Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 3/2002 (562)
LAMENT NAD WITKACYM
 

Małgorzata Szpakowska



   Zawsze coś z nim było nie tak. Jego dzieje można przedstawić jako ciąg nieporozumień: ideowych, artystycznych, politycznych. Do chrztu trzymał go Sabała, na tym jednak skończyły się jego stosunki z ludem; o demokracji wyrażał się do końca jak najgorzej. Za młodu chciał być artystą życia, lecz przeholował: sam znalazł się na skraju kryzysu nerwowego, a narzeczoną doprowadził do samobójstwa. W 1914 roku popłynął z Bronisławem Malinowskim na wyspy Archipelagu Trobriandzkiego, gdzie miał portretować krajowców; ale dobiwszy do Australii, natychmiast zawrócił, by wziąć udział w wojnie światowej.
   I wziął - po stronie rosyjskiej; on, potomek zesłańców, kuzyn Piłsudskiego i syn zawołanego piłsudczyka. Gdzieś na Pacyfiku mogły się spotkać dwa listy. Ojca do syna, z września 1914: "Strzelcy Ziuka wkraczając do Królestwa dali hasło i nagle nastąpiło takie obudzenie się narodowego ducha, że nikt by nie poznał tego narodu, który - zdawałoby się - jest ostatecznie sparaliżowany przez strach. Jakikolwiek będzie dalszy los wojny, to najważniejsze dla nas zwycięstwo odnieśliśmy - żyjemy!" I samego Stanisława Ignacego do Malinowskiego, już z Petersburga: "Garstka Strzelców, walcząca o kawałek Galicji razem z Niemcami, jest rzeczą tragiczną i potworną. Honor żołnierski, który ich trzyma przy Austrii i każe walczyć z Niemcami, tak piękny w innych warunkach, jest w tym wypadku czymś okropnym". Więc aby z tą potwornością i okropnością walczyć, Witkiewicz-indywidualista, samotnik i przeciwnik wszelkiego uspołecznienia, pojechał do Petersburga i tam wdepnął w sam środek rewolucji rosyjskiej.
   Potem też nie było lepiej. W Drugiej Rzeczypospolitej głosił radykalną doktrynę supremacji Czystej Formy w sztuce, lecz utrzymywał się z malowania portretów na zamówienie, a jako artysta - tak uważał na przykład Bolesław Miciński - był "typowym treściowcem-ekspresjonistą". Co więcej, z powodu teorii Czystej Formy został bohaterem absurdalnej polemiki, jaką Irzykowski zawarł w Walce o treść, zarzucając mu programowy "bezsens" i ucieczkę od rzeczywistości. Jako teoretyk sztuki czuł się więc nie bez racji niezrozumiany, tym mniej jako historiozof i filozof. Myślicielem był niewątpliwie oryginalnym, lecz swoje idee z pogranicza metafizyki i antropologii spisywał, nie wiedzieć czemu, szyfrem naśladującym instrumentarium logiki formalnej. Skarżył się na brak zrozumienia, ale nie ułatwiał życia odbiorcom: zaperzał się w polemikach, był absurdalnie drażliwy i każdą replikę uznawał za napaść do natychmiastowego odparcia. Miał skłonność do niekonwencjonalnych zachowań, które w opinii obserwatorów podważały powagę jego diagnoz historiozoficznych; zgrywał się, zamieniał życie w teatr, a potem był zaskoczony, że się go uważa za kabotyna. Znowu Miciński: "Jego skłonność do ťepatowaniaŤ zrażała ludzi poważnych i życzliwych, wzbudzając płaskie zainteresowanie ciekawskich półinteligentów. Trzeba będzie długich lat, aby wygasła żyjąca dziś legenda, związana z jego postacią, i wtedy dopiero będzie można odnaleźć prawdziwą wartość jego dzieła".
