SIW Znak
O nas
Prenumerata
Numery w sprzedaży
Zapowiedzi
Rocznik 1999
Rocznik 2000
Rocznik 2001
Rocznik 2002
styczeń, nr 560
luty, nr 561
marzec, nr 562
kwiecień, nr 563
Księga gości
Fundacja
|
 |
O POTRZEBIE PATRIOTYZMU
Jerzy Szacki |
Marek Cichocki napisał bardzo ciekawy artykuł. Wprawdzie nie we wszystkim się z nim zgadzam, ale podobają mi się w jego tekście co najmniej dwie rzeczy. Po pierwsze, podjęcie bardzo ważnego i trudnego tematu; po drugie, respektowanie - jak na konserwatystę przystało - zasady Edmunda Burkea: So to be patriots as to not forget we are gentlemen. Zasady, która w dyskusjach o tak gorących sprawach jest respektowana wyjątkowo rzadko. Jeżeli w ogóle mamy do czynienia z dyskusjami, a nie z próbami zakrzyczenia lub przekrzyczenia innych ludzi. Jakikolwiek błąd popełnia w swym rozumowaniu Cichocki, jest to na pewno błąd na dobrej drodze. Zaiste niepodobna zaprzeczyć, że "przemyślenie idei polskiego patriotyzmu od nowa jest koniecznością", a debata na ten temat "musi nabrać szerszego oddechu i uwolnić się od fobii".
Temat jest ogromnie ważny, ale jako przedmiot poważnej refleksji rzeczywiście nie cieszy się u nas popularnością. Zajmują się nim, niestety, głównie pamfleciści, którzy rzadko potrafią cokolwiek poza wyszukiwaniem możliwie licznych manifestacji antypolonizmu oraz piętnowaniem wrogów i "targowiczan", tj. - de facto - wszystkich czujących i myślących choć trochę inaczej niż oni. Cichocki bardzo trafnie scharakteryzował w swoim artykule ograniczenia ich podejścia do sprawy, acz nie wspomniał o tym, jak bardzo przyczyniają się nie tylko do ogłupienia rodaków, lecz również do skompromitowania samej idei patriotyzmu, której ponoć służą, i utwierdzenia najgorszych antypolskich stereotypów.
O tym, że ojczyzna to wielka rzecz, rzadko, niestety, wypowiadają się u nas ludzie światli, chociaż zdarzają się, na szczęście, takie wyjątki od tej reguły, jak na przykład - cytowany przez Cichockiego - ks. Józef Tischner, wspomniany przez niego Andrzej Walicki czy też Jerzy Jedlicki, Władysław Stróżewski, który przed kilku miesiącami ogłosił na tych łamach Myśli o patriotyzmie. Wypada też przypomnieć listopadowy numer "Więzi" z 1998 roku, a w nim listy Gustawa Herlinga-Grudzińskiego i abp. Józefa Życińskiego, które powinny były wywołać wielką dyskusję. Ale nie wywołały.
Być może, co światlejsi autorzy uważają patriotyzm za coś zbyt oczywistego, aby o nim pisać - zgodnie z powiedzeniem Norwida, że "żaden rzymski patrycjusz nie napisał nigdy dwunastu tomów o patriotyzmie, bo to jest rzecz nieprzyzwoita" - lub obawiają się, że zostaliby od razu pomyleni z krzykliwymi "narodowcami", którzy uzurpują sobie monopol w tej dziedzinie. Albo z tymi - dużo liczniejszymi przecież od "narodowców" - rodakami, do których zostało niedawno skierowane "kazanie na górce" Sławomira Mrożka: "Patrioto! Tylko pierzyna z Orła Białego jest ciebie godna. Drzyj z niego pierze, bo już za chwilę będzie goły".
Temat jest zaiste niebezpieczny, albowiem towarzyszy mu wyjątkowo dużo sentymentów i resentymentów, na skutek czego aż się prosi o zastosowanie do niego mądrego pouczenia Wittgensteina: "O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć".
