Społeczny Instytut Wydawniczy Znak Społeczny Instytut Wydawniczy Znak   
Myśl z nami!
  SIW Znak
 O nas
 Prenumerata
 Numery w sprzedaży
 Zapowiedzi
 Rocznik 1999
 Rocznik 2000
 Rocznik 2001
 Rocznik 2002
 Rocznik 2003
styczeń, nr 572
luty, nr 573
marzec, nr 574
kwiecień, nr 575
maj, nr 576
czerwiec, nr 577
lipiec, nr 578
sierpień, nr 579

 Konkurs na esej

 Księga gości
 Fundacja


Znak, nr 1/2003 (572)
  W siodle
z Bhagawadgitą

Rozmowa z Janem Józefem Szczepańskim



Solidarność "przed czasem"

W jaki sposób związał się Pan ze środowiskiem szeroko rozumianego ruchu "Znak", przede wszystkim z "Tygodnikiem Powszechnym"? Jak Pan tam trafił?

Znałem dobrze Jerzego Turowicza i całą jego rodzinę. W czasie wojny ukrywałem się przez pewien czas w ich domu w Goszycach. "Tygodnik" był właściwie pierwszym pismem, w którym opublikowałem, jeszcze pod pseudonimem, jakąś recenzję filmową. Zrobiłem to na życzenie Turowicza. Później ze swoim debiutanckim opowiadaniem Buty zwróciłem się do "Twórczości" wychodzącej wtedy w Krakowie. Ówcześnie redaktorem naczelnym był Kazimierz Wyka. On przemyślał rzecz i stwierdził, że nie odważy się tego wydrukować. Przestraszył się, bo w moim opowiadaniu AK, a dokładniej - jedno z wydarzeń z okresu partyzantki, zostało potraktowane dosyć krytycznie. Próbowałem jeszcze tu i ówdzie, wreszcie Turowicz zgodził się utwór opublikować.
To zbliżyło mnie do "Tygodnika". Przez jakiś czas pracowałem w redakcji. Współpraca trwała do śmierci Stalina i afery związanej z odmową druku pośmiertnego artykułu o nim. Tak więc w 1953 roku "Tygodnik" odebrano redakcji - przejął go Pax, co trwało do 1956 roku, do odwilży. Dla nas, członków redakcji, było to dosyć trudne. Mieliśmy zakaz pracy i każdy dorabiał, jak mógł, przeważnie anonimowo. Zamanifestowaliśmy też, niejako "przed czasem", solidarność. Władzom bardzo zależało na tym, żeby "Tygodnik" dalej wychodził, ale bez Turowicza i Stommy. Robili nam więc różne propozycje, wzywali na rozmowy, jednak nikt z redakcji nie zgodził się na taki układ. Przez cały ten czas, kiedy dawny - właściwy - "Tygodnik" był praktycznie zamknięty, zachowano pierwotny krój czcionki, numerację. Słowem stworzono pozory, jakoby "Tygodnik" normalnie się ukazywał. Myślę, że sporo ludzi dało się nabrać. Później już nie wróciłem do redakcji, ale przez wiele lat współpracowałem z pismem. Przez co najmniej 30 lat pisywałem regularnie recenzje filmowe. "Tygodnik" jest dla mnie najważniejszym pismem w Polsce. Odnosi się to także do "Znaku", ale moje związki ze "Znakiem" były dość luźne. Nie bardzo można tu mówić o współpracy. Pozostają jednak sympatia i uznanie.

Piąty anioł z tomu Przed nieznanym trybunałem miał pierwodruk w miesięczniku "Znak".

Ja już tego nie pamiętam... [śmiech]

Wróćmy jeszcze do pierwszego okresu, kiedy był Pan członkiem redakcji "Tygodnika". Na czym polegały Pańskie obowiązki redakcyjne?
Zajmowałem się wtedy, między innymi, działem filmowym. Czasem jednak zdarzało się, że brałem także udział w drukowaniu pisma. Z drukarnią miałem styczność już dużo wcześniej, gdy pracowałem w redakcji "Głosu Anglii", pisma wydawanego przez ambasadę brytyjską.