   Miciński pisał to w 1941 lub 1942 roku, już po samobójczej śmierci Witkiewicza we wrześniu 1939. Miał rację, a lat rzeczywiście trzeba było długich. Zresztą i po tych latach nieporozumienia nie wygasły. Plotka towarzyska przetrwała okres wymuszonej niepamięci w czasach stalinowskich i odżyła, gdy tylko Witkacy wrócił do oficjalnego obiegu. Straszyła w księdze pamiątkowej Stanisław Ignacy Witkiewicz. Człowiek i dzieło z 1957 roku, pobrzmiewała z każdą wystawą, z każdym spektaklem i z każdym wydanym tomem. A prawdziwą falą wezbrała w roku 1985, światowym Roku Witkiewiczowskim, którym pod patronatem UNESCO czczono setną rocznicę urodzin artysty.
   Był to rok pamiętny zwłaszcza przez pandemonium, które rozpętało się w gazetach: dziennikarze z całej Polski, z dnia na dzień zmuszeni napisać "coś o Witkacym", bez końca powtarzali te same androny o skandalizującym artyście-nieudaczniku, o malarzu-narkomanie w szponach nałogu i o autorze dzieł będących oczywistą drwiną z odbiorcy. A przede wszystkim o jegomościu, który kiedyś w restauracji zapakował do portfela sznycel cielęcy; ta zwłaszcza anegdota zrobiła oszałamiającą karierę. Żarliwość i niekompetencja ożywiły legendę biograficzną, na której wygaśnięcie liczył ongiś Miciński; zamiast uhonorować pisarza wydaniem dzieł zebranych (do dziś nieukończonym), uczyniono go bohaterem pop-kultury. I zatopiono w morzu tandety: za symbol tego jubileuszu można uznać sprzedawane wówczas kartki pocztowe, ozdobione okolicznościowym stemplem; dla oszczędności wykorzystano pocztówki wydane na stulecie śmierci Cypriana Norwida, a na stemplu z napisem ku czci Witkiewicza grafik przez pomyłkę uwiecznił twarz Tadeusza Langiera.
   Nie był to jednak szczyt absurdu; ten nastąpić miał trzy lata później. W kwietniu 1988 roku, z inicjatywy ówczesnego Ministerstwa Kultury i Sztuki, dokonano przeniesienia szczątków Witkiewicza z cmentarza w Jeziorach na Wołyniu do grobu rodzinnego w Zakopanem. Jak plotkowano już wówczas i jak się potem potwierdziło, w wyniku pośpiesznej i niestarannej identyfikacji na Pęksowym Brzyzku u boku matki, Marii Witkiewiczowej, spoczął ostatecznie ktoś inny. Całkiem niepotrzebnie naruszono spoczynek wielu zmarłych. Wygląda więc na to, że nawet po śmierci Witkacy zachował zdolność do zaskakiwania i wywoływania skandalu.
   Z pośmiertną recepcją jego twórczości też działy się rzeczy dziwne. Funkcjonował jako klasyk - zapewne, lecz zawsze jakby z nieprawego łoża. Trochę sam był sobie winien; zakres jego twórczości - malarskiej, literackiej, teatralnej, teoretycznej, filozoficznej - wymyka się łatwo badaczom specjalistom, a proteuszowy jej charakter umożliwia całkiem rozbieżne interpretacje. Witkiewicz bywał już awangardystą, formalistą, późnym modernistą (Błoński), ekspresjonistą (Puzyna), egzystencjalistą (Ingarden) i zarazem zbuntowanym kontynuatorem empiriokrytyków (Pomian), katastrofistą, ewolucjonistą, a nawet postmodernistą (Gerould). Za każdą z tych atrybucji przemawiały jakieś argumenty. Ale w wielości interpretacji nie bez znaczenia były i powody pozamerytoryczne.