Nie wykluczam jednak, że nie brak także ludzi, którzy po prostu uznali temat za anachroniczny, zakładając, że w naszych czasach patriota (jeżeli w ogóle warto, ich zdaniem, używać tego niezbyt modnego słowa) to po prostu porządny człowiek i niczego nadzwyczajnego nie należy od niego oczekiwać. W ich krytyce zgadzam się do pewnego stopnia z Cichockim, acz nie rozumiem, dlaczego nazywa ich (co prawda, jedynie "umownie") "liberałami", wydaje się bowiem, iż chodzi o coś dużo poważniejszego i bardziej złożonego aniżeli wpływ jakiejkolwiek ideologii. Ale mniejsza na razie o to.
Problem polega - jak się wydaje - na tym, że stosunkowo wielu współczesnych Polaków nie bardzo wie, co począć z pojęciem patriotyzmu, co skądinąd nietrudno zrozumieć, jeśli się zważy, że, po pierwsze, najbardziej wyraziste wzory polskiego patriotyzmu są wzorami stawiania czoła nie istniejącym już dziś, na szczęście, niebezpieczeństwom i szukania wyjścia z sytuacji bez wyjścia, po drugie zaś - w przeszłości manipulowano tymi wzorami na tyle niecnych sposobów, że niełatwo czasem rozpoznać, kiedy wchodzą w grę zacne intencje pedagogiczne i coś naprawdę pięknego, kiedy zaś tylko kolejne propagandowe manipulacje, pozwalające uświadomić sobie, co takiego mógł mieć na myśli Samuel Johnson, powiadając, że "patriotyzm jest ostatnim schronieniem łajdaków". Parę miesięcy temu Marcin Zaremba opublikował świetną monografię Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm, w której pokazał, jak manipulowano patriotyzmem w PRL. Manipuluje się nim zresztą i dzisiaj, a odwołujące się do niego hasła wciąż służą tyleż umacnianiu wspólnoty narodowej, co jej rozbijaniu na coraz to mniejsze grupki jedynych znawców polskich interesów, niezłomnych w walce o narodową jedność pod swoim przywództwem.
Jako filozofia życia polski patriotyzm stał się jednak w jakimś stopniu niemy lub (co, być może, dla jego przyszłości jeszcze gorsze), jeśli bywa artykułowany, robi się to albo za pomocą ogólników, albo za pomocą słów Roty oraz złorzeczeń na cudzoziemców dybiących na polską ziemię i polskie cnoty. Cichocki szuka dla polskiego patriotyzmu godnej artykulacji i chwała mu za to, jeśli nawet niezupełnie mu się to udaje.
Braku zapału do rozprawiania o patriotyzmie poza sferą doraźnej propagandy politycznej, której w danej chwili zabrakło jakichkolwiek innych argumentów, niepodobna skwitować twierdzeniem, że właśnie taki, a nie inny jest "duch czasu", ponieważ nie byłaby to prawda. Wbrew pozorom, jakie stwarzają, z jednej strony, kształtowanie się takich czy innych "ponarodowych konstelacji" (by posłużyć się w tym kontekście tytułem jednej z ostatnich książek Jürgena Habermasa) i powiększanie się rzeszy wszelkiego rodzaju "koczowników", z drugiej zaś strony, przemiany języka dyskursu publicznego, w którym z pewnością spotykamy dziś dużo mniej wielkich słów niż przed dwustu, stu lub nawet dwudziestu laty. Brak upodobania do patriotycznego (i każdego innego) patosu nie oznacza wszakże koniecznie zaniku idei i uczuć, które znajdowały dawniej wyraz we wzniosłych manifestach, przemówieniach czy wierszach - tak samo jak wykluczenie użytku armat w stosunkach między państwami narodowymi oraz ich coraz bliższa współpraca bynajmniej nie zapowiadają "śmierci" tych państw lub zgoła narodów, którą straszą naiwnych na przykład wrogowie integracji europejskiej.