Pracował Pan tam razem z Jackiem Woźniakowskim...

Właśnie. Wciągnął mnie tam Jacek. Byłem tłumaczem. Cała historia skończyła się dosyć burzliwie: Anglicy pouciekali, a nas wszystkich wzywano na bardzo nieprzyjemne rozmowy. Pismo uznano oczywiście za ośrodek szpiegowski. Awantura jakoś rozeszła się po kościach, a mnie pozostały związki z drukarnią. Jako redaktor "Tygodnika", parę razy z tych znajomości skorzystałem.

Czy w tym wczesnym okresie nie przeszkadzał Panu swoisty konfesyjny profil "Tygodnika Powszechnego"?

Owszem. Wstępując do redakcji, od razu zaznaczyłem swoją pozycję outsidera. Ale Turowicz był bardzo liberalny w tej kwestii i nigdy nie miałem żadnych przykrości ani kłopotów.
Zdarzały się sytuacje zabawne [śmiech]. Pamiętam, kiedyś hierarchia kościelna zażyczyła sobie, żeby nad działem filmowym czuwał ktoś z ramienia Kościoła - i przysłali nam jezuitę. Zjawił się ze szczegółowymi wytycznymi. Zrobił wykresy, według których należało oceniać, czy film jest słuszny, czy nie. Sam zabieg był dosyć prosty, polegał na podziale ciała ludzkiego na odpowiednie sektory oznaczone literami. Stykanie się na ekranie określonych liter dwu ciał powodowało koniunkcję zaznaczoną jakąś rzymską cyfrą. Z tego wynikało obliczenie, że film jest niedopuszczalny, bo zachodzi koniunkcja na przykład...

...b-x...

[Śmiech] Mnie to dosyć rozbawiło, ale i przestraszyło. Poszedłem do Jerzego Turowicza. On się uśmiał, schował wykres pod ceratę na biurku i więcej o tym nie słyszałem. A ksiądz już się w redakcji nie pojawił, cała sprawa upadła. Rubryka filmowa była zresztą wielokrotnie atakowana, jednak nie przez redakcję. Kłopoty pojawiały się głównie ze strony hierarchii kościelnej.

Czy parasol ochronny nad Panem roztaczał ks. Jan Piwowarczyk czy raczej Jerzy Turowicz?

Raczej Jerzy Turowicz. Z zastrzeżeniem, że bardzo mało miałem do czynienia z ks. Piwowarczykiem, ale wiem, iż uchodził on za człowieka szerokich horyzontów i osobę rozsądną.

Pamięta Pan jakieś wydarzenia związane z osobą księdza Piwowarczyka? Coś, co byłoby przyczynkiem do psychologicznego portretu tego człowieka, o którym stosunkowo najmniej wiadomo? Pozostawał całkowicie w cieniu Jerzego Turowicza...

Pamiętam, że chyba Kisiel przysłał do niego kartkę z jakąś pornograficzną ilustracją. To był dowcip.

Dowcip związany zapewne z - jak głosi anegdota - oceną pierwszej powieści Kisiela przez ks. Piwowarczyka. Powiedział on ponoć, że darowałby Kisielowi to, iż książka jest pornograficzna. Natomiast nudnej pornografii już mu nie daruje...