   Witkacy w Polsce powojennej funkcjonował na prawach zdobyczy popaździernikowej. Nieobecny (jeśli nie liczyć broszurowego wydania W małym dworku i Szewców) do 1956 roku, potem stał się medium, w które można było wpisywać treści zakazane. Dostarczył pojemnego szyfru, który lepiej czy gorzej pozwalał się rozprawiać z nielubianą władzą i jej ideologią. W latach 50. jego malarstwo i teorie estetyczne stanowiły przeciwieństwo urzędowego soc-naturalizmu (inna rzecz, że ta akurat bitwa została szybko wygrana). Jego dramaty odczytywane były jako parabole polityczne, demaskujące okrucieństwo rewolucji i zaprowadzonych przez nią porządków (Guybal Wahazar, Oni, Szewcy). W jego powieściach doszukiwano się historycznych proroctw: od opisu porewolucyjnej biedy i wszechwładnej biurokracji w Pożegnaniu jesieni - przez wykorzystany przez Miłosza w Zniewolonym umyśle murti-bingizm, czyli ideologiczne otumanienie, które Witkiewicz opisał był w Nienasyceniu i w którym dopatrywano się analogii do marksizmu - po tajemniczą partię P.Z.P., autokratycznie rządzącą Polską w Jedynym wyjściu. Niechęć Witkacego do ludu - do "szarej, lepkiej, śmierdzącej, potwornej masy", do nosicieli "programowego zbydlęcenia", do "ludzkiej miazgi", "nawozu przyszłości" i "czarnego morza oszalałego motłochu" - wydawała się odtrutką na oficjalnie głoszony kolektywizm. Władze zresztą dzielnie współdziałały w tych aktualizacjach: a to zdejmując niektóre przedstawienia, a to nie dopuszczając części utworów Witkiewicza do druku, a to wymuszając w innych opustki cenzuralne, a to ingerując w opracowania krytyczne.
   Czy aktualizacja mogła wyjść Witkiewiczowi na zdrowie? I tak, i nie. Tak - bo zapewniała żywy odbiór twórcy, co tu gadać, trudnemu i dość hermetycznemu, który o masowym (no, względnie) oddziaływaniu w normalniejszych warunkach nie mógłby marzyć. Nie - ponieważ interpretacja polityczna dokonywała się często kosztem zdrowego sensu. A polemizować z nią nie było można, chyba że ryzykując donos. Nie mówiąc już o tym, że podejmując taką polemikę, trzeba by przedstawić własną wykładnię poglądów pisarza.
   Tutaj też wypadałoby jej dokonać. Ograniczę się jednak tylko do krótkiej rekonstrukcji historiozofii Witkiewicza, a ściślej - jego koncepcji rozwoju społecznego. Jest to trzon jego światopoglądu, a zarazem źródło wysnuwanych później paraboli politycznych. Otóż Witkiewicz historię i niesione przez nią zagrożenia widział zawsze jako część większej całości. Jako antropolog, był przy tym tradycjonalistą i mimo przyjaźni z Malinowskim pozostał w zasadzie wierny ewolucjonizmowi. Na dzieje ludzkości patrzył w perspektywie rozwoju gatunkowego i, aby mówić o człowieku współczesnym, sięgał najpierw do jego przedhistorycznych przodków. Najogólniej: kulturę w szerokim sensie ujmował jako przedłużenie natury.
   Rozwój gatunku ludzkiego miał, jego zdaniem, dwa punkty kluczowe. Pierwszym, zamierzchłym, były narodziny indywidualizmu. Drugim, nadchodzącym - jego schyłek. Na pewnym etapie indywidualizm stanowił cenny stymulator ewolucji; dziś jesteśmy świadkami tego, jak przestaje być ludzkości potrzebny. Dwudziestowieczny zamęt, wojny, przewroty i rewolty - te, które były, i te, które nastąpią - to tylko zewnętrzny objaw, dramatyczne i krwawe "konwulsje" przewrotów społecznych, towarzyszące przeorientowaniu drogi rozwojowej. Na jej końcu rysuje się już przyszłość: społeczeństwo mrowiska, "szczęśliwa maszyna". Korzystna dla gatunku, lecz śmiertelna dla indywidualności.
