy za podobne słowa mogłaby usłyszeć zarzut symetryzmu, kolejnego pojęcia odklejonego od pierwotnego znaczenia, symetria znaczy przecież nie relatywizację, ale równowagę).

*

Kolejne lata pracy Teresy Torańskiej to, ujmując ogólnie, dwa główne dziennikarskie posłannictwa. Realizacja pierwszego jest w zasadzie kontynuacją wcześniej wytyczonej drogi: współtowarzyszenie i śledzenie procesów politycznych oraz ich głównych aktorów. Drugie: dokumentowanie losów ludzi szczególnie dotkniętych przez następstwa procesów historycznych (choćby w Byli, gdzie znów rozmawia z twórcami i realizatorami władzy w PRL, czy Jesteśmy. Rozstania ’68) i gromadzenie opowieści o doświadczeniu tych, którzy poprzez osobiste przeżycia – siłą autorytetu i / lub refleksji wyniesionej na metapoziom – są w stanie przekazać coś ważnego innym (wywiady zebrane w Są. Rozmowy o dobrych uczuciach czy Śmierć spóźnia się o minutę).

Gdzieś pomiędzy tymi dwoma głównymi nurtami jej działalności zawiesić można drugi wydany pośmiertnie tom – Dalej. To wywiady z ludźmi, którzy wypełniali słownik pojęć potrzebnych do opisu współczesnej historii Polski, coraz rzadziej pojawiających się w sferze publicznej (a jeśli – to ze zmienionymi, wykoślawionymi desygnatami).

Przeplatane są one transkrypcjami odcinków programu telewizyjnego (bo i takie Torańska prowadziła) pt. Sąd nad…, których była współtwórczynią. Program miał charakter debaty nad wybranym przez nią problemem, który w tamtym momencie polaryzował opinię społeczną. Zapraszano doń przedstawicieli opowiadających się po każdej ze stron, a o swego rodzaju didaskalium-komentarz proszono Halinę Bortnowską oraz profesorów: Hannę Świdę-Ziembę i Krzysztofa Kicińskiego. Kwestie, o których rozmawiano, nie tylko miały najwyższy wymiar aksjologiczny (jak prawo do przerywania ciąży), ale zahaczały też o coraz wyraźniej rysujące się od lat 90. kwestie socjalne (dla których pretekstem stał się spór o wyprawianie balu maturalnego w luksusowym hotelu). Program ten, niekojarzony dziś wyraźnie – a szkoda – z Torańską i pomijany, gdy mówi się o jej najważniejszych dokonaniach dziennikarskich, w bardzo wyraźny sposób daje odpowiedź na pytanie o zasady, jakimi kierowała się w swojej pracy, a jego formuła – o dziennikarskie credo. Pytania prowadziły do ujawnienia motywacji obu stron, „panel ekspercki” – do osadzenia ich w szerszym kontekście, nadania dystansu, chłodnego, analitycznego komentarza. Takich formuł brakuje dziś w telewizji, która, decydując się na konfrontowanie postaw, skupia się raczej na ich wyostrzeniu, a nie na pogłębieniu spojrzenia na dany problem. Dlatego warto, wspominając Torańską i to, co było dla niej w dziennikarstwie istotne, wśród wielu jej tekstów, wywiadów pisanych i telewizyjnych pamiętać także o Sądach….

*

Bo poszukiwała, nie zadowalając się pierwszymi, powierzchownymi odpowiedziami, do końca. Kulminacji wielkiego podzielenia, które obserwowała od 1989 r., nie upatrywała w tym, co w 2010 r. stało się pod Smoleńskiem. Rozumiała kolejne wydarzenia, następstwa katastrofy jako jego ciąg dalszy. Żałoba nie mogła połączyć tych, którzy weszli w nią już tak odmienni. Zgoda nie zapanuje między tymi, którzy to, co stało się nad rosyjską ziemią, nazywają „tragicznym wypadkiem lotniczym”, a tymi, którzy mówią o „zamachu”.

Wieczorem 10 kwietnia Torańska, razem z mężem Leszkiem Sankowskim, odwiedziła znajomych. Wcześniej byli na Krakowskim Przedmieściu, przed Pałacem Prezydenckim. Torańska słuchała, o czym rozmawiają ludzie, zadawała im pytania. „Chyba tylko Teresa była skłonna widzieć w katastrofie zdarzenie o większej skali, zapalnik następnych polskich sporów. We wspólną żałobę nie wierzyła. Już po śmierci papieża uznała, że podziały są trwałe, mają głębokie źródła mentalne, kulturowe, historyczne i socjologiczne. Jeśli odejście Jana Pawła II – wielki wstrząs – nie złagodziło napięć między Polakami, to katastrofa tym bardziej, raczej rozpali namiętności” – mówił Sankowski Lidii Ostałowskiej do jej posłowia w Smoleńsku. Wtórował mu Paweł Szwed, redaktor naczelny Wielkiej Litery, który wydawał książki Torańskiej: „Mówiła: zobaczysz, że z tego wyjdą straszne rzeczy. Zobaczysz, co się zaraz zacznie”. To nie miała być książka jedynie – mówił Szwed – „o konsekwencjach upadku samolotu, ale o istocie polskości”.

Trudno ją w tym kontekście w pełni rozpatrywać, bo Smoleńsk wydany i ten w zamyśle autorki to, siłą rzeczy, dwie różne książki.

*

I może właśnie to niedokończone, ostatnie dzieło najbardziej pokazuje zmysł analityczny i intuicję Torańskiej. I dlatego czytanie tej książki, zafastrygowanej, nie takiej, jaką mogłaby być, gdyby autorka skończyła ją sama (miała nie być jedynie zbiorem rozmów, Torańska planowała wpleść je, inaczej niż zazwyczaj, w odautorską narrację), wzmaga uczucie tęsknoty za takim (analitycznym, pogłębionym, ale i niepokornym – w pierwotnym, a nie dzisiejszym, publicystycznym rozumieniu) dziennikarstwem i taką (przygotowaną merytorycznie, zadziorną, nienachalnie zaznaczającą w tekście swoją obecność, empatyczną i przyznającą również sobie prawo do tego, by czasem nie wiedzieć, nie umieć rozstrzygnąć) dziennikarką. „Brakuje Teresy. Nie ma komu wypełnić luki” – zdawała się wzdychać w przedmowie do Dalej Halina Bortnowska i nie jest w tym poczuciu braku odosobniona.

Zaglądam jeszcze raz do notatek sprzed siedmiu lat. Wśród nich jest zdanie podkreślone tak mocno, że długopis w jednym miejscu przebił kartkę: „Nie jestem ani od potępiania, ani od rozgrzeszania, przyszłam posłuchać”.

Kup numer