Prawie nic nie wskazuje, że mogłoby się tak stać i że termin "patriotyzm" będzie w wyobrażalnej przyszłości nazwą bez desygnatu. Związane z nim treści mocno trzymają się i będą się trzymać w ludzkiej świadomości i podświadomości, znajdując wyraz nie tylko w atawistycznym strachu przed obcymi, lecz również, a może nawet przede wszystkim, w racjonalnym myśleniu o przyszłości własnych narodów, która we współczesnym świecie rysuje się ciemno bez coraz ściślejszej współpracy z innymi narodami w ramach takich lub innych organizacji ponadnarodowych. Prawie nikt nie kieruje się już przecież na przykład mirażem "narodu europejskiego" czy mitem "obywatelstwa świata", lecz po prostu rachuje korzyści, jakie przynosi jego narodowi integracja, oraz straty nie do uniknięcia bez niej. Ale nie tu miejsce, aby wdawać się w dyskusję na ten temat - tak skądinąd ważny i aktualny dla współczesnych Polaków. Tu zależy mi tylko na stwierdzeniu, że patriotyczne czucie i myślenie bynajmniej nie znalazły się na tzw. śmietniku historii. Ponadto, de facto mało kto się ich wypiera i nikt nie ma na nie monopolu.
Wygląda na to, że są one w cenie nawet w takim gnieździe indywidualizmu i liberalizmu jak Stany Zjednoczone. Co dziwniejsze, o patriotyzmie mówi się tam bez porównania więcej niż u nas. Dotyczy to również środowisk uchodzących pospolicie za dalekie od zainteresowań tego rodzaju, a także czasu przed 11 września 2001. W ostatnim dziesięcioleciu jeden z najbardziej płomiennych tekstów na ten temat został ogłoszony (i to w "kosmopolitycznym" "New York Times") nie przez kogo innego jak przez postmodernistycznego liberała Richarda Rortyego. A kiedy Martha C. Nussbaum ogłosiła w elitarnym "Boston Review" apologię kosmopolityzmu, spotkała się z polemiką ze strony wielu wybitnych intelektualistów, którzy dość zgodnie dowodzili, "dlaczego demokracja potrzebuje patriotyzmu" (tytuł repliki Charlesa Taylora), a kosmopolityzm jest niebezpieczną iluzją (jak napisała Gertrude Himmelfarb). Wyszła z tego godna uwagi książka For Love of Country: Debating the Limits of Patriotism (1996). Inne świadectwo, które mam pod ręką to - wydana w tym roku przez bardzo szacowne wydawnictwo naukowe - książka profesora Waltera Bernsa Making Patriots, będąca nie czym innym jak wielką pochwałą patriotyzmu i aż nazbyt stanowczą refutacją - zacytowanej przeze mnie wyżej - maksymy Samuela Johnsona.
Można byłoby wspomnieć o różnych innych (nie tylko amerykańskich) publikacjach, które podejmują problem patriotyzmu z pozycji dalekich wprawdzie od ksenofobicznej demagogii i taniej moralistyki, ale wskazujących na głębokie zrozumienie nieustającego znaczenia sprawy. Zrozumienie, którego u nas, przynajmniej na pozór, brakuje. Dodam, że w grę wchodzą publikacje pochodzące z bardzo różnych kręgów światopoglądowych, nie zaś tylko od ludzi, którzy zwykli uważać podział ludzkości na wrogie sobie narody za wieczny, a patriotyzm mają za cnotę jedyną. Często chodzi najzwyczajniej o ludzi, którzy zdają sobie sprawę z realiów, czyli - mówiąc najkrócej - z tego, że człowiek jest zwierzęciem społecznym i terytorialnym, a więc istotą szukającą wspólnoty i posiadającą zazwyczaj miejsca, które uważa za swoje, oraz język, którym mówiła w dzieciństwie i do końca życia mówi co najmniej przez sen i w malignie. A jeśli jest kibicem sportowym, najbardziej cieszy się ze zwycięstw swoich rodaków. Nie twierdzę, rzecz jasna, że ten "naturalny", by tak rzec, patriotyzm jest wszystkim, czego narody potrzebują. To do niego odwołują się politycy zakładający biało-czerwone krawaty i ci liczni rodacy, którzy przy lada okazji zwykli bardziej lub mniej bezmyślnie "flagować" to czy owo. Ale to on czyni niewyobrażalną dezaktualizację idei ojczyzny. Należy do sfery raczej instynktów niż idei, ale życie społeczne nie jest przecież królestwem rozumu i nic na to nie poradzimy.