   Jak doszło do narodzin indywidualizmu? Jego ramy są egzystencjalne: na początku było przeżycie metafizyczne: doświadczenie ontologicznej samotności, elementarny lęk przed Tajemnicą Istnienia. Przeżycie metafizyczne powstało więc na podglebiu biologicznym, popędowym: z głodu, strachu, a zwłaszcza z pragnień seksualnych, jako skłaniających człowieka do wykroczenia poza własne jestestwo. Na tym gruncie mogła potem wyrosnąć autonomiczna kultura w wąskim sensie, najpierw religia, potem sztuka i filozofia, zdaniem Witkiewicza nieredukowalne już do potrzeb biologicznych, które je pierwotnie zrodziły. A mogły wyrosnąć między innymi dlatego, że na tym samym gruncie kształtował się równocześnie fenomen władzy.
   Grupa pierwotna, "totemiczny klan dawnej dziczy" czy jakaś inna zbiorowość przedhistoryczna wyłoniła z siebie osobę władcy-czarownika jako tego, kto może pośredniczyć między poddanymi a Tajemnicą. Ów władca - zazwyczaj ktoś biologicznie i intelektualnie uprzywilejowany - samym swym istnieniem współdziałał w powstawaniu autonomicznych wartości. Zarazem zaś przyczyniał się do konsolidacji grupy i podnosił jej członków na wyższy szczebel rozwoju społecznego. Rywalizacja między władcami, ucieleśniona na przykład w instytucji potlaczu, stanowiła kolejny czynnik pobudzający: w jej wyniku wykształcały się jeszcze silniejsze indywidualności przywódcze, a cała grupa też osiągała wyższy poziom. Nie w tym sensie, by żyło jej się lepiej; Witkiewicz bardzo mocno podkreślał, że po to, żeby owe wybitne jednostki mogły w pełni rozkwitać, cała pozostała ludzkość musi zostać sprowadzona do roli "mierzwy" czy "nawozu" (nastawienie demokratyczne było mu, jak już pisałam, z gruntu obce). Cierpienia mas były dla niego naturalnym warunkiem procesu, dzięki któremu na świecie mogli funkcjonować uprzywilejowani nosiciele wartości, jednostki wybitne.
   Tych uprzywilejowanych robiło się jednak z biegiem czasu coraz więcej, coraz łatwiej wygrywali z poprzednimi przywódcami i coraz nowe grupy dochodziły w ten sposób do władzy. Powstałe zróżnicowania sprzyjały komplikowaniu się struktury społecznej i do pewnego momentu gwarantowały wzrost dynamiki rozwoju, ponieważ stwarzane napięcia stanowiły niezbędny rezerwuar energii. Jednocześnie jednak coraz częściej walczący w swoje współzawodnictwo wciągali masy, które z "mierzwy" zaczęły przekształcać się w samodzielnych sojuszników. "Na walce tej zyskuje z każdą chwilą ten tłum, na którym każda ze stron walczących musi się oprzeć, a za poparcie wynagrodzić go wzrastającymi swobodami i odpowiednim do wymagań oświeceniem" - można przeczytać w Nowych formach w malarstwie.
   Toteż w toku rozwoju następuje w końcu moment, kiedy poszczególne, choćby najbardziej utalentowane jednostki zaczynają tracić znaczenie dla rozwoju gatunkowego. Talenty swoje sublimują w twórczość artystyczną czy intelektualną, niekiedy zaś po prostu nadmiar ich energii życiowej degraduje się w działaniach antyspołecznych. Wielkość bowiem można osiągać równie dobrze w sztuce, jak w zbrodni. Jednak w starciu ze społeczeństwem owi spóźnieni indywidualiści na ogół przegrywają. Konsolidujące się masy zmierzają ku coraz doskonalszym formom organizacyjnym, dążąc do likwidacji napięć i ustanowienia egalitaryzmu. "Jest to chwila przewalenia się naszej historii w drugą jej część, zasadniczo różną od pierwszej: masa szarego tłumu wyciągnęła swoje macki po władzę: może je na chwilę cofnąć, ale by z większą jeszcze siłą wyciągnąć tysiące nowych i potężniejszych" - czytamy dalej w Nowych formach. A kiedy proces ten dobiegnie końca - wówczas nastąpi ostateczne zniesienie wszelkiej indywidualności. A wraz z nim - zniesienie kultury w węższym sensie - czyli tego wszystkiego, co Witkiewicz uważał za nadające życiu sens.
