70 lat tradycji. Inspirujemy Prowokujemy Dyskutujemy

Szaweł i inni. Nawrócenie na drogach wiary

Katharsis i nawrócenie wymagają zgodnie z odwiecznym wzorem najgłębszego upadku. To nie przypadek, że w starożytnych i średniowiecznych opowieściach nierzadko poprzedza je zbrodnia. Tylko wówczas w najbardziej jaskrawy sposób odsłonić się może cały dramatyzm aktu konwersji.

Nawrócenie – w przypadku chrześcijaństwa – ma swą koronną i paradygmatyczną figurę w Szawle z Tarsu. Tym samym akt ten leży u samych podstaw chrześcijaństwa instytucjonalnego, staje się jakby aktem narodzin kościelnych struktur w ich światowym, uniwersalnym wymiarze. A zarazem też, z całą potencją inicjacji, źródłem i metodą swego duchowego dynamizmu, który się ujawni nie tylko w tym zaczątkowym momencie.

W istocie jednak Szawłowi przytrafia się – niezależnie od doniosłości jego doświadczenia na drodze do Damaszku, niezależnie od jego przełomowej i kreatywnej roli w dziejach chrystianizmu – jedynie repetycja, jedynie powtórzenie. Ma bowiem oczywistego poprzednika i wzorzec – tak zresztą, jak mają go wszyscy przybysze na obszar wielkich monoteizmów: judaizmu, chrześcijaństwa, islamu. Nie bez racji przecież często mówi się o nich, że są to religie Abrahamowe.

Droga wiary Abrama, syna Teracha

Wiemy z Pisma, że ów mityczny ojciec trzech monoteizmów czy też, jak się nierzadko powiada, „paradygmat człowieka wiary” – jeszcze jako niejaki Abram – mieszkał najpierw, razem ze swym ojcem Terachem, żoną Saraj oraz bratankiem Lotem, w Ur chaldejskim. A potem, zatrzymując się na dłużej w krainie Charan, ruszył w drogę do Kanaanu.

Co go do tej drogi porwało? Co go do niej zmusiło?

Hebrajska Biblia nie daje w tej sprawie odpowiedniej jasności, zwłaszcza w pierwszych sekwencjach opowieści o losach Abrama. Co więcej, mówi ona, że inspiratorem owej podróży był jego ojciec (zob. Rdz 11, 31).

Przyczyna mogła być więc czysto egzystencjalna, choć dramatyczna. I być może pretekstem stały się zamieszki po upadku III dynastii z Ur ok. 2006 r. p.n.e. Nie wyklucza to oczywiście pobudek religijnych o szerszym niż tylko indywidualny zakrój. Najważniejsze tych wydarzeń świadectwo, sumeryjski Lament nad upadkiem Ur, powstały właśnie w tej epoce, cechuje więc nie tylko apokaliptyczna groza, lecz także surowy, bezwyjściowy fatalizm. Zgodnie z nim nawet rozpacz i bezsilność wszechpotężnych dotąd bogów lokalnych, współcierpiących z nieszczęsnymi mieszkańcami krainy, nie są w stanie zmienić wyroków bogów najwyższych. Nikt zresztą nie ujdzie przeznaczeniu, również i owi bogowie najwyżsi[1]. Tak też nie uszedł mu i Abram, syn Teracha. Fakt ten Pismo hebrajskie potwierdza jednak dopiero w stosunkowo późnym momencie jego historii (zob. Rdz 15, 7).

Nieco światła – ale może jest to światło pozorne – rzuca na tę materię deuterokanoniczna Księga Judyty, przywołując powody religijne, czyli odrzeczenie się przez Abrahamitów kultu lokalnych bóstw (zob. Jdt 5, 7–9).