Pogląd taki nie jest tożsamy z uznaniem, iż jedyną potrzebną ludziom wspólnotą musi być naród toczący bezustanną walkę o byt z innymi narodami, a patriotyzm jest rzeczą, do której rozum nie ma żadnego dostępu. Nawet tym autorom, którzy zaczęli pisać o "końcu państwa narodowego", nie chodzi w istocie o to, że epoka ojczyzn się skończyła. Pytanie dotyczy tego, czym ojczyzna i patriotyzm mogą i powinny być we współczesnym świecie, który tym i owym różni się przecież od XIX, a nawet sporej części XX wieku.
Artykuł Cichockiego cenię za jasne stwierdzenie, iż wprawdzie są pewne patriotyzmu cechy konieczne i niezmienne, ale żadnej z jego form niepodobna uznać za absolutnie obowiązującą normę. Nieuprawnione jest więc, dajmy na to, dociekanie, czy pod zaborami lepszymi patriotami byli zwolennicy walki zbrojnej czy też "organicznicy", albowiem spór dotyczył w istocie tego, jakiego patriotyzmu Polacy najbardziej w danej chwili potrzebowali, nie zaś tego, czy kiedykolwiek mogliby obejść się bez patriotyzmu. Nie mówię już o tym, iż żadna z takich strategii nie wyklucza raz na zawsze wszystkich innych. Cichocki słusznie pisze, jak bardzo odmienny od patriotyzmu zarówno romantyków, jak i pozytywistów, był patriotyzm młodego Dmowskiego i jak odmienny od patriotyzmu tego ostatniego był i jest patriotyzm większości jego późniejszych kontynuatorów, którzy z całej jego twórczości zrozumieli jedynie tyle, że nasz naród jest otoczony przez wrogów i nieustannie zagrożony przez nich od wewnątrz.
Takich różnic było w polskiej historii wiele (przypominam znakomite Trzy patriotyzmy Andrzeja Walickiego). Wyjątkowo ważną różnicą była zapewne różnica między patriotyzmem targowiczan przekonanych, że należy za wszelką cenę bronić tego, co uchodziło przez stulecia za prawdziwie narodowe, przed antypolskim "spiskiem warszawskim", a patriotyzmem zwolenników Konstytucji 3 maja, którzy ulegli - jak wiadomo - obcym wpływom i zabrali się do modernizacji kraju na modłę zachodnią. Cichocki słusznie i tę różnicę przypomniał, mówiąc elegancko o "momencie odmowy przez stary republikański świat podjęcia reformy i otwarcia się na Zachód". Już w 1790 roku Franciszek Salezy Jezierski napisał był, że "ten wyraz patriotyzm tak poszedł na wielorakie rozumienie teraz w Polszcze jak tłumaczenie Biblii między katolikami i niekatolikami". I tak już zostało, chociaż nie zawsze - podobnie jak w wypadku Biblii - to rozumienie jest przedmiotem jednakowo gorących sporów.
Nie zgadzam się jednak z Cichockim, kiedy pisze o "jałowym i nierzetelnym sporze" o rozumienie patriotyzmu, jaki toczy się dziś rzekomo w Polsce. Chodzi mi przy tym nie o tyle o to, że spór ten nie jest ani jałowy, ani nierzetelny, przeciwnikami zaś "narodowców" nie są żadni mityczni "liberałowie", ile o to, że wbrew pozorom takiego sporu de facto nie ma - podobnie jak nie było go wtedy, gdy płk Zbigniew Załuski gromił "szyderców". A nie ma go zarówno dlatego, że jego ewentualni uczestnicy przywykli mówić głównie do siebie, jak i dlatego że jedni z nich zadowalają się powtarzaniem sloganów, drudzy natomiast poprzestają na ogół na wzruszeniu ramionami, w związku z czym potrzeba absolutnego słuchu, aby w tym, co niekiedy zdawkowo mówią, usłyszeć echa czy to staroświeckiego liberalizmu, czy to warszawskiego pozytywizmu.