   Ani narodziny indywidualizmu, ani jego zmierzch nie były aktami jednorazowymi. Wyłanianie się jednostkowości musiało zająć tysiąclecia; jej zmierzch też ciągnie się od bardzo dawna. Od kiedy - tu Witkiewicz odpowiadał różnie: czasem winą obarczał Grecję antyczną wraz z jej antropomorficznymi bóstwami, czasem renesans, ale najczęściej rewolucję francuską. Od ówczesnego zalegalizowania równości dezindywidualizacja nabrała bowiem przyspieszenia; jej fatalne skutki łatwo już sobie wyobrazić, a w dodatku droga, która do nich wiedzie, może się okazać bardzo bolesna. Swoją twórczość literacką poświęcił w gruncie rzeczy ilustrowaniu tego procesu: bohaterom w bezowocnej pogoni za przeżyciem metafizycznym, społeczeństwom wstrząsanym przez bezsensowne rewolucje, nienasyceniu rzeczywistością, która staje się coraz bardziej jałowa. A finał i tak jest nieunikniony: kultura w sensie wąskim - jako religia, sztuka, filozofia - zniknie, aby utorować drogę dobrobytowi i uspołecznieniu. Egzystencjalne przeżycie własnej samotności zatrze się w doskonale zorganizowanym społeczeństwie, w którym nikt już nie będzie doświadczał obcości i dziwności. Dotychczasowe stymulatory rozwoju - wybitne jednostki i ich autonomicznie wartościowe wytwory - z punktu widzenia interesów gatunku stracą rację bytu. A kiedy już nikt nie będzie pamiętać o Tajemnicy Istnienia i przeżycia metafizyczne staną się bezpowrotną przeszłością - wówczas nadejdzie powszechna szczęśliwość. W której dla takich jak autor tej koncepcji na pewno już nie będzie miejsca.
   Nawet tak uproszczony wykład poglądów Witkiewicza pozwala, jak sądzę, zrozumieć trzy rzeczy. Po pierwsze, jego fundamentalny pesymizm. Naszkicowany tu proces jest nieodwracalny; niektóre ludzkie poczynania składają się wprawdzie na autonomiczną sferę kultury w wąskim sensie, ale wartości ukonstytuowane w owej sferze nie dają się harmonijnie pogodzić z interesami gatunku, niekiedy zaś wchodzą z nimi w konflikt, jak dziś, u progu społeczeństwa masowego. Wobec rozwoju gatunkowego kultura w wąskim sensie jest epifenomenem; żadne wysiłki podejmowane na tym poziomie nie mogą nic zmienić w sferze nadrzędnej. Wszystko, co Witkiewicz cenił i szanował, skazane jest więc na zatratę. Po drugie, jego nienawiść do demokracji - "łże-demokracji", "mdłej demokracji", nawet "gówniastej demokracji" - do parlamentaryzmu i egalitaryzmu; bo przecież właśnie dążenia równościowe doprowadziły do upadku kultury indywidualistycznej, a zatem to one stanowią bezpośrednie zagrożenie. I po trzecie, rozpaczliwy upór, z jakim czepiał się ocalałych jeszcze śladów dawnej wielkości: w Czystej Formie w sztuce; w ekstatycznym doświadczaniu życia; w arystokratycznym - czyli zakorzenionym w dawnej wielkości - pochodzeniu pewnych osób; w okrutnym rozmachu rewolucji; nawet w programach totalitarnych. Byle tylko wymknąć się "mdłej codzienności" i "piekielnej banalności istnienia".