Kisiel był trudnym partnerem do rozmowy o swoich własnych sprawach. Zawsze się denerwował. Ja nie miałem tego typu zarzutów w stosunku do jego książki. Nie dopatrzyłem się tam pornografii, ale uważałem, że Kisiel nie był bardzo dobrym pisarzem. W związku z tym zdarzały mi się rozmaite nieprzyjemne sytuacje. Gdy "Tygodnik" był zawieszony, spotykaliśmy się mniej więcej raz na tydzień u pani Zofii Starowieyskiej-Morstinowej, by dyskutować o literaturze, w ogóle o aktualnej sytuacji. Każdy przynosił ze sobą jakiś tekst, którego oficjalna publikacja w piśmie nie była możliwa. Kisiel był tam jednym z bardzo ważnych dyskutantów. Kiedyś czytał fragment którejś ze swoich powieści i bardzo ostro go zaatakowałem, on zaś poczuł się ogromnie dotknięty. Później wielokrotnie mi to wypominał. To nie przeszkadzało nam żyć w bardzo dobrej komitywie i nieraz zdarzało się, że piliśmy razem wódkę. A później, gdy był już całkiem wykluczony i obejmował go zakaz druku, odwiedziłem go w domu, co bardzo sobie cenił...

Już pod koniec lat sześćdziesiątych?

Tak.

W tym czasie Kisiel pisał swoje dzienniki, bardzo kontrowersyjne, głównie ze względu na sposób, w jaki opisywał "Tygodnik Powszechny", a szczególnie Jerzego Turowicza. Jak Pan sobie ten fakt tłumaczy, skąd tyle w nim niechęci, resentymentów względem całego środowiska, a zwłaszcza wobec Jerzego Turowicza?

Nie potrafię tego wyjaśnić. Dla mnie Kisiel jest w ogóle postacią dosyć niejasną. Niejasną w tym sensie, że go nie rozumiem. To na pewno człowiek niespełniony - miał wiele talentów i zainteresowań, których nie mógł wyeksponować. Przypuszczam, że w "Tygodniku" było mu za ciasno.

Które osoby, poza Jerzym Turowiczem, ks. Piwowarczykiem, Kisielem, odgrywały w latach 40. i na początku 50. zasadniczą rolę w redakcji?

Przede wszystkim Antoni Gołubiew, z nim jednak miałem bardzo mało do czynienia. Trochę mnie śmieszył swoją ogromną powagą w każdej sytuacji. Ale niewątpliwie był to człowiek bardzo wielkiego formatu i żadna polityczna decyzja w redakcji nie mogła zapaść bez jego udziału. Miał on wielki wpływ na kierunek pisma.

Czy brał Pan udział w decydujących debatach politycznych?

Nie. Wtedy głównymi uczestnikami tych debat byli: Gołubiew, Jacek Woźniakowski, Ziuta Hennelowa...

I Stanisław Stomma?

Oczywiście, Stomma. Początkowo uczestniczył w tym Kisiel. Najważniejsi byli Stomma i Gołubiew. Wszystko, rzecz jasna, odbywało się pod egidą Turowicza.

A Zofia Starowieyska-Morstinowa?

Była bardzo znaczącą osobą w zespole "Tygodnika", zwłaszcza jeśli chodzi o kwestie literackie. Gdy jakiś wiersz, opowiadanie lub esej ukazywały się w piśmie, jej opinia przeważała.

Czy mógłby Pan wrócić pamięcią do niefortunnego dla obu stron spotkania z Czesławem Miłoszem w Goszycach? On chyba poczuł się dotknięty tym, jak Pan go opisał.

Poczuł się bardzo dotknięty i z tego powodu na wiele, wiele lat właściwie zerwaliśmy stosunki. Pogodziliśmy się dopiero niedawno. Myślę, że wynikało to z wzajemnych nieporozumień. Ja go posądzałem - niesłusznie - o oportunizm. A on mnie - w moim przekonaniu również niesłusznie - o jakąś skrajną prawicowość. Poznałem go tuż po powstaniu warszawskim właśnie w Goszycach, gdzie się ukrywał. Przyszedłem prosto z lasu, brudny, zawszony i zdziczały, a on mnie potraktował ze wstrętem. Uznał mnie za tak zwanego Polaka-katolika, którym nie byłem.

A z czyjej inicjatywy nastąpiła teraz zgoda?