Ponadto, wystarczy zajrzeć do XVI rozdziału rozprawy Johna Stuarta Milla O rządzie reprezentatywnym, aby zobaczyć, iż bynajmniej nie wszyscy liberałowie byli głusi i ślepi na problematykę narodową, skoro wspomniany autor mógł utrzymywać, że "instytucje wolne stają się prawie niepodobieństwem (...) wśród ludu nie związanego żadnym węzłem sympatycznym". Jeśli chodzi o pozytywizm warszawski, warto sięgnąć na przykład po - wydaną przed wielu laty - książkę Wojciecha Modzelewskiego, aby przekonać się, że był on niezupełnie taki, jak mogło się wydawać ówczesnym epigonom romantyzmu i jak bodaj wydaje się dziś Cichockiemu. Należy też zapewne pamiętać o tym wszystkim, co napisano o możliwości "liberalnego nacjonalizmu". Pojęcie to weszło do szerszego obiegu dopiero po ukazaniu się przed kilku laty książki Yael Tamir pod takim tytułem, ale wcześniej użył tego terminu na przykład Piotr Wandycz w Cenie wolności, pisząc o polskich walkach o niepodległość w XIX wieku. Dałbym przeto w tym kontekście spokój liberalizmowi, któremu i tak przeznaczono u nas rolę kozła ofiarnego, zanim jeszcze na dobre zaistniał.
Te uściślenia nie są wszakże szczególnie ważne, gdyż problem polega, tak czy inaczej, nie na - coraz bardziej w Polsce wątpliwym - szerzeniu się liberalizmu, ale na tym, że - niezależnie od podziału Polaków na liberałów i antyliberałów - mało kogo zdaje się dręczyć pytanie, co to znaczy być dzisiaj patriotą, kiedy na przykład ani nie skacze Małysz, ani nie odbywają się żadne eliminacje piłkarskie. Wprowadzoną przez Cichockiego dychotomię poglądów "liberalnych" i "narodowych" uważam za fałszywą zarówno dlatego, że liberał nie musi być kosmopolitą, jak i dlatego że współczesny polski "liberał" (jak zresztą prawie nikt inny poza bardziej lub mniej bezmyślnymi chwalcami patriotyzmu jako takiego) nie zdobył się na razie na dokładniejsze określenie swego stanowiska w sprawach, o których mowa. Wiąże się to najpewniej z faktem, że póki co nikt nie rozporządza w istocie wyrazistym ideałem przyszłej Polski. Nie za wielu ludzi spoza kręgu profesjonalnych historyków zastanawia się też poważnie nad korzeniami, choć też trzeba by było.
Co prawda, nawet gdyby liberalizm miał w tych sprawach jakieś bardzo określone stanowisko, nie wywierałoby to zapewne wielkiego wpływu na to, iż zasada "Wszystko, co nasze, Ojczyźnie oddamy" stała się dla wielu Polaków daleka od oczywistości (co nie znaczy, że obca). Bez względu na to, czy wynika to - jak sądzą niektórzy - z upadku obyczajów czy też stąd, że świat tak bardzo się zmienił, że jego gotowe definicje okazują się nieadekwatne lub niewystarczające, niezbyt pożyteczne wydaje mi się zapytywanie, kto jest bardziej winien: niemądrzy liberałowie, głupi nacjonaliści czy też może jedni i drudzy na równi, jak sugeruje nasz autor.
Bardzo ważne jest natomiast zastanowienie się, po pierwsze, nad tym, ile jest prawdy w spotykanych tu i ówdzie opiniach na temat ostrego kryzysu lub wręcz atrofii uczuć patriotycznych wśród współczesnych Polaków, po drugie, nad tym, jaką zaproponować im formułę patriotyzmu, która nie byłaby formułą ani "minimalnych środków", ani wściekłości i wrzasku. Cichocki zajął się głównie drugą z tych dwóch spraw, co nietrudno zrozumieć, gdyż o pierwszej trudno w odpowiedzialny sposób cokolwiek pewnego powiedzieć. Niemniej jednak poczynię na jej temat parę nieśmiałych uwag. Pierwsza będzie skrajnie banalna.