   A jak to wszystko - ten indywidualizm podszyty rozpaczą - mogło stać się medium do przekazywania konfliktów ideologicznych PRL? Tu zaczynają dziać się rzeczy osobliwe.
   W latach 50. Witkiewicz torował drogę awangardzie. W 60. i 70. służył wtajemniczonym jako aluzyjna broń przeciw rewolucji radzieckiej i przeciw komunistom. Lecz prawdziwe szczyty powodzenia osiągnął w latach 80. Wtedy chyba rzeczywiście - stał się pisarzem popularnym. Dzięki rozluźnieniu cenzury ideologicznej po raz pierwszy po wojnie ukazało się wówczas Pożegnanie jesieni i po raz pierwszy po roku 1957 Nienasycenie; obie powieści w masowych nakładach. Doszło także do wydania pięciotomowych Dzieł wybranych i podjęto decyzję o edycji dzieł wszystkich. Obok głupstw jubileuszowych ukazało się również sporo poważnych opracowań monograficznych; odbyło się kilka ciekawych konferencji naukowych, w tym także sesje międzynarodowe. I był to wreszcie okres znakomity, jeśli idzie o liczbę realizacji scenicznych; nie bez powodu Janusz Degler określił kiedyś Witkiewicza mianem czołowego dramatopisarza stanu wojennego.
   Smutno dziś przyznać, że to było nieporozumienie. Bo Witkiewicz przecież w żaden sposób nie współgrał z duchem pierwszej "Solidarności" i oporu zrodzonego przez stan wojenny. A nawet temu duchowi jawnie urągał. I to przynajmniej w dwojaki sposób. Po pierwsze, pod żadnym względem nie mieścił się w żywym wówczas prowidencjonalizmie katolickim, w wierze w opiekę Opatrzności nad uciśnionym narodem i w ostateczną Bożą sprawiedliwość, która wielu sfrustrowanych inteligentów przywiodła wówczas do Kościoła. Jak miałby z taką wiarą pogodzić swoje proroctwo ostatecznej katastrofy i upadku wartości autonomicznych - on, agnostyk, który w dodatku przewidywał rychły zanik uczuć religijnych? Dla którego dwudziestowieczny Kościół katolicki był tylko przeżytkiem, martwym i wyłącznie fasadowym, i któremu wstrętny był frazes religijno-patriotyczny? I czy w ogóle można sobie wyobrazić Stanisława Ignacego Witkiewicza na mszy za ojczyznę?
   Po drugie, nie mieścił się również w tym nurcie myśli solidarnościowej, który inteligencji kazał szukać sojusznika i ostoi w zbuntowanych masach robotniczych. Z oczywistych powodów rewolucja lat 40., mimo całej oprawy propagandowej, była w Polsce w powszechnym odczuciu pozbawiona charyzmy czy mitologii. Rok 1980 natomiast taką aurę charyzmatyczną wytworzył: masową, egalitarną, idealizującą bunt społeczny i zarazem społeczny solidaryzm. Napisałam już kiedyś, że - trawestując dwóch wieszczów jednocześnie - można powiedzieć, iż w latach 80. Bóg był w bluzach ludu prowadzonego w bój przez Girtaka w Bezimiennym dziele, zrewoltowanych tłumów z Pożegnania jesieni i Oleandra Puzyrkiewicza, Hiperrobociarza z Szewców. I znowu trudno wśród inteligentów pielgrzymujących do Stoczni i modlących się do strajku wyobrazić sobie Witkacego, dla którego wszelki bunt ludowy był w ogóle nie do przyjęcia. Dla którego każdy ruch masowy oznaczał przekreślenie podstawowych wartości i który hasła egalitarne uważał - nie bez racji - za bezpośrednie zagrożenie. Bo i co wówczas ten indywidualista miałby do powiedzenia Wałęsie?