A podobną wersję podaje też apokryficzna parafraza Księgi Rodzaju, czyli spisana gdzieś w poł. II w. p.n.e. Księga Jubileuszów. Jak zwykle w apokryfach pełno tam fascynujących szczegółów, niespokojnych obrazów kraju znękanego przez spazmatyczną przemoc. Kraju, na którego polach żerują chmary żarłocznych wron, zesłanych przez niejakiego księcia Mastemę, czciciela bożków oraz złych duchów. Kraju, w którym wszyscy, łącznie z rodziną Abrama, są wiernymi wyznawcami idoli. Wszyscy – tylko nie on. Księga Jubileuszów nie wyjaśnia zarazem, dlaczego tak się dzieje. Dlaczego stał się mesjańskim pogromcą tych demonicznych ptaków? Dlaczego podpalił „dom bożków” i musiał uchodzić z Ur? Dlaczego – co najważniejsze – odrzucając powszechny kult, uwierzył w absolutny byt duchowy, niematerialny – w niewidzialnego i jedynego „Boga z nieba, który zsyła deszcz i rosę na ziemię, który stworzył wszystko na ziemi, a stworzył przez swoje słowo i wszystko żyje dzięki Jego obecności”?[2] Ta wiara jest w nim po prostu gotowa, jest w nim jakby automatycznie obecna i pojawia się znikąd – w chłopcu ledwie czternastoletnim[3].

Wydaje się to jednak w wielu momentach sprzeczne z przekazami najstarszymi, tymi z Księgi Rodzaju. Nie wiadomo oczywiście z absolutną pewnością, czy naprawdę potężny głos Pana wyrwał Abrama z Ur chaldejskiego, czy konwersja jego z wielobóstwa albo też, co bardziej prawdopodobne, z henoteizmu na monoteizm dokonała się w czasie drogi i w procesie, czy dopiero w jednorazowym akcie (wizji) w krainie Charan. Silniejsze w świetle Księgi Rodzaju są raczej te jej słowa, które poświadczają, że wiara w Jahwe nie spadła ni stąd, ni zowąd na niego, niczym sęp na pobojowisko, u samego początku życia. I że było to długie i stopniowe, aż po kres życia, nawrócenie – bolesne, dramatyczne, najeżone błądzeniem, doznaniem absurdu i zawikłania ludzkiego losu. Słowem, jego „skok w wiarę” był rzeczywiście, jak chciał Søren Kierkegaard, radykalny i heroiczny, ale rozłożony na raty. Dokonał się nie w młodości, lecz w latach późnych, po przebyciu drogi, na której roiło się od dramatycznych przeżyć i zwrotów, takiej, jakiej chcą zawsze od swych bohaterów dawne opowieści o inicjacji, stare baśnie i mity.

Księga Rodzaju, trochę sprzecznie ze swymi innymi przekazami (zob. Rdz 11, 31–32; 15, 7), początek tej wędrówki wskazuje w istocie na czas, kiedy Abram miał lat 75 i mieszkał w kraju Charan, określanym dosyć kategorycznie jako „twoja ziemia rodzinna” i „dom twego ojca” (Rdz 12, 1). I to tam właśnie, wcale nie w Ur chaldejskim, Bóg wzywa go do wędrówki i mówi mu po raz pierwszy wyraźnie o swej fundamentalnej obietnicy:

Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej
i z domu twego ojca
do kraju, który ci ukażę.
Uczynię bowiem z ciebie wielki naród,
będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem
(Rdz 12, 1–2).

Abram posłuchał Pana i ruszył w drogę do Kanaanu. Tam też, w pobliżu Sychem, „Pan, ukazawszy się Abramowi, rzekł: »Twojemu potomstwu oddaję właśnie tę ziemię«” (Rdz 12, 7).

Nic nie wiemy jeszcze o naturze tych wezwań i tych objawień. Nie znamy ich scenerii ani też przeżyć Abrama. Wszystko kryje się jakby za zasłoną, zza której rozlega się Głos. I Pan obecny jest tylko jako Słowo, całkowicie wyzute jakby z obrazu, wolne od jakiejkolwiek wizji. Pojawi się ona dopiero później, już po latach wędrówki i rozmaitych perypetiach. Pojawi się, co więcej, w oparach trwogi, jakiej doświadczy Abram, mimo obiecanej nagrody, która „będzie sowita” (Rdz 15, 1). — pełna wersja tekstu dostępna jest w drukowanych i elektronicznych wydaniach Miesięcznika Znak


 
 

Zapisz się
do newslettera
a otrzymasz:

● 35% rabatu na dowolny numer miesięcznika
● informacja o promocjach, wydarzenich i spotkaniach autorskich

email marketing zapewnia MailPlanner

Newsletter