Otóż w dziedzinie, o której mowa, notoryczna rozbieżność między deklaracjami a czynami jest prawdopodobnie większa niż w jakiejkolwiek innej. Nie tylko dlatego że ludzie tak często są gorsi, niż myślą i mówią o sobie, ale i dlatego że bywają dużo lepsi od swych wypowiedzi i zapowiedzi wówczas, gdy zdarza się im znaleźć w niecodziennej dla nich sytuacji, która wymaga wielkich poświęceń lub nawet całopalnej ofiary. Nie jest bynajmniej tak, że każdy, kto zwykł codziennie powtarzać: Dulce et decorum est pro patria mori, jest w razie potrzeby zdolny poświęcić swoje życie, podczas gdy każdy, ktokolwiek zwykł twierdzić, że to bzdura, w rzeczywistości przenigdy nie potrafi tego zrobić. Liczą się czyny, a nie słowa, które w normalnych warunkach niewiele kosztują i których prawdziwości niepodobna sprawdzić drogą żadnej dyskusji. A zachowania się Polaków w sytuacjach nadzwyczajnych niekoniecznie wskazują, że jest aż tak źle, jak się aż za często myśli, choć całkiem dobrze bywa przeważnie krótko. Nie robię tu aluzji do przysłowiowego "słomianego ognia", albowiem prawdopodobnie nigdy i nigdzie to, co najlepsze w danej zbiorowości, nie manifestuje się codziennie.
Druga z zapowiedzianych uwag dotyczy tego, że pogląd o zmierzchu polskiego patriotyzmu, a także uczuć altruistycznych w ogólności, opiera się zwykle na mocno dyskusyjnym założeniu, że kiedyś (np. za pierwszej "Solidarności", w latach wojny, przed wojną, pod zaborami itd.) było zupełnie inaczej i "cały naród" spalał się na ołtarzu Ojczyzny, dając bez ustanku niezliczone przykłady heroizmu i ofiarności, dzisiaj natomiast mało kto ma na to ochotę. Owszem, pięknych przykładów jest w naszej historii niemało i słusznie się je tak lub inaczej przypomina. Nie łudźmy się jednak, że zawsze dawał je cały naród. Nawet w nie tak znowu licznych chwilach największego i najpowszechniejszego patriotycznego entuzjazmu dawała je z reguły mniejszość Polaków, co zresztą nie różni naszej historii od historii innych nacji, żadna bowiem nie składa się z samych bohaterów i żadna nie pamięta swoich tak dobrze jak zapewne powinna. Prawdą jest, że "nieszczęśliwy (jest) ten kraj, który nie ma bohaterów", jak mówi się w Żywocie Galileusza Bertolta Brechta, nie ma jednak najszczęśliwszych nawet krajów zaludnionych wyłącznie lub głównie przez nich.
Chodzi więc może nie tyle o to, że ogół naszych rodaków zmienił się zgoła zasadniczo na gorsze, ile raczej o to, że owa mniejszość czy to jak gdyby zmalała, czy to stała się mniej niż kiedyś widoczna, czy to, wreszcie, mniej liczni członkowie większości mają obecnie potrzebę przynajmniej deklaratywnego identyfikowania się z nią lub udawania, że uważają ją za coś lepszego od siebie. Żyjemy w demokratycznych czasach, kiedy większość nie tylko zajmuje się jak zwykle swymi partykularnymi interesami, ale i uczy się uważać, że to ona ma zawsze rację. Może jednak należałoby przyjąć jakąś bardziej optymistyczną hipotezę, jak choćby tę, która wynika ze wspomnianego listu Herlinga-Grudzińskiego, twierdzącego, iż polski patriotyzm staje się cnotą cichą, i najwyraźniej z tego powodu zadowolonego, choć nie był to przecież żaden minimalista, ale - jak doskonale wiadomo - wręcz przeciwnie. Pisał on o "zmianie jakości polskiego patriotyzmu" oraz rodzeniu się miłości ojczyzny, która "wyrosła na miejscu umarłego patriotyzmu dawnego, pełnego egzaltacji, często samodurnego szaleństwa, obojętnego na wszelką przyziemną ťrachubęŤ". Jego zdaniem, owa "nabyta przez Polaków cicha cnota patriotyzmu jest zjawiskiem pozytywnym" i różni się korzystnie od "patriotyzmu głośnego, egzaltowanego, romantycznego, zachłannego", stanowiącego "spadek po dawnych dziejach".