   Ale najdziwniejsze przyszło później. Bo kiedy minął entuzjazm rewolucji solidarnościowej, a potem odeszli w cień również jej wrogowie, kiedy ziściło się w końcu to, przed czym przestrzegał, to jest demokratyczne społeczeństwo masowe, i w konsekwencji wyszły na jaw tkwiące w nim sprzeczności - Witkacy znikł. Po prostu przepadł. Przestał ściągać na siebie uwagę. Jakby już do niczego nie był potrzebny. Jakby potwierdzenie się jego prognoz obróciło się przeciw niemu. Nawet jeśli jest gdzieś grany, przedstawienia przechodzą bez echa; kolejne tomy dzieł zebranych także mijają bez rozgłosu. A przecież, wydawałoby się, dopiero dziś stał się naprawdę aktualny.
   Przecież był jednym z pierwszych krytyków kultury masowej w czasach, gdy zaledwie rysowały się jej początki. Przecież bił na alarm, przewidując, że w mrowiskowym społeczeństwie przyszłości zadeptany zostanie każdy, kto choć trochę wybija się ponad przeciętność. Przecież pisał o niebezpieczeństwach komercjalizacji kultury, kiedy jeszcze się nikomu o tym nie śniło. Przecież ostrzegał przed fetyszem popularności, który powoduje zepchnięcie na margines wszystkiego, co nowe i nietuzinkowe. Przecież upominał się o "treści istotne", o wartości intelektualne w sztuce, czyli o przeciwieństwo zhomogenizowanej sieczki. Przecież przeciwstawiał się paraliżującemu oddziaływaniu środków masowego przekazu, choć niemal jedynymi, jakie znał, były "Wiadomości Literackie" i radio.
   I co? I nic. Jakoś wszystkim przeszło. Może to przesyt po wykorzystywaniu bez miary, może to kac po interpretacyjnym nadużyciu. Bo nie chce mi się wierzyć, by Witkacy miał wartość tylko jako parawan, za którym można było się chować przed cenzorem. Już choćby jego apoteoza indywidualizmu zasługiwałaby na uwagę w czasach, gdy tak wielu skarży się na wszechwładne panowanie miernoty. Również polemiki z przeciwnikami "niezrozumialstwa", którym zarzucał propagandę nieuctwa i podlizywanie się masowemu odbiorcy, byłoby i dziś komu dedykować.
   A nawet zawarty w jego publicystyce program edukacji kulturalnej. "Każdy naród ma taką religię, filozofię i sztukę, na jaką zasłużył" - pisał z goryczą w 1927 roku. Jeśli nie zadbamy o kształcenie świadomych uczestników i odbiorców kultury, to sami z siebie tacy nie wyrosną. Jeśli pogodzimy się z myślą, że sztuka musi być łatwa, lekka i przyjemna, bo właśnie taką ludzie lubią najbardziej, to nigdy nie zdołamy ich namówić, by odstąpili od swoich przyzwyczajeń. I jeśli nie wpoimy im, że do zrozumienia nowości potrzebny jest wysiłek, to nie pozwolą wyrwać się z marazmu. W banalnym dobrobycie zgasną ostatnie iskierki indywidualizmu "i tylko świństwo równomiernie rozpełznie się wszędzie".
   A czy się nie rozpełza?

MAŁGORZATA SZPAKOWSKA, ur. 1940, profesor w Instytucie Kultury Polskiej UW. Wydała m.in.: Światopogląd Stanisława Ignacego Witkiewicza (1975), O kulturze i znachorach (1983), Dyskusje ze Stanisławem Lemem (1996), Zakorzenieni i wykorzenieni (1997). Redaguje dział eseistyki w "Dialogu".

   2002 SIW Znak, Piotr Poniedziałek