Chyba z jego. Zawsze bardzo go ceniłem jako poetę i sam nawet zainicjowałem projekt listu w imieniu polskiego PEN-Clubu w sprawie Nobla dla Miłosza. Co oczywiste, podpisałem się pod nim. Jednak gdy spotykaliśmy się później, raczej omijaliśmy się z daleka. I parę lat temu, już tu, w Krakowie, tak się złożyło, że podczas jakiegoś przyjęcia dla gościa z Ameryki (chyba Kissingera) siedzieliśmy obok siebie. Wtedy on zwrócił się do mnie: "No, już obaj jesteśmy starzy. Najwyższy czas zapomnieć o pretensjach, jeśli takie były. Pogódźmy się". I podał mi rękę. To był moment przełomowy. Później widywaliśmy się i rozmawialiśmy. Nie wracaliśmy do tamtych spraw, które - w moim przekonaniu - były nieporozumieniem.


Outsiderzy


Jak studia orientalistyczne ukształtowały Pańskie spojrzenie na kulturę polską? Co o nich myśli Pan dzisiaj?

Zacząłem studiować tuż przed wojną w Warszawie. Później kontynuowałem naukę z doskoku - w czasie okupacji na tajnym Uniwersytecie Jagiellońskim indianistyki właściwie nie było, więc trochę wgryzałem się w filozofię, trochę w to, co było dostępne. Kończyłem u pani Willman-Grabowskiej, tutaj, w Krakowie. Pamiętam, że było nas wszystkiego troje studentów. Nigdy w życiu nie zrobiłem żadnego użytku z moich studiów. Jedynie trochę pamiętam pismo devanagari. Graficznie jest bardzo efektowne.

Czytał Pan w tym języku?

Tak. Ale już nie potrafię. Umiem mniej więcej odczytać zapis, ale co on znaczy, tego już nie wiem.

Jednak czytając Pana teksty, można się było domyślać tego rodzaju zaplecza. Z drugiej strony, znana jest Pańska fascynacja Conradem, czyli zupełnie innym widzeniem świata i człowieka. To szalenie interesujące połączenie. Czy ówcześnie był Pan także outsiderem?

Pewnie tak, ale raczej nie z powodu zainteresowań intelektualnych. Z pewnością pozostawałem pod wpływem filozofii Wschodu. Nawet pracę magisterską pisałem na temat buddyzmu. Literatura tego kręgu kulturowego bardzo mnie ciekawiła i stanowiła główny przedmiot moich studiów.

W latach 70. buddyzm stał się bardzo modny. Ale w latach 40.? Chyba było to zainteresowanie odosobnione...

Raczej tak. Chociaż wciąż istniały jakieś pozostałości poprzedniego fin de sičcle’u, czyli właśnie okresu zainteresowań orientalistycznych. U początków tej fascynacji legły tłumaczenia Upaniszad oraz Bhagawadgity dokonane przez Stanisława Franciszka Michalskiego.

Czy rzeczywiście woził Pan w czasie kampanii wrześniowej Bhagawadgitę w siodle?

O, tak! Woziłem tekst ze sobą i nigdy doń nie zajrzałem. Nie miałem czasu... [śmiech] Zresztą straciłem ją wtedy razem z siodłem i koniem. Ze wszystkim. Ale później ktoś mi tutaj, w Krakowie, podarował identyczny egzemplarz.

W pewnym momencie w redakcji "Tygodnika" pojawili się inni, podobni Panu, outsiderzy - Tyrmand i Herbert. Były to chyba bardzo bliskie Panu osoby?

Przyjaźniłem się ze Zbyszkiem Herbertem, ale Tyrmanda znałem chyba jeszcze dłużej niż Zbyszka. Zresztą to za sprawą Tyrmanda poznałem Zbyszka. On zwrócił moją uwagę na poezję Herberta, który był wtedy właściwie zupełnie nieznany. Powiedział mi: "Słuchaj, zwróć na niego uwagę, bo to jest największy poeta polski". Dla mnie to wtedy absolutnie nic nie znaczyło, ale taki był początek mojej znajomości ze Zbyszkiem.
Tyrmand przez długi czas się kamuflował. W ogóle nie wiedziałem o tym, co robił w Wilnie. Wiele lat później dowiedziałem się o jego paskudnych felietonikach pisywanych dla "Czerwonego Sztandaru". Nigdy o tym nie wspominał.