Nie twierdzę, że taka optymistyczna hipoteza byłaby na pewno prawdziwsza od innych, nie odważyłbym się wszakże utrzymywać, iż przeżywamy wyjątkowo ciężki kryzys patriotyzmu jako takiego. Powiedziałbym raczej, że ulega on zbanalizowaniu (nawiązuję do książki Michaela Billiga Banal Nationalism, w której pokazał on na przykładzie Wielkiej Brytanii i niektórych innych krajów zachodnich, jak wielką rolę w niebohaterskim życiu codziennym grają, mimo wszystko, odruchy i symbole narodowe) i przynajmniej częściowo zatracił zdolność do publicznej artykulacji.
Sprzyja temu niewątpliwie bardzo wiele rzeczy - zarówno panujący dziś rodzaj kultury popularnej, jak i styl walki politycznej, który niemal całkowicie wyklucza możliwość eksponowania wartości bezwzględnie wspólnych, gdyż mógłby na tym skorzystać nie ten co trzeba, i zakazuje rozprawiać o urokach solidaryzmu bez podkreślania, że ze sporą częścią rodaków (lub może nawet ich większością) nie chce się mieć nic wspólnego... Sprzyja temu pewnie i szkoła, która tyle rzeczy potrafi dzieciom obrzydzić. Sprzyja temu, oczywiście, również brak takich zewnętrznych zagrożeń, jakich w przeszłości musieliśmy się jako naród bać, bo wciąż nie jesteśmy wprawdzie całkiem bezpieczni, ale nowe niebezpieczeństwa nie zostały jeszcze w pełni rozpoznane lub są rozpoznawane tak fałszywie, że mało kogo może to wprawiać w stan patriotycznego podniecenia. Bo i dlaczego mielibyśmy się bać, że ktoś obcy zagospodaruje polskie ugory, skoro nie boimy się na przykład tego, że z mapy Polski znikają biblioteki, czy też mnóstwa innych rzeczy, których w ogóle na razie nie zauważamy?
Trzecia uwaga odnosi się do tego, że podczas narzekań na upadek patriotycznych obyczajów zapomina się o tych licznych współczesnych Polakach, którzy bez żadnych wzniosłych deklamacji robią to, co do nich należy, i więcej, niż się od nich wymaga. Jest ich naprawdę niemało, o czym wiedzą na przykład działacze organizacji pozarządowych. To prawda, że woluntariuszy jest u nas, niestety, mniej niż w wielu innych krajach, niemniej jednak są i nie jest ich wcale tak mało, a byłoby zapewne znacznie więcej, gdyby natrafiali na mniej przeszkód i spotykali się z większym zrozumieniem i uznaniem. Nie widzę powodu, aby nie nazywać ich patriotami dlatego, że często zajmują się jakimiś "małymi" sprawami i zupełnie nie pasują do tradycyjnego wyobrażenia Polaka-patrioty, który o tyle więcej mówił o ojczyźnie i aż za często musiał za nią umierać.
Nie chcę idealizować dzisiejszego polskiego społeczeństwa, o którym zresztą zdarza mi się myśleć i mówić jak najgorzej, niemniej jednak dostrzegam więcej powodów do niepokoju niż paniki. I boję się, by lament na współczesnych Polaków nie stał samospełniającym się proroctwem, ten i ów może sobie bowiem pomyśleć: skoro wszyscy są tacy, to dlaczego akurat ja mam być inny? Otóż wcale nie wszyscy.
Przejdźmy jednak do sprawy w artykule Cichockiego najważniejszej, a mianowicie do pytania: "jaki patriotyzm?" Otóż nie zgadzam się z jawnym lekceważeniem przez niego "patriotyzmu minimalnych środków", do których można zaliczyć "płacenie podatków, uczciwe prowadzenie interesów, praworządność oraz takie cechy charakteru jak punktualność, pracowitość i sumienność". To wprawdzie istotnie za mało, aby warto było mówić o patriotyzmie, ale w pokojowych czasach cnoty te wydają się ważniejsze od wzniosłych deklamacji i bardzo przydałyby się Ojczyźnie przez bardzo duże "O", której los w takich czasach zależy bardziej od gospodarności niż abstrakcyjnej poniekąd gotowości do cierpienia i ofiar. Umówmy się, że są to patriotyzmu warunki niewystarczające, niemniej jednak konieczne - zwłaszcza jeśli zależy nam na patriotyzmie obywatelskim, za jakim opowiada się Cichocki. To patriotyzm plemienny ich nie potrzebuje. A obywatel to nie tylko ubrany w republikańską togę bohater.
Mniejsza wszakże o to, gdyż sedno sprawy znajduje się, jak sądzę, gdzie indziej. Kłopot z polskim patriotyzmem polega nade wszystko na tym, że ukształtował się on poza państwem, a poniekąd i przeciwko państwu, które - z wyjątkiem I Rzeczypospolitej, której naród był zresztą niezbyt państwotwórczy i ex definitione czysto szlachecki, oraz międzywojennego dwudziestolecia - było już to państwem zaborczym, już to państwem niepochodzącym z woli narodu, a więc słuchanym bardziej z konieczności niż potrzeby serca i przekonania. Bycie patriotą i dzisiaj rzadko jest u nas kojarzone z byciem "państwowcem", ponieważ państwo to ciągle "oni", a nie "my". Poczucie obcości w stosunku do polskiego państwa wydaje się wśród Polaków niepokojąco silne, przy czym obejmuje ono nie tylko owych trwale "wykluczonych", o których słusznie wspomina Cichocki, lecz również wielu takich, którzy nie mają wprawdzie szczególnych powodów, aby się skarżyć na swój los, ale są wściekli na państwo dlatego, że rządzą w nim nie ci, na których oni głosowali, lub suwerenność państwowa myli się im z absolutną niezależnością pod każdym względem, jakiej nie było, nie ma i nie będzie.
Wielki to temat, toteż nie zamierzam go tu rozwijać ani zastanawiać się nad rozkładem odpowiedzialności za istniejący stan rzeczy. Nie obchodzi mnie, kto jest najbardziej winien. Interesuje mnie, co zrobić, aby ten stan zmienić, nie wytwarzając przy tym nowych resentymentów i nowych podziałów. Dlatego miła mi jest myśl Cichockiego o "polskiej wersji komunitaryzmu", a także - jak widać - sporo innych jego myśli. Wyznaję jednak, iż całość artykułu nie trafiła mi do przekonania.
Może dlatego że jej dostatecznie dobrze nie zrozumiałem, może dlatego że jest na mój gust zbyt wzniosła, może dlatego że nieco inaczej wyobrażam sobie współczesność i palące potrzeby naszego kraju lub może po prostu dlatego że nie spodobało mi się - pochwalone przez Cichockiego - reklamowanie Bohaterów naszej wolności w taki sposób, w jaki reklamuje się proszek do prania. Nie, nie zobaczyłem w tym świętokradztwa. Chodzi mi wyłącznie o to, że przechodnie doskonale wiedzą, że jakiś proszek będą musieli kupić, podczas gdy popyt na bohaterów trzeba dopiero stwarzać, co jest możliwe tylko pod warunkiem ukazania ich koniecznego związku z codziennymi ludzkimi potrzebami i owym "naturalnym" patriotyzmem, o którym wspominałem mimochodem wyżej. Otóż tego warunku artykuł Cichockiego nie spełnia, tak samo jak nie spełniała go owa - szlachetna w zamierzeniu - "nieszablonowa wystawa". Jest raczej deklaracją intencji niż realistycznym programem wychowawczym. O taki program jest zresztą strasznie trudno, gdyż musiałby to być zarazem program zbudowania Polski (jako "narodu-państwa"), która - lepsza lub gorsza - wszystkim dawałaby się lubić.
JERZY SZACKI, ur. 1929, socjolog, historyk idei, profesor UW i PAN, wykładowca licznych uniwersytetów zagranicznych, od 1974 redaktor naczelny "Polish Sociological Bulletin". Światową renomę zyskała jego History of Sociological Thought (1979, wyd. polskie 1981). Inne ważniejsze publikacje: Kontrrewolucyjne paradoksy (1965), Tradycja. Przegląd problematyki (1971), Spotkania z utopią (1980), Znaniecki (1986), Liberalizm po komunizmie (1994).
|