Kamuflował też swoje żydowskie pochodzenie.

Zawsze podawał się za Skandynawa.

Skąd ten kamuflaż?

Myślę, że to jeszcze trauma czasów wojny. On zresztą bardzo sprytnie, bo w Niemczech, przeżył najgorsze czasy wojenne. Był kelnerem, a później stewardem na statkach pasażerskich.

Czyli schronił się w samej paszczy lwa. Ciekawe, że podawał się akurat za Skandynawa, przy jego ciemnym typie urody...

To prawda, wyglądał na Hiszpana czy Greka.

Do jakiego stopnia - zwłaszcza w Dzienniku - można Tyrmanda uważać za wiarygodnego świadka, kronikarza tamtej epoki?

Wiele razy mnie o to pytano. Mogę tylko powiedzieć, że w czasie pisania czytał mi kilkakrotnie fragmenty brulionu.

Czy zapisana w Dzienniku 1954 ocena rzeczywistości Peerelu, postaw ludzi, różnych środowisk była prawdziwa? Tyrmand stworzył zresztą przepiękny, zbiorowy portret "Tygodnika Powszechnego". Czy Pan potwierdziłby jego diagnozy? Czy były one słuszne? Wydają się szalenie przekonujące...

Raczej tak. Ale czytałem ten tekst bardzo dawno temu... Wtedy wielu próbowało złagodzić ten obraz. On zawsze miał bardzo ostre spojrzenie.

Jak Pan zapamiętał Tyrmanda?

Bardzo dobrze. Trochę mnie śmieszył.

Czym?

Pozerstwem. Skarpetkami. Pamiętam śmieszny dość incydent. Spotkałem go kiedyś w czapce-oprychówce i mówię: "Słuchaj, ty wyglądasz zupełnie jak Urke Nachalnik...". On się strasznie tym poczuł dotknięty i pyta: "Jedziesz do Krakowa?". "Jadę". "To idź do mojego krawca - podał mi adres, nazwisko - niech on mi samolotem przyśle moje ubranie, bo już dawno temu u niego zamówiłem". Poszedłem do tego krawca, a on tak do mnie: "Aaa, pan Tyrmand chce ubranie... Mam marynarkę. Mogę mu posłać. Ale spodni jeszcze nie zacząłem robić, bo nie dostałem zadatku" [śmiech]. Taki był Tyrmand.

Tyrmand przedstawia siebie w Dzienniku jako surowego moralistę. Zarazem tryb jego życia, swoboda obyczajowa nawet dzisiaj mogą szokować. To pewien zgrzyt. Tyrmand był jak drogowskaz, który pokazuje wprawdzie drogę, ale sam nią nie idzie. Czy to nie dezawuuje w Pańskich oczach wiarygodności jego opisu?

Ja z góry przyjmowałem jego inność. Był po prostu ulepiony z innej gliny i jego reguły życia także różniły się od moich, a nawet od reguł większości ludzi, których znam. Specjalnie mnie to nie szokowało, zresztą każda inność raczej mnie interesuje, niż oburza.

A jego życie osobiste? Znany był jako zdobywca kobiet, bardzo "zainteresowany" tą sferą życia? Może źródłem wiedzy na ten temat jest dopiero Dziennik?

Sam o tym nigdy nie mówił, myślę jednak, że kobiety wiedziały ... [śmiech]

Jaki był Herbert, gdy go Pan poznał? Czy już wtedy dało się wyczuć, że będzie moralną wyrocznią?

To zostało dostrzeżone i zrozumiane później. Nie był ani dostrzegany, ani oceniany dlatego, że jego punkt widzenia wydawał się niezrozumiały w owym czasie. Herbert okazywał się trudny w osobistych stosunkach.

Przeczulony na punkcie własnej twórczości?

Miał specyficzne poczucie humoru.

Na czym ono polegało?

Mogę dać parę przykładów. Zanim zaczęto go drukować, Herbert żył w dużej biedzie. Gdy już mógł publikować, nagle otworzyła się przed nim zupełnie inna rzeczywistość. Odwiedzałem go wtedy w Warszawie, a on tak mi raz powiedział: "Słuchaj, teraz jestem bogatym człowiekiem. Chodźmy gdzieś na obiad". Poszliśmy więc do "Dziennikarzy" i zjedliśmy obiad. Zakrapiany. Na odchodnym chciałem zapłacić, on na to: "Mowy nie ma". On zapraszał, on będzie płacił. Zaczęliśmy się przepychać, kłócić. To wszystko odbywało się na zewnątrz - na ulicy były stoliki. Wreszcie Zbyszek mówi: "Jak się tak upierasz i chcesz płacić, to ja się rozbiorę i zaśpiewam: Que sera, sera, whatever will be, will be!..." [śmiech]. A ja do niego: "Śpiewaj, rozbieraj się!". Więc on ściągnął koszulę i zaczął śpiewać! Wszystko skończyło się oczywiście awanturą i już nawet nie pamiętam, kto w końcu za ten obiad zapłacił. Możliwe, że on.
Wyszliśmy na ulicę. Miałem jechać załatwić coś w "Czytelniku", więc chciałem się z nim pożegnać. On stwierdził, że też się tam wybiera. Rozglądamy się za taksówką, oczywiście żadnej nie ma. Wtem nadjeżdża dżip milicyjny. I Zbyszek w te pędy do nich, żeby nas zawieźli na Wiejską, do "Czytelnika". Milicjanci zbaranieli, ale mówią: "Dobrze, siadajcie". No to siedliśmy i tak zawieźli nas na Wiejską. Ja miałem spotkanie z Bohdziewiczem w sprawie filmu, który przygotowywaliśmy. Zbyszek udał się do pań na górę, a ja siadłem z Bohdziewiczem i innymi filmowcami w kawiarni. W pewnym momencie słyszę jakieś poruszenie na sali. Widzę, że wszyscy się oglądają. Ze schodów schodzi dziwna postać, dama na wysokich obcasach, wymalowana, z doklejonymi rzęsami. Poznałem przebranego Zbyszka! Przysiadł się do naszego stolika i tak zwrócił się do Bohdziewicza: "A panom o co chodzi, o sztukę czy o pieniądze?" [śmiech]. Rozmowa zrobiła się kłopotliwa, ale w końcu jakoś się rozstaliśmy. Ja to wszystko opisałem, a potem dostałem list od Zbyszka. Pisał oburzony, że ja go przedstawiam jako wariata, jako zboczeńca, transwestytę. Że to wszystko nieprawda, że sam to sobie wymyśliłem. Wcale nie wymyśliłem, tak rzeczywiście było.

Może był pijany i nie pamiętał zupełnie, co robił?

Możliwe. Był wtedy bardzo alkoholowy. Pamiętam podobne zdarzenie, też się wtedy na mnie obraził. Zbyszek mieszkał na Orlej, na wysokim piętrze. Mroźną, śnieżną zimą wybrałem się do niego. Dzwonię do drzwi, nikt nie otwiera. Pomyślałem: nie ma go i zszedłem na ulicę. Nagle widzę, że ludzie się oglądają. Patrzę, leci Zbyszek w piżamie, w pantoflach, po tym śniegu. I mówi do mnie: "Zobaczyłem cię z okna i idę cię wezwać, bo jestem w domu". To także opisałem, ale i to wydarzenie uznał za wymyślone. Takie sytuacje nie były rzadkością. Później o nich zapominał, ale należało ze Zbyszkiem bardzo uważać.


Menażeria

"Tygodnik" w tamtym czasie był trochę dziwną "menażerią". Ludzie tworzący rodzaj wspólnoty byli właściwie skrajnie różni. Jak Pan teraz postrzega ten typ pluralizmu?

Dzisiaj wydaje mi się to dziwne. Ale wtedy "Tygodnik" stanowił jedyny azyl właśnie owej rozmaitości.

Taka różnorodność upodobań kulturalnych mogła jednak prowadzić do sporów. Na przykład między miłośnikami malarstwa abstrakcyjnego a zwolennikami malarstwa tradycyjnego lub między fascynatami jazzu a słuchaczami muzyki klasycznej. Czy w redakcji były napięcia dotyczące wizji i misji kultury?

Nawet jeżeli były, nigdy nie przybierały form drastycznych. Dzięki Turowiczowi, który był osobiście bardzo zainteresowany malarstwem nowoczesnym, abstrakcyjnym, poezją nowoczesną. Jego autorytet przeważał.

Chcielibyśmy zapytać o sprawę drażliwą, dość łatwą jednak do wychwycenia w najrozmaitszych dziennikach - czy to Kisiela, czy Tyrmanda - o rolę alkoholu w życiu "Tygodnika" i życiu kulturalnym - przede wszystkim w latach 50. i 60. To temat tabu, ale nawet Miłosz w Traktacie moralnym wspomina, że zjawisko wódki jest ciekawe.

Jeżeli chodzi o środowisko "Tygodnika", problem dotyczył pojedynczych osób. Między innymi Kisiel był w to poważnie zaangażowany. Co tu kryć, był alkoholikiem.

To był chyba jednak, "alkoholizm kontrolowany"... A jak środowisko "Tygodnika" postrzegane było ze Spitsbergenu czy Afryki Południowej? Czym było podczas wszystkich Pańskich podróży, na statku? Małym punkcikiem na mapie, gdzie spotkać można paru szaleńców, dziwaków, czy czymś dla Polski znaczącym?

W środowiskach marynarzy "Tygodnik" był raczej nieznany. Czytywali "Przekrój".

Na początku "Tygodnik" miał wyraźny profil katolicki. Jednak bardzo szybko zaczęli pojawiać się tam outsiderzy. Co łączyło tych ludzi? Tylko antykomunizm czy coś głębszego?

Powiedziałbym: nie tylko antykomunizm, ale antytotalitaryzm. Mnie się wydaje, że "Tygodnik" był może jedynym pismem w Polsce, które pilnowało podziału na kulturę wolną i kulturę sterowaną przez władze.

Jaką mają rolę do odegrania "Tygodnik" i "Znak" dzisiaj? Jaka jest przyszłość tych środowisk?

Moim zdaniem, dobre czasy dla "Tygodnika" i dla "Znaku" już minęły, koniunktura się skończyła. Póki Jerzy tym wszystkim kierował, linia była dosyć jasno określona - co będzie dalej, nie wiem.

11 lipca 2000

Rozmawiali: Dorota Zańko, Jarosław Gowin,
Łukasz Tischner i Stefan Wilkanowicz


JAN JÓZEF SZCZEPAŃSKI, ur. 1919, zm. 2003, pisarz, scenarzysta filmowy, podróżnik. Z wykształcenia orientalista, uczestnik kampanii wrześniowej 1939, żołnierz AK, w 1944 walczył w partyzantce, od 1947 roku związany z "Tygodnikiem Powszechnym" (w latach 1947-1953 członek redakcji), 1980-1983 prezes Związku Literatów Polskich (wspomnienia z tamtego czasu znalazły się w książce Kadencja). Wydał m.in.: Polska jesień (1955), Buty (1956), Ikar (1966), Wyspa (1968), Przed nieznanym trybunałem (1975), Wszyscy szukamy (1998), Rozłogi (2001).

2003 SIW Znak, Piotr Poniedziałek
Wykonanie baz danych oraz obsługa techniczna Verbanet s.c.